Pamiętniki Bezradna...
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Bezradna...
O mnie: Z punktu widzenia jednych - bardzo młoda, "nie czas na dziecko". Z punktu widzenia innych - "taka stara a nie ma dzieci, pewnie nie może". Po środku ja, 28latka, drobna, "chcąca a niemogąca". Perfekcjonistka. 7 lat po ślubie (jakoś tak wcześnie się hajtnęliśmy).
Czas starania się o dziecko: Niedługo będzie 2 lata
Moja historia: Na początku nie myślałam w ogóle o dziecku. Tzn. założoną miałam kolejność: najpierw studia, mieszkanie, jakaś praca i dopiero wtedy, jak będzie się z czego utrzymać, to przyjdzie czas. Przyjechałam do Warszawy na studia z małej wsi oddalonej o 400km, nie mając tutaj nikogo, oprócz chłopaka (obecnego męża), który przyjechał ze mną. Więc zanim sobie tutaj życie ułożyliśmy (łącznie z kredytem mieszkaniowym czyli cyrografem na wieczność...), trochę nam zeszło. Jestem jedynaczką, zawsze byłam sama, nie mam obycia z dziećmi. Ale wiedziałam, że kiedyś przyjdzie ten czas, że będę chciała mieć dziecko. Dużą rodzinę. I przyszedł, kiedy koleżanki zaczęły jedna przez drugą chwalić się nowinami o swoich ciążach, ja zrobiłam doktorat, mieszkanie mieliśmy urządzone i stwierdziliśmy, że do szczęścia brakuje nam tylko dziecka. Stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi. Na początku na luzie, co ma być to będzie. Ale jak nie było, nadszedł czas na badania. Najpierw hormony. Okazało się, że prolaktyna byla podwyższona (ale owulacje miewałam, choć gin, do którego chodziłam mówił raz, że owulacja była, ale też czesto mówił, że on nie potrafi powiedzieć, czy była czy nie, bo nie widzi pęcherzyka). Poszłam do endo, dostałam bromergon, witaminki. Pół roku brałam, ale w ciążę nie zaszłam i endo powiedziała, żeby odstawić, bo to i tak nic nie wnosi. Zapisałam się do kliniki Invimed (wcześniejszy gin polecił). Zrobiliśmy różne badania, wszystkie wyniki prawidłowe. Miałam dwie inseminacje. Najpierw mówiłam,że do trzech razy sztuka, ale do trzeciej nie podejdę, bo wiem, że i tak się nie uda. Teraz mam chwilę przerwy, ale zaczynam nastawiać się na in vitro. Będziemy chcieli się kwalifikować do programu, bo na kasie nie śpimy.
Moje emocje: W tym momencie czuję ogromną bezradność. Co bym nie zrobiła, i tak nie działa. Nawet kwas foliowy przestałam brać w ramach buntu... Czasami sobie myślę, że od zawsze czułam, że jak zaczniemy się w końcu starać, to się nie uda. No i sobie wyczułam... Może nie trzeba było myśleć o sobie, o studiach, o pracy, tylko "wpaść", tak jak koleżanki jeszcze w wieku "18stu" lat? Nie wiem. Czasami czuję się, jak kubuś puchatek, czyli miś o małym rozumku, który nic nie wie i niewiele rozumie...

10 listopada 2014, 20:46

Po ostatniej nieudanej inseminacji weszłam w fazę buntu. Stwierdziłam, mam dość. Odstawiłam kwas foliowy, bo po co niby mam go brać, jak i tak w ciążę nie zajdę. Brałam półtora roku i co. Koleżanka mi mówi, żebym wyluzowała, spokojnie, cierpliwości, ale czasami to mnie już szlag jasny trafia.
Z jednej strony, jak mam przebłyski racjonalizmu, to się z nią zgadzam. No ok, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Płacz dzieci przecież mnie denerwuje.
Ale z drugiej, skoro wszystkie wyniki są w normie, to dlaczego nam się nie udaje?
niektóre koleżanki za pierwszym podejściem zaszły. Najgorsze jest to, że nie wiem, jaka jest przyczyna. Nie wiem, z kim walczę.

