Pamiętniki Mój koszmar
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Mój koszmar
O mnie: Mama, lab manager, żona - właśnie w tej kolejności, ale o tym może później. Mimo promyczka w postaci Synka - nieszczęśliwa i niespełniona jako mama i żona.
Czas starania się o dziecko:
Moja historia: 17 czerwca 2015 - (*) Kacperek 30 TC Wrzesień 2016 - Aniołek 9 tc 7 marca 2019 - Dawidek ❤️ 38 TC - mój Promyczek 16 grudnia 2022 - (*) Martynka 26 tc
Moje emocje: Poczucie ogromnej niesprawiedliwości

13 stycznia, 21:31

Mój koszmar zaczął się 16 czerwca 2015. Wtedy dowiedziałam się, że serduszko mojego Synka nie bije. To była pierwsza ciąża, bezproblemowa, czułam się doskonałe. Pojechałam na zaplanowane USG trzeciego trymestru. 30 tc. I szok. Najgorsze słowa, które usłyszałam w życiu: serduszko nie bije. Najprawdopodobniej jednak Synek zasnął kilka tygodni wcześniej. Ważył jedynie nieco ponad 800 g, 43 cm dlugosci. Hispat wykazał, że narządy wewnętrzne były w stanie zaawansowanej autolizy. Ruchy, które czułam to było raczej przelewanie się ciałka i ruchy jelit. Najpierw niedowierzanie. Niemożliwe. To na pewno pomyłka. Mimo tego jedziemy do domu zapakować torbę do szpitala i udajemy się na ip. Kolejne USG i potwierdzenie. Rozpacz, łzy, szok. Nadal nie wierzę. Kilkukrotnie wzywam lekarza, że czuję ruchy i że to pomyłka. Po 2 kolejnych USG dochodzi do mnie że to jednak prawda. Morze łez. Następnego dnia poród sn. Synek przyszedł na świat 17 czerwca o godz. 9:15. Niestety nie odważyłam się wziąć Malutkiego na ręce, bardzo tego żałuję. Tylko popatrzyliśmy na Niego. Nie kupiłam mu też ubranka, nie byłam na tyle silna, zrobił to mąż ze swoją siostrą. I tego też żałuję każdego dnia. Co ze mnie za matka! Choć czasami myślę, że dzięki temu łatwiej było mi pogodzić się ze stratą. Albo już czas wytlumil wspomnienia, emocje i odczucia. Sama nie wiem... Pożegnanie Kacperka kolejny koszmar. Kolejne łzy, rozpacz, do tego tłum ludzi. Śmiechy, buziaki na powitanie, żarty. Farsa. Niektórzy totalnie nietaktowni. Jedni przyjechali z 3 małych dzieci. Cała rodzinka ubrana jak na spacer po parku w ciepły letni dzień. Potem "stypa" w domu. Kolejna pomyłka. Rozmowy jak na zwykłym spotkaniu, znów śmiechy, żarty. I ja, latająca pomiędzy kuchnią i gośćmi, robiąca dobrą minę do złej gry. Do tej pory zastanawiam się czemu się na to zgodziłam. Tak to się po prostu potoczyło, chyba nikt do końca nie zdawał sobie sprawy jak się zachować i co zrobić i wyszło jak wyszło.

Kolejne tygodnie, miesiące to ciągle łzy, pytania dlaczego??? I szukanie odpowiedzi na nie. Niestety nie znalazłam tych odpowiedzi. Synek "zdrowy", rodzice przebadani wzdłuż i wszerz i wszystko ok. I poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Los jest okrutny i cholernie sobie z nas zadrwił. O tyle dobrze, że w zasadzie nie byliśmy jeszcze przygotowani na pojawienie się Synka, mieliśmy tylko kilka ubranek.

Kolejna ciąża rok później. Niestety znów niepowodzenie, 9 tc, serduszko w ogóle się nie wykształciło. Znów ból, łzy, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości.

