Pamiętniki Nieciekawy przypadek nadmiernej frustracji
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Nieciekawy przypadek nadmiernej frustracji
O mnie: W pamiętniku chcę dać upust emocjom związanym z niepłodnością. Chce pisać jak jest, a nie jest tak jakbym chciała. Cierpienie jakoś dziwnie nie uszlachetnia a robi z Ciebie oziębłą i zgorzkniałą piz..e.
Czas starania się o dziecko: w kwietniu 2020 będą 4 lata
Moja historia: 3,5 roku starań Wyniki: świetne, wszystko w porządku Nasienie: podejrzanie zajebis..e Liczba pozytywnych testów: 0 Liczba dni spoznionej miesiączki: 0 Liczba razy kiedy słyszałam że muszę wyluzować: >15 000 Liczba poważnych załamań nerwowych: 3
Moje emocje: Jestem niewiarygodnie spokojna, trzeźwo myśląca i zdeterminowana. Jak nigdy wcześniej przez ostatnie 3,5 roku starań

15 stycznia, 11:10

Przez 3 lata starań nie doszłam praktycznie do niczego. W skrócie było tak:
1.pół roku starań na luzie
2.wizyta u mojej ginekolożki: wszystko ok starać się dalej!
3.po roku starań - HSG - nic nie widać ale po HSG jest większa szansa - starać się dalej
4.po 3 nastepnych miesiącach - zmiana ginekologa na specjalistę od niepłodności - umawiamy się na laparoskopię za pół roku a przez ten czas się starać!
5.laparoskopia przekładana 2 razy przez pierdzi..lone infekcje (w tym czasie dowiaduje się że wszystkie moje znajome, kuzynki, bratowe,które już mają ofkors po 1 dziecku są w drugiej ciąży. Wszystkie. Na raz. Przeżywam pierwsze poważne załamanie nerwowe.)
6. Laparoskopia dochodzi do skutku po 2 latach starań. Endo ogniska usunięte, jajowody drożne - starać się.
7. Po 6 miesiącach od laparoskopii - wszystkie badania ok - na wszelki wypadek damy leki na obniżenie prolaktyny i sterydy. I starać się.
8. W grudniu 2018 mija rok od laparoskopii - badania w porządku. Owulacja jest - w 8 dc piękny pęcherzyk 14mm. Na wszelki wypadek podstymulujemy owulację - aromek 5tabs w 5 dc i starać się!

Teraz jestem w punkcie w którym najprawdopodobniej przeżywam drugie poważne załamanie nerwowe.
Przez te 3 lata bilans jest taki, że nie pamiętam już jak to jest nie wiedzieć który aktualnie ma się dzień cyklu. Mam na twarzy paskudną wysypkę od sterydów. Mój mąż czuje się pokrzywdzony ponieważ twierdzi że seks stał się instrumentalny i odbywany jedynie na potrzeby poczęcia - co nie jest prawdą, mój mąż ma skłonności do przesady, ale jestem zbyt zmęczona swoją zgryzotą, żeby jeszcze się zajmować jego wyimaginowanymi problemami. Mam szufladę pełną leków i dziadowskich suplementów które oczywiście nie działają, ale gdybym przestała brać któryś z nich to bym się obwiniala o to że z pewnością nie zaszłam w tym cyklu bo odstawiłam ten suplement!

Czuję i wiem że te starania bardzo mnie zmieniły jako człowieka. Zdaje sobie sprawę, że to wszystko ma mnie czegoś nauczyć, ale jeszcze nie odkryłam czego. Na razie tylko boli. I niszczy wszystko na co pracowałam tak długo - zdrowie, małżeństwo, psychikę, relacje z przyjaciółmi i rodziną, finanse, marzenia i plany.

Nie wiem czy ktoś będzie to czytał, ale dla własnego zdrowia psychicznego muszę przestać prowadzić sama ze sobą dyskusje w głowie. Być może wpisując je w to okienko zachowam ostatnie przyczółki normalności w moim życiu.

18 stycznia, 10:19

19dc
8dpo - ha! wiem który bo proga wczoraj badałam, a jakże!
Objawy ciążowe: wszystkie możliwe
Nastrój: 3/10

O nakręcaniu się.

