Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Ile jeszcze???

Autor: Moń[email protected]
Wstęp

O mnie: Gdyby nie ten jeden maleńki drobiazg, mogłabym napisać prze-szczęśliwa żona cudownego męża... Lat 26... Nie uznaje szarości, dla mnie coś jest albo czarne albo białe. Jak się cieszę to euforycznie jak rozpaczam to każdą komórką ciała...

Czas starania się o dziecko: 3,5 roku

Moja historia: PCOS stwierdzone 10 lat temu, później niedoczynność tarczycy, insulinooporność i z najnowszych danych hashimoto i tarczyca w zaniku. Cykle naturalnie bezowulacyjne, choć w listopadzie "wyprodukowałam" swoją pierwszą owulację z której nic nie wyszło:(

7 grudnia, 13:16

Od kiedy pamiętam moje największe marzenie to rodzina, dom... Szczęśliwy mąż, rozbrykane maluchy, pies, dom z ogródkiem, biały płotek... taaaak... błogie marzenia... nigdy nie byłam typem karierowiczki, nie uważam żeby to było coś złego ale dla mnie to zawsze rodzina była priorytetem... bardzo wcześnie wszystko zaplanowałam. Imiona dla dzieci, jak będzie wyglądał pokoik, wszystko. Kiedy jak echo zaczęła do mnie powracać diagnoza PCOS wiedziałam z czym to się wiąże ale słuchałam lekarza... "Spokojnie jak będzie Pani planować dziecko podamy CLO i będzie owulacja i ciąża i wszystko będzie ok"
No niestety nie... Poza PCOS mam insulinooporność, hashimoto, tarczyca jest już w zaniku... trochę to trwało zanim lekarze zdążyli mi to wszystko zdiagnozować... zaczęłam walkę kiedy kilogramy zaczęły na mnie same "wchodzić" zanim dobrze dobrali mi leki zdążyłam zbudować spory nadbagaż. Teraz już jest lepiej, waga pomalutku schodzi, lepiej się czuje ale o swój mały skarb nadal walczę...

Starania zaczęliśmy 3,5 roku temu. Pierwsza ginekolog, która mnie prowadziła kompletnie się na tym nie znała... ja też byłam w temacie "zielona" więc się jej trzymałam. Cykle bezowulacyjne... stymulacja CLO... i za każdym razem te same słowa podczas USG "no znowu nic". Przywykłam do tego, wchodząc na fotel wiedziałam co zaraz usłyszę... zaciskałam zęby, brałam kolejną receptę i płakałam w samochodzie... trzymałam się jej 2,5 roku... badania? sama szukałam informacji jakie i w jakim dniu cyklu i jak interpretować wyniki... Dziękowałam że istnieje coś takiego jak internet, fora i grupy takie jak ta, które stały się moją skarbnicą wiedzy... otrząsnęłam się ze ślepego zaufania Pani Doktor kiedy poprosiłam po chyba 8 cyklu z CLO o inny lek, a ona usilnie mnie przekonywała że nic takiego nie ma... zmieniłam lekarza... to był strzał w 10... od początku badania, badania, badania... kupa kasy ale myślę że w końcu to przyniesie rezultaty. Drożność, badania męża, wszystkie hormony, później ich stabilizacja...
pierwsze 3 stymulacje na CLO, nadal nic się nie zadziało, poprosiłam o inny lek... nie było problemu. Dostałam letrozol. Pierwszy cykl znowu nic... Drugi - 2 tab - DRGNĘŁO - płakałam jak małe dziecko kiedy lekarz mi powiedział że mam aż 2 pęcherzyki które rosną - do tej pory nic się nie działo więc to był ogromny sukces... jednak zatrzymały się, owulacji nie było... kolejny cykl - znowu 2 pęcherzyki - jeden dominujący - była owulacja - niestety ciąży brak. zaczęłam 4 cykl z letrozolem... dziś 5dc - pierwsze dawki przyjęte.. samozwańczo sączę sobie do tego ziółka ojca sroki - wiem że nie powinno się ich łączyć ale nie potrafię sobie odpuścić.

Terapia z psychologiem była dla mnie w pewnym momencie koniecznością. Płacz na widok wózków, obsesyjne oglądanie rzeczy dla dzieci i później dwa ciosy ciąża jednej młodszej siostry a niedługo później drugiej... wyłam z rozpaczy... nie miałam siły wstawać z łóżka, spotykać się z kimkolwiek, zerowa koncentracja, zaczęłam się odsuwać od rodziny... postanowiłam że muszę zawalczyć o siebie, o swoją psychikę... znalazłam psychologa zajmującego się leczeniem przy niepłodności i choć miałam wątpliwości to teraz już ich nie mam.. nie jest mi lekko, nadal pragnę dziecka ponad wszystko ale łatwiej mi radzić sobie z własnymi emocjami. Kolejne załamanie pewnie przyjdzie kiedy siostra urodzi ale mam nadzieję że albo ja do tego czasu będę w końcu w ciąży albo będę miała w ręku umiejętności na tyle dobre że poradzę sobie...

Czytając pamiętniki na tej stronie już od jakiegoś czasu przychodziło mi do głowy żeby zacząć swój, ale jakoś nie miałam pojęcia od czego zacząć i w ogóle po co... ale tak siedząc teraz i pisząc stwierdzam, że ma to taki mega oczyszczający wpływ i słowa same płyną...
Myślę że to bardzo potrzebne.. każda z kobiet starających się o dziecko jest wojowniczką... przychodzi nam walczyć ze wszystkim: z własnym organizmem, z systemem, z lekarzami, z przeciwnościami losu... czasem walczymy o każdą złotówkę na leczenie bo nie ukrywajmy ciężko się leczyć na NFZ a kasa płynie i płynie... niejednokrotnie walczymy ze swoimi drugimi połówkami bo oni nie zawsze są z nami w tym leczeniu... Tu akurat nie mogę na swojego M narzekać bo bez mrugnięcia okiem chodzi na badania, nawet sam dopytuje co jeszcze może zrobić chociaż wyniki ma super... robi co może żeby pomóc i ogromnie wspiera.

Nie wiem czy ktoś kiedyś to przeczyta, ale jeśli tak to proszę trzymajcie kciuki aby to moje przebudzenie jajników po ponad 3 latach przyniosło nareszcie upragnione dwie kreski a najlepiej jeszcze jako prezent świąteczno-noworoczny :)



1 komentarz (pokaż)
10 grudnia, 10:31

Abilify05 - zbieram się do tego ale jakoś nie mogę sobie z tym poradzić. Chyba brakuje mi kreatywności i nie potrafię tego pozbierać w całość. Obiecałam sobie, że od nowego roku postaram się patrzeć pod tym kątem na swoje menu:)Korzystasz może z takiej diety? Może mogłabyś mi podpowiedzieć od czego w ogóle zacząć?

A ja znowu na letrozolu, dwie tabletki raz dziennie, w czwartek wizyta i tak bardzo bym chciała żeby coś tam się działo a najlepiej żeby grudniowy cykl okazał się tym szczęśliwym. Skupiam się już powoli na świątecznym wyjeździe. Liczę że trochę odpocznę od ciągłego myślenia o ciąży, o dziecku. Kiedyś żyłam od weekendu do weekendu bo mąż głównie pracuje w delegacjach i wraca właśnie na weekendy. Teraz żyje od cyklu do cyklu... zawsze tak samo... strasznie to męczące, a już zwłaszcza ta comiesięczna rozpacz kiedy przychodzi @. Jeszcze trudniej jeśli w tym momencie patrzy się na młodsze siostry, jedną już z dzieckiem a drugą w ciąży... w weekend byłam na takiej małej rodzinnej imprezie i oczywiście temat number one to ciąża siostry... a jak się czujesz? a ile przytyłaś? a jak ci się śpi? a jak przygotowywanie wyprawki? a wiesz czy chłopiec czy dziewczynka? Siedziałam i zaciskałam zęby żeby się nie rozpłakać. Cieszę się że jej się udało, ale jednocześnie taka ogromna zazdrość... trudne emocje, ciężko się tak żyje... I codziennie zastanawiam się jak długo jeszcze przyjdzie mi czekać na nasze małe szczęście...

2 komentarze (pokaż)
12 grudnia, 11:58

10dc. Jutro pierwszy monitoring w tym cyklu, wyjątkowo 2 dni później niż zawsze ale to i tak nie szkodzi bo cykle mam dość długie. Już zaczynam odczuwać stres, robię się nerwowa, byle impuls i wybuch gwarantowany. Najgorsze jest to życiowe "fuj", które odczuwam... Wszystko jest niedobre, niefajne, nie warte uwagi. W pracy nie mogę się skoncentrować. Wizytę u psychologa też odwołałam i dopiero po świętach pójdę. Doszłam do wniosku że przecież i tak to spotkanie nie miałoby sensu. No bo jedyne co mogłaby mi doradzić to żeby zająć głowę czymś innym... Ale jak to zrobić? Jak nie myśleć o tym że być może zbliża się czas owu i że to będzie szansa? Jak wyłączyć myślenie, kiedy czeka się już tak długo?

