A może wszystkiemu winne jest to moje rozchwianie emocjonalne, którego nie jestem w stanie okiełznać. Jednego dnia mam wrażenie, że jest dobrze, życie jest fajne i mogę góry przenosić. A drugiego zamykam się w swoim domu i mam dość wszystkiego. Dzisiaj jest ten drugi moment... Znowu siedzę zamknięta w swoich 4 ścianach bo mam dość, mam dość świata i ludzi dookoła. Pozamykałam nawet okna bo denerwuje mnie sam dźwięk toczonych rozmów...
I tak siedzę i analizuje co jest ze mną nie tak, w którym momencie zaczęłam, z jednej strony odpychać ludzi, a z drugiej tak desperacko chcieć znaleźć choć jedną osobę która by mnie zrozumiała. Która pod tą moją grubą zbroją zobaczyłaby wielki napis "HELP". Tak życie uzbroiło mnie w ten ciężki do sforsowania mur i sama nie potrafię przez niego przejść tak aby komuś zaufać... Jak zaczynam się przed kimś otwierać to zawsze później mam nóż w plecach a nie pomocną dłoń...
Sytuacja z niepłodnością wcale nie pomaga a tylko jeszcze bardziej dystansuje mnie do wszystkiego i wszystkich. Mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, już nie mówiąc o tym, że nikt nie chce wysłuchać... tylko tyle i aż tyle.
Rzadko kiedy ktoś zapyta co u mnie, jak już zapyta, to po jednym zdaniu i tak nie słucha. Wszyscy wolą jak odpowiem, że jest wszystko dobrze i rozmowa odhaczona...
Dzisiaj znowu te demony wyszły z szafy i nie chcą do niej wrócić.
Czy kiedyś się poukłada? Czy kiedyś dojdę tam gdzie bym chciała?
Może jutro jak się obudzę, wstanie nowy dzień, będzie inaczej. Zapomnę o tym oczekiwaniu, oczekiwaniu, które nigdy się nie kończy, oczekiwaniu na wyniki, na badania, na nowy cykl, nowe pomysły...
Ale to jutro...
A dzisiaj... a dzisiaj zostanę ze swoim najlepszym przyjacielem "smutkiem", który zawsze czai się tuż za moimi plecami. Czasami na chwilę się chowa, niestety tylko na chwilę, później wypełza w całej okazałości, oplata mnie swoimi mackami i nie puszcza..
Dziś już nie puści...
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 sierpnia 2025, 19:17
Moja klinika mi nie zbada, czy oni jeszcze czymkolwiek się przejmują? Tylko stymulacja -transfer, i tak w kółko. Nie dość, że lekarka prowadząca dzień przed rezonansem wciskała mi przy badaniu, że żadnej adenomiozy nie mam i wydaje niepotrzebnie pieniądze na rezonans, to jeszcze miała focha, że śmiałam skonsultować się z innym lekarzem. Wiem, że ta klinika jest do dupy ale ciężko znaleźć jakąś teraz żeby się przenieść. A ze stymulacją czy transferem radzą sobie bo i tak wykonują mi w głównej klinice w innym mieście. Resztę już i tak zdiagnozowałam sama.
Co mnie jeszcze dzisiaj uderzyło... pytanie przyjaciółki czy przyjdę na jej 30 bo będzie jej koleżanka z mężem i niemowlakiem i czy mi nie będzie przykro. Miło z jednej strony, że myśli o mnie ale z drugiej nie chcę być przez niepłodność traktowana jak trędowata... Wystarczy, że niektóre osoby, którym się udało przejść na tą szczęśliwą stronę odcięły się ode mnie bo pewnie myślą, że nie umiem cieszyć się ich szczęściem. Pewnie jest w tym ziarno prawdy bo jednak jest to ukłucie zazdrości dlaczego nie ja...ale na litość boską przecież nie życzę nikomu źle, nigdy nie życzyłam i chcę żeby każdej się udało...
Wracając do meritum poczułam się jak trędowata chociaż pewnie przyjaciółka dba o mój komfort psychiczny. Sama nie wiem co jeszcze postanowie, jak się będę z tym czuła, jeszcze o ironio chłopczyk ma moje ulubione imię zarezerwowane dla chłopaka 😅
Wiem jedno, nie chcę być traktowana jak jakaś trędowata a ostatnio z każdej strony tak się czuję...
Wracam do pakowania torby i sprzątnięcia mieszkania na mój wyjazd. Jeszcze sporo rzeczy do pracy muszę przygotować. Wczoraj jak zwykle nie było czasu, trzeba było ratować świat w czerwonej pelerynie superwomen...
