Pamiętniki życie po porodzie martwego dziecka..
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
życie po porodzie martwego dziecka..
O mnie: 28 lat, mama aniołka (24tc) " Można odejść na zawsze by stale być blisko.."
Czas starania się o dziecko: lipiec'17- wrzesień'18
Moja historia: Upragniona ciąża po 14 miesiącach starań. Szczęście kończy się po 24 tygodniach, przychodzi najgorszy dzień mojego życia, dzień w którym musiałam urodzić swoje martwe dziecko.. Powoli staję na nogi, staram się żyć normalnie, mija pół roku znów widzę dwie kreseczki. Tym razem jestem w ciąży przez 6 dni..
Moje emocje: Starania zawieszone bezterminowo. Nie chcę słyszeć o ciąży, znów nie mogę patrzeć na małe dzieci. Serce przepełnia wielki ból..

28 marca, 09:28

Historia mojej ciąży, porodu martwego dziecka i pobytu w szpitalu

22 września 2018- wróciliśmy z wakacji chyba najlepszych w życiu, odwiedziliśmy tyle pięknych miejsc.. Głowa już odpuściła tryb starania, za długo to wszystko trwa..
Wieczorem coś jest nie tak, jakieś mdłości, gorączka, senność- przecież co miesiąc moje ciało oszukuje mnie, że jestem w ciąży. W poniedziałek kupię test i zrobię we wtorek rano, dawno nie robiłam, odpuściłam, a może jednak..
Wtorek, 25 września- rano robię test, druga kreska wyskakuje od razu. Pędzę do męża, jest radość, udało się tak bez starań. Piękny jest ten wrzesień..
Szybko kalkuluję, że jestem w 5tc. 4tc skończony, czytam kiedy najlepiej iść do lekarza. Umawiam się na 9 października, trzeba cierpliwie czekać jeszcze dwa tygodnie..
Nie mogłam się powstrzymać i powiedziałam siostrze o pozytywnym teście. Wiedzą 3 osoby- Ja, mąż i ona.. W końcu doczekałam wizyty. Pani doktor tłumaczy, że na tym etapie może być tylko pęcherzyk z zarodkiem, a na serduszko czasem trzeba czekać. Robi usg- jest serduszko ♡ Boże jaka radość..
zakłada mi kartę ciąży, drukuje pierwsze zdjęcia, zleca mnóstwo badań i kolejna wizyta za 4 tygodnie.
W międzyczasie skończony 8tc pojawia się jakaś infekcja. Wymiotuje całą noc i cały dzień, gorączkuje, nie krwawie.. W głowie już tyle czarnych myśli, że organizm wysyła sygnały o poronieniu. Mój Boże to nie może być prawdą.. Kolejny dzień, wszystko ustąpiło, zaczynam zauważać powiększające się podbrzusze. Na razie nikt poza mną tego nie widzi, ale we mnie jest nadzieja, że jednak wszystko w porządku z maleństwem..
Przychodzi wreszcie dzień wizyty. Skończony 10tc, wszystkie badania prawidłowe, usg- serduszko bije, maluszek pięknie się rozwija ♡ Decydujemy się podzielić naszym szczęściem z rodzicami, na razie prosimy o dyskrecję względem reszty rodziny, przecież w pierwszym trymestrze może się wszystko zdarzyć..
22 listopada - badania prenatalne pierwszego trymestru, wszystko super, 60% chłopiec, nasz pierwszy synuś ♡
Po prenatalnych można odetchnąć z ulgą, nieśmiało kupujemy kilka ciuszków, neutralnych, bo przecież nie znoszę tego zimnego błękitu..
Kolejna wizyta 16tc, wszystko idealnie..
Święta Bożego Narodzenia i pierwsze zdjęcie z brzuszkiem. Prawie go nie widać, ale zaplanowałam sobie, że za rok zrobimy takie samo zdjęcie już z synkiem na rękach..
Mój 19tc czuję już ruchy maleństwa, ale pojawiają się twardnienia brzucha. Biegnę do lekarza, szyjka w porządku, dostaje magnez i tyle.
Badania połówkowe- zdrowy synek na 100%, idealnie się rozwija, wszystko w 50 centylu, ryzyko porodu przedwczesnego 1%.
W między czasie walczę z okropnym przeziębieniem. Pani w poradni mówi żeby nie przychodzić w ciąży, bo straszne wirusy wokół, idę więc do ginekologa po L4. Położna sprawdziła serduszko i dostałam kilka zaleceń jak sobie radzić z przeziębieniem domowymi sposobami. Mija tydzień wracam do pracy. Wszystko wydaje się w porządku poza tymi twardnieniami.. Przechodzę więc na home office i coraz więcej dni spędzam w domu. Synek rusza się chyba z 20h na dobę, cudowne uczucie, ale czuję go bardzo nisko. Na polowkowych dowiedziałam się o niskim ułożeniu i pan doktor ostrzegł przed tym, że mogę częściej odczuwać parcie na pęcherz. Tak też było..
Codziennie rano czekam na pierwsze ruchy synka, zazwyczaj budził się jak jadłam śniadanie, bądź wsiadałam do samochodu i jechałam do pracy. Czucie ruchów maleństwa to są najpiękniejsze chwile każdego dnia.
Przychodzi środa, mój przedostatni dzień w pracy i zaczynam już ciążowe L4. Wszystko pozamykałam, choć tyle stresu było w tych ostatnich dniach. Jeszcze problemy z rodzicami, którzy wiecznie zachowują się jak dzieci.. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy z siostrą bardziej dojrzałe..
Wieczorem leżę na kanapie i dostaję silnego skurczu. Krótki, ale bolesny, wczesniej takich nie miałam. Mijają 2 godziny i idę do toalety. Na wkladce mnóstwo śluzu i nitki krwi. Jestem przerażona.. 15 minut później jesteśmy już na izbie przyjęć. Badanie i słowa położnej- w społeczeństwie istnieje fałszywe przekonanie, że każda ciąża kończy się szczęśliwym porodem. Te słowa wbiły mnie w ziemie.. Pytam co się dzieje, skąd to krwawienie- zagrożenie porodem przedwczesnym, dzidziuś pcha się za bardzo na świat, zostajemy w szpitalu. Jest skończony 23tc i 4 dzień.. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że coś może się źle skończyć. Synuś fikał jak szalony całą noc. Tak jak zawsze po usg, chyba tego nie lubił...
W międzyczasie przychodzi pani doktor, mówi o skróconej do 2cm szyjce i bakteriach w moczu. CRP w normie, więc jest dobrze. Odchodzi życząc mi dobrej nocy.. Ja staram się zasnąć, ale strach nie pozwala. Czekam więc do rana na dobre wieści...
Rano pobranie wymazu na posiew- położna odmawia- pęcherz się wpuklił. Uciekam do łóżka, już nie wstaję, nawet do toalety..
Przyjeżdża mąż, moja siostra, wspierają jak mogą.. Musimy czekać z nadzieją, że pęcherz się cofnie i będzie można założyć bezpiecznie szew ratunkowy. Przychodzi pani doktor, tłumaczy mi, że szyjka w nocy zaczęła się rozwierać i w tej chwili boją się podjąć jakichkolwiek kroków. Mąż rozmawia z lekarzami o ewentualnym transporcie do szpitala o wyższym stopniu referencyjnosci, pani doktor odmawia, za duże ryzyko, że jak się poruszę pęknie pęcherz i odejdą wody. Leżę więc i czekam na cud.. Synuś cały dzień fika koziołki. Widzę jak napina się brzuch, tak chciałabym to dotknąć, ale mam zakaz. Macica jest zbyt reaktywna. Wieczorem krwawienie trochę ustępuje, wszyscy jadą do domu i zaczyna się moja najgorsza noc w życiu. Czuję się fatalnie, nie mogę się ruszać, jestem uzależniona od pielęgniarek, które podają mi basen. Dzwonię co chwilę, bo przecież tyle pije wody żeby wypłukać te cholerne bakerie, a synek leży na pęcherzu.. Zaczyna się ból krzyża, myślę, że to pewnie od tego leżenia, przecież jeszcze przed ciążą miałam problemy z kręgosłupem. Dzwonię znowu, mina pielęgniarki mów i wszystko- ma mnie dość, ale jednocześnie jakby była przerażona.. Proszę o coś przeciwbólowego, najlepiej nospę, bo może to jakieś skurcze. Pielęgniarka odmawia, przychodzi kolejna pani doktor. Tlumaczy mi, że nospa działa rozkurczowo na szyjkę, więc poda mi tylko paracetamol i zwiększy dawkę duphastonu. Przyjmuję leki, zasypiam. Budzę się po 2 godzinach, plecy bolą trochę mniej, jest parę minut po 5 rano więc na oddziale zaczyna się życie, a u mnie pojawiają się pierwsze skurcze. Na początku myślałam, że po prostu boli mnie brzuch, ale po jakiejś godzinie zorientowałam się, że to skurcze. Ból był krótki i coraz bardziej regularny. Pisze do męża, że jest chyba bardzo źle. Błagam pielęgniarki o coś rozkurczowego, cokolwiek bo boję się, że zaczęły się skurcze. Odmawiają. Czekamy do obchodu, potem będę wreszcie zbadana i pan ordynator oceni czy jest poprawa czy dalej czekamy. Boli strasznie, ból miesza się ze strachem. Synek znów robi fikołki, mój maluszek daje znać mamie, że z nim wszystko w porządku. Przyjeżdża mąż, jest parę minut po 8. Przez myśl zaczyna przechodzić mi monitorowanie co ile pojawiają się te skurcze, ale ból jest tak silny, że zapominam o tym. Mąż szuka lekarza żeby mi cokolwiek podano. Zwijam się na łóżku, a przecież nie mogę się ruszać.. W końcu przychodzi obchód. Pan doktor rzuca tylko- pani ma skurcze, Tak? po obchodzie panią zbadam. Dobrze, ze jest już mąż.. Mija pół godziny, przyjeżdżają położne z łóżkiem żeby przetransportować mnie do sali zabiegowej. Siadam ostrożnie na fotel i nawet nie jestem badana. Polozna pyta czy robimy usg- doktor odpowiada, że nie ma takiej potrzeby. Prosi męża do środka- już nic nie zrobimy, pani dzisiaj urodzi, ciąża jest zbyt młoda, to jest 24 tydzień. Nasz świat się zawalił, jeszcze nie docierało do mnie to co się dzieje. Skurcze bolały, ale to serce i ten ból, że dzisiaj stracę swoje dziecko rozrywały moje ciało. Wracamy na salę i mamy czekać na odejście wód. Dziewczynę, która ze mną leżała przewozą na inną salę. Takie są procedury, że jeśli szpital ma warunki w celu zmniejszenia traumy nie powinnam przebywać z innymi ciezarnymi. Jestem na sali może 10 minut, pęcherz nie pęka, ale boję się, że mogłabym tam urodzić, przecież nie wiem ile to potrwa i jak wygląda poród.. Jadę na porodówkę, tam już wszystko przygotowane.. Dwie bardzo miłe położne. Neonatolog.. Jedna z pań mówi mi, że takie maluszki 500gr da się uratować, ja mam w głowie, że mój synek ważył 400gr 4 tygodnie wcześniej, więc na pewno ma większą wagę. Gdzieś tli się nadzieja, chociaż rozsądek podpowiada, że może da się uratować, ale synek umrze za kilka godzin. Tak bardzo boli, dlaczego mnie to spotkało.. Przychodzi pan ordynator i swoimi słowami przerywa wszelkie rozmowy i nadzieję na uratowanie naszego synka. To jest 24 tydzień, dziecko może przeżyć i umrzeć za 8godzin, jeden dzień lub dwa tygodnie, a państwo będą oglądać jego cierpienie. Wylewy do mózgu, walkę z góry skazaną na porażkę. Nie podali nawet sterydów. Nie chcemy żeby synek tak cierpiał, doskonale wiemy, że w tym szpitalu nie ma ani 1% szans na ratowanie takiego wcześniaka. Dlaczego nas nie przetransportowali? nie wiem do dzisiaj. W mojej głowie pojawiają się myśli, że synek się urodzi i zaraz odejdzie.. Boże tyle cierpienia, poród w bólach, wszystko na nic, nagrody nie będzie, nie będę miała żywego, ślicznego dziecka, prawdopodobnie nawet nie słyszę jego płaczu. Mijają kolejne minuty, a może więcej czasu. Skurcze są coraz bardzie bolesne, choć czuje jakbym była z boku tego bólu. Ból w sercu jest większy. Tracę swoje wymarzone dziecko. Położna bada rozwarcie i nagle odchodzą wody. Prawdopodobnie przebiła pęcherz, mówi, że nieumyślnie. Słyszę jak druga położna płacze.. Jest przy mnie mój mąż i siostra. Chciała wejść i być przy mnie, decyzja pozostała do mnie, a tak naprawdę mi było wszystko obojętne. Dzisiaj cieszę się, że była, bo była ogromnym wsparciem. Leżę bez tych wód i między skurczami odzyskuje świadomość. Moje dziecko odchodzi, a ja myślę o tym, że umieram z głodu, nie mam więcej sił na parcie i poród. Mój synek nie jest ułożony główkowo, tylko pośladkowo, ten poród prawdopodobnie nie powinien odbywać się siłami natury. Nawet nie używają lamp. Słońce tak mocno święci, pogoda piękna, tak jakby całe niebo się cieszyło, że nam go odbiera.. Przychodzi pan ordynator sprawdzić postęp porodu. Znowu skurcze, każą przeć. Czuję, że coś wypada, ale to wciąż nie koniec naszego cierpienia. Błagam żeby mi pomogli, bo nie dam już rady, nie mam siły. Pan doktor mówi, że synek się zaklinował, już nie żyje, demonstruje nam na sobie, jak jest zablokowany rączkami i nóżkami.. Boże moje serce pęka nawet teraz kiedy o tym piszę.. Mój synek już nie żyje, nie wiem dlaczego, przecież rano czułam jego ruchy. Nic nie wiem, mój maluszek odszedł.. Słyszę tylko, że nie urodzę, muszą mnie i uspać i ręcznie wydobyć synka. Wypraszają męża i siostrę. Ja nadal czuje skurcze, a teraz już nie robią na mnie wrażenia. Czuje się bezwladna. Przychodzi pani anestezjolog. Mam już mocno wyeksploatowane żyły po wcześniejszych wkłuciach, ale wbija mi gdzieś igłe i momentalnie zasypiam. Budzę się, patrzę na brzuch- tak bardzo się zmniejszył, ale to co czuje w środku, a w zasadzie to czego nie czuję- nie czuję nić, ogromna pustka, tak jakby ktoś wyrwał mi wszystkie wnętrzności. Patrzę na zegarek 13:30. Podobno o 12 odbył się mój poród. Mąż może wejść, jeszcze pół godziny i przewozą mnie na salę. Płaczemy oboje, świat się zawalił. Jadę na salę, na której wcześniej leżałam w ciąży, Słyszę, że położna znów szlocha, przytula mnie na koniec i mówi, że jeszcze się spotkamy. Jestem tak zła na swoje ciało, mam ochotę bić się po brzuchu, czuje, że jest tak kompletnie nieuzyteczny. Nie ma tam już życia, nie ma mojego synka.. Na sali czeka mama i siostra, nic nie mówią, a ja nie mogę powstrzymać łez. Idę pod prysznic, siostra mi pomaga. Jestem trochę obolała i strasznie słaba, ledwo stoję. Nie pamiętam za wiele więcej z tego dnia.. dostawalam relanium. Po południu przyjechał szwagier, wszyscy starają się wspierać, mówią najgorsze rzeczy które wtedy można usłyszeć- jesteście młodzi, jeszcze będziecie mieli dzieci. Nie chce tego słuchać, ale nic się nie odzywam, łzy odbierają mi zdolność mowy. Słyszę jak mama z mężem mówią coś o pogrzebie. Pytam ze złością - jaki pogrzeb? jak ja będę chodziła na cmentarz do swojego dziecka? wpadam w szał, dostaję kolejne tabletki. Dzisiaj jestem tak wdzięczna, że ktoś podjął tę decyzję za mnie. Chodzę na cmentarz codziennie i jest to miejsce o które lubię dbać, czuje, że tylko tyle mogę zrobić teraz dla mojego synka. Rozmawiam z nim tam, często kiedy jestem kompletnie rozbita proszę synka żeby dodał mi siły, wracam do domu płacząc jeszcze całą drogę, a później wraca spokój.. 8 luty, godzina 12:00 odchodzi mój synek, a wraz z nim umiera część mojego serca, bezpowrotnie.
Jest sobota, godzina 20, dalej leżę sama na sali. Jest ze mną maż i siostra. Cały czas czuje ich ogromne wsparcie. Przychodzi pani doktor i mówi, że chyba pora jechać do domu, bo siedzą tutaj cały dzień. Spanikowałam, że zaraz zostanę sama, proszę panią doktor by pozwoliła zostać mężowi, bo ciężko mi samej- Słyszę, że trzeba nauczyć się żyć samemu.. Dostaje tabletki i zasypiam.
Niedziela, wczesny poranek. Przychodzi ksiądz, pyta czy mamusia oczekująca. Cios, zaczynam znowu płakać i odpowiadam, że już nie, niestety już nie. Dodaje mi otuchy swoim uśmiechem, pyta o moje imię i imię męża i obiecuje modlitwę. Czekam na męża, bo nie umiem sobie sama poradzić z tym bólem i pustką po stracie synka.
Ze szpitala wychodzę w niedzielę przed południem. Jeszcze badanie usg, widzę czarny obraz. Zaczynam płakać. Jeszcze w środę wieczorem pani doktor śmiała się, że synek jest tak ruchliwy, że nie może złapać tętna. Widziałam na ekranie bijące serduszko, widziałam jak duży jest już mój synek. Na pierwszym usg ta kropeczka miała 4mm, w dniu porodu synek mierzył już 30cm i ważył 670gr. Był idealny..
Ta niedziela to był bardzo trudny dzień. Z jednej strony byłam już w swoim domu, tak uwielbiałam tu wracać. Wszystko zaprojektowałam idealnie pod dziecko.. Tutaj będzie się bawić w salonie, kiedy ja będę gotowała dla niego obiadek, a tutaj będzie mu łatwo biegać ze swojego pokoju i o nic się nie uderzy.. Jaka jaka głupia..
Po poludniu przyjeżdża teściowa i siostry męża. Sa jeszcze u nas moja mama i siostra z mężem. Czuję się osaczona, siedzę na kanapie i płaczę, a wszyscy na mnie patrzą.. Uciekam w panice do łazienki. Przychodzi moja siostra, trochę się uspokajam, słyszę jak moja mama mówi, że ja nie mogę być sama.. Mija godzina, jadą do domu, nareszcie. Zostaje sama z mężem, moja siostra też nie chce jechać, zostaje z nami do wieczora. Bardzo nas wspiera. Kolejny tydzień to czas w którym odebralismy wyniki mojego posiewu- ujemny, żadnych bakterii. Rozmawiamy z lekarzem w szpitalu, który podejrzewał, że przyczyną porodu przedwczesnego była infekcja pęcherza i słyszymy, że czasem się tak zdarza, mieliśmy pecha. Jak można mieć pecha w 24 tygodniu ciąży.. Z uśmiechem na ustach mówi, że poprowadzi nam drugą ciążę, że to się na pewno nie powtórzy, bo nie można mieć całe życie pecha, limit wyczerpany. Kolejnego dnia mąż odbiera wyniki sekcji- synek był zdrowy, prawidłowo się rozwijał, wszystko było w jak najlepszym porządku. Znów niczego się nie dowiadujemy.
Przychodzi pogrzeb synka, widzę małą białą trumienkę zamiast wymarzonego wózka, znów się rozsypuje na milion kawałków..
Mijają kolejne dni, a ja skupiam się tylko na tym żeby znaleźć przyczynę tej tragedii, która nas spotkała..

