Dzień Taty - promocja!

Życzymy Wam z całego serca, aby już wkrótce Wasza druga połowa mogą obchodzić Dzień Taty!

Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was prezent.

Wykup abonament Premium od teraz do końca miesiąca, a otrzymasz od nas prezent!

Przy zakupie abonamentu Premium na:

1 miesiąc – otrzymasz 15 dni w prezencie

3 miesiące – otrzymasz 1 miesiąc w prezencie

12 miesiący – otrzymasz 2 miesiące w prezencie

Jeżeli wykupisz abonament Premium w OvuFriend i zajdziesz w ciążę, będziesz mogła wykorzystać swój abonament w BellyBestFriend – niesamowitym, w pełni spersonalizowanym, inteligentnym kalendarzu Twojej ciąży!

Promocja trwa do 30.06.2017.

Wykup abonament Zamknij

Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Kociątko wyruszyło na fioletową stronę mocy ;))

Autor: Zelma
22 stycznia 2015, 09:01
PoradaKomentuj | Lubię (0)

RZUCAM CUKIER z Sarah Wilson - TYDZIEŃ 3 i TYDZIEŃ 4

W poniedziałek (19.01) zaczęłam czwarty tydzień rzucania cukru. W tym tygodniu nie ma już wielkich rewolucji - bardziej kwestia utrzymania tego, co już udało się osiągnąć. Nadal jest szlaban na owoce, miód ;) Przejściowy ;) Ta myśl pomaga, że owoce wrócą, ale z drugiej strony ciekawa jestem co po tych 'przejściach' będzie mi na powrót smakowało, do czego będę chciała wrócić, a do czego niekoniecznie.
* Tęsknie za czerwonymi grejfrutami...
* Uznałam też, że cytryna (sok) to przyprawa, a nie owoc ;))
* Limonka to też przyprawa ;))
/więcej o owocach i owocach suszonych w osobnym wpisie/

Tydzień 3 i początek 4 okazały się... nie aż tak znowu ciężkie. Myślę, że wpływ na to miały 2 rzeczy:

*** już w czasie tygodnia 2 nastawiłam się mentalnie na ograniczenia w kolejnych tygodniach (owoce...) i zaczęłam faktycznie ograniczać. Nie zaobserwowałam u siebie jakichś negatywnych oznak odstawiania cukru - myślę, że miałam dobrą pozycję wyjściową do tygodnia 3. tzn. już na wstępie praktycznie nie jadłam wielu z tych rzeczy, które Sarah każe wyrzucić (słodkie napoje, soki owocowe, duże ilości słodyczy).
*** koncentruję się na tym, co zyskuję, a nie na tym co jest mi odbierane

Co zyskałam? Nowe lub ponownie odkrywane smaki:
* kmin rzymski (roślina) zwany też kuminem (nasiona) - bardzo aromatyczna przyprawa pasująca np. do indyka lub zupy warzywnej. Nie znałam wcześniej... ba - jak zobaczyłam w przepisie to w pierwszej chwili byłam pewna, że chodzi o kminEK
* indyk - powtórzyłam kotleciki z indyka z cukinią (przepis TUTAJ ). Nie wyszły takie dobre jak za pierwszym razem, ale podobnie jak poprzednio indyk był soczysty, a właśnie to mi w indyku przeszkadzało, że zwykle jest suuuchy jak wiór.
* migdały - zawsze lubiłam, ale teraz polubiłam jeszcze bardziej, świetnie się sprawdzają jako mała przegryzeczka, gdy na taką chęć nachodzi (a garść migdałów zawiera dzienną dawkę magnezu i niemal całą dawkę witaminy B2)
* pietruszka - natka takie banalne, a takie wielkie odkrycie. Posiekana natka pietruszki nadaje się chyba do wszystkiego :) Żeby nie kupować cały czas w sklepie wsadziłam sobie w doniczkę kilka pietruszkowych końcówek - może uda mi się swoją własna natkę wyhodować.
* pietruszka - korzeń ugotowana w rosole, zupie warzywnej lub na parze. Kiedyś wydawała mi się bez smaku - teraz jest słodkawa, jak marchewka
* seler naciowy świetny do zupy warzywnej, nada się też na surowo do przegryzienia jak chęć nachodzi, żeby coś chapsnąć. Bywa drogi, podobnie jak np. rukola, ale w dobrych cenach można dostać w Biedronce.
* kulki kokosowe --- to jest genialny wynalazek ;) Banalnie prosty, wystarcza na długo i odwraca myśli od 'czegoś słodkiego'. A wygląda to sobie tak: 3b23ee130a2ef147med.jpg

Wykonanie? Phy - paczka lub dwie wiórków hyc do mikserka i miksować/blendować aż z wiórków zrobi się masa. Nie musi być jednolita, ważne, żeby zaczęła się kleić. Z masy zrobić kulki i buch - do lodówki lub zamrażalnika. Już po kilku minutach się to skleja i w zasadzie jest gotowe. Można zamiast formować kulki wsadzić do pojemnika na kostki lodu. W oryginalnym przepisie nie ma żadnych dodatków natomiast mam kilka pomysłów do następnej partii produkcyjnej:
- dodać cynamonu i/lub odrobinę kakao (będą biało-brązowe)
- dodać kurkumy (zabarwi na żółto)
- w środek kulki wpakować migdała - będzie prawie jak rafaello ;))
Z dwóch paczek wiórków wyszło mi kilkanaście kulek - i wystarczyło mi to do podjadania przez ponad tydzień ;)

Minusy?
- wiórki, które kupiłam mają oznaczenie, że do konserwacji użyto jakiegoś E-cośtam-siarki. Doczytałam - oczywiście najlepiej takiego konserwantu unikać lub stosować w ograniczonej ilość. Najlepiej. Ale weź takie wiórki naturel znajdź. Sprawdziłam paczki różnych producentów - wszędzie to samo. (Będę jeszcze temat drążyć)
- nie jest to biała czekolada ;)) słodkie, ale z posmakiem tłuszczu (mi osobiście nie przeszkadza, ale pewnie może)

W tygodniu 3 czekało na mnie kilka 'zasadzek' tzn. jedzenie poza domem. Tak długo jak sama przygotowuję sobie jedzenie - jest względnie łatwo - wiem czego używam, co dodaję, czym przyprawiam. Czasem mam wątpliwości np. czy pomidor pod kątem cukru to bardziej warzywo czy owoc, ale ogólnie spoko. Poza domem jest trudniej. Oto moje 'zasadzki':
* wyjście na pizzę (opisałam 13 stycznia)
* lunch z koleżanką
* wieczór u znajomych
* kino + kolacja z przyjaciółką.