Wiem że nie jestem w ciąży. Mój mózg przynajmniej oficjalnie tą wiadomość przyjął i zaakceptował.

Ale to że WIEM nie ma znaczenia. I tak się macam po cyckach (chyba bolą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, tak, ten prawy na pewno bardziej, jestem w ciąży jak nic!). I tak śledzę każdy skurcz w brzuchu (czy to wczorajszy bigos czy implantacja?). I tak śledzę śluz w poszukiwaniu mikrośladów krwi, które mogłyby wskazywać na implantacje. I tak jak mnie będzie bolała głowa to nie wezmę tabletki, bo a nuż... Każdy niepokojący, nietypowy objaw typu zapalenie pęcherza albo zatrucie nieświeżym śledzikiem jest odnotowywane w odmętach mojego chorego mózgu jako "potencjalne objawy ciąży".
I mimo że zawsze mam wszystkie objawy wypisywane na najróżniejszych forach to nigdy nie jestem w ciąży.
Dziwne że mój mózg niby to wie a jednak nie chce tego przyjąć do końca. Nakręcam się mimowolnie, gdzieś w podświadomości i zupełnie niezamierzenie.

Pamietam jak na początku starań robiłam namiętnie testy ciążowe. Za każdym razem biel razila w oczy i pozbawiała złudzeń. Zawsze się pocieszałam że przecież testy mogą kłamać, ale w moim przypadku zawsze miały rację, co potwierdzały skurcze i krwawienie nadchodzącego okresu.

Przestałam testować po mniej więcej roku. Nie chciałam się nakręcać. Okres i tak przyjdzie jak ma przyjść. Nie ma sensu wyć dwa razy - po negatywnym teście i po dostaniu okresu. Poza tym szkoda kasy. Teraz w mojej szafce leży test kupiony 2 lata temu. Już się prawie przeterminował. Obiecałam sobie że zatestuje gdyby okres mi się spoznial 1 dzień. Nigdy nie było takiej sytuacji.

Potem pamiętam że miałam fazę na psychologię pozytywną - mówiłam sobie: na pewno się uda! To jest twój cykl! Trzeba mocno w to wierzyć! Gadałam do brzucha. Patrzyłam sobie w oczy w lustrze w pierwszy dzień okresu i mówiłam: dziś jest pierwszy dzień ciąży, wierz w to! Wierzyłam. Nakręcałam się jak katarynka. Ale z każdym nadchodzącym okresem byłam bardziej wykończona. Wyłam i chodziłam do pracy opuchnięta jak pączek, wciskając wszystkim ściemę że mam chore zatoki.

W pewnym momencie doszlam do punktu w ktorym stwierdziłam że pozytywne myślenie nie uleczy mojej niepłodności. W myśl sentencji "Błogosławieni którzy nie oczekują, albowiem oni nie będą rozczarowani" wychodziłam z założenia że skoro nie spodziewam się ciąży to nie będę przeżywać jeżeli jej nie będzie. Powtarzalam sobie codziennie że nie jestem w ciąży. Ale w pracy po kryjomu czytałam forum ovu, macalam się po cyckach i na wszelki wypadek nie brałam tabletek przeciwbólowych. A jak przychodził okres to wyłam tak samo jak wcześniej i nadal wciskałam ściemę o chorych zatokach.

Najgorzej jest w tych cyklach w których jest jakaś zmiana w leczeniu. Wtedy nadzieja przebija się jakby śmielej do świadomości, myślisz: to może być to! I oczyma wyobraźni widzisz siebie jak piszesz na forum posta - Dziewczyny udało się, u mnie akurat pomogło..... (tu wstaw to co akurat zostało w terapii zmienione). Wtedy boli jakby ze zdwojoną siłą. I znowu starasz się nie pozwalać sobie na nadzieję, żeby tak nie bolało, ale i tak musisz potem symulować chore zatoki.

Nie ma opcji, żeby się nie nakręcać. Czasem myślę że przedawkowałam kwas foliowy i dlatego w mój mózg pracuje ciągle w trybie standby rozkminiajac czy jestem w ciąży czy nie. A jeśli tak to jak to będzie. A jeśli nie to co teraz będzie. Pracuję, robię zakupy, gotuję, ćwiczę aerobik, jestem na angielskim, prowadzę samochód a mózg w tle cały czas mieli ten temat. Udaję że prowadzę normalne życie, wykonuję czynności i obowiązki a tak naprawdę jestem zombie, w głowie tylko jeden temat.

