Pamiętniki Starania o pierwsze dziecko po wycięciu tarczycy 23.08.2017r
Dodaj do ulubionych
‹‹ 4 5 6 7 8

26 września 2018, 09:50

40 tc (39+0), do terminu porodu został tydz.
Młoda waży ponad 3400g (uff), gin już przestał twierdzić, ze gigantem nie będzie;) muszę dopakować do torby szpitalnej ze dwa pajace na roz. 62, tak na wszelki wypadek. Przepływy spoko, łożysko ma już drugi stopień dojrzałości (ponoć jak na ten tydz to ok), wód płodowych też jest tyle ile powinno być. Szyjka ponoć jeszcze wysoko, objawów porodowych jakiś znaczących nie widać (6 dni temu byłam już ponoć w połowie porodu; I love NFZ hehe). Młoda ułożona główką do dołu, raczej już się nie odwróci, bo nie ma miejsca. Generalnie zostało czekanie.
Zapytałam wczoraj doktorka o sex, uśmiał się z nas, ale pozwolił;) Ł. to się tak oczy zaświeciły po tej inf, ze szok hehe Miałam z niego niezły ubaw;) W kazdym razie wczoraj pierwszy punkt planu na wywołanie porodu został zaliczony haha Bałam się, ze bedzie dziwnie, albo bedzie bolało, ale było naprawdę spoko:) Tak to ja ten poród mogę wywoływać cały tydzień;) dzisiaj wprowadzam również pozostałe punkty, zobaczymy co to da:)

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 września 2018, 09:52

28 września 2018, 10:40

40 tc (39+2), 5 dni do terminu porodu, na wadze + 12kg.
Wczoraj ktg ponoć pięknie wyszło, są jakieś tam skurcze, ale nie jakieś tam spektakularne. Pani doktor (mój Jasiek nadal na urlopie, bo ponoć kandyduje w wyborach samorządowych) nadal twierdzi, ze połową porodu już za mną (od tyg niby rodze i jakoś efektu brak...), macica ponoć pięknie współpracuje, brzuch nisko. Nie wiem sama co mam o tym myśleć:/ Młoda wieczorem tak mnie dziubała, ze już się zastanawiałam czy czasem się nie zaczyna poród. Myślałam, ze mi spojenie łonowe i miednice rozerwie;) dzisiaj wstałam jak nowo narodzona więc to nie było to:) w każdym razie podejście miałam zajebiste: wzięłam ciepły prysznic, posiedziałam z nogami w górze, wypiłam meliskę i poszłam spać. Oby tak dalej:)