Dziś drugi dzień cyklu, dlatego mam dół. Oczywiście miałam wszystkie objawy ciąży, choć ich nie wypatrywałam celowo, po prostu były. Ale przede wszystkim miałam głupią, naiwną nadzieję, jak co miesiąc. Ale okres, jak w zegarku... I jeszcze ten straszny ból, bez tabletek przeciwbólowych ani rusz. Jakby sam ból psychiczny był niewystarczający?

Miałam się już nie "kryzysować", no ale jakoś nie potrafię. Niby się nie nastawiam, ale mam nadzieję. Ale ona zawsze umiera...

11 listopada 2014, 13:55

Boję się...
boję się, że niedługo minie nam dwa lata starań i nic to nie zmieni. Magiczne dwa lata... Większość znajomych bez problemu zaszła w ciążę i urodziła zdrowe dzieci. Znam tylko dwie pary, które starały się dłużej - właśnie dwa lata - i w końcu im się udało. Magiczne dwa lata... Tylko, że oni mieli jakieś konkretne problemy, z którymi walczyli. My walczymy z wiatrakami, z losem, przeznaczeniem? nie wiem z kim, z czym. Nie ma przecież konkretnego powodu, dla którego się nie udaje.

Początkowo myślałam, że może trzeba cierpliwie poczekać, właśnie te dwa lata i wtedy się uda, skoro innym się udaje. Ale teraz coraz bardziej się boję, że te dwa lata miną, a u nas nic się nie zmieni... Bo gdyby miało się udać, to już by się udało.
Bałam się kiedyś, że jak już zdecydujemy się na dziecko, to nie będziemy mogli. Jak po roku się nie uda, to pójdziemy do kliniki. Ale bałam się tego. Później wiedziałam, że jak nie będzie wychodzić to podejdziemy do inseminacji. Bałam się, że one się nie udadzą, choć zawsze miałam nadzieję.
Pół roku temu mówiłam koleżance, że zamiast zbierać kasę na wymarzony urlop, powinnam zbierać raczej na in vitro, bo do niego dojdzie. Ona z kolei mówiła, spokojnie, jedźcie na urlop, wyluzujcie, uda się. Nie udało się.
Boję się tego, ale wiem, że tak będzie. A najbardziej się boję, że jak już dojdzie do tego in vitro to i tak się nie uda...

Straszne jest to samospełniające się proroctwo. Choć robię wszystko, by się nie spełniło, mam nadzieję, że jednak będzie inaczej, ale i tak moje obawy zawsze się potwierdzają.

Boję się... I co z tego?

12 listopada 2014, 12:45

No dobrze.
Zadzwoniłam i umówiłam się na kolejną wizytę do lekarza. Niech mi powie, co i jak z tym kwalifikowaniem się do programu rządowego in vitro...
Mam nadzieję, że ten krok cokolwiek zmieni

19 listopada 2014, 11:49

No dobrze, byłam u lekarza.
Ostatnio dzwonił do mnie po inseminacji, która się nie udała, by obwieścić tą "cudowną" nowinę... na którą byłam przygotowana i go zapytałam wówczas co dalej? Powiedział, że możemy jeszcze raz spróbować z iui, a jak nie chcemy to in vitro. A ja powiedziałam, że chciałabym skorzystać z tego rządowego programu. To niech pani przyjedzie, porozmawiamy.
No więc wchodzę do gabinetu. Lekarz zagląda w komputer pewnie z moimi danymi i pyta, czy próbujemy jeszcze z inseminacją. Ja mówię, że chyba nie. A on "to co panią do mnie sprowadza?" No tak się nudzę w domu, więc przyjechałam. No ku...a, przecież jeżdżę do kliniki leczenia niepłodności, nie jestem w ciąży, to po co ja tam jeżdżę? żeby zwiedzać? CHCIAŁABYM ZAJŚĆ W CIĄŻĘ. Myślałam, że to oczywiste....