Ja WIEM że nie jestem w ciąży. Nie chcę się nakręcać bo wiem że to potem boli.
Po 37 nieudanych cyklach powinnam zmądrzeć. Ale niechcący, w duchu się nakręcilam. Znowu.

23 stycznia, 10:59

24dc
Okres zbliża się wielkimi krokami.
Samopoczucie: -2/10

O przesadzaniu.

Według wszechmądrych kart Creightona powinnam okres dostać jutro. Według mojego samopoczucia - pojutrze. Zawsze przed okresem największy dołek i jednocześnie szczyt przedokresowych dolegliwości mam 2-3 dni przed okresem. Wczoraj niezbyt się czułam i dzisiaj nielepiej więc zobaczymy kto wygra i lepiej przewidzi 1dc.

Od następnego cyklu rozpoczynam brać letrozol. 5tabs w 5 dc. Zawsze co prawda miałam owulację, ale skoro pomysły się skończyły to próba nie strzelba. Mam spróbować przez 3 miesiące i właściwie jedyne co mnie martwi to że nie będę miała monitoringu w tym czasie. Wydaje mi się to kompletnie bez sensu.

Mam dzisiaj koszmarnego doła. Próbowałam się umówić do innych lekarzy - w Katowicach zapisy wstrzymane na kilka miesięcy, w Krakowie dostałam termin na 23 maja. Póki co nic wcześniej się nie zwolniło. Siedzę w pracy przy biurku i łykam łzy. Tzn. prawda jest taka że ryczę i muszę to jakoś niezgrabnie tuszować. Trochę się czaję za ekranem a troszkę udaję że krew mi leci z nosa.

Właściwie nic się nie stało. Tyle czasu już czekam że obiektywnie rzecz biorąc te parę miesięcy nie robi różnicy. Ale to również oznacza kolejne miesiące czekania, nerwów napiętych jak stringi na tyłku Kim Kardashian, ogłoszeń o ciążach innych ludzi, przedokresowych dołków, okresowych płaczów, pookresowych stresów i owulacyjnych ciśnień.
Jestem tym strasznie zmęczona i coraz ciężej mi nadal walczyć. Zniechęcenie i rezygnacja pożera mnie na przemian z coraz krótszymi i bardziej lichymi przebłyskami nadziei i motywacji.
Kto i jak długo jest w stanie wytrzymać taką huśtawkę? To trochę jak choroba afektywna dwubiegunowa - z tym, że rzuty depresji są coraz częstsze i coraz głębsze. I dodatkowo wszyscy wokoło Ci mówią że przesadzasz. Bo u mnie w rodzinie w ciążę się zachodzilo zanim się w ogóle weszło do łóżka więc dzieci były raczej utrapieniem. Bo co to znowu za tragedia nie mieć dzieci? Podróże, kariera - to jest wartość. Ciesz się życiem bez zobowiązań, dziewczyno!

Próbuję. Ale mi nie wychodzi. Bo czuję się gorsza, niepełnowartościowa, wstyd mi że nie potrafię tego co reszcie rodziny przychodzi z łatwością. Słyszę że przesadzam.

Pewnie racja, przesadzam. Ale przecież nikt nie trzyma w ogrodzie jabłonki, która nie rodzi jabłek. Czuję się dokładnie tak samo bezwartościowa.

Podczas mojego pierwszego slynnego załamania nerwowego szukałam w internecie jakiejś pomocy psychologicznej w związku z emocjami w niepłodności. Jakichś artykułów, opracowań, książek. Zapamiętałam z tego co przecztałam 2 rzeczy:
1. Poziom stresu podczas dlugich nieudanych starań o dziecko jest porównywalny z tym, którego doświadczają osoby ciężko chore - np. w chorobie nowotworowej
2. Jeżeli starasz się o dziecko przez 37 cykli to tak jakbyś 37 razy przeżyła stratę bliskiej osoby - bo emocje względem dziecka które chcesz począć są realne, nie ma znaczenia że ono nie istnieje - myślisz o nim, planujesz, kochasz je tak jakby było rzeczywistą osobą. I ta strata jest realna.

