Pustka, bezsilność i pytanie, które wraca co miesiąc - dlaczego się nie udaje i czy kiedyś nam się uda…
Chcę płakać i krzyczeć, ale skrywam rozpacz pod osłoną nocy i rozwala mnie to od środka.
21. cykl starań.
Jest 4 dc, smutek odchodzi na bok i zostawia miejsce nowej nadziei. Zaczynam planować zdrowy tryb życia po powrocie z urlopu jestem znowu pełna nadziei i wiary. Na urlopie odpoczywam, nie analizujemy, pijemy wino i cieszymy się chwilą. Jak wrócimy z naładowanymi bateriami bierzemy się za siebie!
Ładujemy baterie i działamy!
Wiadomość wyedytowana przez autora 23 stycznia, 17:25
Czas w staraniach stał się wartością całkowicie nieprzewidywalną i asymetryczną. Nie ma nic wspólnego z twardą, fizyczną miarą zegara. dostosowuje się wyłącznie do tego, by działać na moją niekorzyść.
Dwa tygodnie fazy lutealnej, te czternaście dni od owulacji do możliwości zrobienia testu, rozciągają się w bezkresną wieczność. Każda godzina jest w nich wyliczona, skrupulatnie przeanalizowana i obciążona stałym oczekiwaniem. Czas zwalnia do granic możliwości dokładnie wtedy, gdy najbardziej potrzebuję odpowiedzi.
Gdy jednak spoglądam w przestrzeń minionych miesięcy, zachodzi mechanizm odwrotny. Całe długie miesiące starań skurczyły się do jednego mrugnięcia oka. Żyję w paraliżującym paradoksie: z jednej strony z niecierpliwością odliczam minuty do poranka, w którym zrobię test, a z drugiej paraliżuje mnie fakt, jak brutalnie szybko upływa czas w skali rocznej. Ledwo co minęła rocznica bezowocnych prób, a za rogiem nieubłaganie czeka już kolejna.
Ta ironia jest bezwzględna: czas stoi w miejscu, gdy czekam na wynik, i pędzi bezpowrotnie, gdy próbuję policzyć utracone miesiące.