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 marca, 07:11

28 marca, 10:22

Szukanie przyczyn porodu przedwczesnego i problem z zaufaniem lekarzom

Analizuję przebieg kolejnych tygodni i szukam podejrzanych znaków. Porównuje swój przypadek do wpisów innych dziewczyn z forum.
Diagnoza o infekcji kompletnie mnie nie przekonuje. Robią mi badania po 21, nie jestem na czczo, wychodzą podwyższone leukocyty w moczu i we krwi i pojedyncze bakterie w moczu. CRP w normie, czyli nie ma stanu zapalnego. Poza tym nie doszło u mnie do PROM, pęcherz przebiła położna na porodówce.
Szukam więc innego tropu. Niewydolność ciśnieniowo-szyjkowa. Ordynator ze 3 razy w szpitalu powiedział, że to na pewno nie to, bo wcześniej na badaniu polowkowym wyszlyby nieprawidłowości. Moja szyjka w skończonym 19tc ciąży kiedy zgłosiłam się do lekarza prowadzącego z twardnieniami brzucha miała 3,6cm. Była twarda i zamknięta, jednak pani doktor powiedziała wtedy, że ta długość jest bez szału. Trochę się zmartwiłam, ale inne dziewczyny z forum miały podobne szyjki, a nawet krótsze, a pani doktor powiedziała, że nie może być mniej niż 2,5cm i ważne żeby się nie skracała. Mam brać magnez i tyle.
Oprócz tych twardnień zauważyłam większą ilość śluzu, musiałam zacząć nosić wkładki. Pani doktor również mnie uspokoiła, że to normalne w ciąży, a po badaniu powiedziała, że śluz jest w porządku i ma prawidłowe ph. To nie są upławy. Nie dawało mi to spokoju, kupiłam lactovaginal i aplikowałam co drugi dzień..
Kiedy trafiłam do szpitala szyjka była skrócona do 2cm, a następnego dnia już pojawiło się rozwarcie i doszło do wpuklenia pęcherza płodowego. Czytam, porównuje, analizuję - niewydolność jak nic. Może trochę tydzień ciąży się nie zgadza, bo niewydolność objawia się wcześniej, ale znajduje wpisy dziewczyn, którym stwierdzili to cholerstwo w późniejszym tygodniu ciąży. Mam przyczynę.. Ale niewydolność to niestety wyrok. Wyrok, że sytuacja powtórzy się w przyszłości, nie wiem czy zwykły szew lub pessar wystarczy.. Rozmawiam z dziewczynami na forum, pasuje mi ta diagnoza, choć tak bardzo się jej boję..
Nigdy nie miałam zabiegów lyzeczkowania, żadnych interwencji, porodów skąd mogłabym mieć niewydolność? zadaje sobie pytanie i odpowiedź jest prosta, musi to być schorzenie wrodzone. Zaczynam się obawiać czy nie mam jakichś wad macicy. Ale dlaczego nikt wcześniej tego nie zauważył... Przecież chodziłam do lekarza jeszcze na długo przed ciążą i podlegałam kontrolnym usg. W ciąży chodziłam na prywatne wizyty z usg co 4 tygodnie, plus badania prenatalne. Nikt nic nie mówił, poza tyłozgieciem, o którym dowiedziałam się na pierwszych prenatalnych. Kolezanka z forum doradziła mi wizytę u jednego z łódzkich profesorów, ekspertów od niewydolność szyjki. To moja jedyna nadzieja. Umówię się po połogu.
W ubiegły poniedziałek wybrałam się na kontrolę po połogu do nowej polecanej pani doktor. Pracuje w szpitalu o III stopniu referencyjnosci i nie jedno już widziała. Jestem pełna nadziei. Wchodzę do gabinetu, opowiadam pani doktor swoją historię, pokazuje wyniki badań ze szpitala i słyszę diagnozę- infekcja.. Mój świat znów się zawalił. Przecież przez te 6 tygodni ułożyłam sobie wszystko w głowie i wszystko wskazywało na niewydolność szyjki. Nie wierzę jej. Pytam jak taka niewielka infekcja z pojedynczymi bakteriami i niskim CRP mogła przyczynić się do takiej tragedii. Posiew był czysty. To niemożliwe. Pani doktor sprowadza mnie na ziemię. Mówi, że to nie musiała być infekcja dróg rodnych, cokolwiek innego, bol zęba.. Cokolwiek co przytrafiło się między 18-22tc kiedy szyjka jest najbardziej narażona na niewydolność mogło tę szyjkę osłabić. Szybko sobie przypominam o przeziębieniu w 20tc i bólu ósemki w tych ostatnich dniach przed porodem. Miałam iść do dentysty w piątek i w piątek urodziłam.. Leukocyty w moczu i we krwi sugerują infekcję w organizmie, mój organizm w pewnym momencie nie dał rady pracować za dwóch i musiał z kogoś zrezygnować.. Nie mogę się z tym pogodzić. Przecież tyle kobiet ma infekcje w ciąży, jest przeziebionych, jest w trakcie leczenia zębów, przecież taka tragedia nie następuje z dnia na dzień.. Proszę o zmierzenie szyjki na usg. Pani doktor tłumaczy mi, że ten pomiar jest bez sensu, że nic teraz nie wnosi, ale spełnia moją prośbę. Szyjka ma 2,7cm strasznie krótka. Przecież w ciąży miała więcej. Pani doktor tłumaczy mi, że ten pomiar jest niewiarygodny i na pewno nie mam takiej szyjki. Ja jeszcze bardziej stwierdzam się w przekonaniu, że muszę jechać do Łodzi do profesora, bo jest jedyną osobą w której diagnozę jestem w stanie uwierzyć.
Mówię do męża, że jestem zła na siebie. Postawiłam sobie diagnozę, której nikt mi nie potwierdza i przez to nie wierzę żadnemu lekarzowi. Dostajemy zielone światło, bo wszystko jest w porządku. Macica, jajniki, szyjka, a także badania tarczycowe. Wiemy, że chcemy jeszcze spróbować, ale na pewno nie teraz. Nie jestem jeszcze gotowa. Muszę sobie poukładać wszystko w głowie i uwierzyć w to, że kolejna ciąża będzie przebiegała prawidłowo i skończy sie dla nas szczęśliwym porodem w terminie i płaczem dziecka. Na razie boję się powtórki. Może ta wizyta w Łodzi coś zmieni, może da mi pewność, że z moją szyjką jest wszystko w porządku i rzeczywiście przez infekcję się posypała i doszło do porodu przedwczesnego. A może dowiem się, że szyjka jest tak słaba, że moim jedynym ratunkiem jest taśma TAC. Boję się tej taśmy, ale jeśli nie będzie wyjścia to się zdecyduje, bo wiem, że zrobię wszystko żeby dać ziemskie rodzeństwo mojemu synkowi.