Nikt nie mówi osobie chorej albo takiej która straciła kogoś bliskiego że przesadza.
Ale nikt kto nie przeżył zmagania z niepłodnością nie zrozumie tego bólu. Dla nich zawsze będę "przesadzać".

24 stycznia, 21:23

1dc
Creighton : Wilga
1:0

28 stycznia, 16:03

5dc
Samopoczucie: 4/10

Dzisiaj 5 dc. Działam ostro z wiesiołkiem i lnem. I z wodą. Dzisiaj mam wziąć letrozol i mam wielką nadzieję że coś z tym sluzem ruszy w dobrą stronę.
Od 3 dni boli mnie głowa. I mam w związku z tym trochę mdłości. Zrezygnowałam z wzięcia letrozolu rano bo bałam się że zwymiotuję. Nie chciałam brać nic na ból głowy, bo ostatnio podczas okresu zjadłam ogromne ilości tabletek przeciwbólowych, ale żeby w ogóle coś zrobić dzisiaj w pracy musiałam się wspomóc paracetamolem. Jeszcze trochę boli ale przynajmniej mogę udawać że coś robię.
Martwią mnie te okresy coraz bardziej bolesne. Od laparoskopii minął rok i czuję że jest coraz gorzej - endomenda wróciła pewnie ze zdwojoną siłą. Każdy okres czuję jakbym w dole brzucha miała jedną wielką krwawiącą ranę (co w sumie jest faktem) a mój organizm chciałby ją wyrzucić z siebie w potwornych skurczach.

Staram się nastawić dobrze do tego letrozolu i pozwolić sobie nawet na trochę nadziei. Tak czy siak będzie ryk, więc może jak się lepiej nastawię to zwiększę swoje szanse. Mam taki plan że 3 cykle spróbuję z tym lekiem czyli do kwietnia, a jeżeli nic z tego nie wyniknie to już w maju mam wizytę u innego lekarza. Wtedy będzie to krok w kierunku IVF ale nie ma wyjścia trzeba stanąć w prawdzie przed samą sobą że to jedyna droga w kierunku posiadania własnych biologicznych dzieci. Czasem myślę że mogłabym z tego w sumie zrezygnować, ale mój mąż - on nie jest niczemu winien, ma nasienie jakości premium i z inną kobietą miałby już pewnie gromadkę dzieci, więc dla niego chcę się starać i chyba tylko dlatego mam jeszcze siłę walczyć. Inaczej pewnie bym tym wszystkim "w ciul pierdykła".

29 stycznia, 11:42

6dc
Samopoczucie 1/10

Okropny sen dzisiaj miałam. Śniło mi się że chodzę do mojego ginekologa bo prawdopodobnie jestem w ciąży ale na usg nic nie widać i badania wychodzą źle. Wiem w tym śnie że wszystko jest bardzo nie w porządku, ale mój dr nie chce mi nic powiedzieć, pobiera tylko jakieś głupie cytologie i proponuje żebym poszła do innego lekarza. A ja się wałęsam po mieście z tymi próbami pobranymi z cytologii i w końcu się gubię, nie wiem gdzie jestem.

Nie wiem czy może ten sen to dlatego że brałam wczoraj po raz pierwszy letrozol? Rano też niezbyt się czułam wszystko mi wypadało z rąk i czułam że mi strasznie gorąco. A teraz mam wrażenie że mnie kłują jajniki. Albo moja podświadomość robi ze głupka, wszystko możliwe.

Naprawdę chciałabym zasnąć i obudzić się jak to wszystko się skończy.

1 lutego, 13:43

8dc
Samopoczucie -10/10

W normalnym cyklu już od 2 dni bym miała płodny śluz. A w cyklu w którym śluz miał być lepszy nie ma ani kropli. Nie wiem co jest grane. Może jeszcze się rozkręci? Brzuch trochę czasem kłuje więc może coś się tam dzieje w ukryciu.