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 sierpnia 2025, 13:01
A więc dzisiaj jedyne o czym chce myśleć to to, że moje ciało wymiata i postaram się częściej je nagradzać zamiast karać, częściej myśleć o nim dobrze, że jest odpowiednie takie jakie jest. Niech zostanie takie dalej a damy sobie radę ze wszystkimi przeciwnościami.
Dzisiaj chce zakończyć jedną walkę z pozytywną myślą, że się udało. Nie z myślą, że dużo jeszcze przede mną.
Tak dzisiaj jestem wdzięczna za siłę i wytrzymałość mojego ciała. Mimo, że ja zawodze, ono zawodzi mnie rzadko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 sierpnia 2025, 19:27
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 września 2025, 14:41
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 października 2025, 23:44
Inna strona in vitro:
Ostatnio dostałam nagrodę w pracy, i cóż oczywiście będzie na kolejne badania... każdy w pracy pytał co sobie kupię, bo zasłużyłam ciężką pracą, może wyjazd, żeby odpocząć...a ja w głowie miałam myśl, że może diagnozę...a na pewno kolejne badania. Żałosne to jest
Po kolei, zostawię to tu sobie na przyszłość, aby wracać do czasu kiedy pierwszy raz w życiu czuję się dobrze w swojej skórze.
Zrzuciłam trochę kg. Cieszyłam się z 10, chciałam do urlopu trochę się ogarnąć. Ostatnio waga tak mi zaczęła lecieć, że jest 60kg, chciałam się zatrzymać na 65 😅 łącznie uciekło 18kg i świetnie się czuje we wszystkim co założę. Wróciłam do rozmiaru M z xl. Zazdrościłam dziewczyną płaskiego brzucha, a udało mi się do tego doprowadzić. Już nie mogę się doczekać lata, żeby móc ubrać krótkie topy 🙂
Zaczęłam tyle rzeczy robić dla siebie, gdyby nie klinika, do komory chodziłabym cały czas. Ale niestety muszę to odwiesić na kołku 😞 finanse na badanie zarodków potrzebne...
Samochodu też nie kupię takiego jaki mi się marzy ale taki na jaki mnie stać, na obecną chwilę, bo klinika...
W ogrodzie wyłożyłam kostką miejsce pod meble ogrodowe i donice, które chciałam kupić i zrobić taki swój kącik odpoczynku...no ale jak powyżej...finanse potrzebne na klinikę.
W końcu czuje całą sobą, że marzy mi się ślub w egzotycznym rejonie. Zanzibar, Dominikana i tylko my i dwoje świadków...no ale kolejne marzenie trzeba odwiesić na kołku 😞
Mam umówionego dentystę, okulistę, chciałam ze swoimi problemami z odcinkiem szyjnym pójść do osteopaty może do fizjo, ale wizyty w klinice wszystko mi burzą...
Tyle rzeczy jeszcze chciałam zrobić, tyle miejsc odwiedzić, a muszę liczyć każdą złotówkę.
Pierwszy raz myślę czy to ma sens. Nie ma gwarancji, że się uda. Dlaczego miałabym nie być w tym procencie osób, którym się po prostu nie udaje? Skoro nikt nie może znaleźć konkretniej przyczyny. Jeszcze jak patrzę na inne dziewczyny, to ja nadal jestem w połowie diagnostyki, nie mam wielu badań, leków, to czemu ma mi się udać...
Wiem, że pewnie ktoś by mnie zlinczował za to, że nagle przestałam to wszystko czuć, a wszyscy dzielnie walczą. A ja bym chciała po prostu spokojnie żyć i spełniać marzenia i być po prostu szczęśliwa. Dziwne jak zmieniła mi się perspektywa... Ja ostatnio nawet myślę, że 80 metrowe mieszkanie z ogrodem jest za małe na 3 osoby. Skurczy mi się moja przestrzeń którą uwielbiam. Już nie mówiąc, że mój pedantyzm i porządek dookoła zostanie zniszczony jeśli się uda.
Może to tylko typowa chandra drugiej fazy cyklu. A może czuję, że tracę najlepszy moment swojego życia, oddając się procesowi, który się nie uda. I obudzę się któregoś dnia z myślą, że zmarnowałam kawał życia, będę sfrustrowana, załamana i w punkcie wyjścia...
Teraz żyje, tak po prostu. Chwytam każdą chwilę. Tylko tyle i aż tyle...
Jestem bardzo spokojna. Wbijam kolejne zastrzyki, wczoraj nawet w aucie. Dla mnie to nie problem. Rozmawiam jak debil z brzuchem. Oczywiście, że płacze, zawsze pojawiają się chwilę słabości. Ale daje sobie przestrzeń żeby to puścić. Oczywiście, że też, przy tym wszystkim, wkurzam się na mojego narzeczonego i mam ochotę go zabić. Ale przychodzi chwila refleksji i widzę jak mu na tym wszystkim zależy. Każdy na swój sposób to wyraża...
