Pamiętniki Nie ma Cię, nigdy nie było...
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Nie ma Cię, nigdy nie było...
O mnie: Mam 36 lat (stan na 2020) i choć nie czuję się staro, to ten wiek mnie prześladuje. Często słyszę hasła "ostatni dzwonek", " na dziecko to o 5 za dużo", "już pani powinna dwójkę dzieci urodzić" to akurat od lekarzy i pielęgniarek. Co słyszę od bliskich, to możecie się domyślić. Za którymś razem te słowa bolą mniej, można przywyknąć, zahartować umysł...i serce. Od kilku miesięcy walczę nie tylko o dziecko, ale i o zdrowie (najpierw jeden guz w piersi, potem drugi, dwie biopsje-prawdopodobnie są to gruczolakowlokniaki, ale trzeba obserwować, każda wizyta kontrolna to ogromny stres). Kilka dni temu miałam laparoskopowe wyłuszczenie torbieli (jeszcze czekam na wynik badania histopatologicznego, to też ciągły strach).
Czas starania się o dziecko: Dwa lata
Moja historia: Tym pamiętnikiem chcę zacząć od nowa. Żeby nie rozpamiętywać nieudanych prób, bezowulacyjnych cykli i negatywnych testów. Niech to będzie nowy początek.
Moje emocje: Strach, że nigdy się nie uda.

21 września 2019, 19:21

Czasem mam takie przeczucia, taką prawie pewność, że coś się wydarzy, że ktoś coś powie i to się sprawdza. Pewnie każdy tak ma. Np. idę do pracy i mam w głowie myśl, że dzisiaj dostanę podwyżkę (zdrowy rozsądek podpowiada, żeby sobie to wybić z głowy, nawet szczególnie na nią nie zasługuję) i szef podchodzi...bla bla bla... podwyżka. To historia z zeszłego miesiąca, ale dzisiaj też mam podobnie. Od rana czułam, że zadzwoni teściowa i powie, że jej córka (siostra mojego męża) jest w ciąży. Już wiecie, że zadzwoniła, a ja się rozsypałam. To wydarzenie skłoniło mnie do pisania. Bo komu to powiedzieć? Kto to zrozumie? Jak ja wręcz wstydzę się tego uczucia, tej zazdrości, napływających łez i guli w gardle. To ich drugie dziecko. Teściowa już wspomina, że powinniśmy wybrać się do lekarza. Ona nie wie o moich problemach ze zdrowiem. Jak ja przeżyję święta? Jak przeżyję resztę życia?

26 września 2019, 10:34

Dziękuję dziewczyny, pomaga mi samo pisanie o tym, a jak jeszcze pomyślę, że ktoś poświęcił swój czas na przeczytanie tego i skomentowanie, to tak mi się miło robi😊.
Tylko raz zwierzylam się kolezance, że zaczynamy starać się o dziecko. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak będzie, choć czułam, że nie łatwo. Ona ma nastoletnia córkę, ale bardzo długo miała problemy z zajściem w ciążę, przez 16 lat jeździla po lekarzach, klinikach, sanktuariach. