pamiętnik jest udostępniony publicznie, ja decyduję o jego treści (włącznie z komentarzami), ale to Ty decydujesz czy go czytać, czy nie. Jeśli moje wpisy nie podobają ci się - nie czytaj, jeśli je polubisz - będzie mi bardzo miło

Muszę się wypisać, bo tyle rzeczy wartych jest komentarza - zwłaszcza tu na OvuFriend. Nie będzie to pamiętnik pełen "ochów i achów" nad ciążą, nienarodzonymi maluchami, czy noworodkami.
1. Dlaczego nie ma możliwości zmiany wyglądu strony??? Rzygam już tym okropnym różem. To zapewne wina stereotypowego myślenia o kobietach, że taki kolor im się podoba. Może niektórym faktycznie - ich sprawa, ale miejsce jest fajne i jak chce się dłużej na nim pobyć, to pasowałoby być daltonistką. Koszmar.
2. Dlaczego ludzie nie używają opcji autokorekty tekstu??? Czytam wpis, w którym autorka zarzuca komuś prostactwo, a za chwilę sama pisze "ewakułować" i "chorubsko". Nie chodzi o jeden błąd, ale o manierę totalnego lekceważenia zasad ortograficznych i interpunkcyjnych. Nigdy nie czepiam się takiej osoby, ale oczy bolą od patrzenia na te błędy i to u dorosłych osób!!! Czy tak trudno kliknąć w podkreślony na czerwono wyraz i poprawić go???
3. Pewnie jeśli to kiedyś ktokolwiek przeczyta na tym forum to mi się oberwie, ale i tak nie zawaham się napisać, że kobiety będące w pierwszej ciąży stygmatyzują się, jakby były jakimś odmiennym gatunkiem ludzkim. Masakra. Nie ma nic gorszego w relacjach między kobietami niż aktywna nawiedzona kobieta w ciąży lub tzw. matka wszechwiedząca - jedyna prawdziwa. Amen.
Czasem zdarza się, że ciężarna nie trafia nigdy do kasty "nawiedzonych mamusiek", ani za pierwszym, ani za kolejnym razem, ale bywają też przypadki, że jak ktoś był nawiedzoną mamuśką w pierwszej ciąży, to potem ten stan utrzymuje się przez proces wychowania dziecka, aż do następnej ciąży i tak dalej... Brrrr, dostałam dreszczy na myśl o tym.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 września 2013, 13:08

Opiszę więc pewną sytuację sprzed kilku lat: Mój syn wydawał mi się chory, ale lekarze mówili - jest TYLKO SPOKOJNIEJSZY OD INNYCH DZIECI. Ale ja się uparłam na przyjęcie do szpitala - i co? Po trzech godzinach już był zupełnie odwodniony z powodu biegunki z krwią. Gdybyśmy nie byli już w szpitalu, nie wiem co byłoby dalej.
MATKA NAJLEPIEJ ZNA SWOJE DZIECKO, A NIE LEKARZ, KTÓRY OBSERWUJE JE PIĘĆ MINUT!
Po wielu badaniach okazało się, że Mały zaraził się salmonellą. Miał wtedy 5 miesięcy. Gdyby nie moje SILNE, WEWNĘTRZNE PRZEKONANIE, że coś jest nie tak... Szkoda nawet mówić...
Bolesne jest to, że lekarze traktują matki, jak jakieś głupie niedouczone kury, zaślepione miłością do dziecka, która rzekomo odbiera zdolność zdroworozsądkowej oceny sytuacji. Otóż, czasem chłodny, zdystansowany osąd jest właśnie niemiarodajny, bo nie uwzględnia mikro-sygnałów, które daje nam dziecko.
PS. Jutro rozwinę kwestię "nawiedzonych mamusiek", bo nie sprecyzowałam o jakiego typu kobietach pisałam, a oczywiście byłoby krzywdzące wrzucić wszystkich do jednego worka!