Lunch - end due rabe wybrałam coś serowego, chyba z kawałkami pomidorów.

Wieczór u znajomych... tu otóż zostałam wystawiona na pokuszenie ciastkami z czekoladą. Najpierw stały na stole dobrą godzinę, ale było ok. tzn. przyjęłam do wiadomości ich obecność, a równocześnie nie miałam dzikiej chęci, żeby się na nie rzucić. Towarzysko wcinałam słone paluszki. Po pewnym czasie wzięłam do ręki jedno ciasteczko. Zjadłam pół, wydało mi się bardzo słodkie i de facto na pozostałą cześć nie miałam chętki. Zjadłam całe ciastko, ale nie sprawiło mi to jakiejś wielkiej przyjemności - no powiedzmy, że porównywalną z paluszkami. Najważniejsze, że nie miałam ochoty na więcej - i po więcej nie sięgnęłam. Następnego dnia mąż miał chcicę na słodkie i wyszukał sobie w naszym słodkim schowku jakieś wafelki. Nie dołączyłam - ale nie było to jakieś wielkie wyrzeczenie (może dlatego, że tych wafelków i tak nie lubię ;))

Kino + kolacja. W kinie łatwo bo nigdy nie wyrobiłam sobie nawyku, że jak kino to musi byc popcorn, cola itepe. Ostatecznie wyleczył mnie chyba obrazek ludzi, którzy na Pasję Mela Gibsona szli z popcornem...
Po kinie - kolacja. I tu już z wyborem było trochę ciężko tzn. tak wybrać, żeby nie trafić w coś z listy zakazanej. Byłam najedzona, więc w pierwszej chwili postanowiłam kupić sobie jakiś koktajl warzywny. Pozycji niby kilka do wyboru, ale ogórek+sprite, cośtam+sok pomarańczowy, koktajl 'bez cukru' ale z jakimiś owocami. No i tak koktajle odpuściłam i zaczęłam lustrować sałatki. Gdybym chciała być ekstremistką to i sałatki bym pewnie nie wybrała. Ostatecznie zdecydowałam się na mały kompromis - dynia była zapieczona z miodem + całość jak się okazało oblana była jakimś sosem. Niektóre sosy bywają zdradzieckie... ale jak tu na szybko sprawdzić? Sarah proponuje, żeby zamawiając sałatkę poprosić o podanie sosu osobno... ale do tego etapu asertywności jeszcze nie dotarłam ;)) Za to na sałatce był nieznany mi wcześniej ser halloumi - więc zjadłam z radością bo uwielbiam poznawać nowe sery.

aspekt towarzyski - co na to wszystko otoczenie
Tydzień 4 w książce Sarah poświęcony jest temu, jak radzić sobie z otoczeniem w czasie programu rzucania cukru. Sarah przewiduje, że możemy spotkać się z krytyką czy zniechęcającymi komentarzami (po co, bez sensu itp. itd.) U mnie... raczej pozytywnie ;) Poczynając od Waszych słów wsparcia na ovu aż do reakcji tzw. otoczenia w realu.
* Mężowi zapowiedziałam co się święci, ale ograniczyłam mój eksperyment do siebie tzn. mąż je to, na co ma ochotę. Nie zamierzam go do niczego zmuszać czy czegoś mu zabraniać. Liczę trochę na efekt naśladownictwa ;) Ostatnio jak weszłam do pokoju pogryzając kawałek selera naciowego to mi zabrał, że on też chce spróbować ;)
* Znajomi itp. - czasem w rozmowie wychodzi, że taki program sobie robię. Natomiast absolutnie nikogo nie namawiam na naśladowanie. Mówię ewentualnię o swoich wrażeniach. Nie przypominam sobie jakichś negatywnych reakcji ;)

Czwarty tydzień to również propozycja policzenia ile cukru się zjadało wcześniej... ale ja jestem leniuch - nie chce mi się liczyć po aptekarsku. Wystarczy mi świadomość, że mogło go być za dużo i w podstępnych miejscach (np. szklanka soku owocowego może mieć tyle samo cukru co szklanka coli...) Ee tam, lepiej skupić się na tym co przed nami! A przed nami w tym tygodniu:

1. "Sernik" z cukinii
2. Chipsy z jarmużu

2 komentarze (pokaż)
23 stycznia 2015, 07:20

I tak to z hukiem wjechałam na 6. stronę brzoskwiniowego pamiętnika. Dziś idę do gin, ale raczej tak standardowo - cytologia, i zdjęcia z monitoringu pokazać, że ovu była i skierowanie na badania krwi wydębić (ciekawa jestem czy odstawienie cukru jakoś wpłynęło na wyniki krwi). Cykl przy cyclodynie mi się 'ustawia', ovu trochę chyba przyspieszyła, no i w zeszłym tygodniu dr kleszczolog wreszcie był zadowolony z wyników i dał nam 'błogosławieństwo', że już możemy działać... w sumie, nic tylko dzieci robić ;)

Acz w tym cyklu trochę mam lenia. A może to fragment, który cytowała u siebie shooa tak mi w pamięć zapadł? "z facetem i seksem jest tak, że facet potrzebuje gonić króliczka. a tu przed nim kilka dni w połowie cyklu leży królica, z rozłożonymi nogami i czeka aż on dokona kolejnej próby zapłodnienia. a potem ta królica leży z nogami do góry, żeby temu zapłodnieniu dać większe szanse"

Te króliki to ostatnio w ogóle jakieś popularne się zrobiły. Tyle szumu medialnego wokół wyciągniętej z kontekstu wypowiedzi... Bardzo ciekawa rozmowa na temat słów papieża Franciszka TUTAJ i TUTAJ
Nie cierpię jak ludzie wypowiadają się nie sprawdziwszy wcześniej dokładnie o co chodzi, jak naprawdę było.

3 komentarze (pokaż)
23 stycznia 2015, 18:06
PoradaKomentuj | Lubię (0)

Testy owulacyjne - fragmenty z ulotki

LH Test (Hydrex Diagnostics)

* Mniej więcej połowie cyklu miesięcznego w organizmie kobiety dochodzi do nagłego wzrostu hormonu luteinizującego (tzw. "pik LH"). Owulacja następuje zwykle w ciągu 24 do 36 godzin po "piku LH".
* do wykrywania ludzkiego hormonu LH o stężeniu równym lub wyższym niż 40 mIU/ml.
* nie należy wykonywać badania z pierwszego moczu porannego
* Na około 2 godziny przed każdym badaniem należy ograniczyć spożycie płynów (Feśka! Punkt dla Ciebie!)
* Linia MAX powyżej, której nie wolno zanurzać testu w moczu
* Zwrócić uwagę, aby nie dotykać palcami pozostałej części testu
* Po upływie 10-15 sekund wyjąc z próbki moczu
* wynik odczytać po 5 minutach , ale nie później niż po 10 minutach
* wynik dodatni - pojawiają się dwa wyraźne prążki. Intensywność barwy prążka T jest taka sama lub silniejsza niż paska C. Taki wynik wskazuje, że owulacja nastąpi w ciągu 24-36 godzin.

