Na ovu od sierpnia 2013 pieczołowicie obserwuję swoje cykle, wpisy na forum i czytam namiętnie Wasze pamiętniki.
Szczególnie lubię i kibicuję: Godaweri, Martuskacz i Mace, pewnie dlatego że ich historie są mi najbliższe. Pozdrawiam Was dziewczyny:)!
Miałam powiedzieć ja, ale jak tylko zaczęłam mówić pierwsze słowa, głos mi się złamał i z tych wszystkich emocji zaczęłam ryczeć! Skończył mój Mąż i powiem Wam, że nie spodziewałam się takiej reakcji...
Wiedziałam że moi rodzice będą za, ale nie wiedziałam, że aż tak się ucieszą
Szczególnie moja Mama - kochana jest! Oni jeszcze nie mają wnuków, cały czas czekają na tego pierwszego i to chyba dlatego:)
Trochę się denerwowaliśmy, ale nie bardziej niż przed każdym badaniem nasienia czy wizytą u lekarza...
Rozmowa z Panią pedagog trwała 2 godziny, była dość miła, choć trudna, bo poruszała problemowe kwestie związane z adopcją. Ale to dobrze, że od razu to mówią, bo teraz mamy czas na "przetrawienie wszystkiego" i decyzję czy nadal tego chcemy.
Wczoraj byłam trochę zdołowana tymi informacjami, ale dziś powoli to sobie układam i Mąż też, bo jutro jedziemy już załatwiać pierwsze dokumenty:)
- zaświadczenia od lekarza rodzinnego
- zaświadczenia od lekarza psychiatry (śmiejemy się z Mężem, że wyszło, że jednak jesteśmy zdrowi;)
- zaświadczenia o zarobkach
- opinie pracownicze
- dziś wysłałam zapytania o karalność do Krajowego Rejestru Karnego
- czekamy też na opinie od naszych bliskich (tzw. listy polecające nas na rodziców adopcyjnych)
Także już spora część dokumentów jest:)
Mam nadzieję, że uporamy się ze wszystkim do, powiedzmy, 10 lipca. Byłoby magicznie, bo to data rocznicy naszego ślubu:)
Od kiedy podjęliśmy naszą decyzję mam w sobie dużo więcej spokoju, którego brakowało mi przez ostatnie 3 lata. Przestałam mierzyć temperaturę, "nakręcać się", odliczać dni i... jest mi z tym naprawdę dobrze:)
Nie powiem, że nie mam wątpliwości, bo mam całe mnóstwo, ale mam nowy cel:)
Od 1 lipca wiele się wydarzyło:
Po 1: jestem o rok starsza;)
Po 2: posunęliśmy się o kolejny rok w naszym stażu małżeńskim (to już 4 latka...)
Po 3: 17.07. złożyliśmy komplet dokumentów w OAO i zostaliśmy "wpisani do rejestru rodzin"
Po 4: 19.08. mamy wizytę Pań z ośrodka ws. warunków mieszkaniowych
Także powolutku, maleńkimi kroczkami, posuwamy się do przodu.
Mamy nadzieję, że załapiemy się na szkolenie jeszcze na jesień, ale pożyjemy-zobaczymy.
Dzięki Dziewczyny za wpisy - kibicuję szczególnie tym "starających się inaczej" (jak ja:).
Godaweri ściskam Cię! Dziękuję Ci za to że jesteś
Kolejny krok (4 z 13) zaliczony:)
19.08 w godzinach porannych zjawiły się u nas Panie z ośrodka... Dwa dni wcześniej rozpoczęliśmy z Mężem wielkie porządki. Nastawiliśmy się na "próby białych rękawiczek", a tu okazało się, że Panie "zwiedziły" dom w 2 minuty (co jest nie lada wyczynem, bo mamy ponad 250 metrów; kiedyś nawet liczyliśmy kroki z naszej sypialni na piętrze do kuchni i wyszło ok. 60:) Resztę czasu spędziliśmy na rozmowie. Było, jak na sytuację, bardzo naturalnie, dużo opowiadaliśmy sami, o niektóre sprawy Panie dopytywały, na koniec spisały notkę ze spotkania i kazały się podpisać. Ogólnie spędziły u nas ponad 3 godziny! Ale panowała taka atmosfera, że nawet nie wiedziałam kiedy upłynął ten czas...
Około tygodnia po spotkaniu dostaliśmy pismo z ośrodka z zaproszeniem na badania psychologiczne - jedziemy za tydzień. Mają potrwać 5 godzin :-o Ciekawa jestem jakiego typu pytania padają w takich testach... Mąż żartuje, że teraz to dopiero się okaże czy jesteśmy normalni;)
Z takich przyziemnych rzeczy, to wczoraj dostałam skierowanie na wycięcie migdałków. Wyobrażacie sobie... prawie 30-stka na karku i migdałki;) Ale cieszę się, bo już naprawdę mi doskwierają, i to od lat! Jak dobrze, że zmieniłam moją lekarkę rodzinną - poprzednia cały czas bagatelizowała moje dolegliwości.
