(Wcześniejszych starań opisywać nie będę, bo to była walka o wyjście z hormonalnego dołka po antykoncepcji, nie mogę powiedzieć, że z sukcesem. Udało mi się wrócić do zawrotnych 4 miesiączek w roku)
Z końcem grudnia 2024 roku podjęliśmy decyzję o pójściu do kliniki leczenia bezpłodności. Pierwsza wizyta w połowie stycznia, jakoś w tygodniu o 15:30.
Wywiad.
L: rozumiem starania nie wychodzą?
Ja: no staramy się, ale nie wychodzi. Tułam się od lekarza do lekarza co jeden to gorszy. Na informację o PCOS chcą przepisywać tabletki antykoncepcyjne, a ja przecież antykoncepcji nie chcę...(czy oni wszyscy przepisują je jak cukierki?!) - mówię.
L: dzień cyklu?
Ja: drugi.
L: Idealnie. Zapraszam na fotel.
Obejrzała wszystko dokładnie. Nastukała zdjęć, szyja, mojego Gawła (mięśniaka), pięknych zapęcherzykowanych jajników.
Ubrana już siadam obok męża. Głucha cisza, słychać tylko szybkie, aż nadenergiczne stukanie w klawiaturę.
L: Dobrze! - wyrwała nas z zadumy - Jajniki w typie PCOS, mięśniak śródścienny, taki sam od ilu - patrzy w poprzednie naście zdjęć i opisów mięśniaka - siedmiu zaraz ośmiu lat, dobrze dobrze. A Pan adhd i małopłytkowość. Dobrze. Widzę u Państwa ciążę. Ale zanim omówimy plan starań, zapraszam panią na pobranie krwi, pan na oddanie nasienia, no tak, już już, od razu, nie ma na co czekać. Widzimy się za 1,5h na kolejnej wizycie, już będą wyniki, do zobaczenia.
Nie zapomnę naszych min. Po 30 min wypełniania, kart, ankiet, pobraniu, oddaniu ejakulatu staliśmy na zewnątrz budynku nie mogąc wyjść z szoku..szybko.. Poszliśmy do pobliskiej jadlodajni, w milczeniu zjedliśmy obiad, w milczeniu wróciliśmy o wyznaczonej godzinie do kliniki.
L: Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej, wszystko postaramy się naprostować. Noo AMH ng/ml - 14,18 ng/ml - mogłaby pani być dawczynią. Parametry nasienia w normie, morfologia 5% nadrabia Pan sporą ilością wojowników. Jak już powiedziałam, widzę ciążę. Plan jest następujący. Państwo dbają o siebie, ale tak naprawdę, zmieniamy nawyki. Oboje, a Pani, przede wszystkim dba o sen. Aktywność - koniecznie. Dieta, obcinamy nieco węgle, głównie słodycze, (pokazując mi moje wyniki glukozy, które zrobiłam w razie W dzień wcześniej..) Pan wizyta u androloga, tu polecam te suplementy, ale pewnie panu zapiszą. Zaczynamy stymulację od jutra.
Ja: yyy tak już? A regulacja, dalsze badania, cokolwiek?
L: musimy wiedzieć czy w ogóle Pani zareaguje, czy jajniki zareagują. Później dalsza diagnostyka. Próbujemy do września. Lipiec - sierpień zrobimy badanie drożności. Jeśli do października nam się nie uda, mamy trzy miesiące na inseminację, akurat na trzy próby, a później, jak psycha pozwoli invitro.
Przyszedł sms z kodem recepty.
W głowach pustka...przez chwilę nie wiedziałam co się właśnie zadziało. Kiedy wróciło mi świadome myślenie posypał się grad pytań.
Ja: Czy to w ogole bezpieczne?! Od razu faszerować się hormonami? Czy z takimi wynikami w ogóle powinnam się starać!? Czy czy czy czy....
L: Ale większość pani wyników jest w granicy normy. Przyszła pani z całym plikiem badań. Zrobiliśmy dodatkowe. Poza tym teraz sprawdzamy, a nie się staramy.
Mąż zadał kilka pytań.
Odpowiedzi spadały na nas jedna za drugą, powoli, prostym językiem, bez lekarskiego bełkotu.
L: to do zobaczenia za 6 dni. Na kontroli owulacji.
Stoimi przy recepcji.