* Czy alkohol lub inne środki medyczne mają wpływ na wynik testu?
Nie. (Wpływ mogą mieć: leki hormonalne, doustna antykoncepcja, karmienie piersią i ciąża).

* Dlaczego nie pierwszy mocz poranny?
Jest zagęszczony i może dawać wynik fałszywie dodatni.
Poza tym każda inna pora dnia jest dobra. Ważne, aby kolejne badania wykonywać o tej samej porze.

* Ilość spożytych płynów a wynik testu
dużo płynów -> rozcieńczenie moczu -> możliwy wynik fałszywie ujemny

* test owulacyjny a metoda termiczna
metoda termiczna informuje, że owulacja już wystąpiła, a testy ovu o tym, że ovu dopiero (ewentualnie) wystąpi.

----
I jeszcze, mój "ulubiony" fragment ulotki:
Istnieje wiele czynników, od których zależy czy zajdziesz w ciążę. Przeciętnej, zdrowej parze zajmuje to zwykle kilka miesięcy, a więc i ty być może będziesz musiała stosować LH Test przez 3-4 miesiące.

5 komentarzy (pokaż)
24 stycznia 2015, 15:15

Nie miała baba zmartwienia to se zrobiła. Test ovu. Miał wyjść jednoznacznie negatywny, bo przecież jeszcze czas, w końcu 10dc dopiero, a poprzednie ovu było tak ok. 20dc. A tymczasem jednoznacznie pozytywny to on może nie jest... ale do jednoznacznej negatywności to mu bardzo daleko. To chyba nie ma co dumać tylko działać trzeba?

4 komentarze (pokaż)
25 stycznia 2015, 20:14

Wiecie co... chyba mi wczoraj w nocy mózg odebrało. Na szczęście szybko wrócił. Otóż - zrobiłam wczoraj ten test pozytywno-negatywny. Mężulo wrócił wieczorem, ale zmęczony, poobijany. Do działania nie było warunków, zresztą szybko padliśmy.

Budzę się ja w nocy, bo mnie chłodno trochę. Pokicałam po coś dodatkowego, wracam po cichutku, a tam mąż odsłania swoją kołdrę. Myślałam, że to po to, żebym się w ciepło wtuliła. Ale nie.... nie po to, hy hy ;) I taka mi w pierwszej chwili myśl przemknęła - do ovu to właściwie jeszcze chwila... i zaraz potem (to wtedy mi mózg powrócił) a pieprzyć owulację! ;))

4 komentarze (pokaż)
27 stycznia 2015, 11:11

Z dedykacją dla Feśki - uwielbiam ten tekst ;) O pięknie przyrody...

http://www.beka.pl/txt_bieszczady.php

Bieszczady

12 sierpnia
Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pęknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.

14 października
Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniale! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba.

11 listopada.
Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić cos tak wspaniałego, jak jeleń. Mam nadzieje, że wreszcie zacznie padać śnieg.

2 grudnia
Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i wszystko było przykryte białą kołdrą. Widok jak pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdowa. Zrobiliśmy sobie świetna bitwę śnieżną (wygrałem) a potem przyjechał pług śnieżny i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdowa. Kocham Bieszczady.

12 grudnia
Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z droga dojazdowa. Po prostu kocham to miejsce.

19 grudnia
Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdna drogę dojazdowa nie dojechałem do pracy. Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny.

22 grudnia
Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Cale dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonany, ze pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn!

25 grudnia
Wesołych Pierdolonych Świat! Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego...przysięgam - zabije. Nie rozumiem, dlaczego nie posypia drogi solą, żeby rozpuściła to cholerstwo.

27 grudnia
Znowu to białe gówno napadało w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia piec centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu?

28 grudnia
Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt piec centymetrów tego białego cholerstwa. Teraz to nie odtają nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten łajdak przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, ze sześć już połamałem kiedy odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią rozwaliłem o jego zakuty łeb.

4 stycznia
Wreszcie wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić cos do jedzenia i kiedy wracałem, pod samochód wpadł mi cholerny jeleń i całkiem go rozwalił. Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te pieprzone zwierzaki. Ze tez myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie!

3 maja
Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej pieprzonej soli, którą posypują drogi.

18 maja
Przeprowadziłem się z powrotem nad morze. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach.

3 komentarze (pokaż)
27 stycznia 2015, 17:32

Dobra. I give up - ten cykl będzie owulacyjna zagadką, taki chybił trafił jak w totolotku. Wczoraj nie zrobiłam testu, a dziś wyszedł negatywny - tylko taki dużo bardziej negatywny niż ten przedwczoraj. Ale śluz dziś rano rozciągliwy był. Czyli albo zmyłka i jeszcze przed, albo już po albo właśnie teraz. Czyli generalnie równie dobrze mogę sobie z ręki wróżyć. Dlatego - olać, będzie co będzie ;)

Chociaż... może aż tak bardzo jak w totolotku to nie... bo w tym roku już raz czwórkę trafiłam...

2 komentarze (pokaż)
27 stycznia 2015, 22:12
PoradaKomentuj | Lubię (1)

Dla przyszłych mam (i nie tylko) zainteresowanych tym co jedzą

18 lutego 2015 r. (środa) godz. 17.30 - Co przyszła mama jeść powinna?
http://wszechnica_zywieniowa.sggw.pl/index3.htm

Wszechnica Żywieniowa w SGGW - Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie
zaprasza na prelekcję Co przyszła mama jeść powinna?

prelekcję wygłoszą: dr inż. Anna Harton, dr inż. Joanna Myszkowska-Ryciak
(Katedra Dietetyki SGGW)

WSTĘP WOLNY

GDZIE?
*** Warszawa - kampus SGGW, ul. Nowoursynowska 159C, budynek 32 - zielony, Aula II
*** Internet - transmisja on-line