Żebym nie miała za dobrze w życiu to na domiar złego złapałam grypę - wczoraj po południu było wszystko ok, nawet poszłam na fitness a wieczorem totalna rozwałka i pół nocy nieprzespane. Dzisiaj oczywiście MUSIAŁAM iść do pracy więc siedzę jak zombi i modlę się do zegarka. Nie wiem czy to przeziębienie nie wpłynęło na rozwój cyklu? A jeśli śluz się dzisiaj pojawi to jak będziemy działać skoro jestem taka zagrypiona?

W każdym razie plan na dziś jest taki żeby po pracy walnąć się do łóżka i spać do oporu.

4 lutego, 12:48

UWAGA BĘDZIE DRAMA
nie wiem który dzień cyklu chyba 10 (?)
Samopoczucie: poza skalą

Takie "przygody" jak pisze życie to choćbym chciała to nie wymyślę. W piatek po pracy wdrożyłam program pt "Wilga zdrowa najdalej do poniedziałku" szpikowałam się najróżniejszymi witaminami, herbatkami, syropkami i czym tam jeszcze, byle przez weekend ogarnąć sprawę grypy i wrócić do pracy. Niestety. W sobotę czułam się gorzej i cały dzień przelezałam, chciałam się porządnie wypocic i nabrać sił. Czułam niestety że na domiar złego, pewnie z osłabienia bierze mnie zapalenie pęcherza. W niedziele około 6 rano przebudziłam się i strasznie chciało mi się pić, gardło mnie potwornie bolało no i jak to przy zapaleniu pęcherza - chciało mi się sikac. Mąż jeszcze spał. Poczłapałam więc w pierwszej kolejności się wysikac. Wstając z ubikacji poczułam zawroty głowy, tak jak się czuje jak się zbyt szybko wstaje, więc usiadłam na kibelku z powrotem i .....

Następne co pamiętam to że mój mąż mnie cuci i zbiera z podłogi. A ja duszę się i z mojego nosa lecą krew wali jak z kranu (wysmarowałam nią wszystkie ręczniki). Okazało się, że chyba z tej choroby i osłabienia straciłam przytomność i upadając rozbiłam sobie nos. Mąż usłyszał jak upadałam bo nogą trąciłam spray odświeżający powietrze, ale musiał mieć niezłego stresa jak mnie znalazl na podłodze w łazience leżącą twarzą do dołu. Nie mogłam ruszyć nogami ani rękami, mąż zatargał mnie na łóżko i wezwał pogotowie. Zanim przyjechali krążenie w kończynach wróciło i byłam już w stanie się poruszać ale oczywiście zabrudziłam krwią całą pościel. W każdym razie zabrali mnie na pogotowie bo miałam trochę niemiarową prace serca no i ten nos rozbity, czyli podejrzenie urazu głowy. Na izbie spędziłam 6 godzin, w tym 2h czekałam na wyniki bety (glupki uparli się robić chociaz im mówiłam, że no way, ja nigdy nie jestem w ciąży). Beta wyszła negatywna (cóż za zaskoczenie!), więc porobili mi wszystkie prześwietlenia, rentgeny, tomografie i co im tam jeszcze przyszło do głowy. Wyszło że nos jest złamany (!). Za 4 dni będę musiała iść do laryngologa, jak zejdzie opuchlizna, żeby sprawdził czy na pewno nie trzeba nastawiać. Modlę się żeby nie. A no i jeszcze jak mi obmacywali brzuch stwierdzili że twardy. Mówiłam im że to pewnie pęcherzyki, bo miałam stymulowany cykl (jeden z ratowników myślał że mówię o pęcherzyku żólciowym, hehehe taka anegdotka), albo zapalenie pęcherza, ale uparli się robić usg jamy brzusznej. Oczywiście nic nie wyszło (kolejne zaskoczenie!), ale w trakcie badania moje bezpłodne ucho wychwycilo stwierdzenie "zmiany czynnosciowe w lewym jajniku" od razu chciałam pociągnąć temat (coś w stylu monitoring cyklu za free) ale przez powłoki brzuszne słabo widać więc usłyszałam tylko że pęcherzyków jest kilka w lewym jajniku. Aha i zrobili badanie moczu i wyszło że mam zapalenie pęcherza. Finalnie dostałam jeszcze 3 wlewy - PWE, glukozę i ketonal i wypuścili mnie do domku.