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 marca, 07:12

28 marca, 18:10

Problem z radzeniem sobie wśród ludzi

Codziennie jeździmy na cmentarz. Taki nasz rytuał, czas na modlitwę, rozmowę z synkiem i zadbanie o grobik.. Patrzę tylko ile jest samochodów na parkingu, czy znów będą na cmentarzu jacyś ludzie. Stoję nad grobem synka i wydaje mi się, że zbieram wszystkie spojrzenia. Wszyscy patrzą jak stoję nad grobem własnego dziecka, patrzą i oceniają. Myślą, że to moja wina.. Co ze mnie za wybrakowana kobieta, której dziecko umarło.. Wszędzie gdzie idę wśród ludzi którzy wiedzieli o ciąży, a potem o stracie czuję na sobie te spojrzenia i te myśli, że to moja wina, że co ze mnie za matka, która nie potrafiła donosić ciąży. Nic nie wiedzą, nie potrafią się nawet zachować, a są pierwsi do oceniania. Ludzie..
Po drugiej stronie rodzina czy znajomi, którzy udają, że nic się nie wydarzyło. Żyjemy dalej, już się pozbieraliśmy, bo nie płaczemy od rana do wieczora. Odbieramy telefony.. Gadają o pierdołach, najgorsze są rozmowy o dzieciach. Innych dzieciach, nasz synek nie istnieje. Była ciąża, dziecka nie ma, czyli ciąży nie było.. Strata dziecka to wciąż temat tabu. Boimy się o tym mówić. My rodzice chyba boimy się oceny innych, uznania, że to nasza wina, a otoczenie nie wie jak się zachować wobec osób, które spotkała najgorsza z możliwych tragedii w życiu. Część osób się odwróciła, jakby uciekła. Cieszy mnie to. Najpierw wysyłają gratulacje, bo tak wypada, a później tak jakbyśmy przestali istnieć. Są w naszym życiu, bo tak wypada. Nie chcę się otaczać takimi osobami. Wystarczy mi ta garstka, która mimo strachu potrafiła się odezwać, wspierać. Po prostu być i próbować pomóc na tyle na ile mogą.. Wszyscy koncentrują się na kobiecie, matce, która traci dziecko. A przeciez w tym wszystkim jest jeszcze mężczyzna, ojciec. Traci dziecko i powoli traci pogrążoną w rozpaczy żonę. Jedyna moja motywacja żeby żyć każdego dnia. Żeby starać się żyć normalnie i też być wsparciem, tak jak On dla mnie.

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 marca, 07:13

28 marca, 18:10

.

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 marca, 19:24

28 marca, 21:46

Proba zmiany postrzegania swojej przyszłości

Na razie moje wpisy to głównie te emocje, które przeżywałam krótko po stracie. Jeszcze jest kilka tych momentów o których chciałam napisać, bo raz, chce o nich pamiętać, a dwa wiem, że te same emocje towarzyszą każdej kobiecie po stracie i po cichu liczę, że ten mój pamiętnik kiedyś komuś pomoże. Może te wpisy są trochę przydługie, ale na ten moment traktuję to jako formę terapii i możliwość wylania z siebie wszystkiego co mam w głowie by móc zacząć ją uzdrawiać. To mój główny cel teraz- uzdrowić swoją głowę, zmienić nastawienie i uwierzyć, że jeszcze będę szczęśliwą mamą ziemskiego dziecka, że dam życie..
Nie do końca umiem jeszcze obsługiwać ten pamiętnik, ale jedna z Was skomentowała poprzedni wpis, że nikt nie myśli, że to moja wina, a ja nie wiem jak odpowiedzieć na ten komentarz.. Jestem za niego wdzięczna, bo takie właśnie myśli mają kobiety, których dzieci odeszły- będąc wśród ludzi czuję jakby wszyscy podświadomie mnie obwiniali za to co się stało, choć pewnie jest tak jak napisałaś i to wcale nie jest prawdą. Musze uwierzyc, że tak właśnie jest i przestać zwracać na to uwagę. Czy przed stratą ja patrzyłam na groby aniołków i myślałam o ich matkach, że są winne tego, że ich dzieci są na cmentarzu? Absolutnie nie, było mi tak strasznie żal tych dzieci i tych rodziców. Te groby zawsze robiły na mnie jakieś wrażenie, jakbym się bała tej alejki na cmentarzu, a jednocześnie chciała tam iść i pomodlić się za te niewinne maluszki i ich rodziców. Kolejny krok który muszę wykonać- pozbyć się tych myśli, że każdy patrzy na mnie jak na kobietę winną tego co się stało. Oby rozsądek brał górę nad emocjami.
Właśnie słyszałam synka sąsiadów jak wchodzili do swojego mieszkania, a mały coś wesoło opowiadał. Od razu przypomniała mi się pewna sytuacja kilka dni po pogrzebie synka. Wtedy byliśmy z mężem jeszcze w bardzo złym stanie psychicznym. To znaczy ja byłam, bo mąż cały czas dzielnie się trzymał. Synek sąsiadów krzyczał na klatce schodowej- tato! i mąż się rozpłakał, a ja razem z nim.. Poczułam wtedy po raz kolejny, że nie tylko ja cierpię, nie tylko ja straciłam dziecko. Przytulam go mocno i płaczemy razem.. Obojemy wiemy co jest teraz w głowie- nasz synek nie zawoła nigdy tato.. Pojawia się myśl, że zrobię wszystko by mąż jeszcze to wołanie usłyszał. Jest tatą, ale aniołka, a ja chcę byśmy zostali rodzicami ziemskiego dzieciątka. I tak do dzisiaj, a właściwie do wczoraj walczyłam z huśtawką myśli, że chce być znowu w ciąży (jeszcze nie teraz, ale za niedługo) i jednocześnie tak bardzo boję się powtórki.. Dlaczego do wczoraj? otóż jedna z dziewczyn na forum, która stała się mi bardzo bliska poprzez podobieństwo dusz, a nawet historii cały czas pokazuje jakie ma nastawienie do przyszłości, ciąży po stracie i macierzyństwa. I strasznie mi imponuje ta kobieta, jej nastawienie, wiara w to, że tym razem wszystko będzie tak jak powinno być w tej pierwszej ciąży. Bedzie szczesliwe zakonczenie i szansa na szczęśliwe życie. Choć nasze życie nigdy nie będzie już takie samo, zawsze będziemy mieć niekompletną rodzinę, zawsze będzie kogoś brakować.
Wczoraj osiągnęłam stan wyjątkowego braku wiary w przyszłość i znów wszystko widziałam w czarnych barwach. Czytalam wpisy tej dziewczyny z forum i podziwiałam ile w niej spokoju i wiary. Pojechałam na cmentarz. Prosiłam synka żeby dodał mi siły, bo znów lecę w dół, tak bym chciała żeby kiedyś przyszedł do mnie we śnie i tylko dał znak, że widzi i czuje jak bardzo to kocham. Miłość do dziecka jest czymś absolutnie pięknym, czystym i niewyobrażalnym dopóki się jej nie doświadczy. Dzieki mojemu skarbeczkowi mogłam tę miłość poznać, ale inaczej też patrzę na moje małżeństwo i miłość do męża. Dzisiaj wiem jak bardzo go kocham i że zrobiłabym dla niego wszystko, bez niego i jego wsparcia umarłabym razem z synkiem..
Wracam do tego co się wczoraj stało. Wracaliśmy z cmentarza, znów pojawiły się łzy, tak bardzo tęsknię za tą kruszynką, za tym uczuciem kiedy był pod moim sercem, za tym ciepłem. Myślę cały czas czy był szczęśliwy, czy cierpiał, czy czuł moją miłość.. Prosiłam synka by dodał mi siły, wróciłam do domu i nadszedł spokój. Myśli, że kluczem do sukcesu jest praca nad swoją głową i swoim podejściem. Muszę dojść do takiego etapu na jakim dzisiaj jest ta dziewczyna z forum, ta która jest teraz moim wzorem podejścia do życia po stracie. Wiem, że to osiągnę. Najważniejsze- pozbyć się myśli, że na którymkolwiek etapie ciąży może zdarzyć się coś złego. Tylko jak to zrobić? Przecież nie mam na wszystko wpływu, a w zasadzie na wszystko na co myślałam, że mam wpływ robiłam w pierwszej ciąży i gdzie mnie to doprowadziło? Czuję, że najważniejsze jest podejście, zdrowa głowa i myślenie tylko o dobrych rzeczach. Reszta w rękach Boga..
Czekam na dwie książki- O dziecku które odwróciło się na pięcie, polecanej przez dziewczyny i Potęga podświadomości- z rodzaju tych książek z których się zawsze śmiałam, a dziś mam nadzieję, że choć trochę pomoże mi uzdrowić głowę i myślenie. Na pewno napisze tutaj swoje przemyślenia po przeczytaniu tych książek, a tymczasem idę znów porozmawiać z moim aniołkiem, bo pewnie już czeka by znów usłyszeć kocham cię Olusiu, mój idealny syneczku. Śpij skarbie..