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 stycznia 2015, 22:25

2 komentarze (pokaż)
29 stycznia 2015, 08:17

28 grudnia wpadła na taki pomysł, żeby w ramach odciągania moich myśli od starań zagonić je do czegoś produktywnego. Jak pomyślała - tak zrobiła, niewiele myśląc wyznaczyła cele. Wczoraj minęła godzina ziiiiroł, zatem czas na ostateczne podsumowanie:

Podsumowanie 29.01.2015

wykonane
rozpoczęte, ale nie wykonane w całości
niewykonane i nierozpoczęte nawet

1. Wspinaczka - przeszłam przeszkolenie z asekuracji drugiej osoby
2. Supermemo - zrobiłam w całości 3 kursy: (1). Ortografia
(2). Niemiecki Kein Problem 1 (3). Hiszpański - słownictwo 1
3. Uporządkowałam wielką szafę i tapczan, w tym pozbyłam się rzeczy, które nie były mi już potrzebne

4. Cukier - przeczytałam książkę "I quit sugar" + rozpoczęłam eliminację cukru z diety
5. Rower - umyłam,
nauczyłam się uzupełniać powietrze w kołach, sprawdziłam czy łańcuch wymagał wymiany, skompletowałam oświetlenie, oddałam do przeglądu lub nauczyłam się sama jak sprawdzić czy hamulce są sprawne.

Wnioski
* jest zielono z pomarańczowymi akcentami... ale w większości zielono. Bardzo jestem zadowolona... zrobiłam więcej niż się spodziewałam.
* wpis na ovu był... motywujący - wyznaczał momenty kontroli, a kontrole motywowały do działania.
* pomarańczowe plamy... niektóre z nich to zadania źle zaplanowane np. słówka z hiszpańskiego okazały się nudne - w takiej formie uczenia jak zaplanowałam inne źle zdefiniowane, zbyt mało precyzyjnie - przez to rozmyło mi się zadanie z porządkowaniem szafy (coś tam zrobiłam, ale burdello jest chyba większe niż na początku...)
* co dalej - nie będę już raportować na owu, przynajmniej nie tak szczegółowo; zamierzam też zmienić formę wyznaczania zadań tzn. nie 5 na miesiąc tylko 1 na miesiąc, ale wyznaczane co tydzień, tak, żeby się nakładały, plus zadania tygodniowe.
* generalnie - baardzo fajne doświadczenie ;)

I na koniec inspirujący cytat na przyszłość:
"The distance between your dreams and reality is called action..."

8 komentarzy (pokaż)
30 stycznia 2015, 13:18

Do kitu jest ta kobieca płodność. Okienko kurde transferowe. A ty kombinuj czy była czy nie była i kiedy.

Obiecałam mężowi, że od owulacji nie będę się przemęczać, dźwigać, mocno ćwiczyć. Tak na wszelki wypadek. Wykombinowałam sobie, że jak mam późną ovu to spox - od @ będę miała 2 w porywach do 3 tygodni 'wolności'. Srata ta ta... w tym cyklu tak zajęłam swoje myśli innymi rzeczami, że jakby mnie kto zbudził w nocy o północy i spytał, który dc mamy... to bym nie wiedziała (próbowałam sobie dziś pod prysznicem tak z pamięci przypomnieć - i nie udało się). To w sumie dobrze - przynajmniej ze względu na pokrętną teorię - nie myśl o...

ALE... równocześnie nie wiem czy i kiedy była ovu. Po testach i śluzie to bym obstawiała, że już była i teraz jest tak 3-4 dpo. Ale ovu w ok. 12dc? Poprzednio była ok. 19dc, więc niezłe byłoby to przyspieszenie.

No chyba, że poprzednia wcale nie była 19dc tylko wcześniej. Wtedy to by nie było z czego tej ciąży zmajstrować. Grrrrr.....

I tak cały czas mi chodzi po głowie krótka rozmowa z kolegą, dobrych kilka miesięcy temu. Tak od słowa do słowa, że plany są, ale na razie nic tam... I kolega tak mówi: "może za rzadko?". No... pomyślałam sobie w duchu, a co Ty mi tu takie wycieczki będziesz robił... Ale często wracam myślami do tego tekstu. Po drodze słyszałam już wiele porad, z niemyśleniem i relaksowaniem się na czele. A jednak do tej porady co jakiś czas wracam. Nie ma co 'polować' i zbierać sił na ovu. Jak już wspomniałam kilka dni temu - pieprzyć owulację. Się nie ją. I tyle.

=====
Dobra, uknułam sobie taką teorię na resztę tego cyklu:
Kusiło mnie, żeby 12dc zaznaczyć pozytywny test ovu bo testy 10 i 11 dc były prawie pozytywne, a13dc i dziś negatywy. Ale... w sumie to jednak nie będę zaznaczać:
- jeśli ovu dopiero będzie - to byłoby to bezsensu
- jeśli ovu była, ale się nie udało to @ przyjdzie wcześniej niż się spodziewam i nie będę głupio czekać
- jeśli ovu była i się udało to zanim się połapię, że małpa nie przyszła to już test ciążowy powinien wyraźny być.

Taa.. jakby te moje jeśli cokolwiek mogły zmienić...


Wiadomość wyedytowana przez autora 30 stycznia 2015, 13:27

5 komentarzy (pokaż)
31 stycznia 2015, 20:59

No! Jak człowiek wsiądzie na rower to mu się od razu trochę układa w łepetynie. Sprawdźmy: który dc dziś? Nie wiem! ;)) Któryś nasty chyba.

rebe - monitoring robiłam tylko raz (wcześniej miałam 1xrok badania tv kontrolne, ale nie pod kątem ovu). A ten jeden monitoring to w takim pokręconym trochę stylu bo najpierw dostałam od mojej gin skierowanie, ale zanim poszłam to mi wyszły 2 kreski na teście. Więc polazłam do mojej gin i dostałam inne skierowanie na usg, że niby na wczesną ciążę. No ale zanim zrobiłam to usg to, że tak powiem z ciąży nic nie wyszło. Więc wróciłyśmy do monitoringu, częściowo na sprawdzenie ovu, a równocześnie, żeby się upewnić czy po tej historii z pozytywnym testem, betą i @spóźnioną ze 2 tygodnie wszystko jest ok. Więc jakiegoś mega doświadczenia z tym monitoringiem nie mam. Zastanawiałam się czy nie iść znowu, ale moja gin na razie mi odradziła tzn. skoro poprzedni monitoring potwierdził ovu to ona uważa, że kolejny w tej chwili nie jest niezbędnie potrzebny. W pierwszej chwili pomyślałam - ale jak to nie jest? Ale potem sobie na spokojnie przemyślałam i chyba gin ma rację tzn. żeby dać sobie szansę i nie podglądać aż tak często i namolnie. Tak przynajmniej sobie tłumaczę.