R: płatność kartą?
A: tak.
Dwie wizyty w gabinecie, łacznie trwało to około godziny nie licząc czekania na wyniki. Koszt z badaniami krwi i nasienia lekko ponad 1000 zł.
Miałam mieszane uczucia, po przejściach z ginekologami spodziewałam się już wszystkiego. Ale pomyślałam ostatni raz, ostatni raz zaufam.
W pobiskiej aptece wykupiłam receptę - Lametta. Ustawiłam przypomnienia na następne dni. Jadąc do domu rozmawialiśmy o wizycie. Widziałam, że jest zadowolony, że cieszy się z planu działania. Ja się martwiłam, czy podołam.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego, 13:36
Styczeń - luty -> pierwsza stymulacja zakończona trzema pęcherzykami dominującymi, bez starań. Bardzo dobrze zareagowałam zarówno na Lamettę jak i na Fostimon.
Marzec - lipiec -> zeszło na kombinowaniu z wyborem odpowiedniego zestawu leków. Kłułam dzielnie brzuch kolejnymi dawkami FSH, łykałam letrozol, ćwiczyłam, kładłam się i wstawałam przeważnie o tej samej godzinie. Ograniczyłam cukier. Nawet eksperymentowałam z dietą keto - bardziej z ciekawości, mąż też spróbował, ale spadki naszej wag były zbyt duże więc wróciliśmy do diety śródziemnomorskiej. Pilnowałam terminów. Starania były mechaniczne, ciężkie psychicznie i fizycznie. Ale! Pierwszy raz od lat (prawie 10) miałam miesiączki. Nie pseudo krwawienia po anty., nie plamienia łamane na wodospady (bardzo randomowo) 4x w roku. Normalne miesiączki. Z normalnymi fazami cyklu. "Na gazie" co prawda, ale zawsze.
Sierpień -> badanie drożności. Grą wstępną bym tego nie nazwała. Odczuciowo - ćmienie przed okresem. Po wprowadzeniu płynu - rozpieranie, a jeśli jest niedrożność może pojawić się dość silny ból w miejscu blokady. Mój próg bólu jest wysoki, ale poczułam, że gdzieś po prawej stronie płyn spotkał opór i pojawił się ból, trwał on chwilkę i po kilku sekundach zniknął. Badanie wykazało drożność. W tym samym miesiącu była też stymulacja i niepowodzenie - 4 pęcherzyki zakaz współżycia.
Wrzesień - październik -> ostatnia stymulacja przed inseminacją. Już miałam rozpiskę jakie badania muszę wykonać przed. Jakie mąż. Zapisani na pobranie. Ale zanim to musiała przyjść miesiączka. Na kontroli usg owu. pokazały się dwa pęcherzyki po 18mm, endometrium 11 mm. Zastrzyk z ovitrelle na 22.09. Od 19.09 zapowiedzieli się goście. Nienajlepszy możliwy termin. A., troszkę był tym zestresowany, ale uspokoiłam go, że teraz i tak już czeka nas inseminacja, możemy próbować, ale bez presji. Najwyżej sobie odpuścimy. Nie pytajcie jak, ale udało się współżyć każdego dnia. A podczas starań nie zawsze to było takie oczywiste. I tym razem było jak kiedyś. Na luzie, spontanicznie. Bawiąc się, bo w głowach mieliśmy - od października inseminacja. Teraz czas na wygłupy. Libido szalało (może to też kwestia zmiany nawyków). Zaplanowaliśmy urlop, ostani tydzień września, do piątego października. Na 5.10 wypadała mi miesiączka. Idealnie. W poniedziałek miałam potwierdzić zaplanowane badania. Zapakowaliśmy się i pojechaliśmy do lasu gdzie nie było niczego. Prócz nas i grzybiarzy. Las obrodził w tym roku (może obrodzi i u nas? - pytałam się w myślach). Codziennie tłumy maszerowały pod naszym domkiem z pełnymi koszami. My całe dnie spędziliśmy na odpoczywaniu, czytaniu, leniuchowaniu i spacerowaniu po lesie. Nałogowo robiłam krzyżówki. Wyciszaliśmy się słuchając tylko leśnej głuszy i sejmików żurawi. Nie planowałam robić testu. Po ovitrelle beta jest zawsze sztucznie podwyższona, stwierdziłam, że jak wrócimy, to w poniedziałek z porannym sikiem zrobię. Dające fałszywy pozytyw pozostałości po ovitrelle utrzymywały się u mnie mniej więcej 10-12 dni. Ale wiadomo to loteria. W nocy z 4 na 5 października miałam tak pokręcone sny, jak halucynacje po kwasie. Wybudziłam się około godziny 5 rano, ciemnica...nie zasnęłam już. Myślałam o tym co mi się śniło, o przyszłych badaniach, o tym, że sikać mi się chce... Wstałam, zeszłam na dół. Była tam kosmetyczka, a w niej test. Wzięty, a na wszelki..., a bo może... zrobiłam tego pinka. Teoretycznie - może wyjść fałszywy, byłam świadoma. Po dwóch minutach pojawiła się różowa krecha. Nie duch. Nie cień cienia. Krecha. &%#€@. A., się przebudził. Krzyknął zaniepokojony, co się stało?! Wdrapałam się na górę, usiadłam z testem i powiedziałam, chyba jestem w ciąży.
Mąż, jak to mąż, studził moje emocje, że to po ovi pewnie. Ale ja wiedziałam, gdzieś w środku czułam, że to nie pozostałości... w poniedziałek oczywiście poleciałam na betę - 88. To się dzieje...od razu napisałam do A. 88!!!! Odpowiedział - poczekaj na przyrost. On to lubi sprowadzić mnie na ziemię. Za dwa dni, w środę znów beta i prog. 198 - beta 33.3 - prog.
Wysyłam screeny wyników, zaraz zadzwonił. Pogratulowaliśmy sobie nawzajem w żartach.
A: no to teraz oficjalnie jestem współudziałowcem.
Wizyta w klinice 17.10. 5+3 wg OM - pęcherzyk jest w macicy, ciałko żółte jest, jeszcze zarodka brak.
Wizyta w klinice 24.10 6+3 wg OM - pęcherzyk jest, ciałko jest, mały kropeczek jest, serduszko już bije, 160 ud/min.
Dostałam od lekarza z kliniki, polecenie do ginekolog, która przyjmuje blisko mnie. I tak się pożegnaliśmy, podziękowaliśmy. Przynajmniej na razie.
07.11 8+3 wg OM wizyta u poleconej ginekolog. Zakładamy kartę ciąży. Na USG, wszystko póki co prawidłowe. Fasolka się rozwija. Serducho bije. "Proszę już umawiać się na prenatalne." I lista badań do zrobienia.
02.12 12+0 wg OM, prenatalne I + krew. Przepływy piękne. Bicie serduszka chyba najpiękniejszy dzwięk na świecie. Anatomicznie prawie wszytsko prawidłowo. Brak pęcherza na obrazie, ale nie dlatego, że go nie ma, tylko bobas uparcie się wykręcał albo był wysikany. Nie doszły też wyniki badań pappy i wolnej bety. Kazano mi się stawić za 2 dni. Na szukanie pęcherza i kalkulację z omówieniem.
04.12 12+2 OM kontynuacja prenatalnych I -> 30 min męczenia, zmieniania sond, budzenia malucha, już doktor mówiła - wypisze skierowanie do szpitala, nie mogę znaleźć pęcherza. Szlag, oblał mnie dreszcz. Już matkę stresuje od samego początku, a jeszcze nie wylazł, Gnom jeden - pomyślałam. I w tym momencie maluch się przekręcił i pokazał piękny pęcherzyk. Rzutem na taśmę.
Kalkulacje ryzyk po korektach bardzo napawają optymizmem i tego się trzymajmy.
Mimo świadomości, że Nifty wiele nie wnoszą - bo to w końcu tylko statystyka, skusiłam się - to moje pierwsze... Mąż sceptycznie nastawiony - uznał, że to naciągactwo i żerowanie na emocjach zestresowanych kobiet, a koniec końców i tak wynik może być fałszywie pozytywny lub negatywny. Zgodziłam się z nim, ale mimo to i tak ostatecznie zrobiłam. Przy następnym, o ile będzie, pewnie się wstrzymam.
23.12 15+0 OM - człowiek już tak urósł..widać małe rączki, małe nóżki, stópki, nosek. Prawdziwy Mały Bąk w środku sobie fika.