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 września 2018, 10:44

29 września 2018, 14:36

40 tc (39+3), 4 dni do terminu porodu
Wczoraj znowu się działo - od 16.00 młoda dziubała mnie po kroczu ze straszną siłą i uporczywością. Bolał mnie brzuch, miednica, spojenie łonowe, krzyż, pachwiny i lewa noga ( do niej cały ból promieniował). Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie pomagało ani siedzenie, ani stanie, ani chodzenie, ani klęczenie, ani leżenie:/ Już drugi raz myślałam, że się zaczyna, ale koło 19.00 przeszło... Potem od 19.00 do 21.30 młoda nie dawała znaku życia, miałam schizy, że udusiła się pępowiną:/ Już byłam jedną nogą w szpitalu... na szczęście o 22.00 udało nam się ją obudzić (piłam zimną wodę, leżałam na lewym boku, zjadłam słodkie i pikantne). Potem jak chciałam iść spać to ona się rozbudziła, jednak po kilku przewrotkach z lewej na prawą w końcu koło 23.00 usnęła. Spała tylko do 2.00, tak szalała, ze ja miałam po spaniu... O 5.00 zjadłam śniadanie, przez te 3h łaziłam po mieszkaniu, czytałam, żeby tylko poszła spać. Ł. taki niby czujny, zwarty i gotowy na wszystko nawet się nie obudził. Słyszałam tylko jak chrapią na zmianę z psem hehe Młoda dopiero koło 5.30 odpuściła i spałyśmy do 8.00:) Oczywiście wstałam kolejny raz jak nowo narodzona (oprócz niewyspania), niemająca żadnych objawów porodowych... Nie wiem co to wczoraj było - to nie były jej godziny na dziubanie. Czyżby czuła już coś czego ja jeszcze nie czuje? A może jej się dzień z nocą pomerdolił... Tylko czemu??? Każdy mi się pyta czy to były skurcze, a ja po prostu nie wiem (bo niby skąd?), w każdym razie co by to nie było bolało jak jasna cholera:/ A możecie mi wierzyć, że odporna na ból jestem.
Generalnie nie zamierzam sobie jakoś bardzo psuć humoru rozmyślaniami. Od rana jestem na nogach: zrobiłam zakupy, osobiście poskładałam wszystkim chłopakom z otoczenia życzenia na Dzień Chłopaka (plus dostali 3 piwka rzemieślnicze na głowę) - także się całe do południe najeździłam i nałaziłam. Dzisiaj jeszcze wpadają teściowie z wizytą więc muszę jakieś ciasto ogarnąć itp. Do tego w międzyczasie robię młodej album pamiątkowy (wkleiłam zdjęcia z usg, rodziny, naszych dwóch mieszkań, aut, jej wózka, sesji brzuszkowej, naszych wycieczek itp.) - mega fun mam przy tym, do tego mam zajęcie, które odciąga moją uwagę od porodu:)
Zobaczymy jak to wszystko się samo potoczy - muszę się po prostu dać ponieść wydarzeniom i tyle:) Na poród w każdym razie jestem już nastawiona, szczerze mówiąc po ostatnich akcjach chce go mieć już za sobą. Męczą mnie już te dolegliwości przedporodowe (oprócz bólu związanego z dziubaniem młodej to ciągnięcie brzucha, dyskomfort kręgosłupa w górnej części, ciągłe sikanie, bezsenność, delikatne ale uciążliwe puchnięcie kostek, problem z założeniem butów, dziwne jakieś biegunki, dużo śluzu - niby gęstego ale takiego lejącego się jednocześnie itp.). Na szczęście mogę być jeszcze kierowcą i dzięki temu jestem w miarę samodzielna.
Martwi mnie tylko jedno: skierowanie do tego szpitala prywatnego mam dopiero na 08.10. czyli będę wtedy już w 41 tyg ciąży (40+5). Wtedy zrobią mi ktg i ewentualnie zadecydują o indukcji oksytocyną. Dopiero wtedy:/ Jak mi się sam poród nie ruszy do będę w ciemnej dupie:/ Przenoszenie strasznie mnie przeraża - tym bardziej o aż 5 dni! W tym czasie nie mam umówionego już usg, wiec nie będę wiedziała co się dzieje z łożyskiem, przepływami, ile jest wód płodowych... Cholera niech się samo zaczyna, bo wpadnę w kolejną paranoje:/

3 października 2018, 13:40

Witaj terminie porodu, witaj 41 tygodniu... Nic się nie dzieje. Kompletnie NIC. Oby to była cisza przed burzą. I to taką samoistną, z piorunami i gradem...
Wczoraj skończyłam 40 tydz i to z przytupem:/ Od 21.00 do 23.00 łaziłam po ścianach z bólu. W miednicy, spojeniu łonowym, pachwinach i na zmianę raz w lewej, raz w prawej nodze czułam coś na kształt przechodzących prądów. Ból zabierał mi czucie w nogach. O tym co działo się z kroczem i żebrami już nawet nie wspominam... Nic nie pomagało. Nawet ciepły prysznic, skakanie na piłce, zrobienie kilometrów po mieszkaniu, klęczenie, siedzenie, bujanie, leżenie i milion rożnych innych rzeczy. Byłam święcie przekonana, że oprócz tego, że młoda wariowała to musiały temu towarzyszyć skurcze, bo to przecież niemożliwe żeby mnie tak poskładało... Tym bardziej, że chwilami z bólu, nie byłam w stanie zebrać myśli, miałam po prostu w głowie czarną dziurę... Dzisiaj na ktg okazało się jednak, że skurczy można powiedzieć nie ma. Gin mnie nawet nie badał, bo niby po co:/ Czyli wczorajsze męki zawdzięczam wyłącznie naszej kochanej córeczce... Coś czuje, że szykuje się wywoływanie porodu, a jak to nic nie da to cc. Jak ja wytrzymam te wieczorne harce młodej to nie wiem. A przede mną może nawet i 2 tyg czekania... W każdym razie gin z rozbrajającą szczerością stwierdził, że brzuch mam mały - wyglądam na 6-7 miesiąc ciąży, dzidzia jest stosunkowo duża, ma z każdym dniem mniej miejsca i będzie tylko gorzej... Potem tylko poród, połóg i będzie tylko lepiej... Oczywiście tylko jeśli chodzi o ból:) Super, pocieszyło mnie to jak cholera hehe
Jakby tego wszystkiego było mało to u nas w przychodni chodzą słuchy, że ten mój szpital prywatny ma jakieś problemy z przyjmowaniem pacjentek na NFZ (kończy się kontrakt, czy nie dostali jakiś zwrotów za wykonane usługi - niby nikt nic nie wie, ale czuć, że będzie z tego niezły dym). Muszę tam dzisiaj zadzwonić i podpytać (na razie ręce, nogi i gacie mi opadły wiec nie mam weny). Nie widzi mi się w 41 tyg szukać innego szpitala, jeździć na wizyty kwalifikacyjne itp.... albo liczyć, że w szpitalu państwowym nas nie zmasakrują... Na szczęście po wczorajszym nie mam siły się bać. Pewnie wiele razy przyjdzie mi to jeszcze odszczekać, ale teraz chcę tylko samorozbujowującego się porodu!!!
Jak tak czytam te moje ostatnie wpisy to strasznie smęcę i smęcę... Muszę się chyba sama kopnąć w tyłek, bo siara;) Normalnie jakieś ciepłe kluchy ze mnie wyłażą, a to do mnie nie podobne:)

3 października 2018, 20:22

Kupiłam sobie na pocieszenie kilka rzeczy dla młodej: dwa kaftaniki na roz. 62, spiworek do spania 0-6 m-cy, śpiwór do fotelika (taki zimowy)z dziurami na pasy. Do tego zjadłam z 6kostek ptasiego mleczka i zły nastrój minął jak ręką odjął hehe właśnie wszystko się pierze, jutro wyprasuje i jestem na maxa gotowa do porodu. A i jeszcze taką dużą (180x180) matę piankową kupiłam. Musi się na niej zmieścić i dziecię i znając życie pies;)
Do szpitala oczywiście się nie dodzwoniłam, ale spokojnie to dopiero 41tydz ciąży, mam czas;)

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2018, 20:23

8 października 2018, 03:07

Dnia 05.10 po 17h porodu naturalnego, 10cm rozwarciu, 2h skurczy partych, widocznej główce przyszła na świat przez cc nasza kochana córeczka Oliwia:) Miała 54cm, waga 3460, dostała 10/10 punktów:) poród do łatwych nie należał, jutro postaram się go opisać. A teraz idę do mojej gwiazdy zmienić pieluchę:)

Wiadomość wyedytowana przez autora 11 października 2018, 12:54

11 października 2018, 12:54

Dziękuję za gratulacje:)


Marzę o czekoladzie gorzkiej z orzechami i zajęciach zumby. Na razie nie mam czasu więcej napisać;)