Naszła mnie myśl: dlaczego na Ovu są tylko żeńskie nicki? Niby sprawa jest prosta - to kobiety prowadzą wykresy, zachodzą w ciążę i tak dalej...
Niemniej nie mogę się powstrzymać od wizualizowania sobie czegoś takiego: mąż/partner loguje się rano, wpisuje cyferki na wykresie, pyta żonę jak się czuje i dopisuje objawy, a potem może jeszcze na głos zastanawia się, czy aby nie za mało tych serduszek w tym cyklu...
Powiecie: to niemęskie; są tacy faceci, ale się nie ujawniają... Może są, a może nie?
Spotkałam się tu na forum z opiniami na temat tego, jaką rolę w tych naszych kobiecych staraniach odgrywają faceci - nasi życiowi partnerzy. Czasem można przeczytać pochwalne epistoły, jak to mąż chadza z żoną nawet na wewnętrzne usg i orientuje się w grubości endometrium i rozmiarze rosnących pęcherzyków. Ale czasem czytam tylko utyskiwania, że nie chcą się zbadać, rzucić palenia i piwka, że nie łykają leków ani witamin, by zwiększyć swą płodność, że nie rozumieją, iż dni płodne to krótka pieśń w długim cyklu...
ALE SAMI MĘŻCZYŹNI SĄ ZUPEŁNIE NIEOBECNI W TYM DYSKURSIE!!!
Jedne babki wypisują drugim babkom (psując im oczywiście humor): jak ty możesz wytrzymać z tym swoim gachem, skoro on nie chce łykać witamin poprawiających jakość nasienia? Chcecie tego razem czy nie? Jak on nie chce to go rzuć w diabły...
Łatwo napisać - trudniej zrobić. Nie jesteśmy z kimś tylko po to, by był dawcą nasienia. Nawet jeśli to trudny typ, migający się przed badaniami, nie rzucimy go ot tak, bo nie załapał na czas, iż właśnie mamy długo oczekiwane dni płodne. Pisanie o tym, jak to u nas jest wspaniale w tych kwestiach, potrafi wielu (mniej odpornym psychicznie) wirtualnym koleżankom, zepsuć humor na wiele dni lub nawet wywołać kryzys w ich związkach.
Z drugiej strony oczywiście miło jest się pochwalić, ale trzeba pamiętać, że każdy związek rządzi się swoimi prawami. To co sprawdza się u nas, nie będzie działać idealnie u innych. Dwoje dorosłych ludzi w związku stanowi niepowtarzalną mieszankę charakterów i temperamentów. Każdy ma swoją historię...
Z tym, że mężczyźni są tutaj akurat niczym Yeti, każdy niby słyszał..., ale czy ktoś widział faceta na Ovu? Ile spraw dla nas ważnych, bolesnych, radosnych lub trudnych umyka im ze świadomości? Aż strach pomyśleć, jak głęboko te dwa światy są rozgraniczone.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 września 2013, 13:50
Wpatruję się w te kreski mocno czerwone (a więc była owulacja!!!), a potem w zielone kropki (wreszcie ciąża!!!) całkiem jak zahipnotyzowana. 
Ale to cudze wykresy. Dobre choć i to!

Dziś mimo zapowiedzi dalej nie mogę się zabrać za temat "nawiedzonych mamusiek", bo znów Ovu samo dostarcza mi ciekawych tematów do rozmyślań, więc na szybko inna notka.
Tak więc, będzie trochę o zazdrości.
Nigdy nikomu niczego zazdrościłam - żadnych tam materialnych rzeczy typu: ciuchy, kasa, wille, egzotyczne wycieczki (bla bla bla). W sprawach naukowo-mentalnych osiągnięć też jestem z siebie zadowolona, więc nie zaglądam nigdy na cudze "podwórko". W mężu najnormalniej w świecie zakochałam się, a on we mnie (pomimo facetów plączących się gdzieś tam na rubieżach mojej orbity), więc kompleksy na tym polu również są mi obce.
Ale... Gdy nadszedł czas prokreacji, zaczęłam zazdrościć zupełnie obcym kobietom, czegoś na co ja sama wpływu nie mam i mieć nie będę (no, może tylko pośredni wpływ w sensie działań medycznych i leczenia). Nagle poczułam, że jest coś co chciałabym mieć (miewać?), a przypuszczalnie jest poza moim zasięgiem. Obiektem marzeń stały się: owulacja, śluz płodny, ładny skok temperatury, przewidywalna @, odpowiednia długość fazy lutealnej, idealne wyniki badań hormonalnych i... wypukłe brodawki sutkowe!!!
Otóż, dla mnie największą (do tej pory) lekcją opanowywania zazdrości okazał się pobyt w szpitalu tuż po urodzeniu syna. Patrzyłam zdumiona na kształtne, sterczące i (tak!) tryskające mlekiem brodawki innych kobiet w połogu. Moje własne brodawki nagle okazały się być płaskie, choć przed ciążą wyglądały na całkiem normalne, a i w chwilach podniecenia przyjmowały jakiś tam wypukły kształt.
No cóż, trzeba było przemęczyć się rok karmiąc z płaskimi brodawkami... I choć dziś do wyglądu własnych piersi nie mam żadnego ale, to i tak po cichu myślę sobie, że nie znamy pełni swojego szczęścia, dopóki nam czegoś nie braknie. Choćby "głupiej", sterczącej pary guziczków pod bluzką...
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 września 2013, 06:05
Nie rozumiem ich - trzeba to przyznać. Trochę też boję się ich wpływu na inne kobiety, wiem jak bardzo radykalne poglądy bywają "zaraźliwe". Pierwszą styczność miałam z nimi jeszcze jako panna, jeszcze zanim zaczęłam myśleć na poważnie o dziecku. Ich przepis na świat to: jesteś z nami, albo przeciwko nam. Zazwyczaj nie uznają kompromisów - twardo trzymają się swojego albo-albo. Pierwsza kwestia to oczywiście posiadanie dziecka, bo rzadko nawiązują prawdziwy dialog z kimś spoza "kasty" dzieciatych, a jeśli już nawet do tego dojdzie, to sypią złotymi radami jak z rękawa. Niby życzliwie, ale z przekąsem. U mnie puenta takiej rozmowy brzmiała mniej więcej tak: nic nie wiesz o PRAWDZIWYM życiu, bo nie masz dziecka. Żadnej z nich nie interesowało to, czy tego dziecka nie chcę, czy po prostu nie mogę go mieć...
Powoli utwierdzałam się w przekonaniu, że warto bacznie się im przyglądać i dzięki temu wyśledziłam kolejną charakterystyczną cechę: oświecenie na skutek zajścia w ciążę lub urodzenia dziecka. Tak, jak gdyby życie wcześniej (nawet jeśli trwało blisko lub ponad 30 lat) nie liczyło się zupełnie. Jedna z nich bezpretensjonalnie zerwała kontakt z koleżankami i przyjaciółkami, które nie miały dzieci, bo... rzekomo doznała objawienia, iż tylko macierzyństwo nadaje życiu sens.
Hmmm, widziałam plusy życia bez dzieci i nie znikły mi one sprzed oczu tylko dlatego, że udało mi się z mężem spłodzić potomka. Owszem - chcę mieć więcej dzieci, ale żeby traktować to jako misję - jedyną słuszną drogę, poza którą życie nie ma sensu? No nie!!!