W końcu lekarz uświadomił mi, że w naszym przypadku, czyli w przypadku niezdiagnozowanej przyczyny niepowodzeń, czyli niepłodności idiopatycznej (chyba IDIOTYCZNEJ), musimy mieć dwa lata udokumentowanych starań (niby to wiedziałam, ale jakoś tak...), a my jeszcze tyle nie mamy, czyli musimy sobie poczekać. super. To co jeszcze możemy zrobić panie doktorze?
oczywiście, możemy przystąpić do in vitro komercyjnie, ale nie śpię na kasie, więc trzeba byłoby nieco odłożyć, co pewnie dałoby ten sam czas, co oczekiwanie na kwalifikacje do programu. Poza tym, nic nowego się nie nie dowiedziałam. Ta wizyta nic nadzwyczajnego nie wniosła w moje życie. Żadnej dodatkowej nadziei, światełka w tunelu. Wręcz przeciwnie, jeszcze jakoś bardziej mnie przygnębiła i za tą "przyjemność" zapłaciłam 120zł bo to wizyta ogólna.

No i co teraz?
wczoraj miałam chyba owulację, wyraźny ból jajnika. Nie robię już testów owulacyjnych, nie mierzę temp., nie znaczę niczego w kalendarzu, nie biorę kwasu foliowego. Ale mam jak zawsze klasyczne objawy śluz, ból, itp. Wszystko mam książkowo. Tylko książkowej ciąży nie. Poprzytulaliśmy się wczoraj. Co z tego wyniknie? Zapewne to co zawsze :(

choć mam nadzieję. Nadzieja umiera ostatnia. Ale zawsze umiera

19 listopada 2014, 11:49

No dobrze, byłam u lekarza.
Ostatnio dzwonił do mnie po inseminacji, która się nie udała, by obwieścić tą "cudowną" nowinę... na którą byłam przygotowana i go zapytałam wówczas co dalej? Powiedział, że możemy jeszcze raz spróbować z iui, a jak nie chcemy to in vitro. A ja powiedziałam, że chciałabym skorzystać z tego rządowego programu. To niech pani przyjedzie, porozmawiamy.
No więc wchodzę do gabinetu. Lekarz zagląda w komputer pewnie z moimi danymi i pyta, czy próbujemy jeszcze z inseminacją. Ja mówię, że chyba nie. A on "to co panią do mnie sprowadza?" No tak się nudzę w domu, więc przyjechałam. No ku...a, przecież jeżdżę do kliniki leczenia niepłodności, nie jestem w ciąży, to po co ja tam jeżdżę? żeby zwiedzać? CHCIAŁABYM ZAJŚĆ W CIĄŻĘ. Myślałam, że to oczywiste....

W końcu lekarz uświadomił mi, że w naszym przypadku, czyli w przypadku niezdiagnozowanej przyczyny niepowodzeń, czyli niepłodności idiopatycznej (chyba IDIOTYCZNEJ), musimy mieć dwa lata udokumentowanych starań (niby to wiedziałam, ale jakoś tak...), a my jeszcze tyle nie mamy, czyli musimy sobie poczekać. super. To co jeszcze możemy zrobić panie doktorze?
oczywiście, możemy przystąpić do in vitro komercyjnie, ale nie śpię na kasie, więc trzeba byłoby nieco odłożyć, co pewnie dałoby ten sam czas, co oczekiwanie na kwalifikacje do programu. Poza tym, nic nowego się nie nie dowiedziałam. Ta wizyta nic nadzwyczajnego nie wniosła w moje życie. Żadnej dodatkowej nadziei, światełka w tunelu. Wręcz przeciwnie, jeszcze jakoś bardziej mnie przygnębiła i za tą "przyjemność" zapłaciłam 120zł bo to wizyta ogólna.

No i co teraz?
wczoraj miałam chyba owulację, wyraźny ból jajnika. Nie robię już testów owulacyjnych, nie mierzę temp., nie znaczę niczego w kalendarzu, nie biorę kwasu foliowego. Ale mam jak zawsze klasyczne objawy śluz, ból, itp. Wszystko mam książkowo. Tylko książkowej ciąży nie. Poprzytulaliśmy się wczoraj. Co z tego wyniknie? Zapewne to co zawsze :(

choć mam nadzieję. Nadzieja umiera ostatnia. Ale zawsze umiera

19 listopada 2014, 14:42

Jak oznajmiłam mojemu wcześniejszemu ginekologowi, że zaczynamy starania o dziecko, powiedział, że w ciągu pierwszego roku w ciążę zachodzi ok. 60% par, w ciągu dwóch lat 80%. Od tego czasu minęło 1,5 roku.
Dlaczego my akurat musimy być w tych pozostałych procentach, którzy w ciążę nie zachodzą?