12 października 2018, 12:46

Poród cz.I
05.10 o godzinie 05.00 obudziłam się z całymi mokrymi udami, jakimś cudem od razu wiedziałam, że to wody płodowe mi odeszły. Poszłam do toalety i siknęły mi jeszcze raz. Pojawiła się krew więc wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Obudziłam Ł. Poszłam pod prysznic , umyłam głowę, Ł. mnie ogolił, obcięłam sobie paznokcie, wybalsamowałam ciało, posiedzieliśmy, pogadaliśmy i zaczęłam czuć skurcze co 6-10 min. Strasznie się stresowałam, że to wszystko (skurcze, wody, krew) są jakieś moje urojenia więc zdecydowałam, że pojedziemy do mojej przychodni, żeby zrobić ktg i żeby ktoś mnie zbadał. Wizyta u lekarz rozwiała moje wątpliwości – poród się zaczął i nie było już odwrotu;) Pojechaliśmy na szpital. Zbadali mnie – miałam już 4cm rozwarcia, więc zostałam przyjęta. Zaprowadzili nas do jednoosobowej sali porodowej z tymi wszystkimi bajerami – nowoczesne, elektryczne łóżko, prysznic, piłki, worki sako, łazienka itp. Koło 15 miałam już 6 cm rozwarcia, ale jakoś jeszcze się trzymałam. Polożna zapytała czy chcę znieczulenie, bo później może być za późno więc chciałam. Później koło 3h miałam spokój ze skurczami brzucha i kręgosłupa, ale zaczęłam czuć skurcze parte. Koło 20.00 miałam już 8 cm rozwarcia dostałam małą dawkę znieczulenia i to był chyba pierwszy błąd. Znieczulenie nic mi nie dawało – parte czułam już jak diabli. O tej 20.00 nastąpiła zmiana położnej, która uważam skopała mi poród naturalny:/ Od razu po tej małej dawce znieczulenia włączyła mi oxy, bo niby skurcze słabły (czułam co innego), poród się zatrzymał blablabla Ja tam jestem zdania, że chciała mnie szybko mieć z głowy żeby nie rodzić ze mną całej nocy. Po podaniu oxy rozwarcie zrobiło się na 10cm i zaczęłam przeć. I to były najgorsze 2-2,5 godz. w moim życiu. Przerobiłam każdą możliwą pozycję (żabka, leżenie na boku z nogą na godz. 9.00, stojącą, stojącą z pochyleniem, kucającą, kucającą z zawieszeniem na takim pałąku itp.). Krwi było tyle, że można było kaszankę na festyn zrobić hehe W każdym razie w ostatnich dwóch godzinach w moim porodzie uczestniczyły dwie panie doktor i trzy położne. Skurcze były praktycznie co chwilę, a w przerwach one mnie na chama badały (każda po kolei chciała zobaczyć jak to wygląda). I tak bez przerwy przez te 2-2,5h, bez żadnej przerwy (albo bolało mnie badanie, albo skurcz, 0 odpoczynku nawet sekundowego). Do tego co drugi skurcz zabraniały mi przeć (ale k*urwa niby jak?), kazały oddychać. I tylko mi przez te 2h ciągle gadały, że widać już główkę dziecka, mogę jej dotknąć i teraz to już z górki. Do tego wszystkiego ciągle coś szeptały między sobą (więc czułam, że coś jest nie tak jak być powinno) i widziałam w ich spojrzeniach takie politowanie, że to niby już koniec, a ja błagam o cesarkę. Z górki taaa jasne:/ Pod koniec błagałam, żeby mnie dobiły lub zrobiły mi cesarkę. Miałam tak dość wszystkiego, że było mi wszystko jedno co ze mną zrobią. W końcu przed 23.00 zapadła decyzja o cc. Ale to nie był koniec mojego koszmaru… Na salę operacyjną musiałam przejść sama (krew lała mi się po nogach), tam mnie przywiązali do stołu i czekali koło 20 min. na anestezjologa. Potem zanim on się zabrał do znieczulenia… Najpierw musiały być pogaduszki, przywitania itp. Ja przywiązana, leżąca na płasko, wijąca się w ciągłych partych, drąca się tam jakby mnie zarzynali czekałam jakieś 30-40 min. do momentu aż znieczulenie zaczęło działać. Nie wiem czy chcieli mnie ukarać za to, że zrobiłam im dodatkowej roboty czy co…
C.D.N.

15 października 2018, 18:36

Poród/szpital cz.2
Podczas cesarski czułam co mi robią, ale przynajmniej obyło się bez bólu. Jak wyciągnęli małą to ją wytarli i położyli mi na na szyi. Potem zabrali na stanowisko i ją tam ogarneli. Boli mnie to, ze Ł. nie przeciął pępowiny:/ W każdym razie jak mnie szyli to on dostał młodą na pierś i odbył koło pół godzinne kangurowanie:) Jak mnie przywieźli to od razu ją przejęłam, dostawiłam do piersi i tak już zostałyśmy do jakiejś 3 nad ranem. Położne chciały ją później zabrać, ale się nie zgodziłam, dlatego została ze mną do rana. W szpitalu było ciężko, choć Ł. siedział od rana do wieczora. Noce były koszmarne, zero pomocy ze strony położnych, Oliwia płakała, nie miałam nawet kropli mleka -jednym słowem masakra. I to wszystko w szpitalu prywatnym... Instytucja doradcy laktacyjnego nie istnieje, pomocy żadnej, obchody to jakaś farsa, dezinformacja, na badania przesiewowe nie można iść z dzieckiem -dramat:/
I teraz kilka słów na temat przyczyn nieudanego sn: za szybko od podania drugiej dawki znieczulenia dostałam oxy, za bardzo przeciągneli w czasie parte, młoda zaklinowała się o moją kość na ostatnim zakręcie, dlatego nie mogła wyjść. Gdyby miała pepowine owiniętą wokół szyi to by się urodziła skrajnie niedotleniona lub wręcz mogłaby się udusić:/ Opcja druga to gdyby kazali mi dalej przeć to w końcu złamałabym/zmiażdżyła jej nos:/ Po porodzie miała dwie głębokie rysy na czole, siniaka między brwiami, opuchnięte oczy (jedno nadal ropieje), dwie małe dziurki na główce (wgniecenie od kości), wgniecenie ciemiączko. I teraz najlepsze od 8 cm rozwarcia powinni mi pilnie zrobić cc, bo już było wiadomo ze jest duża niewspółmierność i po prostu nie mam szans urodzić jej naturalnie. Myślicie, ze ktoś mnie przeprosił?? Nic. 0. Zostałam tylko poinformowana. I tyle... W pierwszej chwili miałam ochotę rozszarpać połowę personelu, ale emocje opadły, młoda jest ze ną, nie mam ochoty i siły się z konowałami szarpać... Jestem z woj. łódzkiego, w Łodzi są tylko dwa szpitale prywatne z kontraktem z NFZ. Jeśli, ktoraś jest zainteresowana gdzie rodziłam to napiszę na priv. To tyle jeśli chodzi o najpiękniejszy dzień w moim życiu:/
Podsumuje to tylko jednym: ja już po cesarce powiedziałam, ze chce drugie. Mój Ł. stwierdził, ze tylko Oliwka i koniec. Ewentualnie poród prywatny. Do teraz się jeszcze z tego wszystkiego nie otrząsnął...