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 marca, 07:14

28 marca, 21:46

.

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 marca, 21:47

29 marca, 07:35

Szukanie sobie miejsca w świecie po stracie..

Pierwsze myśli kiedy przestają działać tabletki na uspokojenie i nie chcę ich więcej brać- czy ja w ogóle byłam kiedyś w ciąży? Tak, nigdy nie zapomnę tego czasu. Najpiękniejszego w życiu, choć teraz widzę jak wiele kobiet narzeka na różne ciążowe dolegliwości. Wychodzę ze szpitala, pogrzeb i powolny powrót do rzeczywistości. Moje dni głównie mijają na szukaniu przyczyn, ale tak naprawdę w głowie cały czas jest burza, albo lepiej porównać to do zmiennej pogody na początku wiosny. W jednej chwili odnajduję gdzieś w sobie siłę i wydaje mi się, że najgorsze już za mną, teraz się podniosę i będę jeszcze szczęśliwą mamą- święci słońce. Za chwilę przychodzą myśli, że jestem źle diagnozowana i sytuacja powtórzy się w kolejnej ciąży. Boję się wszystkiego. Na początku boję się nawet sama wziąć prysznic. Boję się samotności, boję się podejmowania decyzji. Cały czas wydaje mi się, że czekają mnie tylko porażki- gromadzą się nade mną czarne deszczowe chmury. Te nastroje zmieniają się w ciągu jednego dnia.
Wracając do szukania sobie miejsca na świecie. Nie jestem już w ciąży, ale nie mam dziecka, którym mogłabym się opiekować, karmić, zmieniać pieluszki, uczyć świata i podziwiać za każdą nową umiejętność, czekać na pierwszy usmiech.. Jestem w stanie zawieszenia. Nie cieszą te rzeczy, które robiło się przed ciążą, są nie dla mnie, w ciąży też już nie jestem i na razie nie mogę być. Czekam.. Na początku szybko chcę być znowu w ciąży, dokończyć to co zostało przerwane. Tylko czy nowe dziecko nie będzie zdradą wobec mojego synka? Będę je nosić, doczekam cudu narodzin żywego dziecka i dostanie to wszystko czego mój aniołek nie poznał? Nie, to nie jest ten czas. Te myśl i na szczęście dość szybko ustępują. Druga ciąża to drugie dziecko, rodzeństwo, a czy rodzeństwo kocha się bardziej lub mniej? nie sądzę. To dziecko nie może być obarczone mianem dziecka po stracie, od początku wychowywane w poczuciu, ze jest za kogoś, że miało kogoś zastąpić. Rodzice po stracie mają trudne zadanie przed sobą, zmierzenia oczekiwań względem tego dziecka z rzeczywistością małego niewinnego człowieczka. Kiedyś jedna tęczowa mama napisała, że stracone dziecko zawsze będzie idealizowane. Na pewno byłoby mądrzejsze, grzeczniejsze..

Wszyscy radzą by znaleźć sobie jakieś zajęcie, by nie myśleć tylko skupić się na pracy, a ja co robię? piszę sobie ten pamiętnik i przerabiam emocje, które mi towarzyszyły w ostatnich tygodniach i towarzyszą dzisiaj. Jest coś w tym, że praca jest dobrą ucieczką. Nie ma czasu na myślenie, ale właśnie - jest ucieczką.. A czy da się uciec przed bólem po stracie, przed tym cierpieniem? może, ale czy warto.. Dzisiaj myślę, że trzeba to przeżyć, trzeba się zmierzyć z tymi wszystkimi emocjami. Trzeba płakać, mówić, rozmawiać, wyrzucać to z siebie, tak chcę przeżyć tą żałobę. Nie chcę uciekać, a wręcz przeciwnie- szukać w sobie i starać się nazywać to co teraz czuję.

29 marca, 08:01

Kobiety w ciąży, wózki, noworodki, małe dzieci

Źródło mojego bólu. Czuję złość, żal.. Dlaczego im się udało, a mi nie? W czym jestem gorsza?
W pierwszych dniach unikam jak ognia. Nie wychodzę z domu, tylko na cmentarz bo przecież wszędzie mogę spotkać kobietę w ciąży. Usuwam z obserwowanych na instagramie osób wszystkie kobiety w ciąży. Tyle ich jest. Wszystkie rodzą w 2019 roku. Wszystkie szczęśliwie pozują z brzuszkiem i kompletują wyprawkę, a w między czasie chwalą się wizytami i usg. Takie beztroskie, celebrują ten stan, nieświadome, że nigdy nie można być niczego pewnym. Kiedyś też byłam taka szczęśliwa, a inna kobieta przeżywała mój dramat..

Wiosna, wszędzie dookoła spacerują mamusie z wózkami. Jest ich całe mnóstwo, więcej niż zawsze. Wyskakują z każdego kąta jakby mnie prześladowały i krzyczały- zobacz na moje śliczne dziecko, korzystamy z pierwszych słonecznych dni. My też korzystamy- porządkujemy grób synka.. Zaglądam do tych wózków, choć nigdy tego nie robiłam, nie interesowałam się cudzym życiem. Teraz mąż mnie odciąga. Jestem masochistką. Zaglądam do wózków, oglądam ubranka, nawet chciałam niedawno kupić śliczny granatowy pajacyk. Dodałam do koszyka i się opamiętałam.

Dzieci są wszędzie. To dobry znak, bo jednak większość ciąż kończy się szczęśliwie. Ja jestem wśród tego 1% gdzie strata następuje po ukończeniu 20 tygodnia ciąży. 1% mało, ale to 1 na 100 ciąż. Co to jest 100 ciąż w skali mojego miasta, w skali województwa, kraju, świata? to są tysiące kobiet każdego dnia, ale wciąż to tak ogromne tabu. Nie wolno mówić o takich stratach, jakby to było przekleństwo..
Kobiety w ciąży już nie robią na mnie wrażenia. Nawet wróciłam do obserwowania kilku z nich. Blogerka czy tam influencerka Kenza. Jest dokładnie w tym samym tygodniu ciąży, w którym ja bym była i myślę, że jej termin porodu różni się od mojego o jeden, góra dwa dni. Patrzę jak rośnie jej brzuch, mój byłby taki sam, bo taki sam był do 24 tygodnia.. Patrzę jak kupuje wózek, patrzę i czuję żal, ale to nie jest zazdrość. Żal i bezradność, że po prostu ja miałam pecha być wśród tego 1%.. Poznaje historię tej blogerki, długie lata starań, w zasadzie o krok od in vitro. A inne kobiety w ciąży? może też długo nie mogły zajść w ciążę, długo dłużej niż moje marne 14 miesięcy starań, może też są kobietami po stracie. Nie zadaje już pytań dlaczego mnie to spotkało, bo dlaczego nie? W czym jest lepsza od innych i dlaczego ja zasługuje na szczęście, a ta druga kobieta na takie cierpienie? z kim mogłabym się zamienić i być dalej w ciąży, a ona przeżywałaby stratę? z nikim, bo nikomu tego nie życzę.

30 marca, 08:11

Powrót na porodówkę i powrót na dno..

Wczoraj wieczorem znów zawalił się mój świat. Myślałam, że mam już poukładane pewne tematy i owszem będą zdarzać się gorsze momenty, ale nie wrócę na emocjonalne dno..
Po raz kolejny opowiadam mężowi jak strasznie żałuję, że nie zobaczyłam synka, że bałam się tego jak wygląda i jak będę dalej żyć z widokiem mojego martwego dziecka. Mówię, mu nawet, że sprawdzałam w necie jak wyglądają dzieci urodzone w 24 tygodniu ciąży, że wyglądają normalnie, że niepotrzebnie się bałam.. Mąż cały czas na każde takie moje słowa (pojawiają się co kilka dni) odpowiada, że tak było lepiej. Uwierz mi, tak było lepiej. to co widziałaś w necie nie ma żadnego znaczenia.. Pytam go skąd wie, że tak było lepiej, dlaczego tak uważa.. czuję, że wie coś więcej..
Mój ukochany mąż odpowiada, że wie, bo rozmawiał z lekarzem.. Proszę by mi powiedział co wie. Mam do tego prawo, odmawia, bo chce mi czegoś oszczędzić. Proszę znów, nie chce by coś prawdopodobnie strasznego było tylko w jego świadomości. Chcę z nim przeżywać to cierpienie. Chcę być z nim. W końcu powiedział.. Powiedział, że podczas porodu kiedy wyciągali synka jego ciałko się złamało. Był tak zablokowany, że złamali jego ciałko.. Mój Boże wyobraźnia działa, serce znów rozpada się na milion kawałków. Mąż płacze kiedy o tym mówi. Przytulam go i sama staram się opanować łzy, by dodać mu otuchy.
Budzę się co chwilę w nocy. Pierwsza myśl jaka mnie uderza- ciałko synka zostało złamane na pół.. Mój najdrozszy skarb, moje dziecko.. co zrobił ten lekarz żeby tylko mnie nie pociąć? zranił ciałko mojego synka.. Czy on naprawdę umarł we mnie? czy te słowa, że nie urodze, bo synek jest zablokowany i już nie żyje były prawdą? czy ten lekarz go zabił? zabił moje dziecko, bo jeszcze zanim byłam na porodówce już skazał go na śmierć. Zabił moje dziecko tylko po to żeby mnie nie ciąć, żebym rodziła siłami natury bo tak lepiej.. Moj Boze to nie może być prawdą..
Budzimy się rano, mąż mówi, że jestem piękna, jego uśmiech pełen ciepła.. Te słowa mnie uderzają, przecież złamali mojego synka, jego ciałko.. nie potrafię nawet nazwać tego co czuję. Ubieram maskę, staram się by mąż nie zauważył, że myślami jestem znów na porodówce.. Nie chce żeby miał wyrzuty sumienia, że to o czym mi powiedział znów zawaliło mój świat. Wiem, że oszczędza mi tych drastycznych informacji, ale nie chcę żeby z tym cierpieniem był sam. Wiem, że teraz jest ciężko, ale przetrawię te informacje i znów się podniosę.. Jak przestać o tym myśleć, co zrobili mojemu aniołkowi? Ja przestać sobie wyobrażać? Szybko próbuje wymyślać jakieś głupoty by sama siebie pocieszyć. To tylko ciało, jego duszczyczka jest w niebie. Mój syneczek jest idealny. Jest moim pierwszym, wymarzonym dzieckiem.. Przypominam sobie jak na badaniu polowkowym pan doktor pokazał jego buzię. Był tak śliczny, a ja cała w podskokach pojechałam do siostry, do mamy by im powiedzieć jak śliczny jest Oluś, jaką ma cudną okrągłą buźkę.. A teraz? widzę tylko jedno- ciałko mojego synka- złamane.. nie wiadomo co jeszcze z nim zrobili..

Wiadomość wyedytowana przez autora 30 marca, 11:03

3 kwietnia, 07:42

Codzienność

Dziwny to był weekend. Sobota, po tych informacjach, które przekazał mi mąż była dniem pełnym łez. Płakaliśmy oboje przy byle jakiej czynności, ale to tak wiele zmieniło.. Jeszcze bardziej uświadomiłam sobie, że nie tylko ja cierpię, że mój mąż mimo, że chodzi do pracy, zachowuje się jak dawniej to w głębi duszy też bardzo cierpi i tęskni za synkiem. W niedzielę byliśmy dwa razy na cmentarzu, rano po mszy mnóstwo ludzi. Trochę mniej zwracałam na nich uwagę, starałam się skupić na tym, że jestem tutaj z synkiem, ale czułam na sobie spojrzenia innych. Nie myślałam o tym, że mnie oceniają. Pod wieczór pojechaliśmy na cmentarz drugi raz, bo zawsze jeździmy o takiej porze i miałam poczucie, że aniołek na nas czeka. Znów wróciło dużo spokoju do naszego życia. W tej chwili najważniejsze to nie wyobrażać sobie ziemskich sytuacji z dzieckiem, które nigdy nie będą miały miejsca. Nie usłyszę mojego synka, nie poznam jego głosu, uśmiechu, nigdy nie będę mogła go przytulić, ale nie zmienia to mojej miłości do niego. W sercu na zawsze pozostanie naszym idealnym synkiem..
Wczoraj zrobiłam piękny bukiet dla Olusia i naprawdę dużo radości na ten czas daje mi dbanie o jego grobik. Tylko tyle fizycznie teraz mogę dla niego robić, więc robię to z troską, bez pretensji, że dbam o grób zamiast o pokoik.. Niczego to nie zmieni.
Moja siostra była wczoraj skontrolować torbiel na jajniku. Bałyśmy się o to, bo ma tylko jeden jajnik, choć czułam, że to kwestia niepękniętego pęcherzyka. Powiedziała mi coś co mnie bardzo wzruszylo- nie bałam się, bo wiedziałam, że nasz aniołek czuwa.. Teraz nawet łzy napływają mi do oczu. To jest tak piękne jak ona dba o pamięć o nim, jak często chodzi na cmentarz, szuka najładniejszych zniczy. Czuję, że dla niej mój synek istniał, że nie była to stracona ciąża, tylko moje zmarłe dziecko, które istniało. Było na tym świecie..

Zapisałam się na wizytę do łódzkiego profesora i pojedziemy jeszcze przed świętami. Na razie się tym nie stresuje, bo cokolwiek mi powie to jest jakieś wyjście. Byle tylko wiedzieć jakie mam szanse z tą szyjką.. Byłam też wczoraj u dentysty na przeglądzie zębów, skoro przez ząb mogłam stracić dziecko.. Wszystkie zęby zdrowe, a ja pierwsze co pomyślałam- muszę iść do innego dentysty, bo ta źle sprawdziła.. To tylko uświadomiło mi jak wielki mam problem z zaufaniem komukolwiek..
Postanowiłam, że po wizycie w Łodzi jeśli wszystko będzie w porządku zrobię jeszcze badania krwi, bo jestem teraz w trakcie leczenia anemii i zaczynamy starania, choć nie czuję na razie żadnej presji. Cały czas myślę o tym, że co ma być to będzie, wszystko w rękach Boga..

5 kwietnia, 16:20

8 tygodni..