20 listopada 2014, 16:54

Postanowiłam, że zacznę odmawiać nowennę pompejańską...
Tonący brzytwy się chwyta?

Moja świętej pamięci Babcia baaaaardzo dużo się modliła, za wszystkich z rodziny, szczególnie za mnie. Gdy coś mi się udawało - jakiś trudny egzamin, stypendia, pierwsza praca, cokolwiek dobrego mi się przytrafiło, zawsze do niej dzwoniłam, żeby się jej pochwalić, a ona tak bardzo się cieszyła. Wiedziała, że jak ja dzwonie, to tylko z dobrą nowiną.

Babcia zmarła rok temu w lutym, w walentynki.
Nadal mam ją w kontaktach w telefonie i jak wybieram kontakt "dom" to wyświetla się zdjęcie Babci i Dziadka. Nigdy tego nie zmienię.
Ostatnio w szufladzie przez przypadek znalazłam notatkę "zadzwonić do Babci". I ją zostawiłam w tej szufladzie na pamiątkę.

Babciu, przepraszam Cię, za to, że byłam czasami niemiła. Ale zawsze Cię kochałam, choć może tego nie mówiłam. Zawsze zostaniesz w moim sercu, jako moja kochana Babcia, która mnie wychowała i której tak dużo zawdzięczam. Dziękuję.

Sama tyle przeszłaś w życiu. Babciu pomóż mi się modlić i wytrwać. Bądź ze mną

27 listopada 2014, 08:08

Wczoraj sobie uświadomiłam i ta myśl nie daje mi spokoju, że nawet jak porobimy te wszystkie dodatkowe badania, żeby móc się zakwalifikować do programu in vitro, to wcale nie musi to oznaczać, że zostaniemy zakwalifikowani...
Już ostatnio się uspokoiłam trochę myśląc sobie, spokojnie, jeszcze poczekamy, skoro muszą być dwa lata i na spokojnie będziemy próbowali się zakwalifikować. Ale wczoraj ktoś na forum napisał, że miał 6 lat udokumentowanych starań i nie został zakwalifikowany do programu. co wtedy? myślałam, że można próbować gdzie indziej, ale nie można.
To po prostu jakaś jedna wielka masakra jest. Jak żyć?

4 grudnia 2014, 11:42

Nie ma to, jak praktycznie na mikołajki dostać okres. Dziękuję Mikołaju.

No k... niech by to sz... trafił! Niech mnie ten szlag trafi, będzie z głowy.

Czekałam na cud, no bo niby dlaczego miałabym nie mieć nadziei? Przecież wszystko jest w porządku, wszystko robimy, tak jak należy, więc dlaczego nie?
Ale skończyło się, jak zwykle.
Jak mam nie płakać?

25 grudnia 2014, 23:15

Już myslałam, że te święta jakoś przeżyję, że nie będę się smucić z tego powodu, że nie jestem w ciąży, że poradzę sobie z pytaniami rodziny. I było dobrze. Do momentu, kiedy dzisiaj dowiedziałam się, że moja kuzynka, o wiele lat młodsza, jest w ciąży z drugim dzieckiem i oczywiście raczej nieplanowanym... bo niedawno mówiła, że nie chce więcej dzieci. EEhhh. Zazdroszczę jej. Wszyscy wrzucają sobie fotki z "rodzinnych świąt, z dziećmi...
Ja bym chciała zajść w ciążę, mieć gromadkę dzieci, a nie mogę i wcale nie zapowiada się, aby w tej materii miało się coś zmienić :(

31 grudnia 2014, 10:52

Nie ma to jak na sylwestra dostać tak znienawidzony i niechciany okres... stary rok kończę w kryzysie, nowy rok przywitam w takim samym nastroju. Nie wróży to nic dobrego. Po prostu super... Nie wiem, jak dziś dam radę wytrwać na imprezie.
Kiedy w końcu coś się zmieni w tek kwestii? Czy raczej powinnam się pogodzić z tym, że nigdy?

