Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Póki życia, póty nadziei

Autor: empiq
18 maja, 09:17

25dc/3cs/16dpo

Temperatura 37,2. Gardło mnie strasznie boli :(
Na forum przeczytałam "fajny" tekst:
"Owulacja może być do 4 dni przed skokiem temperatury, jak i 4 dni po skoku".
To po chu** w ogole ją mierzyć, jak nie musi być żadnym wyznacznikiem.
Pieprze to. Nie mierzę już tych temperatur, bo to mnie tylko dodatkowo nakręca.
Piernicze. Jeśli do lipca nie zaciążę, zrobię badania i tyle. Pierdziele.
Mam dosyć.

I jeszcze jedna ciekawostka przyrodnicza z forum:
"temperatura po skoku powinna być wyższa od najwyższej z sześciu poprzedzających skok"

Czyli jeśli miałam owulację to dopiero...
i teraz werble
około 9 maja.
Wychodziłoby, że dziś jest dopiero 9 dzień po owulacji.
Super po prostu.

Czekam na @. Wg flo miała zacząć się dzisiaj.


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 maja, 09:21

0 komentarzy (pokaż)
19 maja, 10:31

1dc/4cs

26295d9189ad7.png

0 komentarzy (pokaż)
25 maja, 20:18

7dc/4cs

Dzisiejsza temp 36,8, test owu negatywny.
Od wczoraj piję szałwię, która rzekomo obniża prolaktynę. Nie karmię, więc niczego nie tracę, a mogę zyskać. Kupiłam też pokrzywę, którą będę pić w drugiej połowie cyklu po owulacji. Zobaczymy, jak zareaguje mój organizm. Będę chyba musiała wykluczyć słodycze z diety, co jest dla mnie kolejną karą.
Czuję się po nich zmęczona, a jednocześnie pomagają mi odreagować stres, smutek i złość.
Najbliższe dni będą trudne :(
W niedzielę w moim mieście z okazji dnia Diagnosty organizują darmowe badania w laboratorium: morfologia, tsh, a w poniedziałek cholesterol i trójglicerydy.
Spróbuję się dostać.
Z mężem ostatnio dobrze mi się układa. Odpuściłam trochę psychicznie i nie wmawiam sobie tego, ale naprawdę wrzuciłam na luz. Mierzę temp. bo nic mnie to nie kosztuje, daje jakiś tam obraz reakcji mojego organizmu, ale nie przeżywam już każdego dnia, nie notuję wszystkiego, co jem, ile wody piję, ile śpię itd.
I dobrze mi z tym.

0 komentarzy (pokaż)
27 maja, 20:23

9dc/4cs

Najbardziej martwi mnie myśl, że to mąż, a nie ja może mieć problem. :(

0 komentarzy (pokaż)
29 maja, 13:08

11dc/4cs

Wg flo i 2 innych aplikacji ma być dziś owulacja. Wczorajszy test pozytywny, więc bardzo możliwe. Czy będzie <3 nie wiem, bo wczoraj mielismy małe spięcie i dziś jest raczej chłodno między nami.
Odebrałam dziś wyniki badań. W dużym skrócie
TSH 2,37 (nie jest tragicznie, ale zadbam, by było lepiej)
Hemoglobina 13,7 norma od 12 do 16 więc spoko
Leukocyty 5,7 norma od 4 do 10
Płytki 263 norma od 150 do 400
Cholesterol 197 norma <200
HDL 84 norma >45
Trójglicerydy 47 norma dla kobiet od 35 do 135

Plan mam taki, że całkowicie rezygnuję ze słodyczy, od czasu do czasu owoce kwaśne typu truskawki, porzeczki, jagody, ew sorbet. Kromka chleba z mąki razowej tylko do śniadania, góra 120g węglowodanów dziennie.
Pokrzywa od drugiej połowy cyklu. Płyn lugola naskórnie. Do tego odstawiam nabiał, makarony, kluski na rzecz mięcha.
Zrobiłam się dziś na bóstwo dla samej siebie i to naprawdę poprawiło mi humor :D

0 komentarzy (pokaż)
30 maja, 09:40

12dc/4cs

Temperatura skoczyła, co może potwierdzać owulkę i to skoczyła jak trzeba, czyli jest wyższa od 6 poprzednich temperatur. Od 4 dni mierzę o 6 rano. Dziś o świcie kupiłam truskawki, 6,5/kg drogo jak cholera, ale co tam, oszczędzam na słodyczach, kawie i pepsi, więc poszalałam.
Na śniadanko po <3 były jak znalazł. A slodkie...Uhh.
Przestałam być taka ospała, nie wiem, czy to autosugestia, czy rzeczywiście cukier w jedzeniu mnie rozleniwiał, ale naprawdę mam dużo energii i budzę się wypoczęta, a nie tak jak wcześniej 2 godzin potrzebowałam (bez kofeiny) żeby się dobudzić.
Wczoraj S. nie wytrzymał mimo naburmuszenia i zrobił, co trzeba. Zobaczymy.
Zdurniałam znowu na punkcie myślenia o ciąży i tym razem zagłębiłam się w teorię dot. wplywu fazy księżyca na plodność. Teraz nie mam czasu, ale wieczorem sprawdzę, jak te moje poprzednie owulacje wypadały. Ta (jeśli była) to przypadła idealnie na pełnię księżyca O_O
I znowu się qurde nakręcam. :/
Kupię dziś jodynę/lugola, posmaruję i zobaczę, jak z jodem stoi moj organizm. W piątek się przeprowadzamy. Jutro pakujemy. Gdzie będziemy mieszkać - tego nie wie nikt.


edit
ciągle zapominam. Miałam sen chyba z niedzieli na poniedziałek. Śniło mi się, że spacerowałam pod kwitnącymi jabłonkami i zerwałam z jednej piękne duże jak ananas czerwone jabłko. Było bardzo słodkie, a potem obsypały się na mnie płatki z kwiatów jabłoni. Ładny ten sen :)

Dziś dzień bez stanika :D


Wiadomość wyedytowana przez autora 30 maja, 10:32

0 komentarzy (pokaż)
31 maja, 23:08

13dc/4cs/2dpo

Temp dziś 37,2. Sutki mam tkliwe jak cholera, skurcze brzucha chwilami bardzo nieprzyjemne. Piję pokrzywę i po niej te dolegliwości się wzmagają :/ Myślałam, że pomoże na te objawy. Do tego mam tak rozjechane emocje, że gdybym mogła, wyszłabym z siebie i uciekła.
K o s z m a r
Jutro wyprowadzka i dopiero dziś uświadamiam sobie, jak cięzko żyć z chomikiem/bałaganiarzem.
S. jest tak niezorganizowany, tak chaotyczny i nieodpowiedzialny. Nakupuje pierdół, a potem chce zostawiać. Wydaje kupe kasy na kretyńskie, zbędne rupiecie, by potem machać na to ręką i wyrzucać na śmietnik.
Przeraża mnie życie z nim na dłuższą metę. Ja tak cenię minimalizm. Jak najmniej klamotów wokół, dużo przestrzeni i przede wszystkim rozsądne podejście do zakupów, pomyśleć dwa razy, zanim się zdecyduję. A on to moje kompletne przeciwieństwo.


Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca, 08:44

0 komentarzy (pokaż)
7 czerwca, 22:02

20dc/4cs/9dpo

Czekam na @.Jestem pewna, że ten cykl nie zakończy się sukcesem. 1 czerwca dźwigałam z S. łóżko, zrobiłam chyba z 15 pięter w obie strony. Do tego stres z przeprowadzką, długa podróż, zmiana klimatu, otoczenia.
W przyszłym cyklu zrobię progesteron i może FH/LH lub prolaktynę.
Zjadłam dziś budyń.
Objawy:
bolesne sutki
ból brzucha podczas seksu
wzmożony apetyt.
Dziś na obiad fasolka po bretońsku, wiem, że niezdrowo jeść strączki przy podwyzszonym tsh, ale miałam wielką ochotę :)

0 komentarzy (pokaż)
11 czerwca, 20:58

24dc/4cs/13dpo

Zmierzyłam przed chwilą temp i 37,6 W o W
Rano 37,3. Oczy strasznie pieką, bo do takiej temp. nie przywykłam. W kubku parzy się pokrzywa.
Moje Słońce kupiło dziś test. Znów. A prosiłam, by nie zapeszał. :(
Czekam do 15 czerwca na małpę. Brzuch boli mnie masakrycznie, najbardziej o świcie. Teraz też strasznie mi dokucza, do tego oczywiście bolesne sutki i głód.
Własciwie poza tą wyższą niż zwykle temp. i kilkoma pryszczami ten czas poowulacyjny nie różni się niczym od poprzednich miesięcy starań.
Więc czemu znowu się nakręcam? Znowu mam nadzieję?

0 komentarzy (pokaż)
12 czerwca, 08:40

25dc

Pojawiło się plamienie, a temp 37,4 :( Jest mi tak strasznie smutno, bo ta rosnąca w ciągu ostatnich dni temperatura z rana dała mi nadzieję, poszłam do toalety i ... koniec złudzeń :(
Kolejny cykl stracony, kolejne rozczarowanie, lęk, że nigdy nie będę mieć dzieci, że nie zajdę w ciążę naturalnie.
Łzy cisną się do oczu :(


Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca, 08:46

0 komentarzy (pokaż)
12 czerwca, 21:50

Bardzo się boję.
To plamienie jest jakieś dziwne i mnie przeraża. Nigdy nie mam plamień przed okresem :( Do tego strasznie jeździ mi po jelitach, odbija non stop i 2 razy miałam bardzo luźny stolec.
Temperatura wieczorem 37,8 :(
Boże, a jesli to jakaś torbiel albo mięśniak :(
Jutro jeśli nie rozkręci się @ robię test. Termin @ wg 2 aplikacji, 15 dni po owulacji.

0 komentarzy (pokaż)
13 czerwca, 10:28

26dc/15dpo/4cs

Temp 37,3.
3488a50b1e3ee.jpg


def5165fc0430.png

beta 2 godziny po teście 0,3.

Wiem, że nic nie wiem.


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 czerwca, 21:14

0 komentarzy (pokaż)
14 czerwca, 12:49

27dc/16dpo/4cs

Temperatura spada, dziś 37,2.
Przestałam plamić. Przestał mnie boleć brzuch. Piersi czuję, ale to nie to, co 2 dni temu. Okresu brak.
Nie mam już nadziei :( Wczorajsze i dzisiejsze <3 na chwilę oderwało mnie od myślenia. Najbardziej żałuję, że pochwaliliśmy się pozytywnym testem rodzicom :(
Jak im teraz powiedzieć, że to był fałszywy alarm

give-up.gif

edit
temperatura przed godziną 38,4... Rzygam tą huśtawką :( Okresu brak,plamienia brak. Straciłam apetyt.


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 czerwca, 18:54

0 komentarzy (pokaż)
15 czerwca, 16:28

28dc/17dpo/4cs

ed5ec79c046e8.jpg

P A R A N O J A

0 komentarzy (pokaż)
18 czerwca, 16:25

31dc/4cs

Mąż wyjechał na 3 dni, więc na dzisiejsze badanie hcg szłam solo. Byłam cała rozdygotana i przerażona.
Czekanie 5 godzin na wynik było katorgą.
O 14 przeczytałam: 741
Wg norm albo koniec 4 albo początek 5 tygodnia.
Poryczałam się ze szczęścia i jeszcze do tej pory chlipię.
Od środy do niedzieli zrobiłam w sumie 4 testy. Wczoraj ostatni wyszedł mocniejszy, ale nie tak, jak kreska kontrolna.
Dzisiejszy wynik bety sprawił, że ugięły się pode mną kolana. Tyle nerwów, środa była koszmarna po tym, jak zobaczyłam 0,3. Myślałam, że po zobaczeniu 2 kreski na teście już będzie z górki. O naiwności...