1 komentarz (pokaż)
1 lutego 2015, 20:26

Tropienie ovu w bieżącym cyklu - podejście nr 85984370573187497

- teścior pozytywny
- cera się poprawiła (czytałam gdzieś, że przed ovu się poprawia by swą gładkością zwabić samca...)
- cosik kłuje po prawej
- 18dc (podglądam na wykresie bo łeb nadal mi szwankuje w tym zakresie) - czyli bardziej pasująca data do moich późnych ovu.

Tylko w zasadzie... czy to coś zmienia? W sumie to nie.
Więc czemu i tak chcę wiedzieć? W sumie to nie wiem ;)

1 komentarz (pokaż)
1 lutego 2015, 21:23

Gdyby wtedy w listopadzie się udało... to teraz byłabym prawie prawie w połowie ciąży. Niesamowite...

Wracam czasem myślami do tamtych 'wydarzeń'. W szafce leży ubranko, które kupiłam po tym jak pierwsza beta wyszła na plus. Wiem, że nigdy go już nie wykorzystam, ale też nie potrafię go tak po prostu wyrzucić. A równocześnie - nie, nie ogarnia mnie jakiś wielki smutek, gdy na nie patrzę, nie szklą mi się oczy. Może jedynie trochę ciekawość - co by było, gdyby? No i szkoda, że się wtedy nie udało, ale nie żal.

Nigdy od tamtego czasu nie użyłam w stosunku do siebie słów: 'poroniłam'. Nie myślę o tym co było w ten sposób. Cokolwiek się wtedy stało, może to był max 4-5 tydzień, licząc od ostatniej @ więc w kategoriach faktycznej ciąży - baaardzo wczesny etap, jeśli w ogóle. Podobno takie są statystyki - o połowie ciąż się nawet nie dowiadujemy bo na bardzo wczesnym etapie coś w podziale komórek poszło nie tak. Gdyby nie obserwacje na ovu i zrobiona beta - po prostu uznałabym, że @ się trochę spóźniła. Kiedy już przyszła - nie było żadnej różnicy.

Boję się trochę napisać kolejne zdanie, które mam już gotowe w głowie - bo nie chcę nikogo urazić, zwłaszcza tych dziewczyn, które moją mniej lub bardziej podobne doświadczenia i mniej lub bardziej podobne emocje. Piszę więc tylko i wyłącznie o sobie. A ja... nie chcę być aniołkową mamą. Przynajmniej nie potrafię tak o sobie myśleć w odniesieniu do tej sytuacji z listopada. Wciąż wierzę, że biologia vel matka natura, a może i sam Bóg, mają mądrość większą niż nasza. A więc do przodu, bo tylko przyszłość można zmieniać, przeszłości już nie.

2 komentarze (pokaż)
2 lutego 2015, 10:30
PoradaKomentuj | Lubię (1)

RZUCAM CUKIER z Sarah Wilson - TYGODNIE 4 i 5 - zakończone ;)

Uwaga!!! Będzie głównie o żarciu, więc jak kto głodny to nie polecam ;)


Dziś zaczynam tydzień... 6!!! Tymczasem tydzień 4 i 5 minęły mi jakoś tak... szybko i niepostrzeżenie. Może dlatego, że przyzwyczaiłam się do nie-słodyczy i nie-owoców, a reszta to w sumie normalnie ;) No... może nie tak 100% normalnie bo nadal odkrywam nowe smaki i wynalazki kulinarne. Szczególnie przypadły mi do gustu cukierki kokosowe i chipsy z jarmużu.

KOLOROWE CUKIERKI KOKOSOWE
O cukierkach kokosowych w wersji klasik już pisałam. Paczkę lub dwie (wie)wiórków zmiksować na jak największą masę, uformować kulki (albo wsadzić do pudełka na lód) i wstawić na moment do lodówki lub zamrażarki. Gotowe!

Za drugim podejściem postanowiłam zamiast wiórków paczkowanych wykorzystać kokos w całości. Wrażenia:
+ kokos nie jest konserwowany dwutlenkiem siarki (E220); wiórki paczkowane owszem
- kokos może być spryskiwany jakimś świństwem przeciwpleśniowym, ale to już ustalić trudniej
+ kokos wychodzi taniej niż wiórki paczkowane
- obróbka kokosa wymaga więcej czasu - patrz niżej ;)))
+ ale za to jako bonus można się napić odrobiny wody kokosowej ;)
0186fb34b786e78fmed.jpg

Jak już się rozprawiłam z łupiną to do głosu doszła moja naturalna skłonność do kombinowania. I tak:
* dodałam kurkumę, żeby było żółto - słonecznie
* dodałam kakao i cynamon - żeby było pseudoczekoladowo
* dodałam kawałeczki orzecha włoskiego lub migdała - żeby było smakowiciej.
Żółte poszło do pudełka na kostki do lodu (ładny kształt, ale wyciąganie trochę upierdliwe), reszta uformowana ręcznie. Poniżej zdjęcia 'urobku' - wyszło mi tego kilkanaście sztuk, więc przy podjadaniu 1-2 dziennie spokojnie starczyło na ponad tydzień.
8f75e78acd87e834med.jpg
c9e6e8719cdd373bmed.jpg

CHIPSY Z JARMUŻU
Przepis Sarah można by skrócić do: liście jarmużu w kawałkach skrop oliwą, lekko posól i wpakuj do piekarnika (200C) na 10 minut. Wyjmiesz chrupiące chipsy jarmużowe.

Prawdę mówiąc to moja wyobraźnia trochę tego nie ogarniała. Jarmuż przypomina trochę kapustę pekińską i raczej podejrzewałam, że może poprzednie przepisy Sarah fajnie się sprawdziły, ale w to, że coś fajnego wyjdzie z tego jarmużu to.. nie wierzyłam. Czy może inaczej - przekornie obstawiałam czy to będzie właśnie ten przepis, przy którym powiem -> nie wyszło, jakaś ściema ;)

No i... nie wyszło. To znaczy - nic nie wyszło z moich wichrzycielskich planów - jarmuż wyszedł genialnie ;) Robi się go błyskawicznie, a potem... można chrupać. Jak chipsy. Za pierwszym razem miałam tyle frajdy z tego chrupania, że nawet się nie skupiałam za bardzo na smaku czy zapachu. Mężowi nie przypadły do gustu (dobrze - więcej dla mnie ;) Wygląda to tak:

8e95ea535ce3a078med.jpg


93fdf1229df852b3med.jpg


Co tu jeszcze?
- pokrojony i umyty jarmuż można kupić w Biedronce (duża paczka ok. 5zł, wystarcza na 2 porcje chipsów)
- warto wyciąć większe/grubsze łodyżki
- zamiast soli sypałam przyprawą curry (de facto pierwszym składnikiem i tak jest sól)
- dorzucam do smaku orzechy włoskie i/lub pestki dynii
- dorzuciłam odrobinę serka, ale mi się zjarał i wielkiej różnicy smakowej nie zrobił
- NAJWAŻNIEJSZE! Chipsy robią się szybko... czasami aż za szybko! 10 minut jest umowne, zależy od piekarnika, ustawień itp. Wskazane jest jednak tych chipsów pilnować - zerkać jak się mają, ewentualnie trochę przemieszać. Zjarane chipsy z jarmużu, w przeciwieństwie do niezjaranych, wcale nie są fajne... Przetestowałam ;)

FIŃSKIE PLACUSZKI
Uważaj czego sobie życzysz bo może się spełnić. Chciałam, żeby mi coś nie wyszło - proszę, mówię i mam. Placuszki fińskie, z opisu nie wyglądają na skomplikowane:
1,5 szklanki mąki orkiszowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżka oliwy z oliwek
180ml wody

Wymieszać, dolać wody, wymieszać, jednorodne ciasto buch na blachę wyłożoną papierem (grubość 1cm) i na 15 minut do piekarnika (225C).

Może i by mi wyszły te placuszki... gdybym trzymała się tego skomplikowanego przepisu powyżej, a nie w ramach swej kuchennej niefrasobliwości pomyślała: "eee tam, mąka żytnia zamiast orkiszowej przecież może być" oraz "ten proszek do pieczenia to chyba przeterminowany jest... ale czemu miałby nie zadziałać". Placuszki jednak wyszły twarde i nie wyrosły nic a nic. Obstawiam, że to jednak zwietrzały proszek ;) Będę próbować dalej ;). A tymczasem placuszki w mojej wersji wyglądały tak:

1cd914285d5c1532med.jpg
(Nie pamiętam czy to przed czy po wypieczeniu, ale... u mnie nie było większej różnicy)

ŚNIADANIOWO
9e170495015835ddmed.jpg
Nieudane placuszki fińskie posmarowane awokado + chipsy z jarmużu

"Sernik" z cukinii
Był w planach, ale na razie plany odkładam - cukinia jest w tej chwili w jakichś kosmicznych cenach. Poczekam aż trochę stanieje, taki sknerus jestem.


Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 11:41

3 komentarze (pokaż)
2 lutego 2015, 11:39
PoradaKomentuj | Lubię (0)

RZUCAM CUKIER z Sarah Wilson - TYDZIEŃ 3-5 powtórka i utrwalenie

Tygodnie 3, 4, 5 w zakresie (nie)jedzenia są w zasadzie takie same:
- cukier out
- słodycze out
- owoce out
- miód out
- sery, oliwy, tłuszcze, jajca, warzywa, nabiał, orzechy - yeees please!

W tygodniu 6 następuje ponowne wprowadzanie słodkiego smaku ;) (Smaku, nie cukru). Niemniej, niektóre wskazówki z tygodni 3-4-5 zostają aktualne na resztę programu, a może i na resztę życia, że tak patetycznie powiem. Co my tam zatem mamy:

Tydzień 3 -> czytaj etykiety! Szukaj alternatyw dla słodkich produktów. Odkrywaj nowe ulubione produkty.
Tydzień 4 -> Relacje z otoczeniem - zachowaj równowagę. Trzymaj się swego, ale nie terroryzuj innych swoimi wyborami.
Tydzień 5 -> Walcz z pokusami, ale nie rób dramatu jeśli ulegniesz. "Nie panikuj i nie poddawaj się. Po prostu pamiętaj, do czego dążysz. Jutro też jest dzień." Szukaj innych źródeł przyjemności.

W tygodniu 5 Sarah koncentruje się na emocjach związanych z nawykami .

"Słodycze kojarzą się z czymś miłym, ze sprawianiem sobie przyjemności. Mogą być wyznacznikiem wyjątkowej chwili w ciągu dnia, nagrodę za osiągnięcie ambitnego celu albo po prostu narzędziem, które pomaga wykonać niełatwe zadanie." Cukier/słodycz pomaga nam poczuć się komfortowo - pytanie więc, co zrobić aby i bez niego ten komfort osiągnąć. Dla mnie pomocne były jeszcze słowa, które przeczytałam w innej książce, jaką ostatnio dopadłam:

"Jedzenie słodyczy nie powinno stanowić nagrody, gdyż wyrabia nawyk jedzenia wtedy, kiedy nie jest się głodnym. Nagradzając słodyczami, uczymy, że słodycze są lepszym jedzeniem niż inne produkty. Może dojść do sytuacji, że w wieku dorosłym jedzenie słodyczy będzie dawało poczucie bezpieczeństwa, łagodziło stresy, co może sprzyjać nadmiernemu spożyciu tych produktów, a w konsekwencji otyłości." >>> Jacob Teitelbaum, Deborah Kennedy "Cukier dzieci nie krzepi"

Niby takie to oczywiste, ale... Początkowo łapałam się na takim myśleniu, że teraz przejściowo nie jem słodkiego, ale jak miną te tygodnie to w nagrodę będę sobie mogła zjeść to, tamto czy owamto (oczywiście słodkie). Albo - jak cośtam zrobię to w nagrodę będzie kawałek czekolady albo cukierek. No właśnie... tryb... tryb... tryb... Unikam czegoś bo uznaję, że nie jest dla mnie dobre... a potem mówię sobie, że dostanę to w nagrodę. Albo, że to będzie taka wyjątkowa chwila = to będzie coś lepszego niż zwykłe codziennie żarcie. Tryb... tryb... tryb... Od czasu tego zatrybienia, osłabia się u mnie "ładunek emocjonalny" związany ze słodkim. Oczywiście mam tu i ówdzie chętkę na słodkie i nie zamierzam tego tępić jako zło wcielone. Ale jest mi łatwiej nie zjeść czy też nawet odmówić kiedy jest mi słodkie proponowane. Nie czuję przykrości, gdy ktoś obok je coś słodkiego, a ja 'nie mogę'. Mogę, ale... nie chcę. To daje nawet pewną siłę.