Znów przyszedł kryzys. Ogromny kryzys. Wytrwałam silna i spokojna dokładnie przez 5 dni. Najdłużej od porodu, nawet się łudziłam, że będzie już tylko lepiej, że powoli układam sobie wszystko w głowie i będzie łatwiej. Dzisiaj mija 8 tygodni od urodzin mojego synka... i jego śmierci.. Znów świeci słońce, jak wtedy.. Synek sąsiadów wesoło biega po ogródku. Zamykam okno.. I to wcale nie data czy upływający czas przyczyniły się do tego kryzysu. Dziś są moje urodziny.. Rano przyjechała mama z życzeniami- życzy mi dzieciątka, którego tak pragnę.. Zalewam się łzami, to dziecko którego tak pragnęłam odeszło 8 tygodni temu. Nikt go nigdy nie zastąpi.. Mijają kolejne godziny, znajduje sobie jakieś zajęcia i czekam na powrót męża. Boję się odbierać telefonu, tak bardzo się boję tego czego będą mi życzyć.. Pragnę dziecka, ale to nie jest moment bym o tym myślała.. te życzenia - choć są pełne serdeczności - wywołują straszny ból, tęsknotę, żal.. moja rana wciąż za mocno krwawi znów się otworzyła...
Na fb wyświetla mi się powiadomienie o nowym komentarzu dodanym w grupie dla kobiet z niewydolnością szyjki. Kolejna historia. Dopatruję się podobieństw. Pierwsza ciąża w ciągu jednej nocy wpuklony pęcherz, potem skurcze, poród i śmierć. Diagnoza infekcja- jak zwykle. Druga ciąża powtórka, znów umiera jej dziecko. Tym razem lekarz zaczyna mówić o niewydolności.. Uleciał cały mój optymizm, który kreowałam sobie w stosunku do przyszłości. Tak bardzo się boję..
Kolejny telefon. Dzwonią dziadkowie. Wiem czego będą mi życzyć, ale odbieram, słucham z zaciśniętymi zębami, choć chyba wiedzą, że nie jestem w stanie za wiele z siebie wydusić i szybko kończą rozmowę. Tak mi przykro, ale te emocje są silniejsze. Nie potrafię kontrolować płaczu, czy ktokolwiek w ogóle to potrafi? W poniedziałek wracam do pracy? boję się jak sobie poradzę, no ale w domu też sobie czasem nie radzę..
Czytam wpis kobiety - matki wcześniaka - jak synek urodził się w 26tc z wagą 700 gram. Opisuje ciężką drogę jaką jest macierzyństwo takiego skrajnego wcześniaka. Jednak jej dziecko żyje, oddycha, płacze, uśmiecha się, a nawet mówi mamo, mamusiu.. Mój synek ważył zaledwie 30 gramów mniej.. Jednak nikt nie dał mu nawet szansy. To dziecko spisane na straty, nawet nie nazywane dzieckiem tylko ciążą to był cały mój świat..

24 tydzień - dzieci ratujemy od 25 tygodnia..
Jest pani młoda, jeszcze nie jedno dziecko pani urodzi..
i ten beztroski uśmiech lekarza, który nawet mnie nie zbadał, nie podał ani jednego leku by zatrzymać te cholerne skurcze, który złamał ciałko mojego synka..

12 kwietnia, 16:33

Praca i rodzina

Za mną pierwszy tydzień w pracy. W poniedziałek spakowałam tabletki na uspokojenie do torebki gotowa na to, że będzie to cholernie ciężki dzień. Nie wzięłam ani jednej. Spotkało mnie wiele serdeczności i zrozumienia, każdy mówił, że cieszy się, że wróciłam, przytulał i pocieszał. I tak w mojej głowie zakiełkowała myśl, że więcej wsparcia i zrozumienia tam dostałam niż w rodzinie. Bo tak naprawdę poza moją siostrą nikt nie rozmawia o synku, nikt nie porusza tego tematu jakby był zaraźliwą chorobą. A te próby usprawiedliwienia, że boją się mówić cokolwiek żeby nas nie zranić. Lepiej zamiatać wszystko pod dywan i udawać, że nic się nie stało, a my skoro żyjemy dalej to już nie cierpimy. Chyba najbliższa rodzina mogłaby się trochę wysilić i być wsparciem, zamiast uciekać.. Jeszcze te telefony teściowej i ciągłe opowiadanie o wnuczce, szlag mnie trafia. Widzę ile bolu mężowi sprawia to gadanie. A od śmierci synka ani razu nawet nie zapytała jak się czuję, czy byliśmy u jakiegoś lekarza, ona chyba nawet nie wie co się tak dokładnie stało i raczej nie chce wiedzieć, bo ze mną to już w ogóle boi się rozmawiać, boi się na mnie patrzeć jakbym była jakimś potworem chyba..
Denerwuję się wizją zbliżających się świąt. Siedzeniem z rodziną i udawaniem, że nic się nie wydarzyło. Czuje, że jestem bliska wygarnięcia im wszystkiego co leży mi na sercu. Mój synek też był ich wnukiem, a nie tylko straconą ciążą, z którą musimy sobie poradzić..

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 kwietnia, 16:35

17 kwietnia, 23:00

Przyszłość..

Zastanawiałam się jaki tytuł dać temu wpisowi, jest dla mnie takim terapeutycznym wpisem, ostatnią deską ratunku by ukoić zszargane nerwy..
Jutro jadę do Łodzi. Jutro dowiem się czy moja szyjka jest w stanie utrzymać ciążę dzięki ogólnodostępnym praktykom. Dowiem się ogólnie w jakim jest stanie. Taką mam nadzieję. Stres bierze górę nad wszystkimi moimi działaniami. W pracy przez 10 minut przyglądałam się folderom, bo nie wiedziałam jakiego pliku szukam, a kiedy już mi się przypomniało nie wiedziałam po co to szukam. Takie zaniki pamięci często mi się przytrafiają. Może to akurat bardziej problem z koncentracją, ale mam wrażenie, że mój mózg wymazał z pamięci wiele rzeczy które wydarzyły się kilka tygodni przed porodem i jakieś sytuacje które miały miejsce już później. Tak jakby nie dotarło do mnie kompletnie nic co nie było związane ze śmiercią mojego synka.. Czytałam kiedyś, że w ten sposób mózg broni się przed depresją wyłączając niejako zdolność do zapamiętywania.. Jednak te bolesne chwile wciąż wracają, obrazy jak klatki filmu, jeden za drugim, pomieszane. Raz jestem na porodowce, by za chwilę znów być w ciąży. Pojawiają się kadry z wieczoru w którym trafiłam do szpitala i dnia w którym z niego wyszłam. Zastanawiam się czy te obrazy kiedykolwiek przestaną mnie prześladować. Wydaje się, że nie, mysle że pozostaną ze mną do końca życia i będą powracać w różnych momentach, nawet tych niespodziewanych. Chyba jest to wpisane w traumę, którą przeszłam..
Boję się, że jutro usłyszę wyrok, choć gdzieś w głowie tli się nadzieja, że jednak ta wizyta przyniesie mi spokój, którego tak potrzebuję..

7 maja, 19:19

Dawno tutaj nie pisałam. Takie nijakie te dni, przepełnione pracą, marzeniami o dziecku i tęsknotą za synkiem...
Nasz pierwszy cykl starań. Tak bym chciała żeby tym razem udało się szybciej, ale kto by nie chciał.. Moje ciało zaczyna już mnie mocno nabierać. Znam to już, mnóstwo objawów ciąży i negatywny test, a za dwa dni przychodzi okres.. Za bardzo się wsłuchuje w swoje ciało, za bardzo to wszystko analizuję.. Ale gdyby nie to, że koncentruje się teraz na staraniach mogłabym być w dość kiepskiej formie psychicznej. W końcu byłabym już w 37 tygodniu ciąży... Gdyby dziś urodził się mój synek za kilka dni bylibyśmy pewnie razem w domu.. Ciężki ten maj...
Dzisiaj 5 dzień wyższych temperatur, a moja temperatura spadła poniżej linii podstawowej. Nigdy tak nie miałam, poprzednie dwa cykle książkowe, a jak zaczęliśmy starania to dzieją się dziwne rzeczy, których nie umiem zinterpretować. Cały dzień pobolewa mnie brzuch i oczywiście się nakręcam, że to spadek implantacyjny. Cykl, w którym zaszłam w ciążę to był jedyny cykl, w którym nie mierzyłam temperatury po skoku, bo pojechałam na wakacje więc nawet nie mam porównania. Oby to było to, bo boję się tego rozczarowania, które może nadejść za niecałe dwa tygodnie.. Byle drobnostka sprawia, że się rozsypuje, jestem tak krucha, że potrafię wpaść w histerię, bo nie było w sklepie rzeczy, którą chciałam kupić. W weekend majowy wybraliśmy się z mężem nad jezioro zjeść świeżą rybę.. Pierwszy raz w tej knajpce dostałam surową rybę, rozpłakałam się, nie zjadłam już nic do końca dnia i przez 4 kolejne dni bałam się wychodzić z domu i spotykać ludzi- tak dzisiaj reaguję na takie drobne porażki, na które nawet nie mam wpływu... Mam nadzieję, że to wkrótce minie, minie maj, minie termin porodu, odzyskam jakąś większą kontrolę nad swoimi emocjami.
Pod koniec miesiąca będziemy zamawiać pomniczek dla synka, akurat przypadnie termin porodu.. Chciałabym to już mieć za sobą, chciałabym wybrać dla niego najpiękniejszy pomniczek jaki znajdę i dbać o to miejsce każdego dnia w nadziei, że mój aniołek gdzieś patrzy na to wszystko z góry i mu się podoba...