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca, 16:27

0 komentarzy (pokaż)
19 czerwca, 22:52

4tc + 3dni

Emocje opadły. Oswoiłam się psychicznie z nową myślą i przestałam namiętnie studiować znaczenie objawów. Jutro wraca mąż, uczcimy to jeszcze nie wiem czym ;)
Troszkę pobolewa mnie podbrzusze, ale zazwyczaj wtedy, gdy za długo chodzę, stoję albo siedzę skulona.
Staram się odpoczywać w pozycji leżącej i jest lepiej. Apetyt dopisuje i bardzo mi to pasuje, tzn. wróciła mi jakaś taka naturalna radość z zaspokajania apetytu/głodu.


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 sierpnia, 23:48

0 komentarzy (pokaż)
5 sierpnia, 23:45

Weszłam w 12 tc.
Jestem dziś tak cholernie nieszczęśliwa. I to już nawet nie z powodu doskwierających mi dolegliwości typu nudności, gazy, zgaga, bóle głowy.
Moje małżeństwo nie uszczęśliwia mnie. Ale czego ja się spodziewałam?
Już decydując się na ten ślub, czułam, że robię to z rozsądku, bo już czas, bo trzeba żyć jak inni, bo trzeba załozyć rodzinę, bo kiedyś będę żałowała, że nie zostałam żoną i matką. I to jest straszne, mój osobisty dramat, bo właściwie zrobiłam to wbrew sobie, gdzieś w środku czułam, że tego nie pragnę całym sercem, a po co decydować się na cokolwiek poważnego, nie pragnąc tego czegoś z całych sił?
Kolejny raz mamy ciche dni.
Zwatpilam w swoj wybor. Poznalismy sie, gdy maz pracowal w Anglii. Mial wrocic do kraju, gdy odlozy odpowiednia ilosc pieniedzy, by w PL postawic dom na kupionej kilka lat temu dzialce i zalozyc firme. Wrocil. Zareczylismy sie, 4 miesiace temu wzielismy slub, miesiac pozniej zaszlam w ciaze. Od powrotu do kraju moj maz nie zrobil zupelnie nic poza wydawaniem pieniedzy na glupoty typu szklarnia, uprawa balkonowa roslin i wynajem, poniewaz nie chcial mieszkac w moim mieszkaniu - meska duma by mu nie pozwolila.
Kiedy patrze, jak z nim zyje to mi sie juz smiac chce z tej rozpaczy. Mam ladne mieszkanie, a tulam sie po obcych katach, gotuje, sprzatam, prowadze swoja firme, a moj maz calymi dniami siedzi na instagramie i youtube. Wynajem jest w miescie, gdzie mamy sie budowac. Moje mieszkanie jest 500 km stad. Mialo to ulatwic organizowanie budowy, a tymczasem maz kompletnie nic nie zalatwia, ani przylaczy, ani pozwolenia, ani ekipy. Nic. Pytam, czy dzwonil do architekta - nie. Koniec tematu. Mnie sie naprawde nie chce byc jego supervisorem ani nianka. Teraz mam jeszcze na glowie lekarzy, badania. Caly ten stres z nasza sytuacja nie pomaga mi spokojnie przechodzic tej ciazy. Jest w Polsce rok, nie zrobil nic, by ruszyc ze swoja firma ani budowa, a ma kupe wolnego czasu. Kiedy pracowal zagranica nie byl taki, nie takiego go poznalam i pokochalam. Uwierzylam w jego plany i ambicje, a teraz patrze na 40latka, ktory zyje jak rencista. Wczoraj na spokojnie skomentowalam jego uprawy, ze to nie sa priorytety, tylko sprawy drugorzedne, bo priorytetem powinien byc dom, bo dziecko w drodze. Na co sie zerwal i ryknal, ze nie chce mu sie o tym dyskutowac. Dziecka chcial bardzo, slubu tez. Doszlo do tego, ze mam poczucie winy, ze oczekuje od niego czegokolwiek, podjecia jakiegos dzialania na rzecz przyszlosci.
Czy to jest normalne po emigracji czy jak, taka apatia i biernosc? Ja daje mu czas do listopada i albo sama, albo z nim wracam do mojego mieszkania.
Szczerze, myslalam, ze wiadomosc o dziecku go zmobilizuje, ze sie otrzasnie z letargu i ruszy z zalatwianiem formalnosci. Niestety, jest bez zmian. I tylko rozpromienia sie, kiedy po raz enty opowiada epizody z zycia w UK. A ja mam dosyc sluchania o przeszlosci, kiedy terazniejszosc mnie zalamuje.