Teraz trochę szczęścia. Trzecia ciąża donoszona! Trochę stresu było, skracająca się szyjka, pod koniec infekcja z kaszlem i wymiotami, psychika - wiadomo, ciągły strach o Maluszka. Ale udało się! Wspaniały Synek, Dawidek ❤️urodzony 7 marca 2019, właśnie chrapie obok mnie 🙂

No i rok 2021... W lipcu dowiaduje się, że jestem w ciąży. Nie planowałam. Że tak powiem, Mąż zdecydowal. Nie pytał, poszedł na żywioł. Najpierw złość na Męża i strach. Nie jesteśmy gotowi, nie mamy odpowiednich warunków mieszkaniowych, Dawid jest za mały żebym sama sobie z nim poradziła przy ciąży leżącej. Pandemia. Nie jestem gotowa zdrowotnie, nie mam żadnych badań, nie zdążyłam się zaszczepić na covid, powrót silnej alergii, we wrześniu miałam rozpocząć odczulanie. Kolejne tygodnie oswajają mnie z sytuacją. Badania wychodzą dobrze, Malutka rozwija się książkowo. Ja czuje się fatalnie, mdłości 24h z czego niezmiernie cieszy się moja lekarz, nie mogę funkcjonować, a tu jednak trzeba, 2-latek nie zna litości. Od czwartego miesiąca ciut lepiej, mdłości ustąpiły, szyjka raz się skraca, raz wydłuża, strach o maleństwo w każdej minucie. Na szczęście dość wcześnie zaczęła dawać o sobie znać. Najpierw delikatne łaskotanie, potem już wyraźne kopniaki. Oczywiście czas pomiędzy aktywnością Malutkiej, to ciągły strach. Czy tylko śpi, czy to już koniec? Zwłaszcza, że nie mogłam już oszczędzać się tak jak w poprzedniej ciąży. Mało odpoczynku, ciągle schylanie się, kucanie, zabawa z Dawidem na podłodze, sprzątanie resztek po każdym posiłku Dawida na kolanach. Nic dobrego dla szyjki. Ale jakoś się trzyma, nie mam zalecenia leżenia. Jest dobrze. Połówkowe robione 2 razy, obydwa wyniki bardzo dobre, tylko za pierwszym razem Dzidzia źle się ułożyła, ja mocno zestresowana i ciężko było sprawdzic serduszko. Druga wizyta 2 tygodnie później pozwoliła już wszystko dokładnie obejrzeć. Wszystko idealnie. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Już poprzednia udana ciąża dała mi duże nadzieje że tym razem tez się uda. Wyniki moje idealne, Młoda rozwija się książkowo. Musi być dobrze. Ale nie było... Przyszedł grudzień. Mąż gorzej się czuł, przeziębienie, ale jakieś dziwne. Poszedł do lekarza, skierowanie na covid. Pozytywny. Następnego dnia ja i Dawid na test. Też pozytywny. Czuje się dobrze, nie mam nawet najmniejszego kataru. Malutka daje o sobie znać regularnie. Kilka dni później i mnie dopadają objawy, nic strasznego, wieczorem opadam z sił, w nocy strasznie się pocę. Kolejne dni dochodzi ból całego ciała, nie jakiś mocny, tylko taki dziwny, jakby całe ciało było nadwrażliwe, nawet ubrania mi przeszkadzały i kaszel. Dość uporczywy, bo doszły problemy z nietrzymaniem moczu, ale też nic niepokojącego, żadnych duszności. Saturacja ok. Młoda rusza się jak zwykle. 14 grudnia we wtorek ok. 15-tej przykładam rękę do brzucha i dostaje ostatniego kopniaka. Głaszcze się po brzuchu i mówię do Małej: trzymaj się tam Malutka, damy radę. Czekamy na Ciebie. I to koniec... Więcej już nic nie poczułam....Wieczorem cisza. Ale jeszcze nie panikuję. Brzuch mam już obolały od kaszlu, łożysko jest na przedniej ścianie, Mała pewnie się odwróciła. Noc jednak nieprzespana, czekam... Nad ranem zapisuje się na wizytę następnego dnia, a w zasadzie to już tego samego. Od rana coraz większy niepokój, bo nadal cisza. Nerwy, kłótnie z M. o głupoty. Jeszcze większe nerwy. Mówię mu, że mam złe przeczucia. Oczywiście uspokaja, ale bez przekonania. Jadę na wizytę. W poczekalni wydaje mi się, że czuję jakiś ruch, nie kopniak, ale ruch. Zapala się iskierka nadziei. Lekarka, nie moja prowadząca, mówi że to nie czas na wizytę, nie czas na usg. Ale po sprawdzeniu w karcie ciąży mojej historii wykonuje badanie. Widzę że jest źle, nie musi nic mówić. Ale póki nie usłyszę ta iskierka nadziei dalej się tli, przecież ja się nie znam. Wreszcie padają te straszne słowa: przykro mi, nie widzę czynności serca. Przyjmuję to spokojniej, dzwonie do M., nie płaczę, nawet wracam sama autem do domu 35 km. Nadal miesza się we mnie uczucie rozpaczy i niedowierzania. Nadal czekam na kopniaki, stojąc w korku. Nic się nie dzieje. Dojeżdżam do domu. Pakuję Młodego i wieziemy Go do babci. Pierwszy raz zostanie bez nas na kilka dni. Stresuję się bardziej od niego, zupełnie niepotrzebnie, bo sam pakuje rzeczy do torby i jest bardzo zadowolony, wcale nie płacze i spędza pełne przygód dni z babcią.