Zastanawiałam się też czy będę w stanie się opanować. Czyli np. zjeść jeden i tylko jeden cukierek/kawałek. I tu... też zatrybiła pewna myśl - jeśli mam się boksować z tym czy zjem czy nie zjem więcej niż 1 kawałek - to czy ten 1 kawałek warty jest tego boksowania? Jeszcze nie wiem ;) Z jednej strony - lubię czekoladki! I myślę, że zjedzenie jakiegoś dobrego deseru raz na jakiś czas będzie okay. Z drugiej strony - w książce Sarah jest mnóstwo pomysłów na alternatywne desery ;) (W tygodniu 6 jest przepis na taflę czekoladową z malinami i kokosem!!!)

No dobra, ale nie o tym chciałam ;) Jeszcze te pokusy z tygodnia 5. Sarah spisała w książce wszystkie trudne momenty w ciągu dnia, kiedy potencjalnie może pojawić się pokusa słodkiego. I do każdego z nich dopisała rozwiązanie - co można wtedy zrobić. Kilka opcji:
* popołudniowy spadek energii >>> sprawy do załatwienia, które wymagają spaceru/ruchu/świeżego powietrza
* chęć na coś dobrego / odrobinę przyjemności >>> herbata wraz z rytuałem herbacianym (u mnie nie działa bo nie piję herbaty), ale szukam rzeczy, które lubię (niekoniecznie do zjedzenia)
*chęć na coś słodkiego >>> ok, ale po odczekaniu 10/15/20 minut - czasem chęć wtedy mija
* chęć na podjedzenie czegoś >>> szklanka ciepłej wody z cytryną / octem jabłkowym (robię duży dzbanek rano, jak ostygnie to dolewam sobie odrobinę ciepłej wody)
* wieczorne podjadanie >>> umycie zębów, inne źródło przyjemności np. kąpiel + książka

U mnie w ciągu dnia nie jest źle, ale wieczorne podjadanie (nie słodkiego tylko podjadanie tak w ogóle) to prawdziwa zmora. Umycie zębów wcześnie tzn. po ostatnim posiłku, a nie dopiero tuż przed pójściem spać jest baaardzo dobrym pomysłem.


Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 11:40

2 komentarze (pokaż)
3 lutego 2015, 13:33

W rolach głównych:
- głos nierozsądku (NR)
- głos rozsądku (R)

NR: w głowie mi się kręci... hmmm (z nadzieją) i bardzo dobrze - może to ciąża?
R: a śniadania porządne dziś było?
NR: ...

4 komentarze (pokaż)
5 lutego 2015, 20:43

Zaczęłam pisać post marudny ;) O tym, że nie lubię części cyklu zwanej DPO... O tym, że wtedy nic nie wiadomo, a jak nie wiadomo to na wszelki wypadek lepiej nie. I już miałam się skarżyć dalej, kiedy mignął mi wchodzący mail. Zerkam na nagłówek, a tam: "Temperatura spada". Spada? Jak to spada??? Houuuuuston!!!!

.....aaaaaa.... "Temperatura spada, rabaty rosną - promocja Tchibo!"

Taa... to chyba znak, że mam nie marudzić ;) Ale tak serio... mam jednak dylemacik. Właśnie ze względu na dpo i stan mój nieznany. Ze względu na jakiś lekki stan zapalny gin przepisała mi:
- clotrimazolum 1x globulka
- macmiror -globulki
- pimofucort - maść.
Gin wie, że starania trwają więc zakładam, że zapisując brała pod uwagę potencjalnie wiadomo co. Niemniej wlazłam w neta i się naczytałam, że we wczesnej ciąży to bla bla bla lepiej na wszelki wypadek nie. Dla równowagi, że wszelkie infekcje w ciąży są ryzykowne, więc trzeba leczyć. I tak sobie myślę, najlepiej to się chyba rozdwoję - i w jednej wersji się będę leczyć, a w drugiej wersji na wszelki wypadek nie.

Ale tymczasem siedzę w jednej wersji i kminię co by tu zrobić lub nie zrobić.

6 komentarzy (pokaż)
6 lutego 2015, 10:43

Link zapożyczony od helutki. Bardzo dobry na DPO.
http://www.eioba.pl/a/2ca7/myslisz-ze-jestes-w-ciazy-nie-jestes

Tymczasem do leczenia przystąpiłam. Dzięki za słuszne słowa sky, nie dajmy się zwariować!!!

2 komentarze (pokaż)
8 lutego 2015, 16:19

Czy osoba, która dzieci nie ma powinna dzielić się swoimi obserwacjami na temat wychowania dzieci z osobami, które te dzieci już mają? Dodajmy, że nie chodzi przy tym o obserwacje w stylu 'jaką świetną jesteś mamą'. Wprost przeciwnie.

Postanowiłam trzymać język za zębami i nieproszona nie wypowiadać się, ani teraz, ani w przyszłości, nawet jak już dzieciata będę. No chyba, że na wyraźną prośbę.

ALE nikt mi nie zabroni wyciągać wniosków i obserwacji na swój użytek. I na ten swój użytek, po 2 dniach obserwowania meeega nadopiekuńczej kuzynki obiecuję sobie solennie:
- nie będę robić kanapek 14-letniemu synowi! Nie mam tu na myśli robienia kanapek tak w ogóle tylko prostej czynności polegającej na posmarowaniu chleba masłem i położeniu na niego kawałka sera czy czego tam, gdy w kilka osób siedzimy przy stole przy posiłku, a wspomniany 14-latek ma własny talerz, sztućce i wszystkie składniki pod nosem.
- nie będę pytać ze 3 razy przy obiedzie czy się najadł. I czy na pewno.
- nie będę latać za 14-letnim synem z reklamówką z rzeczami na przebranie.

Chcę aby moje dzieci wiedziały, że zawsze mogą na mnie liczyć, ALE żeby nie były ode mnie zależne. Chcę by były samodzielne w kwestiach technicznych (jedzenie, ubranie - oczywiście wszystko stosownie do wieku). Ale przede wszystkim chcę by moje dzieci nauczyły się samodzielnie myśleć, podejmować decyzje i wyrażać własne zdanie. Chcę by uczyły się tego z moim wsparciem, ale na własnych błędach i odczuwając ryzyko, możliwe konsekwencje.

I niech przestrogą będą znane mi przykłady matek, które niemal ubezwłasnowolniły swoje dzieci, a potem nie były w stanie zrozumieć dlaczego dziecko po wyjściu w świat nie potrafiły same żyć... Nie w znaczeniu tęsknoty tylko w znaczeniu zerwania się z łańcucha. Bo przecież w domu to takie dobre dziecko było... Więc pewnie to ten zły świat, bo przecież w domu...