L: chce Pani znać płeć?
N: a widać?
L: tak się obnażył, że nie sposób nie zwrócić uwagi
N: chcę...
L: Na 80% chłopak. Do 16 tygodnia kształtują się wargi sromowe, ale mi to wygląda jak siusiak, zdziwię się jak będzie inaczej.
No to będzie syn, z takim nastawieniem wyszłam. Natychmiastowy telefon do męża - będzie chłopak. Dla mnie płeć jest tak mało istotna, byle było maleństo zdrowe.
Święta. Czas minął szybko. Najpierw przygotowania. Wigilia u teściowej, a w drugi dzień świąt obiad u teścia na drugim końcu polski. Wiele radości przyniósł Mały bąbel. Nikt nie ukrywał łez wzruszenia, sypały się gratulacje.
- No i co wiecie już co będzie?
- Na 80% chłopak...
- Łaaaaaał. Super!
U męża w rodzinie rodzą się sami chłopcy...u mnie zaś dziewczyny.
27.12 powrót do domu (TRA GE DIA na drogach) i we wtorek byłam umówiona na pobranie materiału do badań nifty.
31.12 - sylwester spędzony w domowym zaciszu. Spokojnie i tak jak lubię. Przygotowaliśmy kilka domowych przekąsek. Świeżo wyprane koce czekały na nas na kanapie. Dokańczaliśmy Stranger Things. W kieliszkach woda gazowana albo fanta. Chwilę po północy już spałam, wymęczona czekaniem do północy.
Wiadomość wyedytowana przez autora Dzisiaj, 12:30
Podczas pobrania materiału do Nifty wszystko poszło sprawnie. Wyniki były po około 10 dniach. 13.01 - przyszedł mail. Podekscytowana szybko wpisywałam, kody, pesele i inne potrzebne dane. Jest! Wszystkie ryzyka niskie, jednoznacznie potwierdzona płeć - męska.
Wysyłam screena do A., z dopiskiem - to chyba możemy się zastanawiać nad imieniem...
19.01 18+6 OM (18+4 usg) - bobas w 53 centylu - wow nie spodziewałam się, biorąc pod uwagę jacy oboje z mężem byliśmy "problematyczni" kiedy się urodziliśmy. Badania krwi i moczu w większości w normie. Ferrytyna spadła z 53 na 20. Decyzja - trzeba zbudować rezerwę. Dostałam sorbifer. Rano 1x1 dziennie. Słyszałam o skutkach, ubocznych, a raczej o nieprzyjemnościach jakie się wiążą z suplementacją. Nic takiego nie ma u mnie miejsca. Glukoza 69. Póki co - chyba jest nieźle.
03.02 21+0 OM (20+2 usg) - prenatalne II połówkowe. Bąbel nieukładany. A to tyłek wypięty. A to face palm na twarzy. Pomiętoszony sondą przez brzuch, w końcu jaaaakoś się nastawił. Na pewno nie pomagało to, że w gabinecie nie było kozetki. Wszystko idzie dobrze..nagle dostaję pytanie
L: ile ma pani wzrostu?
Ja: 158 cm.
L: a pan?
A: 184 cm
L: No to jak na razie mamy drobnicę po pani.
Nie powiem, zaniepokoiło mnie to. Co to znaczy drobnica?! Czy za mało przybiera? A gdzie informacja sprzed 2 tyg., ale urósł, o matkoo, bla bla bla... czytam opis od razu na miejscu i widzę 17,8 pctl., wtf?! Bombardowanie gradem moich pytań już za 3...2....1...
Ginekolog powoli i bardzo cierpliwie wyjaśniała, mówiąc, że to nie jest pomiar od linijki. Zarówno ja, jak i dziecko to są dwa żywe organizmy. Wszystko zależne jest od ułożenia sondy. Od mojego ułożenia. Od ułożenia bobasa. Są błędy pomiarów. Najważniejsze jest to, że przyrosty są w normie. Więc nie ma powodów do niepokoju.