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 października 2018, 19:30

17 listopada 2018, 21:07

Oliwka ma już 6 tyg:)
W ciąży przytyłam 13kg, schudłam już 11:)
Krótko co u nas się działo przez te 6 tyg:
Czas w szpitalu i zaraz po szpitalu był ciężki... Rana po cc ciągnęła, bolała i puchła, do tego odchody lały się strumieniami, a psycha siadała ze zmęczenia (w szpitalu nie spałam 3 doby, później też nie było lepiej). Do tego straszenie chciałam karmić piersią, a niestety nie miałam mleka. Delikatnie mówiąc bardzo ciężko to przeżyłam: płakałam przez pierwsze dwa dni po wyjściu ze szpitala, dostawiałam młodą, ona się biedna męczyła, była ciągle głodna, a mi płynęły łzy ciurkiem. Generalnie w życiu codziennym jestem raczej racjonalna, ciężko mnie złamać, a tu brak pokarmu mnie po prostu rozjechał. Pamiętam taką sytuację, że w 5 dobie po cc stałam pod prysznicem, wyłam przez to nieszczęsne mleko, a w głowie słyszałam tylko głos, że to głupie, bo jest mm, nie zagłodzę jej, dam ile mam, nic strasznego się nie dzieje itp. Niestety hormony szalały i nie byłam w stanie zatamować tego wodospadu łez... Teraz sobie myślę, że złapała mnie dwudniowa deprecha. W każdym razie to były straszne dwa dni... A później po prostu się zebrałam do kupy i odrodziłam jak fenix z popiołów... I na szczęście pozytywne myślenie towarzyszy mi do dziś, choć łatwo nie jest;)
Pierwsze dwa tyg po porodzie był z nami Ł, który naprawdę mi pomógł. Zarówno fizycznie (bardzo dużo robił przy małej), jak również psychicznie (przez tych pierwszych kilka dni to on zbierał mnie do kupy). Po tym czasie poszedł do pracy zostałam z małą sama na dwa tyg (potem poszedł na urlop i siedzi z nami do wtorku). Jak byłam sama to bywało różnie, miałam takie dni, że jak tylko Ł przestąpił próg domu to od razu ją dostawał, a ja szłam odpocząć od jej ciągłego płaczu. Ciężko mi było się ogarnąć z kp, karmieniem mm (cały czas dokarmiam ją sztucznym), ściąganiem mleka laktatorem, usypianiem jej... Tym bardziej, że całymi dniami robiła sobie tylko krótkie drzemki na cycu i ciągle płakała. Zero wolnego czasu na prysznic czy nawet skorzystanie z toalety... o jedzeniu to już nawet nie wspomnę.... Ale wiecie co to tak naprawdę nie ma znaczenia, bo ja jestem w Oliwce totalnie zakochana. Czasem tylko padam na ryj ze zmęczenia, ale co tam;)
Jeśli chodzi o moje wyniki to mocz mam super i ... tyle. Po porodzie z utraty krwi wpadałam w dość dużą anemię, lekarze kazali mi brać żelazo w tabletkach, ale stwierdziłam, że nie ma co ryzykować zaparć u mnie i u młodej. Wprowadziłam owsiankę, siemię lnianę, kaszę gryczaną, sok z pokrzywy i morfologię mam prawie idealną. Nawet lepszą niż pod koniec ciąży hehe Jeśli chodzi o tarczyce to tu już tak pięknie nie jest. Wpadłam w dość dużą nadczynność tarczycy:/ Mam już zmniejszoną dawkę euthyroxu aż o 50 (biorę teraz tylko 75) i zobaczymy jak będą wyglądały wyniki za miesiąc. Boje się tylko jednego: rozchwiana tarczyca = zanik lub problemy z laktacją:/ Ciekawe czy za ten miesiąc będę jeszcze kp:/
Oliwce zbadaliśmy już mocz ogólny+posiew (ponoć po cc należało to zrobić, dodatkowo strasznie początkowo płakała dlatego pediatra to nam zaproponował) i zrobiliśmy usg bioderek. Wszystko jak na razie ok.
Jak na razie karmię piersią i dokarmiam mm. Boli mnie to strasznie, ale nie mam wyjścia, bo mała prawie nie przybierała na wadze... Myślałam, że łatwiej mi pójdzie odpuszczenie tego tematu, ale niestety mam pod tym względem blokadę w mózgu:/ Wstaje po nocach, ściągam się laktatorem po każdym karmieniu, daje jej cyca przy rodzinie i znajomych itp. Jak na razie walcze i cieszę się każdym dniem kp, bo wiem, że może być on ostatni...
Powoli ogarniamy sprawę z chrztem, który organizujemy 30.12, także dodatkowe zajęcie mam:)
Rodzice i teściowe są dla nas ogromnym wsparciem. Przez tych 6 tyg nie ugotowałam nawet jednego obiadu (dostajemy jedzenie z jednej lub drugiej strony), wpadają nawet na chwilę pohuśtać młodą, wyjść z nią na spacer. Mój brat i siostra Ł służą radą, podpowiadają co zrobić w konkretnych sytuacjach, znajomi rozrywają psychicznie swoim towarzystwem. Dzięki temu wszystkiemu mamy czas gdzieś wyskoczyć (w sensie na zakupy hehe), zmienić otoczenie, a to dużo.
W tym momencie moje myśli zaprząta tylko jedno - szczepienie:/ We wtorek to chyba zawału dostanę... W mojej głowie szaleją tylko czarne myśli, powikłania, NOP... a nawet martwię się tym, że ją będzie bolało, ze się będzie źle czuła... Boje się jak cholera. Schizuje jak cholera. Szajba mi bije jak cholera. Czym więcej czytam tym bardziej się nakręcam. I ciągle nie mogę się zdecydować czy wybrać te NFZ-owskie czy skojarzone (ile ludzi tyle opinii, a uwierzcie, że pytałam wszystkich możliwych lekarzy, położne, znajomych). Chce już być po i żeby nic się nie stało. Nie darowałabym sobie jakby coś poszło nie tak... Dzięki Bogu Ł we wtorek jest jeszcze na urlopie i pojedzie ze mną. Sama bym tego nie udźwignęła psychicznie. I możecie się ze mnie śmiać, ale ostatnio czytałam w necie artykuł, że ludzie jak usypiają swoje zwierzęta (psy, koty - oczywiście ze względu na chorobę) to bardzo często nie wchodzą z nimi do gabinetu weterynaryjnego. I te bidulki umierają same, w obcym miejscu, bez kontaktu z ukochanym człowiekiem (jak czytałam to płakałam). I właśnie dlatego ja z Oliwką wejdę do tego gabinetu lekarskiego, jak będzie miała szczepienie. Psychicznie jak ona będzie płakała to rozpadnę się pewnie na kawałki, ale będę z nią i mam nadzieję, ze choć trochę będzie się mniej bała... Wiem to tylko szczepienie, ludzie mają gorsze sytuacje z dzieciaczkami (operacje, ciężkie choroby), ale dla mnie w tym momencie to jest ciężkie przeżycie i stresuje mnie na maxa. Oby do środy żeby było już po.
Na konie tak bardziej optymistycznie: mała rośnie jak na drożdżach z rozmiaru 54 wskoczyła już w 62. Jest śliczna i po prostu idealna. Kocham ją jak nikogo na świecie:)