W pracy znowu się posypało. Ale wrócę i zbiore to do kupy. Jak zawsze 🦸♀️
Tysiąc myśli. Mam taką wiedzę, z nastolatkami prowadzę tak trudne rozmowy i co by się nie działo wiedzą, że w pracy jestem zawsze, blisko, z boku, tak, że kiedy przychodzi problem, po prostu jestem. Czy dam radę tak swoje dziecko wychować? Chciałabym żeby zawsze wiedziało, że jestem u jego boku, i stoję twardo za plecami, co by się nie działo.
Wczoraj w domu poruszyliśmy temat ślubu za granicą. I tata, gdzie ma mnie tylko jedną, powiedział, że zaakceptuje wszystko co zrobię byle bym była szczęśliwa. Pierwszy raz takie słowa usłyszałam. Pomijając cały cyrk, który mi w dzieciństwie zafundowali, co przeżywałam, to akurat było miłe. Mama oczywiście niezadowolona, ale cóż to będzie nasza decyzja...zacznijmy od tego kiedy była ze mnie zadowolona 🤷
Dzisiaj siedzę sama, poniedziałek wielkanocny, mój poszedł do pracy, bo pieniądze jak woda idą. Czas na domowe spa, maseczki, peelingi i dobrą komedię.
I niedługo kolejny zastrzyk i do przodu 🙂
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 kwietnia, 09:16
Człowiek powinien się cieszyć, że coś się udało uzyskać ale te hormony mnie po prostu dojeżdżają. Jeszcze sytuacja w pracy, sprzed świąt, trzyma mnie jak w termosie...na wszystkich patrzę wrogo, dusza towarzystwa praktycznie się nie odzywa. Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy wraz z pierwszą miesiączką po punkcji...bo już mam dość. Łez w randomowych momentach, dzisiaj ledwo się obudziłam to płakałam...smutku, ale takiego dogłębnego, który aż boli w klatce piersiowej. Momentami nie mogę złapać tchu, z tego bólu psychicznego. Oby to wszystko minęło. Bo ten rollercoaster hormonalny jest straszny. Od fajnego spokojnego życia, do smutku, marazmu. Ostatnio tylko staram się przetrwać dzień za dniem.. męczy mnie ciągle pytanie po co to wszystko? Jaki jest cel i sens. Kompletnie zapomniałam po co się tak męczę. Chyba po prostu jazda do kliniki zrobiła się moim hobby. Macierzyństwo? Jakie macierzyństwo? Nie czuje tego kompletnie. Wstyd się przyznać, że z tego wszystkiego to się zrobił bardziej projekt do dokończenia, wyczerpania możliwości, niż myślenie o dziecku. Jakaś abstrakcja ta ciąża.
Okresie po punkcji przybywaj, bo rozsadzą mnie te emocje i wróci nerwica. Zapomniałam już jak emocje mogą fizycznie boleć. Aż do teraz
Teraz czas oczekiwania na wyniki badań zarodków. Pani w klinice była bardzo optymistyczna, mówiła że mają zawsze szybko wyniki i możliwe że przed majówką dostanę. Fajnie by było. Póki co czekam cierpliwie. I tak transfer najszybciej w lipcu, w maju jeszcze immunosupresja.
Jak zwykle, żeby czas szybciej leciał rzuciłam się w wir pracy. Wzięłam tyle dodatkowych dyżurów w pracy ile mogłam. Dodatkowy plus że podreperuje swoje finanse 🙂
Dzisiaj cały dzień intensywnie, pierwsze w tym sezonie koszenie trawy, rozłożyłam stolik i krzesła w ogrodzie. Jest gdzie posiedzieć 🙂 praca paliła się w rękach 🙂

Może nie jest idealnie, może nie nowocześnie ale na tyle na ile mogę sobie pozwolić. Tym bardziej, że to ogród prawie w centrum mojego miasta. Meble może nie są "urodziwe", ale mają być trwałe. Niestety nie mam zadaszonego tarasu, żeby kupić wiklinowe fotele z wielkimi poduchami. Nie wyobrażam sobie tego co chwilę osłaniać przed deszczem. Tu mam spokój 🙂 kwiatki powoli kwitną. Zostaje jeszcze kupić i wsadzić coś do wielkich donic które staną w rogach. No i lampiony solarne są już "w drodze", tak samo jak parasol. Nie jest idealnie. Ale najważniejsze, że jest. Mam gdzie usiąść z książką i się zrelaksować 🙂 jeszcze trochę pracy przede mną i wycinania chwastów ale już do przodu. Jestem powoli dumna ze swojej pracy i dererminacji. Dzisiaj ogarniałam to wszystko po nocnej zmianie w pracy 🫣😅 Przez to niewyspanie w pracy i pewnie przez to zgubienie "tłuszczyku", to było mi zimno. Ogólnie ostatnio jest mi ciągle zimno, chodzę dalej w grubych rzeczach. A jeszcze całkiem niedawno mogłam w trampkach i cienkiej kurteczce biegać non stop 😅

Kitku pomocnik i darciuch jak zwykle jest 😅 to jest dopiero moja przylepa. Kroku nie mogę bez niej zrobić, musi być blisko 🙂 najgorzej, że mam to samo, muszę ją mieć przy sobie, żeby być spokojną.