No tak, łatwo powiedzieć. To nie ona przewertowała pierdylion stron czytając te wszystkie poruszające historie. Uspokoiłam się bardziej, kiedy przeglądając zdjęcia z usg, coś tam próbowałam zrozumieć i nagle jeb, szyjka 5,61 cm?! AHA AHA AHA, od początku było 4,4 cm. Urosła mi szyja przez dwa tyg, a dzieciak zmalał?! Stwierdziłam, że o kant dupy można rozbić to wszystko. Lekarz mówi, że w normie i nie ma zastrzeżeń, to w normie. Opis z resztą wydruków schowałam do teczki. Zostawiłam sobie zdjęcie z face palmem na wierzchu.
Rośnij Mały, jaki będziesz taki będziesz i tak będę Cię kochać, Bąblu. 💙
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czasami czuję jakby stan ciąży był błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Rozmawiając z mamą, jak ona wspomina swoje ciąże, oznajmiła - spokojnie, bez stresu. AHA. Tak po prostu. Co prawda długo musieli się starać (o mnie 2 lata, o brata 6, ale na tamte czasy, wiadomo jak było).
Mama: powiedzieliśmy, jak Bóg da, to będzie.
Kiedy im się udało, przez całą ciążę miała JEDNO usg. Nie miała detektorów. Wizyt kontrolnych. I przede wszystkim Internetu. Całej tej sraczki, którą ja przeżywam wewnętrznie.
Cieszę się niezmiernie jaką mamy już wiedzę, jak to wszystko poszło, a raczej wystrzeliło do przodu. Nowe zalecenia, nowe wytyczne i dostępność tej wiedzy. Normy i zasady. Chwała za to i oby tak dalej. Mamy wsparcie i dostęp do niego. Psychologowie, ale też np., fora, jak to tutaj. Czytam czasami tematy mamusiowe czy staraczkowe i czuję ogrom ciepła, jakie dziewczyny między sobą przesyłają. Ale czuję też we wpisach sporo bólu, smutku, cierpienia, niepewności, tęsknoty i czasami jestem przebodźcowana. AI, portale, historie. A może to ja tylko tak to odczuwam? Może muszę nauczyć się odcinać.. yeah right, gdyby to było takie łatwe.🙄🙄 Poza tym, lubię czytać o wrażeniach, emocjach, troskach, doświadczeniach i przede wszystkim radościach Mam, staraczek.. nie wiem, ciężko to wyjaśnić, ale te nici zrozumienia, wyrozumiałości.. ta zwykła sympatia i otulanie ciepłą myślą, wspieranie i trzymanie kciuków. 🥹 Wzrusza.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po wyjściu z dzisiejszej wizyty widziałam parę. Nie było na ich twarzach radości..przynajmniej ja nie zauważyłam. Głupio mi też było się przyglądać. Jeszcze ten brzuch już mi tak sterczy, wiem jak to może działać..w myślach powiedziałam do Niej tylko: dasz radę, będzie dobrze, trzymam kciuki wszystkich rąk i nóg, niezależnie jaki tam jest u Was etap.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak myślę... nie mogę powiedzieć, że ciężko znoszę ciążę. Ba, mam sporo szczęścia. Pomijając całą moją psychodelę nakręcania się, wiadomo. Nic mnie nie boli, nie miałam mdłości, nie choruję, nie odrzuciło mnie od niczego, ani nie mam wkręty na konkretne produkty. Staram się jeść rozsądnie. Młody lubi czekoladkę, po mamusi 😏. Może ruchu mam ostatnio troszkę mniej, ale ten lód na chodnikach, już raz się prawie wypierniczyłam, jako prawilna po-trzydziestolatka myślałam, że zerwałam sobie wszystkie ścięgna jakie posiadam. Nie mam migren. Nie mam plamień. Skurczy, zadyszek. Nie muszę też ogarniać gromadki dziaciaczków, bo nie mam żadnych (była bezdzietna lambadziara się melduje). Pracuję. Nie mam baby brain. Jedyne co się pojawiło to zmęczenie około 19-20 i lekki sen. Nie miałam biochemów, poronień ani innych takich historii. A mimo to, kuźwa i tak bywają dni, że lęk o Maluszka mnie paraliżuje. Mimo, że nie ma pewnie powodów. I zamiast się cieszyć ciążą tracę moją szatykowatość na rzecz nowych siwków. Ale kurde, nawet jeśli, mam to szczęście bycia w nudnej ciąży, to też muszę sobie dać przestrzeń na wariatkowanie i panikowanie, no chociaż czasami. O!
Wiadomość wyedytowana przez autora Dzisiaj, 14:40