Boje sie o to dziecko, boje się, że nasz związek się rozpadnie, że już się rozpada. :( Przychodzą mi do głowy straszne myśli na czele z myślą, że może umrę przy porodzie i skończy się moja męka.

https://www.youtube.com/watch?v=r7rF2EZ0A_0


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 sierpnia, 23:51

4 komentarze (pokaż)
4 października, 14:30

.


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada, 17:01

0 komentarzy (pokaż)
16 października, 12:58

21t6d

Jutro wg ostatniego usg wejdę w 23 tydzień i 6 miesiąc. Póki co przytyłam 4,5kg. Najwięcej przybrałam w brzuchu i cyckach. Przed ciążą w talii miałam 62cm, teraz 74cm, w piersiach 90, a teraz 100cm.


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada, 17:02

0 komentarzy (pokaż)
15 listopada, 23:18

Dziś wypisali mnie ze szpitala. Spędziłam tam 2 doby. Muszę to wszystko gdzieś wywalić, bo zwariuję.
Wszystko zaczęło się we wtorek, był dokładnie 25t3d, miałam ustalony termin wizyty w poradni. Stresowałam się jak zwykle przed kontrolą, od 3 w nocy nie spałam, czułam ruchy i w napięciu czekałam na 7. Nie wiedziałam jeszcze, że czekają mnie kolejne 42h nieprzespane... Nie wiedziałam, że te nocne ruchy będą jednymi z ostatnich.
Wchodzę do gabinetu z zamiarem nagrania filmu na telefon, klade się na leżance, włączam i nagle lekarz mówi gardłowym głosem: proszę na chwilę przerwać. Mówi, że nie ma wód płodowych. Pytam się, czy serce bije. On - nic. Szuka, szuka, w końcu znalazł, ale tętno słabiutkie. Wypisuje mi skierowanie do szpitala.
Wychodzę z poradni jak we śnie, ogarnięta paniką i rozpaczą. Dzwonię po męża, żeby przyjeżdżał, bo muszę się spakować do szpitala. W domu nie wiem, co mam zabrać. Stoję w drzwiach. Nigdy nie jechałam do szpitala ze skierowaniem. Rozglądam się zagubiona, zupełny kisiel z mózgu. Mąż robi mi śniadanie. Jest 11:00.
W szpitalu mierzą mi ciśnienie, jakieś 143/90. Prowadzą do łazienki, mam się przebrać. Dostaję salę jednoosobową z łazienką. Mąż zabiera buty i kurtkę, bo nie chcę nic zostawiać w depozycie. W torbie mam tylko ręcznik, koszulę nocną i szlafrok. Dowiaduję się, że można chodzić w dresie, no to mąż jedzie znowu do domu i wraca z legginsami i bluzą. Siedzę i czekam. System komputerowy padł, więc wszystkie papiery pielęgniarki wypełniają ręcznie. Nikt nic nie wie, co dalej ze mną.
O 13:00 biorą mnie na usg. Pod gabinetem znowu czekam. I zamieram. Ordynatorem jest lekarz, do którego poszłam na pierwszą wizytę i prorokował wtedy, że mogę poronić, bo jestem 35+... Widzę go ze stażystką i zaczynam mieć coraz gorsze przeczucia.
