Pamiętniki Z cierpliwością czekamy na cud.
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Z cierpliwością czekamy na cud.
O mnie: Jestem mamą trzech aniołków, cierpliwie pokonuje wszystkie przeszkody jakie przynosi mi los.
Czas starania się o dziecko: Ogółem 5 lat, 2 lata z poprzednim partnerem, 3 lata z mężem (29 cykli) w tym od października 2017 już z postawioną diagnozą i leczeniem.
Moja historia: 08/2014 - ciąża biochemiczna 23/11/2014-04/02/2015 - ciąża pozamaciczna jajowodowa 10/2018 - poronienie samoistne 6tc
Moje emocje: Początki były bardzo trudne, na starcie straty potem urojone objawy, presja. Z cyklu na cykl zrezygnowanie i zwątpienie. Myśli, że nigdy nie zostanę mamą. Odkąd mam wspaniałego mężczyznę przy sobie jestem gotowa do działania, pełna nadziei i optymizmu. Mimo ostatniej straty nie poddaję się i walczę dalej, oboje walczymy z całych sił.

26 lutego, 22:43

Bardzo wcześnie chciałam zostać mamą, "udało się" po nie całym roku starań, niestety była to ciąża biochemiczna. Po 4 miesiącach po tamtej stracie zaszłam ponownie w ciążę, cały grudzień 2014 roku czułam, że jestem jakaś 'inna' ale testy wychodziły negatywne. W styczniu poszłam już do lekarza wkurzona, myślałam, że kolejny bardzo długi cykl będzie, żeby przepisał mi coś na wywołanie miesiączki (był to jakoś już 40dc). Tak się stało, mimo wszystko i tak zrobiłam w razie czego kolejny test ale nadal był negatywny. Po jakimś krótkim czasie pojawił się nieregularny ból lewej strony podbrzusza, rwący. Myślałam, że to na miesiączkę, brałam wtedy chyba jakoś drugi raz duphaston w życiu. Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia, że mogę iść prywatnie na betę, w sumie nawet o tym wtedy nie pomyślałam - testy były negatywne! Zaczęłam plamić, pojechałam do lekarza, on zaś bez badania stwierdził, że to pewnie młodziutka ciąża, pewnie późna owulacja przy takich nieregularnych cyklach to plamienie musi być implantacyjne, dał skierowanie na betę. Tego samego dnia zrobiłam znowu test - negatywny, beta 1041 w 8tc licząc od ostatniej miesiączki. Po weekendzie poszłam z powrotem do lekarza, pokazałam wynik, kazał przyjść za dwa tygodnie. Lekarz na kolejnej wizycie znowu nawet mnie nie zbadał, kazał brać dalej duphaston bo uskarżałam się na krwawienia/plamienia. Bolało coraz częściej i mocniej, stwierdził, że to normalne, bo się wszystko zaczyna rozrastać. Po niecałym tygodniu ból zrobił się nie do wytrzymania, nie mogłam już nawet chodzić, poszłam na izbę przyjęć, tam chcieli ode mnie skierowania od lekarza. Poszłam do niego, na szczęście miał gabinet na przeciwko szpitala. Z wielką łaską mnie przyjął, jak powiedziałam co jest dał skierowanie. W szpitalu mnie zbadano, stwierdzono, że rzeczywiście coś jest nie tak. Lekarz powiedział, że to może być jakaś nadżerka, zrobili mi badania m.in. betę, wynik - 1764... Zostawili mnie na noc w szpitalu, powiedzieli, że jutro będą robili mi dokładniejsze badania. Wieczorem zaś dostałam okropnym bóli brzucha, takich rozpychających, czułam ekstra parcie na wypróżnianie do tego zaczął mnie rwać, ciągnąć bark... Nie wiedziałam co to może oznaczać, położna stwierdziła, że to zaparcia - dała mi czopek, nie powiedziała na co. Kazała go zaaplikować, nie powiedziała że to przeczyszczający, żeby iść do łazienki... Po kilku minutach po zaaplikowaniu czopka była katastrofa... Wyobrażacie sobie co się mogło zdarzyć... Salowa z nerwami do mnie, położna też, czułam się jak najgorsze zło, do tego ten ból, było mi słabo... Położna kazała się położyć inaczej jak mnie tak ten bark boli. Rano nie miałam siły, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, nie mogłam iść sama do łazienki. Ordynator zrobił mi usg i powiedział takie słowa "jest pani jedną nogą na tamtym świecie, musi pani wyrazić zgodę na operację", powiedział, że coś we mnie pękło, jeszcze nie mogą stwierdzić co, powiedział, że muszą zrobić mi punkcję ale myśli, że bez operacji się nie obędzie. Operacja ponoć trwała bardzo długo, straciłam mnóstwo krwi, miałam naszykowany transport helikopterem do specjalistycznego szpitala. Na szczęście jednak udało się im mnie uratować, jajowód zostawili, ja żyję i mam się dobrze.