Poza tym dziś rano w naszym salonie złapała się mysz - jak ja ich nie cierpię
I mimo, że po ślubie i wprowadzeniu się do Męża pokochałam życie na wsi, to w takich chwilach z ulgą myślę o mieszkaniu, które zamierzamy nabyć wkrótce...Trzymajcie się:*
terapia mojego Męża opierała się na dawkowaniu Encortonu i Tamoxifenu (lek na raka piersi). Przyniosła efekt, ale niewymierny. Wszystko zależy od tego, co jest powodem oligo u Was. U nas brak komórek, które "wyłapują" testosteron z krwi i pod jego wpływem produkują plemniki (chociaż mąż ma dwukrotną normę tego hormonu we krwi).
Wracając do adopcji, to jesteśmy po badaniach psychologicznych... 4 godziny, 10 testów, 1000 pytań (nie przesadzam), ale daliśmy radę. Na razie Pani psycholog się nie odzywa, co odczytuję jako pozytywny wynik. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba niczego wyjaśniać, z niczego się tłumaczyć, nic prostować...
Ale powiem Wam szczerze, że mam mieszane uczucia. Chodzi mi o to, że ciągle słyszymy o trudnościach: że dzieci adopcyjne często są obciążone genetycznie chorobami psychicznymi, że matki często piją w ciąży, co grozi Alkoholowym Zespołem Płodowym (FAS), że potrzebują opieki neurologa, mają trudności w nauce i w ogóle wszystko, co najgorsze... Mam powoli wrażenie, że zdrowych dzieci tam w ogóle nie ma. A ja jak każda przyszła matka chcę aby moje dziecko właśnie takie było! Wiem, że nie zawsze będzie idealnie, ale chyba nie uniosłabym tak poważnych trudności przez całe życie. Nie jestem Matką Teresą i nie potrafię się tak poświęcić
Może to egoistyczne, ale czuję że tego nie przeskoczę...I takie mam dylematy. Także nie wiem czy się w ogóle nadajemy. Na razie czekamy na informację z ośrodka i być może zaproszenie na cykl szkoleń (to kolejny etap).
Pożyjemy zobaczymy!
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 października 2014, 18:40
Ale żeby nie było tak dobrze, ostatnio - po 7 miesiącach po laparoskopii jajników poszłam na kontrolę, i co? Oczywiście endometrioza wróciła! Mam na razie małe ognisko na jednym z jajników, ale drugi jajnik chyba przyrósł do macicy... Żeby uniknąć znowu ostrego cięcia, uznałyśmy razem z moją ginekolog, że najlepsza będzie w tej chwili farmakoterapia. Dostałam Visanne - na razie na 3 miesiące, ale pewnie będę brać dłużej. I liczę na to, że ognisko zniknie. Panie Boże dopomóż! Dawkowanie zaczęłam wczoraj i trochę się boję skutków ubocznych, najbardziej: bólów głowy, depresji i obniżenia libido, za to chętnie wezmę w pakiecie wzrost masy ciała, bo w moim przypadku nawet 10 dodatkowych kilogramów by nie zaszkodziło;)
Ludzie bardzo mili, psycholożka i pedagożka profesjonalne, spotkania bardzo ciekawe i dające dużo do myślenia...
I spotkanie miało na celu pokazać nam nasze motywacje do adopcji.
II było na temat potrzeb dziecka, jakie zamierzamy adoptować oraz więzi jakie dziecko wytwarza z rodzicami. Mamy zadania domowe. Jest chyba jeszcze trudniej niż myślałam, że będzie, no ale cóż trzeba się z tym zmierzyć...
Najgorsze jest to, że im bardziej jesteśmy "straszeni", tym ja bardziej rozpamiętuję to, że nie mogę być w ciąży... Może to była zbyt szybko podjęta decyzja... może jeszcze nie zamknęłam tamtego etapu, mimo że wydawało mi się że tak? To też musimy rozważyć.
Co do mojej endometriozy i brania Visanne, to nic czego się obawiałam nie nastąpiło. Miałam nieco gorszą cerę przez pierwsze 2 tygodnie, ale na pewno nie można nazwać tego trądzikiem i nieraz kołacze mi serce (nawet wtedy, gdy jestem spokojna). Moje marzenie o przytyciu też się nie spełniło, bo waga ani drgnęła:( Ale nie jest źle:) Mam nadzieję, że ogniska i zrosty też powoli znikną!
Ostatnio pisałam, że jesteśmy po dwóch spotkaniach, a dziś jesteśmy już po siedmiu:)! Uwierzycie? Całe szkolenie mamy za sobą!!! Jupi;)
Było dobrze, było źle... Był śmiech, ale i łzy... oczyszczające. Wydarzyło się naprawdę dużo. Ale to było nam potrzebne. Czuję się jakbym przeszła psychoterapię
Spojrzałam na siebie, na nas i naszą historię zupełnie inaczej. I dziś myślę, że naprawdę dobrze się stało, że "to" nas spotkało:DTeraz czekamy na posiedzenie komisji kwalifikacyjnej (w styczniu) i po informacji od nich, która na 99% będzie pozytywna, będę mogła powiedzieć, że ZASZŁAM W adopcyjną CIĄŻĘ

Niestety wiemy, że czekanie na tak małe dzieciątko będzie długie (około 2 lat), dlatego jeśli mogę Was prosić, to z okazji świąt życzcie mi dużo cierpliwości;)
Ja również życzę Wam wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
Przede wszystkim: wiary, nadziei i miłości - jeśli one Was nie opuszczą, to wszystko inne się ułoży!
Pozdrawiam :)