Kiedyś myślałam sobie że jak już będą rosły pęcherzyki to będę najszczęśliwsza na świecie - bo przecież coś się będzie działo. Jednak u mnie tak to nie działa niestety. U mnie albo wszystko albo nic. Jeśli nie zajdę w tym cyklu w ciążę, to po co mi owulacja... wiem... chore myślenie...

Mam nadzieje że to już ostatni cykl starań, że w końcu się uda... jeśli nie, to już sama nie wiem co robić. Uderzać dalej i ciągnąć to dalej, czy dać sobie trochę czasu i odpuścić na jakiś czas? Tylko czy będę potrafiła odpuścić? Coś muszę zrobić bo czuje się zmęczona tym życiem od cyklu do cyklu. To taki wieczny rollercoaster... Z euforii do depresji i na odwrót. Czasem to już sama siebie mam dość i tylko współczuję mojemu M że musi to znosić. Jeszcze tylko 28h i 45 min i się dowiem co dalej... Jeśli nie oszaleję do tego czasu z nerwów

4 komentarze (pokaż)
13 grudnia, 19:38

11 dc.

Już po wizycie. Pęcherzyk w prawym jajniku 12mm ale za to słabe endo bo tylko 0.34mm. Faktem jest, że zawsze na pierwszym monitoringu endo mam słabe a później przyrasta. Porównałam też wielkość pęcherzyków z dwóch poprzednich cykli i nawet wniosek jest pocieszający bo w tym dniu cyklu jeszcze nie miałam takiej wielkości pęcherzyka. Jednak nie potrafię się cieszyć. W pierwszym cyklu, którym cokolwiek urosło w prawym jajniku pęcherzyk po prostu zniknął. W drugim pęcherzyki były tylko w lewym jajniku i z nich była owulacja... Dlatego boję się że ten prawy jajnik jest za słaby i że nic z tego nie będzie. Chyba zabrakło mi pozytywnego myślenia...

No i dobił mnie mąż... Przywykłam że każdą wizytę odbębniam sama, nie powiem że nie jest mi czasami przykro jak patrzę na te wszystkie pary, na wspierających mężów, bo jest mi wtedy potwornie ciężko. Tym bardziej że każda wizyta to dla mnie ogromny stres. Po dzisiejszej wizycie zadzwoniłam do niego z zamiarem przekazania mu tego co lekarz powiedział na wizycie ale nie mógł rozmawiać bo jakieś problem y mają z hotelem, powiedział że oddzwoni. No i oddzwonił ale nie zapytał, zapomniał... Wiem, że jemu nie jest łatwo, że chce tego dziecka, cieszę się bardzo że on nie ma problemu i ma dobre parametry i nie musi się leczyć... Cieszę się że w tych najgorszych momentach mnie tuli, pociesza i zapewnia że będzie dobrze, że nawet jeśli nie będziemy mieli dziecka to będziemy razem i będziemy szczęśliwi we dwoje. Czasem po prostu czuję, że jestem sama w tym leczeniu. Potrzebuje w tym wsparcia. Rodzina i najlepsi przyjaciele wiedzą o moim problemie, ale nie chce im opowiadać o wizytach i ewentualnych postępach lub ich braku. Nie chce za każdym razem tłumaczyć że znowu nic z tego nie wyszło. Tak to błędne koło się zamyka... Bo jeśli nie mąż, nie rodzina to kto mi zostaje? Mogę tu przelać swoje smutki i żale i problemy. Daje to niewątpliwe ulgę, ale to nie to samo co żywa osoba, która przytuli, pocieszy czy pozwoli się wypłakać.

Nie potrafię zrozumieć siebie. Ten pęcherzyk naprawdę powinien mnie cieszyć. To już trzeci cykl pod rząd kiedy coś rośnie a drugi w którym pęcherzyk jest dość obiecujący. Tymczasem siedzę, piszę tutaj i łzy lecą jak oszalałe bo każdą komórką ciała czuję, że nic z tego nie będzie... Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje... Każdy pęcherzyk, nawet ten najmniejszy był dla mnie olbrzymim powodem do radości... A teraz? Co się ze mną dzieje? Najchętniej zakopałabym się pod kocem obejrzała najpierw Tytanica, potem Pearl Harbor a na końcu Armageddon i wylała morze łez ale jutro wyglądałabym jak zoombie a rano do pracy więc odpada... Swoją drogą zawsze mnie to dziwi, że w chwilach największego doła zamiast oglądać komedie na poprawę nastroju to ja mam ochotę na takie wyciskacze łez...

Ehhh... Czas kończyć.. W poniedziałek kolejny monitoring a do tego czasu trzeba się jakoś zorganizować.

Miłego wieczorku wszystkim

3 komentarze (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)