17 lipca, 19:36

Dawno nic tutaj nie pisałam, dni uciekały mi przez palce. Minął termin porodu- ten tydzień przed był bardzo ciężki cały czas miałam poczucie, że powinnam być teraz w innym miejscu. Później przyszedł spokój, czułam, że pogodziłam się z tym co się stało i staram się normalnie żyć. Ale ostatnio mam jakiś kryzys. Do łez potrafią doprowadzić mnie takie sytuacje, które innym wydają się absurdalne. Ciężkie te ostatnie dni i sama nie wiem dlaczego i co się dzieje. Przestałam zaglądać na forum po tym jak jedna z dziewczyn napisała, że boi się, że może być w ciąży zaraz po tym kiedy ja przeżywałam comiesięczne rozczarowanie związane z @. Wiem, że to egoistyczne, negatywne i w ogóle ale tutaj w pamiętniku piszę sobie wszystko to co czuję i jak odbieram codzienność. Przykro mi się zrobiło i uznałam, że potrzebuję się odciąć od tego wszystkiego, bo już dość mam w zyciu przykrych emocji, po co mi kolejne. Może to ucieczka.. W pracy tez wszystko mnie denerwuje.. Dzisiaj koleżanka zaczęła sobie żartować, że śniło jej się, że jedna z naszych współpracownic jest w ciąży i może to proroczy sen. A ja uronilam łzy. Sama nawet nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Czy naprawdę nikomu w moim towarzystwie nie przyjdzie do głowy, ze rozmowy o ciąży i szczęśliwych porodach jeszcze nie są zbyt taktowne.. Byłam taka zła na tą dziewczynę, że nawet poszłam sama na obiad, a zawsze chodziłyśmy razem. Do końca dnia też się do nikogo nie odezwałam i nawet teraz jak próbuje z dystansem spojrzeć na swoje słowa i emocje to mam wrażenie, że coś złego się tam znowu dzieje w mojej głowie.. Tęsknię za moim synkiem i wszystko mi się z nim kojarzy. Zaraz minie pół roku od porodu, więcej czasu go nie ma niż był.
Codziennie dobitnie wraca do mnie ta myśl. W piątek miną 23 tygodnie od dnia kiedy runął mój świat. To więcej niż czas, w którym wiedział o jego istnieniu.. wciąż to wszystko tak bardzo boli.
Chciałabym znów wyjechać i trochę odpocząć od tej smutnej codzienności, w której dalej jesteśmy sami, od tego pustego, cichego domu, w którego włożyliśmy tyle serca, a teraz ta cisza przypomina o tym co bezpowrotnie straciłam..

10 sierpnia, 11:34

6 miesięcy
Pół roku temu straciliśmy nasz największy skarb. Czas mija tak szybko, a wszystko to co robimy i co myślimy wpływa na to czy upływający czas będzie naszym sprzymierzeńcem. Moim jest. Staram się żyć normalnie, koncentrować na teraźniejszości i nie rozdrapywać tej rany. Bardzo kocham mojego synka, zawsze będzie w moim sercu, codziennie za nim tęsknię, codziennie o nim myślę, codziennie jestem na cmentarzu, a mimo to nie ma we mnie już tego żalu. Pogodziłam się z tym co się stało.
W poniedziałek minął termin miesiączki. W zasadzie byłam już pogodzona z porażką, bo tydzień temu rano obudziłam się z plamieniem i myślałam, że to @ się rozkręca. Ale po kilku godzinach wszystko ustało. W poniedziałek rano zerkam na test, ale nie, nie robię go. Boję się znowu rozczarowania. We wtorek temperatura odbija do góry, na najwyższy poziom w tym cyklu. Serce podpowiada mi co to może oznaczać. Robię test, jestem 1 dzień po terminie @. Pojawia się blada kreseczka, nie jest to cień, ani wyraźną kreska. Idę zrobić betaHCG. Moje odczucia- strach, takiej reakcji kompletnie się nie spodziewałam. Przecież od 3 miesięcy staramy się o to dzieciątko, teraz kiedy prawdopodobnie się udało ja nie potrafię się cieszyć. Tak - nie potrafię. Jest we mnie za dużo strachu, mam do siebie o to pretensje, ale staram się podchodzić do wszystkiego na chłodno. Stronę z wynikami odświeżam co 20 minut. W końcu po 15 pojawiają się wyniki. Beta 82,3 wg norm laboratorium 3-4 tydzień. Jestem w ciazy i dalej w to nie wierzę. Powtarzam badanie po 48h żeby zobaczyć przyrost. Pani w laboratorium pyta o pierwszy wynik i mówi, że jest bardzo nisko i jeszcze wszystko może się zdarzyć, mam przyjść za tydzień. Druga beta po 48h 155,3 czyli mam 89% przyrostu. Niby w normie, a wciąż jest we mnie ten cholerny niepokój. Nic mnie nie boli, w ciazy z synkiem brzuch bolał mnie codziennie, czułam, że coś się tam dzieje, a teraz cisza... Dzisiaj rano budzę się z delikatnym plamieniem. Dzwonię do mojej gin przedstawiam sytuację- każe mi powtórzyć betę w poniedziałek i w środę. Później przyjść do niej. Uspokaja mnie, że na tym etapie nic jeszcze nie widać, progesteron mam w normie, skurczy brak, a poza tym wszystko może się jeszcze zdarzyć. Czekam do poniedziałkowego popołudnia, aż znów kilka cyferek da mi spokój lub pogrzebie moje nadzieje. Próbuję myśleć pozytywnie. Wyniki mam w normie, hormony w normie, jeśli jest silny i zdrowy zarodek to wszystko musi być dobrze, na resztę nie mam teraz wpływu..

12 sierpnia, 18:35

Czekanie mnie zabija..
Wczoraj wieczorem plamienie ustąpiło, ale za to dzisiaj przed południem zobaczyłam wkładkę zalaną krwią, żywą krwią...
Temperatura 37,6 to o kilka kresek za dużo jak na stan związany z podwyższonym progesteronem. A bety nadal nie ma..
Nawet nie wiem co napisać, ta cholerna niepewność mnie wyniszcza psychicznie. W zasadzie po tej krwi już pogodziłam się z tym, że trafiła mi się ciąża biochemiczna. Lepiej teraz niż jakbym miała usłyszeć już serduszko.. Ale dalej nic nie wiem. Jutro rano idę na wizytę, modlę się by tylko nie mieć pozamacicznej ciąży. Od początku czułam, że coś jest nie tak. Ta blada kreska po terminie miesiączki nie dawała mi spokoju, niska beta.. później to plamienie i dzisiaj jednorazowe krwawienie. Mam nadzieję, że jutro będą już bogatsza w jakąkolwiek wiedzę, a ten moment wiem jedno- bez względu na to jak się skończy ta ciąża chyba pora na dłuższą przerwę. Za dużo tego, to co się teraz dzieje przerosło moje wszelkie wyobrażenia o strachu w ciazy po stracie. Potrzebuję psychicznego odpoczynku, bo chyba więcej nie jestem w stanie znieść w tak krótkim czasie... Martwi mnie ta temperatura, ale chyba w ciąży pozamacicznej jajowód nie pęka w 5 tygodniu i przy takiej becie. Niech już będzie jutro, niech usłyszę cokolwiek, cokolwiek pewnego. Niepewność jest chyba gorsza od strachu..

edit. wreszcie jest wynik bety. 144,5. Tak oto tracę swoją drugą ciąże, zanim w ogóle zaczęłam się z niej cieszyć..

edit2. Jestem już po wizycie. Poronienie samoistne, czekamy aż rozpocznie się krwawienie. Jajniki i jajowody czyste więc chociaż tyle.. W macicy była maleńka kropeczka. Być może to pęcherzyk, być może moja wyobraźnia... Tak oto zamykam temat starań o dziecko na jakiś czas. Nie chce być teraz w ciąży, nie chce stracić kolejnej nadziei...

Wiadomość wyedytowana przez autora 13 sierpnia, 10:40

13 sierpnia, 14:06

Ponad pół roku temu leżałam na sali ze skurczami i bólem w sercu czekając na odejście wód i rozpoczęcie porodu mojego synka, którego nie miałam prawa nawet zobaczyć.. Nie wiedziałam na co mam czekać i nie wiedziałam co wydarzy się za chwilę..
Dzisiaj czekam na rozpoczęcie poronienia samoistnego i znów nic nie wiem.. Kiedy to się zacznie, jak długo będę siedziała na bombie, czy będzie bolało, jak długo potrwa.. W głowie jedna wielka dziura i pytanie ile jeszcze ciosów przygotował dla mnie los.. Czy naprawdę za każdym razem kiedy uda mi się stanąć na nogi znów będę musiała szybko przekonać się, że nie ma limitu nieszczęść dla jednej osoby..
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)