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 marca, 20:10

27 lutego, 07:53

W wyżej opisane ciąża zaszłam z już byłym partnerem, nie układało nam się dobrze, ciągłe kłótnie i awantury mnie wykańczały. Naiwnie i nierozsądnie myślałam, że dziecko poprawi związek. W grudniu, wtedy kiedy zaszłam w ciążę pozamaciczną, poznałam przez komunikator fajnego chłopaka. Nie miałam w głowie zdrad, po prostu chciałam z kimś pogadać, popisać o zainteresowaniach, na ogół poprzedni narzeczony nie miał nic przeciwko. Fajnie nam się pisało, w końcu on napisał mi, że się we mnie chyba zakochał, ja byłam w szoku no bo jak to przez internet? W styczniu spotkaliśmy się pierwszy raz, on przyjechał z przyjacielem ja przyszłam na spotkanie z koleżanką, poszliśmy na pizze, fajnie się rozmawiało. Jeszcze nawet nie myślałam, że jestem w ciąży. On już mi później wyznał, że naprawdę się we mnie zakochał, ale ja przecież miałam narzeczonego, mimo to też czułam dziwne motyle w brzuchu jak rozmawialiśmy, mimo wszystko chciałam być fair w stosunku do narzeczonego chociaż narzeczony w stosunku do mnie nie był fair. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży, cieszyłam się, narzeczony udawał, że się cieszy, to było widać... Przyjaciel na wiadomość o ciąży pomyślał, że tak chce go spławić, było mu cholernie przykro, on nie pytał czy mam faceta, ja nie pytałam czy ma kobietę, jakoś tak nie czułam potrzeby a on myślał, że skoro piszę z nieznajomym to jestem sama. Mimo wszystko wspierał mnie na tyle ile potrafił podczas pobytu w szpitalu, chociaż nie miał zbytnio czasu, bo na siłę znalazł sobie inną dziewczynę do rozmów czego później bardzo żałował. Spotkaliśmy się potem w maju, ja przez te kilka miesięcy czułam więcej miłości, wsparcia, empatii i troski od przyjaciela, niż od narzeczonego... Motyle w brzuchu nie przemijały a nawet nabierały na mocy, wtedy pierwszy raz mnie poniosło i się pocałowaliśmy, wtedy poczułam czym jest miłość, taka prawdziwa miłość. Ale było mi później wstyd, bo przecież to zdrada, jak ja mogłam, przecież tyle lat jestem w związku, mój niby rozsądek walczył z uczuciem. Z miesiąca na miesiąc starałam się ogarniać, rozliczać swój obecny związek, który był toksyczny, pełen bólu. Nie byłam szczęśliwa, byłam z narzeczonym bo tak wypada po tylu latach, nie czułam od niego miłości, ja czułam bardziej przyzwyczajenie, bałam się go rzucić i zacząć od nowa z kimś innym, bo przecież może być gorzej. Przyjaciel czekał, był cierpliwy, powiedział, że jak trzeba będzie to będzie czekał na mnie ile tylko będzie trzeba, bo tak mocno mnie kocha.Po tej tułaczce z myślami, z moimi uczuciami po roku doszłam do wniosku, że nie warto się męczyć, nie warto tkwić w czymś co od dawna nie miało sensu. Podjęłam najlepszą decyzję w moim życiu, teraz jestem z mężczyzną, który potrafi kochać, szanować. Któremu można zaufać, bo nie zawiedzie tego zaufania, mężczyznę pełnego czułości, wrażliwości i zaradnego życiowo. Totalne przeciwieństwo byłego narzeczonego - infantylnego chłopaczka zamkniętego w ciele dorosłego mężczyzny, któremu tylko seks i pornografia w głowie. Jestem szczęśliwa, wiem, że żyję. Oboje zawsze marzyliśmy o dzieciach i chcemy być oboje rodzicami i walczymy z całych sił.