Ciąża, poród i wychowanie dziecka to normalna sprawa - nie otwarła mi się dodatkowa "czakra" na skutek zapłodnienia i zmądrzałam może ociupinkę, ale też tylko w jednej kwestii (wychowania dziecka do trzeciego roku życia, co będzie dalej - zobaczymy
. I jakkolwiek moja ciąża i macierzyństwo było wyczekane i upragnione, to jednak nie czuję się z tego powodu wyjątkowa - nie na tyle by mówić innym jak mają żyć."Nawiedzone mamuśki" ujawniają się czasem jeszcze w fazie ciąży, ale o tym jutro.

Tak, tak, tak! Zwłaszcza dla punktu 2.
Gratuluję odwagi :) Pisanie tego co się myśli jest rzadką cnotą i chyba zdecydowanie lepiej robić to u siebie, na własnym podwórku, na własnych zasadach, gdzie czytelnik będzie tylko mógł domniemywać o kim piszesz... :)
Jak ktoś może poprawić błąd , skoro nawet nie wie że go zrobił? Mi tam nic na czerwono nie podkreśla, więc albo sama ,będąc świadoma własnej niewiedzy, sprawdzam , albo robię byki i potem się wstydzę. Co do drugiego punktu : każdy jest inny, dlatego świat jest tak urozmaicony i ciekawy. Moim zdaniem , gdyby każdy patrzył przede wszystkim na siebie i u siebie poprawiał niedociągnięcia , dążył do osiągnięcia ideału a nie wymagał tego od innych , świat byłby o wiele lepszy - to jednak nieosiągalne. Fakt , czasem jakiś ewidentny byk , bije po oczach ale, że sama nie jestem nieomylna , to staram się tego nie wytykać..
Blysk_kotka, ja używam przeglądarki Chrome i we wszystkich pisanych postach opcja autokorekty (sprawdzanie pisowni) jest aktywna, dlatego napisałam o podkreślaniu na czerwono. Nie zwracam uwagi na pojedyncze błędy - nie piszę danej użytkowniczce - "o tu jest błąd, popraw go", bo to mija się z celem. Nie jestem korektorem, ale czytelnikiem. Sama też oczywiście nie jestem nieomylna, ale myślę o potencjalnych czytelnikach i z myślą o nich sprawdzam to, co napiszę.
:D a mnie się tam podoba to co Esterka napisała hehe i również zgadzam się z Błyskiem Kotka czasami się jest mi wstyd za błąd którego wcześniej nie zauważyłam a już nic nie da się z tym zrobić bo na szybko wstawiam komentarze z braku czasu ;) o stylistyce nie wspomnę bo zawsze byłam w tym kiepska tym bardziej że w realu buzia mi się nie zamyka i bardzo często chaotycznie opowiadam więc pisząc również przeskakuję z jednej myśli na drugą :D :D ale co tam ;) :D ;)