1 komentarz (pokaż)
8 lutego 2015, 17:37
PoradaKomentuj | Lubię (1)

RZUCIŁAM (?) CUKIER z Sarah Wilson - TYDZIEŃ 6 i plany na TYDZIEŃ 7

Tydzień 6 - właśnie się kończy
W zakresie jedzenia - nudy i kilka 'rozczarowań'. Nudy bo weszłam w pewien rytm, nie traciłam zbyt wiele czasu na zastanawianie się czy mogę czy nie mogę. Upiekłam ponownie fińskie placuszki (nieprzeterminowany proszek do pieczenia czyni cuda...) i przetestowałam pesto z jarmużu. Wolno mi wprowadzić do diety małe ilości owoców, ale... jakoś nie miałam na to chęci. Kilka przetestowanych owoców wypadło jakoś tak... blado:
- grapefruity: 1x pół, 1x cały. Oczekiwałam, że po odstawieniu rzuuucę się na nie jak ten gepard na gazelę... a tu jakoś tak owszem zjadłam, ale nie z dziką radością i mlaskaniem.
- sok pomarańczowy z kartonika. Z rozpędu przy gościach ktoś mi nalał. Wypiłam... i... nie spodziewałam się, że będzie mi jakoś szczególnie smakował. Ale nie spodziewałam się, że będzie smakował aż tak paskudnie, sztucznie... bleee....
- suszona śliwka. Jedna i tylko jedna. Nie miałam ochoty na więcej.

Pozytywy? Fajne smaki?
- śledzie z oleju z selerem naciowym i natką pietruszk
- kawałki selera naciowego + kawałki marchewki = fajna wieczorna przekąska
- kawałki papryki żółtej i/lub czerwonej = też fajna przekąska

cukier a mordka
Jednym z powodów motywujących do odsłodzenia się były moje odwieczne problemy z cerą. Nie, żebym wierzyła, że brak cukru będzie cudownym panaceum na moje trądzikowe problemy, ale uznałam, że zaszkodzić na pewno nie zaszkodzi, a kto wie - może coś pomoże?
Po 6 tygodniach bez cukru moim zdaniem kondycja mojej cery poprawiła się. W drugiej części cyklu spodziewałam się pogorszenia, ale - na razie jest ok. Zobaczymy co będzie dalej bo to w końcu dopiero 6dpo. Ale ogólna tendencja jest moim zdaniem pozytywna.

Przy okazji taka refleksja dermatologiczna... Przez ostatnie ponad 2 lata odpuściłam sobie temat dermatologów. Zniechęciło mnie to, że ci, z którymi miałam do czynienia nie byli zainteresowani, ani tym, jakie kosmetyki stosuję, ani tym jaka jest moja dieta. W ogóle o to nie pytali. Jednym zerknięciem na moją twarz oceniali, że to trądzik i przepisywali coraz to nowe maście, żele i kuracje antybiotykowe. W końcu olałam temat. Po olaniu efekty z tzw. zmiennym szczęściem, raz lepiej, raz gorzej - ale szczerze? Przy maściach itp. było tak samo. A jak to mówiła reklama jednego z proszków do prania - skoro nie widać różnicy to po co przepłacać.

W tym tygodniu, tak się złożyło, byłam u dermatologa - w celu kontroli znamion (jasna karnacja). Pani na wstępie nie dopuściła mnie do głosu tylko sama z siebie skupiła się na mojej twarzy (na czym jakoś szczególnie mi nie zależało). Już mi miała 'sprzedać' jakiś antybiotyk, kiedy udało mi się dojść do słowa i powstrzymać panią doktor. Powiedziałam, że nie w tym celu przyszłam to raz, a dwa - staram się o dziecko i w związku z tym wykluczam aktualnie wszystkie antybiotyki i generalnie jeśli już ma mi coś przepisać to traktując mnie tak - jakbym w ciąży już była bo ja się nie zamierzam zastanawiać czy mogę czy nie mogę itp. Coś mi tam przepisała do leczenia objawów i lek do stosowania w pierwszej połowie cyklu. Znamion nie sprawdziła - bo czasu zabrakło i poprosiła o ponowną wizytę. Jedno mnie tylko pytanie nurtuje - gdzieś u licha była asertywności moja? Umocniłam się przy tym w przekonaniu, że jeśli mogę sobie czymś pomóc to dietą i uważną pielęgnacją. Dermatologom majstrującym przy mojej twarzy mówię: NIE!

Tymczasem jutro TYDZIEŃ 7 - PRZEDOSTATNI

Przedostatni - z nazwy tylko ;) Na tym etapie planuję mniej więcej kontynuację obecnego bezcukrowego stanu rzeczy.

Good news: "Na tym etapie cukrowy odwyk staje się łatwy."
Bad news: "Na tym etapie łatwo ulec pokusie, bo robimy się odrobinę zbyt dumni z siebie."

"Trzeba zachować najwyższą ostrożność. Nieraz zdarzały mi się wpadki. Jednak zawsze byłam tego świadoma i - uwaga, teraz najważniejsze - pozwalam sobie na nie. Dzięki temu mogłam z pełną odpowiedzialnością udzielić odpowiedzi na pytanie, czy cukier sprawia mi przyjemność, czy jednak nie. (...) Przekonałam się, że dobrze robi mi chwila refleksji i świadomość, że mogę się poprawić. Wtedy świadomie dokonuję wyboru."


Sarah ostrzega też za pseudo zdrową żywnością. Organiczne, eko, bezglutenowe, low fat, zero cukru... Zajrzałam ostatnio na kilka półek ze zdrową żywnością... Ciekawe doświadczenie ;) Eko i organiczne - mówi tylko o sposobie wytworzenia. Może i organiczne, ale nie automatycznie zdrowe czy dobre dla nas. Zero cukru - a co w zamian? I tak dalej, i tak dalej. Moim faworytem został produkt spoza kręgu 'cukrowego' Eko-organiczna kostka rosołowa. Skład: pozycja nr 1 - sól. Na pewno uprawiana w ekologicznym-organicznym gospodarstwie. Ta sól znaczy się ;))

Oooj coś dzisiaj sarkastyczno-przemądrzały nastrój mam.

1 komentarz (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj

Dziękujemy za wypełnienie formularza zapisu!


Zostaniesz teraz automatycznie zalogowana do OvuFriend, ale Twoje konto nie zostało jeszcze aktywowane.


Przed następnym logowaniem musisz aktywować swoje konto. Aby to zrobić przejdź do swojej poczty email , kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.


Jeśli nie otrzymasz od nas wiadomości email, zajrzyj do folderu Spam.

OK