Mam chorobowe do końca tygodnia więc leżę i się męczę. Męczę się bo nie mogę oddychać przez nos z powodu kataru a nie wydmucham nosa bo tak strasznie boli. Plus - mam w środku pełno skrzepów. Oprócz tego nadal bóli mnie gardło i mam gorączkę. Mąż się mną strasznie biedny przejął i teraz mi nie pozwala samej chodzić na siku. Nie mogę jeść bo się duszę bo mam niedrożny nos i dodatkowo zupełnie nie czuję smaku niczego. Jak widzicie atmosfera zdecydowanie nie sprzyja staraniom, więc pewnie w tym miesiącu odpuscimy :( troche głupio uprawiać seks ze złamanym nosem. Poza tym dostałam antybiotyk na pęcherz.
A co najlepsze - przez te wszystkie dni cały czas bacznie obserwuję śluz (nawet jak na izbie kazali mi się wysikac do kubeczka to obczajałam) i nic - ani kropli czegoś co można by choć w przybliżeniu nazwać płodnym. Tak że odpuszczenie wydaje się najlepszą decyzją biorąc pod uwagę okoliczności. Trochę nawet ulgę poczułam jak to napisałam :)

Także takie miałam przygody w weekend. Mam nadzieję że jednak u Was trochę było spokojniej :)

7 listopada, 15:55

21 dc
Triumfalny powrót do zwierzania się w okienku po 9 miesiącach nieobecności
Nie, nie urodziłam w tym czasie dziecka.
Nie, nadal nie jestem w ciąży.

W wielkim skrócie:
Luty- wykurowałam złamany nos i wróciłam do pracy. Nie udało się zajść w ciąże co było do przewidzenia.
Marzec- przeżyłam załamanie nerwowe i pojechałam na dni skupienia. Było super i uspokoiłam się wewnętrznie. Oczywiście nie zaszłam w ciąże.
Kwiecień - byłam u lekarza i okazało się że wszystko ok i teraz przez 3 następne miesiące mam robić monitoring cyklu (sic!). Wkurwiłam się i nie zaszłam w ciąże. U tego lekarza się już więcej nie pojawiłam jak to się po czasie okazało.
Maj - byłam na monitoringu i potwierdziłam kolejny raz w moim życiu piękną bezproblemową owulację. Współżycie oczywiście było kiedy trzeba. Ale jakoś nie zaszłam w ciąże.
Czerwiec - byłam po pierwszej wizycie w Artvimedzie w Krk. Doktor stwierdził że przyczyną jest pewnie endometrioza. Kazał nie wymyślać za bardzo, zalecił max 3 IUI a potem myśleć o IVF. Moja 10 lat młodsza kuzynka zaszła w ciąże i modliłam się bardzo żebym tez zaszła żeby nie przeżywać takiego upokorzenia w rodzinie. Okres pojawił się jak w zegarku.
Lipiec - robiłam badania pod IUI (oczywiście nie bez przygód) i podeszłam do pierwszego IUI. Warunki były idealne, nasienie fantastyczne. Nie zaszłam w ciąże.
Sierpień- klinika zamknięta więc odpoczywałam. Spotkałam moją kuzynkę w ciąży i się nie rozpłakałam publicznie. Nie zaszłam w ciąże.
Wrzesień - podeszłam do drugiego IUI. Było równie udane jak pierwsze.
Październik - umarł mój dziadek. Tak się mówi ze jak ktoś umiera to robi miejsce dla kogoś innego. Dostałam okres w dzień pogrzebu.

Teraz mamy listopad i jestem po pierwszej wizycie przed IVF na której dostałam rozpiskę jak stosować leki do stymulacji. Zaczęłam brać Estrofem i już od 2dc będę się kłuć. Jestem dziwnie spokojna i zdeterminowana, a myślałam ze będę kłębkiem nerwów. Liczę ze następny okres będzie ostatni a przed świetami już będę miała malucha w brzuchu.