19 listopada 2018, 11:17

Mała śpi, ja piję femilaktiker i jem herbatniki oglądając Discovery:) Odkąd więcej kp Oliwka budzi się co 2h, nawet w nocy. Jestem półprzytomna, bo zje, troche czasu mija zanim ją uśpie, ściągne pokarm laktatorem... jak zrzucam sprzęt młoda się budzi je i tak w kółko:) właśnie się obudziła, a więc cyce w ruch hehe

Wiadomość wyedytowana przez autora 19 listopada 2018, 11:19

20 listopada 2018, 08:27

Dzisiaj ok 11.30 szczepienie... nie chce jej tam zawozić...czasem mam wrażenie, tym co mniej wiedzą lepiej się żyje... Boże jak ja się o nią boję...

22 listopada 2018, 01:15

No i zaliczyliśmy NOP:\ gorączka 38,5, długi nieutulony płacz do zdarcia głosu,biegunka, niechęć do dotyku, stany lękowe (wybudzała się z wrzaskiem takim panicznym), w drugiej dobie po szczepieniu osłabienie do tego stopnia, ze przespała prawie 24h (wybudzała się tylko na karmienie... Dzięki Bogu apetyt w miarę dopisywał. Także pierwsze zakładanie czopka za nami:\

18 grudnia 2018, 14:55

Młoda śpi... Co u nas: złapałyśmy już mniej więcej rytm dobowy, Oliwcia przesypia już ok 6-7 godz w nocy, świadomie się do mnie uśmiecha co mnie niesamowicie rozczula, uwielbia jak głośno całuje ją po rączkach i szyi... Jest słodziakiem, rośnie jak na drożdżach, guga do nas, czasem zaśmieje się głośno, śpi z rękami do góry, zaczyna nie wiem piszczeć/sprawdzać swój głos co jest mega śmieszne:) nadal karmimy się piersią z dodatkiem mm. Jest ciężko bo w kółko siedzę na laktatorze, ale jeszcze walcze;) Robię to dla niej, ale też dla mojej psychiki. Morfologia super, po anemii nie ma śladu, tarczyca się stabilizuje...

Niedługo święta... Pamiętam jak w tamtym roku koło 27.12 wyłam, ze w naszej najbliższej rodzinie rodzą się kolejne dzieci, a my pewnie nawet w 2018 nie zaczniemy się starać... po wycięciu tarczycy wtedy jeszcze nie mówiłam, Ł miał w palcu druty, mieliśmy za sobą bardzo trudny rok... A dzisiaj... A dzisiaj jestem szczęśliwym człowiekiem. Bardzo szczęśliwym.

Ps. Jak Oliwka płacze to pies mruczy tak jakby troche płakał z nią i troche mnie beształ, ze ją w ogóle dopuściła do takiego stanu hahaha I patrzy na mnie z zajebistym wyrzutem;) generalnie widać, ze jest strasznie za nią, liże ja po karku i uchu co jest mega fajne:)

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 grudnia 2018, 15:49

22 grudnia 2018, 22:19

Kocham...:)

4 stycznia, 15:27

Młoda spoko, święta, sylwek, chrzest zaliczone:) Jak co roku plan na rok przyszły czyli 2019:
1. Mała rośnie, gada, kp z dodatkiem mm do 6miesiąca (za marzenia nie karają nawet te nierealne), pozniej je stopniowo normalne jedzenie, od momentu jak stabilnie zacznie siadać sadzam ją na nocnik i wrzucam w nosidło.

2. Zwiedzamy min. 3x w roku gory (szklarska, Miedzygórze, Szczyrk i okolice i te moje wymarzone krokusy w tatrach... ups to już 4).

3.Biorę się za swoją wagę i dietę, niestety zapycham się słodyczami na szybko i 70 kg na blacie:/ Cel: 62 osiągnięty zdrową dietą (65koniec marca, 62 moje urodziny 28.06).