W tym czasie ja jadę kolejny raz urodzić Aniołka. Jestem przerażona, boję się bólu, nie wiadomo czy M. będzie mógł z nami być. A jednocześnie nadal mam nadzieję że to pomyłka, urodzę, a Ona zacznie płakać, będzie żyła. Niestety, cuda się nie zdarzają. Wpuścili Męża. Rodzę. 16 grudnia 2021 o godz. 14:14 rodzi się Martynka. Cisza. Zamiast łez szczęścia są łzy rozpaczy i bólu nie do opisania. Czemu??? Czemu znowu to się stało???? Czym ta kruszynka zawiniła? Patrzę na nią, jest śliczna. Waży 785 g, 39 cm długości. Usypiają mnie do zabiegu. Po przebudzeniu koszmar trwa. Tracę dużo krwi, usypiają mnie po raz drugi. W sumie nie wiem czemu. Nadal mocno krwawię. Kładą mi Malutką na piersi. Jest taka drobna, ale poza tym niczym nie różni się od noworodka, jest cieplutka, jedno oczko ma lekko otwarte. Patrzy nim na swojego Tatę. Łzy lecą ciurkiem, położna płacze razem z nami. Przytulam ją, głaszcze po policzku i ramionku. I nadal czekam na cud. Czekam aż zacznie się wiercić i krzyczeć. Przez kolejne godziny nic się nie dzieje. Cudów nie ma. Położne zakładają Martynce śliczną dziergana czapeczkę. A nam wręczają woreczek z dzierganym motylkiem i kwiatkiem i karteczka z wierszykiem. Jedyna pamiatka po naszej kochanej Córeczce. Ta pamiątka jest ze mną przez cały pobyt w szpitalu. Glaskam woreczek i czuję jakbym głaskała Martynke, ale jej już nie ma... Została sama... Taka malutka i bezbronna, śliczna. I znów pytanie. Czemu??? Słowa że Bóg tak chciał nie przekonują mnie. Boga nie ma. Gdyby był i był tak dobry jak go opisują nie zadawał by nam tyle bólu. Bo to gorszy ból niż najgorsze tortury fizyczne. Nie do opisania, tylko Mamy, które też przez to przeszły, wiedzą jak to jest. Nie jestem idealna, mój mąż tym bardziej (zwłaszcza dziś, kiedy to mamy mega kryzys), ale kochamy naszą Córeczkę nade wszystko. Nie bylibyśmy idealnymi rodzicami, ale byłaby kochana i wypieszczona, jak Dawidek, miłości starczyłoby dla wszystkich. Czemu kobiety, które piją, palą w ciąży, nie dbają o siebie i dziecko rodzą zdrowe dzieci? Czemu kobiety które nie chcą swoich dzieci rodzą je, żeby je oddać lub zostawić na śmietniku na pastwę losu? Czemu kobiety które nie kochają swoich dzieci rodzą je, żeby się potem nad nimi znęcać i sprawiać im ból, czasem nawet doprowadzając do ich śmierci po tygodniach czy miesiącach cierpienia? Nigdy tego nie zrozumiem!!! Życie jest tak cholernie niesprawiedliwe!!! A los cholernie ślepy!!! Czemu trafia w kobiety, rodziny które chcą, kochają i dbają od samego początku??? Które dałyby temu dziecku miłość i ciepło?