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 lutego, 22:38

27 lutego, 08:22

Odkąd zaczęłam mieć bardzo nieregularne cykle zaczęłam szukać lekarza i szukać przyczyny co się dzieje, większość lekarzy mnie zbywało zganiając na młody wiek, ale nikt nie zapytał mnie w jakim wieku dostałam pierwszą miesiączkę, otóż dostałam ją jak miałam 9 lat! Moje cykle przez kilka pierwszych lat były regularne, potem zaczęły się problemy. Cykle wahały się od 45 dni do 80 dni, do tego od 14dc mega PMS, puchły mi palce u rąk, bolały okrutnie piersi, źle się czułam, na ogół - katastrofa, nie mogłam normalnie funkcjonować. Ostatnio przeglądałam moje dokumenty medyczne i okazuje się, że problemy z tarczycą miałam już jako dziecko, tsh dochodziło do 5! Ale to normalne, byłam młodziutka, nawet endokrynolog patrząc na takie wyniki stwierdził, że jest ok... Jeszcze inny lekarz stwierdził mi najpierw po jednym usg, że mam PCOS i przepisał Ovarin. Potem jednak stwierdził, że moje nieregularne cykle to taka moja natura, że mam sobie zajść w ciąże to się uregulują, tylko jak? Skoro tyle lat starałam się i jedynie co się udało to ciąża pozamaciczna i biochemiczna. Potem się wyprowadziliśmy, poszłam do jeszcze innego lekarza, stwierdził, że jest ok. Kolejny lekarz już w końcu na samym starcie skierował mnie na badania krwi pod kątem wszystkich hormonów, stwierdził, że mam torbiel i przepisał mi antykoncepcję. Po tych tabletkach miałam okropny rozstrój nerwowy, coś al'a depresja, ciągle płakałam albo byłam zła... Potem i tak wróciliśmy z powrotem tam gdzie mieszkaliśmy i mieszkamy dalej, na forum koleżanka poleciła mi pana doktora ginekologa-endokrynologa. Ciągle myślałam, ze on przyjmuje wyłącznie prywatnie, myliłam się. Poszłam z tymi wynikami do tego lekarza, kazał powtórzyć, ale zbadał mi i tak tarczycę poprzez USG, przebadał całe moje ciało, zadał multum pytań. Na drugiej wizycie z nowymi wynikami stwierdził, że mam słabą tarczycę, że wyniki mimo iż są w normach laboratoryjnych to dla mojego organizmu są to za wysokie wyniki i obraz tarczycy był słaby. Zalecił dietę w której musiałam odrzucić pieczywo, makarony, smażone, słodycze, cukier, zniwelować nabiał a dokładnie zrezygnować z jogurtów. Przepisał mi także euthyrox 25. Ogólnie byłam wtedy bardzo ulana, przy ciąży pozamacicznej przytyłam 15kg mimo, że nie jadłam niczego takiego bym mogła tak przytyć, jadłam mało, od słodyczy mnie odrzuciło wtedy, najwidoczniej problem był w hormonach. Dzięki tej diecie schudłam z 57kg do 48kg w 3 miesiące, bez ćwiczeń. Moje cykle się unormowały w końcu zaczęłam się czuć dobrze! Cykle przybrały wymiar 28-31 dni. Ale to nie koniec schodów. ;) CDN...