I znów słyszę: brak wód płodowych, słabo bije to serce, tu jakieś 2cm wód, to ile to jest, powinien być litr, zobacz, nie ma w ogóle ciśnienia rozkurczowego, serce bez wad na moje oko, nie widzę pęcherza, nerki widzę. I co chwila drukuje zdjęcia. Nic z tego bełkotu nie rozumiem, bo tylko wsłuchuję się w słabe, ale jednak rytmiczne tętno dziecka i ratuję tym swoją nadzieję, że wszystko jeszcze będzie dobrze. Pięści zaciskam z całych sił na zwiniętym materiale bluzy.
Wreszcie pada decyzja: musimy panią transportować do szpitala wojewódzkiego, poczekamy na karetkę, tam mają lepszy sprzęt i możliwości. Sytuacja jest poważna, nie wiemy, co jest przyczyną.
Siadam w swojej sali. Zapycham się ciastkami i czekam. O 15 czuję delikatne kopnięcia, 3 może 4. Głaskam brzuch i czekam z mężem na karetkę. Mówię do niej "Wytrzymaj Maleńka, jeszcze trochę i będzie pomoc" Może to wtedy się pożegnałyśmy ... I Boga błagam, że jeśli chce kogoś zabrać, to mnie, bo ona bardziej zasługuje na życie niż ja.
Transport ma być o 16, ale po 16 do sali przychodzi pielęgniarka i mówi, że przez korki mają opóźnienie. Dostaję kolację. Jakoś koło 17:30 przychodzą po mnie. Ja w klapkach wsiadam do karetki, bo przecież kurtkę i buty zabrał mąż do domu. Nic to, w karetce ciepło. Zaczynam płakać. Nagle. Macam brzuch i płaczę. I czekam na ruchy, ale nie czuję, a to jej godzina aktywności.
Na izbie przyjęć w wojewódzkim znowu czekam. Nie wiadomo, czy mnie przyjmą, podobno się umówili z powiatowym, że przyjmą, no ale syf jest.
Pod gabinetem usg znowu czekam. Już sama, siedzę jak ciele w poczekalni z torbą i wpatruję się w te swoje goły stopy w klapkach. Lekarz mnie prosi, mlody jakiś, ale ok. Najpierw pobranie próbek do wymazów z pochwy, odbytu. Wreszcie usg. Wydaje mi się, że minęło 100 lat, kiedy wreszcie coś mówi.
Pytam wreszcie, czy jest akcja serca. On podpiera podbrodek ręką jakby chciał palcami zasłonić usta i kręci głową na nie. Zamieram. Mokre oczy. On bierze telefon i dzwoni po jakąś doktor. Przychodzi, oboje w milczeniu wpatrują się w monitor. Mnie ciekną łzy po twarzy. Cisza jak w grobie... jak w moim łonie. Lekarka patrzy na mnie, lekarz nie ma odwagi spojrzeć mi w oczy. "No niestety Pani dziecko zmarło, serce nie bije". Wybucham, próbuję się hamować, ale mi nie wychodzi. Lekarka gada mi coś o indukowaniu porodu. Mam nadzieję, że chodzi o cc i o nic nie dopytuję. Jeszcze sobie nie uświadamiam, co to znaczy. Siadam zgarbiona na krześle. Czekam, aż lekarz wszystko wpisze do karty. Pytają o badania z powiatowego. Mowie, ze nic nie dostalam. Nie mogą mi powiedzieć, co się stało. Nie znają historii. Nikt nie wie, dlaczego. Lekarz odprowadza mnie na oddział położniczy, w korytarzu ciężarne... Wszyscy patrzą na mnie opuchniętą na twarzy, czuję te litościwe spojrzenia na sobie, są jak kolejne ciosy...A ja przecież tak już znokautowana. Położna prowadzi mnie do sali. Mówi coś o trakcie porodowym, myślę sobie korytarz, a ona mi otwiera drzwi do sali z samolotem i stojaczkiem dla dziecka. Kolana mi drżą. Lekarz przychodzi po chwili i znowu ględzi "Zaczniemy pani podawać tabletki na wywołanie skurczy". Nic nie wspomniał, że to je wykorzystuje się do aborcji. Pytam: ile to potrwa. "Nie wiadomo". Rzygam tą odpowiedzią.