Wiadomość wyedytowana przez autora 13 stycznia, 22:55

18 stycznia, 22:36

Wspomnień ciąg dalszy ... Kolejne dni przepełnione są żalem, smutkiem i ogromną ilością łez. Tym razem sama biorę udział we wszystkich formalnościach związanych z pożegnaniem Malutkiej, jadę z Mężem kupić ubranko. Powinno być do chrztu... Jest do trumienki... Śliczna, skromna sukieneczka, ciepła (w końcu to grudzień) i milusia w dotyku. W niedzielę, odbieramy Dawidka od mamy. Trochę się stęsknił, ale nawet sobie nie zdawałam jaki to już duży i dzielny chłopiec. Mój Mały twardziel! Kolejne dni to dalej formalności i przygotowania do Świąt. Dziwne, nie cieszy mnie ubieranie choinki ani dekorowanie domu, ale uczestniczę w tych przygotowaniach dla Synka i Męża. Dla Synka to pierwsze takie bardziej świadome Święta, dla Męża wydaje mi się, że są odskocznią i skupienie się na tych przygotowaniach pozwala mu się jakoś trzymać, nie chcę im tego psuć. Ciałem obecna, duchem i myślami zupełnie gdzie indziej. Kolędy, które do tej pory bardzo lubiłam i z chęcią nuciłam teraz wywołują we mnie potok łez. Oj nie jest to łatwy czas. I tak to się wszystko miesza. Ogromna tragedia i ból z codziennością i radosnymi (choć nie dla mnie) Świętami. Nie tak to miało wyglądać. Święta przebiegają w miarę normalnie. Udaje mi się zachowywać 'jak przystało' i nie psuć nikomu humoru. Myślami jednak nadal jestem daleko stąd...

Pożegnanie Martynki odbywa się już po Świętach. Jestesmy tylko we dwoje z Mężem. Tak jest lepiej. Widok trumienki z moją Córeczką sprawia że znów się rozklejam i rozpadam na kawałki. Długo stoimy w ciszy i zamyśleniu. Każde zatopione w swoich myślach. Nie mogę w to uwierzyć, że tak potoczył się nasz los... To takie niesprawiedliwe!!!!

Nijgorszy jest Sylwester. O północy gdy wszyscy świętują i cieszą się, dla mnie każdy huk fajerwerków to kolejny napływ łez. W tym momencie już nie jestem z stanie udawać że się trzymam. Nie cieszymy się, nie świętujemy. Kupiłam szampana i nawet włożyłam do lodówki, żeby się schłodził, ale jak pomyślałam że mam wznieść toast to jakoś nie mogłam. Za co? Za to, że los tak nas pokarał? Że zostaliśmy brutalnie i w jednak chwili pozbawieni planów i marzeń? Za to że zabrał naszą malutka i niewinną Dziewczynkę, której nawet nie było dane nas poznać? Która nie dostała szansy, żeby bawić się, uczyć, cieszyć, smucić, kochać i być kochaną, która nie dostała szansy na zycie... Mąż poszedł dotrzymać towarzystwa psom, ale podejrzewam, że dla niego był to równie trudny moment.

20 stycznia, 21:45

Dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić opiece okołoporodowej w tych trudnych sytuacjach jakie mnie spotkały. Często słyszy się, że ta opieka jest fatalna, zero wsparcia ze strony personelu a kobiety leżą na sali razem z Młodymi, szczęśliwymi Mamami i ich dziećmi.

Ja miałam ogromne szczęście. Za każdym razem byłam traktowana z ogromną empatią i wyczuciem. Leżałam na ginekologii. 2 przypadki utraty późnej ciąży sama w sali, natomiast poronienie w pierwszym trymestrze - w sali z dwoma innymi kobietami w tej samej sytuacji. W 2015 roku mąż mógł byc ze mną w szpitalu caly czas, od momentu przyjęcia do wypisu. Położne dały mu nawet łóżko, poduszkę i koc na noc. Teraz w dobie covida mógł byc jedynie w trakcie porodu i kilka godzin po, a w zasadzie do końca dnia. Nikt go nie wyganiał ani nawet czegoś takiego nie sugerował. Sami uznaliśmy, że na noc wróci już do domu. Położne i lekarze byli bardzo taktowni i wyrozumiali. Kilkukrotnie proponowano mi psychologa, ale nie było to nachalne. Tym razem nawet z jednym porozmawiałam, ale w sumie Pani tylko mnie wysłuchała.