Mój mąż oczywiście miał w moędzuczasie kryzys ze będziemy mieć „dziecko z probówki”, ale to był chyba tylko chwilowy rzut. Powiedziałam mu ze nie będę naciskać na IVF że to musi być nasza wspólna decyzja. Trudno się z tym pogodzić ze jednak mimo najlepszych chęci nie zaskoczy naturalnie. Potem się zreflektował i jak mówiłam ze pewnie spróbujemy tylko jednej procedury to żachnął się że będziemy próbować do skutku. Zobaczymy. U doktora na wizycie już był grzeczny i konkretny.

A no i ostatnie. Przez te miesiące dużo gadałam do Boga. Najpierw było ok, później trochę się gniewałam, potem trochę żałowałam. Przeprosiłam go za to że nie mam tyle siły żeby unieść tą niepłodność i nie decydować się na IVF. Nie mam takiej łaski żeby się pogodzić z tą sytuacją. Nie chcę swoją niemocą obciążać mojego męża. Nie chce wiedzieć ze być może miałam szanse na macierzyństwo której nie wykorzystałam. Mam nadzieję że się nie gniewa na mnie no i mimo wszystko będzie ze mną w tej całej procedurze.

15 listopada, 16:53

1dc

Od jutra stymulacja.
Doczekałam się w końcu.
Czuje ze pozwalam sobie mieć nadzieję na ciąże. Jest realna szansa ze jak wszystko pójdzie dobrze to przed świetami będę mieć swoje małe serduszko. Oczywiście jest równie wielka szansa ze coś się zjebie po drodze, ale na razie myśle pozytywnie, nie panikuje i nie myśle o tym jak wiele rzeczy może pójść nie tak. I jak ja to przeżyję jeżeli się jednak nie uda.
Zatem pozornie jestem spokojna ale powieka mi skacze co jest niezawodnym znakiem ze pod powierzchnią coś się dzieje.
Przed mężem gram odważną - nie chce żeby wiedział ile naprawdę mnie to kosztuje - wole żeby myślał ze jestem dzielna i dobrze to wszystko znoszę.
W pracy mam taki młyn ze lista zadań tylko się wydłuża. Najgorszy moment żeby brać wolne dni - szefowa kręciła nosem jak mówiłam ze potrzebuje pół dnia urlopu.
Ponadto- nie wiem co nam strzeliło do głowy - kupiliśmy nowy samochód - to już naprawdę był najwyższy czas bo jeździmy trupami - mąż 15 letnim a ja 19 letnim- ale po raz pierwszy w życiu obawiam się trochę ze stracimy płynność finansową. Na procedurę niby kasa jest zamrożona ale w połowie grudnia mamy zamówionego płytkarza i szpachlowanie regipsów - ciężko będzie ze wszystkim nastarczyć.

18 listopada, 10:37

4 dc
3 dzień stymulacji do IVF

Nic nie czuje żeby było inaczej - czuje się zupełnie normalnie. Spodziewałam się raczej ze będzie mi słabo, będę miała uderzenia gorąca albo rozpierający ból w brzuchu. Nic z tych rzeczy.
Mąż dzielnie robi zastrzyki.
Myśle o procedurze 24/7. W kółko Miele w głowie możliwe scenariusze. Obecnie na tapecie temat: jajka na pewno nie rosną. Nie panikuje. Nie ekscytuję się. Tylko cały czas o tym myśle. Spokojnie się zamartwiam. Powieka mi dalej skacze.
W środę podglądamy co tam urosło.

20 listopada, 22:14

6dc
5 dzień stymulacji

Dziś podglad usg i na lewym jajniku 4 pecherzyki a na prawym 8. Doktore mówi ze z czasem cześć odpadnie i finalnie będzie mniej. Największy miał 9 mm i Dr twierdzi ze super. Stymulacja dobrze dobrana - dalej tak samo. Endo 6 mm - nędza ale nigdy nie miałam z nim problemu wiec bankowo jeszcze urośnie. W piątek znowu podglądamy. W poniedziałek tez - pewnie ostatni raz i wtorek lub środa wypada punkcją. Cieszę się na maksa i w ogóle się nie martwię - to mnie przeraża bo wolałabym mieć jednak trochę dystansu żeby tak nie przezywać jak coś nie wyjdzie ale nie jestem w stanie sobie racjonalnie przetłumaczyć. Cieszę się i już.
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)