No i mam nadzieję, że w takiej atmosferze upłynie mi oczekiwanie na wyniki badań zarodków 🙂
Teraz to okropne czekanie. Na kolejny cykl, na immunosupresje, na wizytę na której wszystko ustalimy. Z jednej strony czat wypluwa mi, że jestem dobrze przygotowana, procentowo wylicza wysoko szansę, a ja oczywiście myślę, że można więcej. Kminie jak mam wolną chwilę jakie badania jeszcze zrobić, jakie leki można dowalić. Jakbym już miała mało 🤷 dlatego staram się znaleźć zajęcie. Dzisiaj pół dnia grzebałam w ogrodzie. Trwa walka z przycinaniem krzewów. Później trzeba zbierać gałęzie, grabić, zaraz koszenie trawy. Posadziłam ostatnio trochę kwiatów. I czekam, czekam, czekam... Dni się wleką niemiłosiernie 🫤
Mimo tego wszystkiego co się dzieje, co robię, wcale nie jest łatwo czekać. Ostatnio tak ciepło, a ja zamiast się cieszyć to się wkurzam, że nie jestem na wakacjach. Niestety brak funduszy.
Wymęczyłam się dzisiaj, a jeszcze muszę iść na nockę 🫣
Do tego waga mi leci strasznie a razem z nią włosy. Nie powinnam narzekać na wagę, ale ja już naprawdę nie mam co na siebie włożyć. Spodnie, nawet zapięte lecą. No ale co się dziwić jak jest na minusie 20 kg. Mam teraz wage odpowiednią, zawsze chciałam schudnąć, to czemu mnie to nie cieszy. Nie wiem czy przez te ubrania, które wiszą, czy już przez widoczne kości, może też za szybko mi się to dzieje ostatnio. Z tygodnia na tydzień jest mniej.
Ale ja tak mam, jak dużo stresów to nie mogę jeść, a jak już coś przełknę, to mój żołądek po kilku kęsach jest pełny. Dzisiaj pierwszy posiłek wleciał o 16:30 🤦 ja nie wiem jak będę brać te sterydy i jeść normalnie.
Ciężkie to wszystko, te emocje które we mnie się kotłują. To jak mnie wszyscy dookoła drażnią...
Najlepiej mi w domu, ewentualnie w ogrodzie. Z jednej strony niech to czekanie się skończy, z drugiej strony mam taki strach przed transferem, że śnią mi się różne dziwne rzeczy.
Strach i stres towarzyszą mi ostatnio codziennie, do tego huśtawki humoru do kompletu...
Moje ostatnie pierdoły ogrodowe 🙂 i kwiaty. Zostawię sobie tu dla przyszłej mnie, jak będzie słaba pogoda i będzie u mnie dół...

Trochę się dzieje dobrego, trochę złego.
Trochę sama nie wiem co czuje. Czy jestem gotowa na to wszystko, czy jednak nie. Może wszechświat wie co robi, że nie jest mi dane stworzyć rodzinę. Może po prostu się do tego nie nadaje. Przecież ja nie wiem nic o dzieciach, w co ja się pcham?
Widocznie nadaje się do poświęcenia w pracy. Nie czytam od początku maja tutaj niczego bo wszystko ma na mnie zły wpływ.
Ostatnio miałam też dziwną sytuację w rodzinie, a może tylko dla mnie dziwną, nie wiem... Chociaż Mój też mówił, że dla niego to mega dziwne i wolał nie poruszać tematu. Trochę się ostatnio samobiczuje, nie wiem czemu. Staram się odgonić złe myśli, chociaż może w sumie niech płyną. Kiedyś się skończą i wejdzie znowu ta pozytywna energia. Póki co zamknę się dalej w swojej bańce nieszczęść i zobaczę co los przyniesie. W końcu będzie lepiej, ale to jeszcze nie ten czas.
Standardowa sinusoida myśli, emocji i splotów zdarzeń w ostatnim czasie... teraz jest kreska w dole... może później zawita ku górze...
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 maja, 15:18