O położnych to mogłabym napisać pieśń pochwalną gdybym tylko umiała. Naprawdę Anioły🙂 o nic nie pytały, nie były natrętne, ale jak wchodziły i widziały mnie zapłakaną bądź rozklejalam się przy nich to siadały przy mnie i łapały za rękę. Powtarzały, że jeśli chcę to mogą ze mną posiedzieć, mogę się wypłakać lub wygadać. A wychodząc zawsze zapewniały, że są obok i że przycisk wezwania jest do użycia nie tylko gdy poczuje się fizycznie gorzej, ale również psychicznie. Naprawdę, nie mam się do czego przyczepić, opiekę zawsze miałam wspaniałą. Teraz, przy tych wszystkich ograniczeniach to naprawdę ważne. Położne jak tylko mogły starały się rekompensować brak bliskiej osoby.

Jeden lekarz powiedział mi też, prócz suchara 😅, że jest świadomy jak ogromna strata mnie spotkała, ale też żebym w gorszych momentach pomyślała, że są gorsze tragedie. Np jak przyjeżdża kobieta do porodu, ze sobą ma 2 torby, jedna dla Maluszka, Mąż czeka w pogotowiu żeby robić zdjęcia i nagrywać filmiki. Są w doskonałych humorach, cieszą się i nagle, w sekundę, ich życie zmienia się o 180 st. Zostają sami. Torba dla Maluszka nieruszona, a w domu czeka gotowa cała wyprawka. Może ktoś by się za takie słowa obruszyl, ale ja akurat zgodzę się z tymi słowami. Nie to żeby mi one szczególnie pomogły i podniosły na duchu. Ale dla mnie to fakt, taka sytuacja przy samym porodzie jest jeszcze gorsza.

Wracając do tematu, również samo wywoływanie porodu i poród odbywały się zawsze godnie, ale jednocześnie też tak, aby trwało to możliwie nakrocej i z jak najmniejszą ilością bólu. Po porodzie położne obchodzily się z Maleństwem bardzo delikatnie, jak z noworodkiem. Zawsze byliśmy pytani czy chcemy przytulić dziecko, czy chcemy zostać sami. I byliśmy z Dziećmi tak długo jak tego chcieliśmy i potrzebowaliśmy, nikt nas nie poganiał, nigdy nie odczułam presji, że już ustawia się kolejka innych kobiet do porodu
Chyba naprawdę miałam ogromne szczęście w tym całym nieszczęściu.
Niewyobrażalne jest dla mnie to co czytam na tym portalu, że kobiety rodzą po kilka dni, dostają nerkę i na tą nerkę rodzą swoje Dziecko, w samotności, w toalecie! Na samą myśl łzy cisną się do oczu. A na usta same przekleństwa. To zwyczajnie nieludzkie!!! A potem jeszcze muszą walczyć o to, żeby swoje Dziecko chociażby zobaczyć czy przytulić chwilkę.

Ps. Rodziłam w Warszawie, w MSWiA oraz IMID.

Wiadomość wyedytowana przez autora 20 stycznia, 23:12

24 stycznia, 16:15

Ostatnio jest mi ciężko. Nie potrafię się cieszyć i śmiać, staram się jak moge, ale chyba ostatnio nie bardzo mi to wychodzi. Ciągle myślę o tym, że powinnam teraz szykować wyprawkę, prać, prasować i przygotowywać Dawida na pojawienie się siostrzyczki. Zamiast tego wybieram znicze i szukam figurki Aniołka (na razie bezskutecznie). Dodatkowo Dawid ma ciężki czas teraz, dziś poranne rytuały zajęły nam 1,5 godziny, oczywiście przy akompaniamencie krzyków i płaczu. Atmosfera w domu jest wyjątkowo ciężka. Z Mężem też jakoś ciężko nam się dogadać. No i milion innych mniejszych bądź większych problemow. No wszystko, po prostu wszystko idzie jak po grudzie... Za dużo tego jak na mnie jedną. Zawsze byłam silna ale tym razem już nie daje rady. Nie mam apetytu, rano zmuszam się do wstania z łóżka, a w nocy nie mogę spać.

Liczę na to, że w środę Dawid pójdzie wreszcie do żłobka i uda mi się w końcu dotrzeć na wizyty lekarskie. Do tej pory jeszcze nie byłam u swojej ginekolog prowadzącej po porodzie. Nie mam wyników hispatu, sekcji zwłok Malutkiej, planu co dalej. A zaczynam myśleć o kolejnej próbie. Rozum podpowiada nie, ale serce bardzo chce jeszcze raz zaopiekować się Maluszkiem i dać Dawidowi rodzeństwo. Znając mnie wygra serce 😉 i do tego czasu chciałabym mieć już wszystkie badania zrobione. A póki co stoję w miejscu.