21 stycznia 2015, 07:54

Kurcze, dziś 22 dc. a ja dostalam okres. wczoraj bylo plamienie, dzis nieco bardziej. Czuje sie normalnie, jak zawsze 1 dc. Jeszcze nigdy nie mialam tak krótkiego cyklu. Nie wiem, co to oznacza. Zawsze mam cykle 26-28. Najkrotszy moj cykl trwal 25dni. Podejrzewam, ze ten cykl byl bezowulacyjny, a najlepsze w tym wszystkim nest to, ze 5dc. robilam badanie sh i prolaktyny i byly idealne, wiec myslalam, ze cykl bedzie ladny 28dniowy. ale owulacji nie odczulam. Boje sie, ze moze rezerwa jajnikowa mi sie bedzie konczyc albo cos. Musze zrobic amh. Nowy rok, nowe problemy...

23 stycznia 2015, 18:25

Jakie to jest niesprawiedliwe...
Koleżanka z pracy, której zwierzam się z moich problemów z zajściem w ciążę i która mnie podtrzymuje na duchu, prawdopodobnie jest w ciąży. Najlepsze (a raczej najgorsze) jest to, że jest po 40stce, ma hashimoto (nie wiem, jak to się pisze), problem z glukozą, problemy z tarczycą, nie ma męża tylko partnera na odległość (za granicą), całe życie unikała stabilizacji, zamążpójścia i nie chciała mieć dzieci, teraz w sumie też nie chce, ostatnio się nie zabezpieczali bo niby już było po owulacji, a wiadomo, że przyjemniej jest bez gumki. I prawdopodobnie jest w ciąży.
Ja mam 29 lat, mam męża, jestem w zupełności zdrowa, ostatnie badania hormonalne idealne, nie zabezpieczamy się drugi rok, robimy to przed, w trakcie i po owulacji i w każdym innym czasie, jak jest ochota. I ciąży nie ma.
Jak żyć?
Nie wiem, jak zniosę czas jej ciąży. Pracujemy w jednym pokoju. Będę patrzyć, jak spełnia się moje marzenie, tylko nie mi. Wiem, że brzmi to strasznie i egoistycznie, ale tak bardzo jej zazdroszczę...

31 stycznia 2015, 09:44

Kolejna koleżanka jest w ciąży... wszyscy są w ciąży, tylko ja nie mogę. Tym razem żona kolegi męża. Wśród męża kolegów tylko on został bez dzieci. Wszyscy mogą, tylko ja jestem taka nieudolna. Boże jaka ja jestem beznadziejna

11 marca 2015, 14:00

Czy nie może być w końcu kiedyś lepiej?
Nastawiłam się już, że będziemy się chcieli kwalifikować do rządowego in vitro, a dziś się okazuje, że jednak nawet to nie wchodzi w grę.
Moje wyniki wszystkie są w normie, przez cały czas. a jak odebrałam wyniki męża to okazało się, że prawie 99% plemników ma uszkodzoną główkę. z takim wynikiem na żadne in vitro się nie kwalifikujemy. Jak robił pierwsze badania w 2013 roku to miał wynik w normie - 4 % prawidłowych (ledwo ale w normie) i było 78% plemników o nieprawidłowej budowie. Pytałam o to tych konowałów (bo inaczej ich nazwać w tym momencie nie mogę), ale każdy się podniecał tym, że mąż ma dużo nasienia. no i co z tego? przez cały 2014 rok żaden lekarz nie kazał robić badań bo patrzyli na ten pierwszy wynik i mówili, że nasienia jest dużo, czyli mnie prześwietlali wzdłuż i wszerz, faszerowali zupełnie niepotrzebnie.
ale może ta teratozoospermia to jest ta przyczyna, dla której nie udaje się od dwóch lat zajść w ciążę? Czy kiedykolwiek się uda?
Jestem załamana