I nagle spada na mnie, że mam mieć normalny poród. Ja, matka nosząca w swoim łonie martwą córkę mam ją urodzić jak żywą. Pytam wreszcie, czemu nie może być cc. Że jak to? Położna mówi, że w tej sytuacji wybieramy między powikłaniami i takim rozwiązaniem, które ma mniej powikłań jest poród naturalny. Wychodzą, zamykają się za mną drzwi. Wybucham. Słyszy mnie chyba cały oddział. Ryczę w tych 4 obcych ścianach głośno i spazmatycznie. Znowu wchodzi lekarz. Mówi, że mu przykro.
Dociera to do mnie jak przez mgłę, jednak kwadrans po tym, kiedy lekarz zaaplikował mi ręką przez szyjkę domacicznie 3 tabletki cytotec dostaję histerii. Zaczęło się od dreszczy, nie mogę zapanować nad ciałem, trzęsąc się i próbując łapać oddech. Uświadamiam sobie, że moje łono jest w tym momencie mogiłą mojego dziecka, że jestem sama w szpitalu, że nie ma mnie kto przytulić, że to 7 piętro jest dość wysoko, że wystarczy jeden krok i ciemność i będę z nią może choć na chwilę i ją przytulę i poproszę o wybaczenie, że nie przytulę jej po porodzie, że nie uratowałam jej, że może nie czuła mojej miłości i dlatego odeszła, bo kto by chciał taką matkę, że nie zadbałam o nią należycie, że nie oszczędzałam sobie stresu w tej ciąży, że się przeciążałam, że za późno zaczęłam brać witaminy, że kopnął mnie prąd, że za mało jadłam, że za mało piłam, że nie zrobiłam badań na mutacje MTHFR, że wybrałam złego lekarza, że uprawiałam seks w ciąży...
Ledwo doczłapałam się do pokoju położnych, widzą, że się trzęsę, wołają lekarza, jedna odprowadza mnie do sali. Spokojnie i powoli jak w zwolnionym tempie mówi, że to jeszcze nie to, że to moja psychika, że muszę nad tym zapanować, pytam łapiąc oddechy jakbym tonęła, dlaczego nie może być cc, że ja nie dam rady... Położna na to: "Pani macica jest jeszcze za mała, by bez ryzyka dla pani wykonać taki zabieg. Istnieje bardzo duże ryzyko, że będzie trzeba wyciąć całą macicę i pozbawić panią w ogóle szans na dziecko." To mnie dobija, zamiast uspokajać. Jak ona śmie motywować mnie szantażem, czuję się szantażowana swoją płodnością i zdrowiem, a ja tylko chcę to przespać, nie chcę przechodzić porodu... 7 piętro, nikt nie będzie ze mną siedział całą noc, jeden krok...
Lekarz zarządza podanie mi zastrzyku uspokajającego, położna gładzi mnie po dłoni i płacze razem ze mną.


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 listopada, 00:10

18 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)