4. Październik początek starań o Jaśka lub Emilkę;) czyli od niedzieli dieta, więcej ruchu, ogarniecie Ł znowu z plemnikami, wizyta u gin jak się goi rana po cc, wizyta u endo i stabilizacja tarczycy, wizyta u kardiologa+echo (jak to się wszystko trzyma po porodzie).

5. Powrót na studia, zmiana pracy na razie idą w odstawkę.

I to chyba tyle. Oby ten rok był przynajmniej tak dobry jak poprzedni... wszystkiego dobrego dla Was od naszego czwórpaku (nawet pies się dokłada do życzeń a co hehe). Ps. Marzy mi się jeszcze bieganie i fitness, ale jak to wszysto ogarnąć??? No jak???:/ i zajęcia rozwijające dla maluchów też... To może prędzej...

Wiadomość wyedytowana przez autora 4 stycznia, 15:33

7 stycznia, 17:40

Dieta nie zaczęta, słodycze nie odstawione, babcia mi wczoraj zmarła...;( pogrzeb w czwartek... Chorowała, stan ciężki, zapalenie płuc, nieprzytomna, niby człowiek wiedział co się święci, ale co z tego... Dobrze, ze zdarzyłam się z nią pożegnać... Smutno;( ech... W każdym razie do gina się zapisałam na 15.01 (wtedy mamy też szczepienie brrr), chciałam pozniej, ale mi się chyba coś przyplątało i do tego nie podoba mi się mój brzuch i blizna po cc...

7 stycznia, 21:55

05.01 skończyliśmy 3 miesiące:)
Młoda:
-potrafi ze mną gugać (gie,agu, gu, ooo, aaa, eee, gruu, ach itp.) pół godz (ona mówi, ja powtarzam), buzia jej się nie zamyka;
-cudownie się do mnie uśmiecha, aż widać całe dziąsła hehe
-łapie kontakt wzrokowy, podąrza za nami wzrokiem, fascynuje ją puchaty ogon psa;
- lubi książeczki kontrastowe, mate z drewnianą siłownią, migające światełka zabawek, różne dźwięki (zaśmiewa się jak udaje słonia), jest szczęśliwa jak tańczymy gdy mam ją na rękach;
-potrafi się przekręcić z plecków na boki;
- prawie nie płacze bo dzięki rytuałom wyprzedzam jej potrzeby;
- spi nam w nocy 7-10 godz, w ciągu dnia ma trzy dżemki 30 min do godz;
-lubi się przytulać, dostawać buziaki, ssać cyca;
-podnosi głowę do góry jak pociągnę ją za rączki, na brzuszku też trzyma głowę wysoko (choć nie jest to jej ulubiona pozycja), mocno już trzyma głowę, nie trzeba jej podtrzymywać, trzymana na rękach obraca głowę, ogląda wszystko z zaciekawieniem;
-nie na problemu żeby nosili ją obcy dla niej ludzie, nie płacze gdy ma styczność z nieznojomymi;
- składa ręce jak do modlitwy, unosi nóżki i biodra wysoko;
- jedyne co mnie martwi to brak wyciągania rączek po zabawki, chwyta mocno co jej wpadnie w rączki, ale sama ich nie wyciąga... Moim zdaniem rozwija się mega, ale cóż obiektywna nie jestem;)

8 stycznia, 17:43

Acha i zapomniałabym: mała nosi rozmiar 68, waży 6 kg, na razie ma stalowo niebieskie oczy i słodkie mischelinki na nogach i pupie:) co do wyciągania rączek do zabawek - już wyciąga ale tylko do dwóch ulubionych, resztę olewa hehe

14 stycznia, 11:47

Kilka spraw do załatwienia:
1. Wtorek szczepienie (umrę tam chyba ze strachu). Do tego chce wyszarpać usg brzuszka i echo serduszka+bioderka do ponownego sprawdzenia zgodnie z zaleceniami.
2. Mój gin - tutaj też chce wyszarpać usg brzucha i badanie czystości pochwy+może cytologia.
3. Wizyta u weta -pies nie chcę jeść... nawet piersi z kurczaka... coś mu się chyba w żołądku zrobiło...
4. Od dzisiaj rzucam słodycze, od soboty zaczynam znowu dietę.
5. Muszę się zapisać do stomatologa, zeby zobaczył zęby po ciąży i ewentualnie połatał do czasu następnych starań.
Na razie tyle. Wszystko luz tylko to szczepienie...
‹‹ 4 5 6 7 8
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)