Po Nowym Roku wielkie plany, pierwsze IUI, ale co z tego wyjdzie to inna historia. Na razie jestem zła na siebie, na męża, na wszystkich. Z jednej strony zależało mi na tej pracy, a z drugiej mam wrażenie że przekładam karierę nad dziecko.
Mam nadzieję że od stycznia będzie łatwiej. Że minie stres nowej pracy, i wszystko się powoli zacznie układać.
Mój na początku związku, tudzież małżeństwa nie chciał mieć dzieci, i teraz cały czas świdruję mnie ta myśl. Chciałeś to masz, jedyna ciąża w jakiej mnie zobaczysz to ta spożywcza. Lekarz odradził następne stymulację, bo i tak jest wystarczająco dużo torbieli, więc po co dodawać nowe. Wyleciał z piękna propozycją in vitro. Jasne urwa, nie ma sprawy. Tylko sprzedam nerkę, moją i mojego małża wtedy jak najbardziej podejdziemy. Kredyt? Nawet rat na pralkę mi nie chcą dać, no chyba że się przejdę do bocianów, skoczków czy innych lichwiarzy- tam to nawet 50 000 mi dadzą na dowód.
Mogłabym też pożyczyć kasę od rodziców, ale nie- mój ojciec jest za dobrą zmianą. Poza tym jak to stwierdził "jak bóg Ci dziecka nie dał to lekarz Ci nie pomoże". Takie piedrolone średniowiecze. Więc godzę się z myślą że skończę jako stara baba w moim przypadku w otoczeniu miliona psów. Gadająca pod nosem do siebie- ta na widok której dzieci dostają spazmów w wózkach.