1 marca, 11:49

W czerwcu zaczęły doskwierać mi bóle głowy, często było mi słabo, zaczęły boleć mnie piersi, często kręciło mi się w głowie. Myślałam, że to może od natłoku spraw, od upałów, pracowałam wtedy praktycznie ciągle na słońcu i jeszcze planowanie ślubu do tego... Spóźniała mi się miesiączka - myślałam, że się udało, beta 0.100. Piersi bolały jak szalone ale przecież nie powinny! Do tego jeszcze jakimś cudem przestałam słyszeć na prawe ucho, buczało mi tylko w nim. Leżalam jedną noc w szpitalu z tym, podawali mi bardzo silne antybiotyki mimo, że nie wiedzieli co mi jest, wypisałam się na własne rządanie. Poszłam do swojego ginekologa-endokrynologa, lekarz pokierował mnie na wszystkie badania hormonów a tam - wysoki poziom prolaktyny 1640 ... Doktor dał mi skierowanie do poradni neurologicznej, żeby zrobili mi rezonans. Zarejestrowałam się, termin rezonansu 12 grudnia! Wzięłam sprawy w swoje ręce, zaczęłam chodzić prywatnie, pierwszy był rezonans bez kontrastu, tam coś wykryli ale jednak powiedzieli, że wolą zrobić jeszcze angiografię i rezonans z kontrastem. Po tych wszystkich padaniach i krwi i rezonansu powiedziano mi, że guz jest spory i aktywny hormonalnie więc trzeba zacząć leczenie, guz powinien się wchłonąć po min 4 miesiącach. Dostałam norprolac, ale przerażona, że to przecież nowotwór (chociaż bardzo łagodny) zaczęłam stosować konopie indyjskie w postaci waporyzacji i oleju. Guz po niecałych dwóch miesiącach zniknął, nie było po nim śladu, wyniki były idealne i lekarze nie mogli uwierzyć, że tak spory guz tak szybko się wchłonął!
Miesiąc później czyli już we wrześniu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Radość, euforia niesamowita! Pierwszym takim sygnałem były wyniki krwi z 21dc a dokładnie estradiol ponad normę i wysoki progesteron, niemalże przy górnej granicy. w 23dc już pojawiła się delikatna kreseczka na teście ciążowym, taki bladzioch, wynik bety w 26dc - 14 mIU/ml. Kolejny wynik bety po 48h 41.67 mIU/ml po ośmiu dniach beta już 2343, wiedziałam, że coś za mocno rośnie ta beta. Lekarz przy tym wyniku nic nie widział na USG a już dzień później zaczęłam plamić... Skierował mnie lekarz do szpitala, tam beta już zwalniała, poronienie samoistne. Koniec radości, koniec szczęścia... Przez miesiąc nie mogłam dojść do siebie, wpadłam w depresje, obżerałam się słodyczami, byłam rozżalona. Ale pod koniec listopada już stanęłam na nogi starałam się być silna i jestem naprawdę silna. Gorzej przeżył to mój mąż, nawet teraz boi się kolejnej ciąży, bardzo chce mieć ze mną dziecko ale ta myśl, że może mi się coś stać go przeraża. Mam nadzieję, że kolejna ciąża zakończy się szczęśliwie ze zdrowym dzieciątkiem w objęciach. :)

6 marca, 18:28

Dostaliśmy skierowanie do poradni genetycznej, jutro będę dzwoniła i nas rejestrowała. 15 kwietnia mamy wizytę w klinice niepłodności, może uda się aby termin wizyty u genetyka dało się zgrać na ten sam dzień bo tam również jest genetyk.
Dziwny mam obecny cykl, niby testy owu wskazały owulację tak +- na 11dc, był w tym dniu pierwszy wzrost temperatury, w 12 i 13dc również a wczoraj temperatura spadła i dzisiaj jest identyczna. No nic, czekam na rozwój wydarzeń. ;) Od jutra zaczynam brać progesteron.
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)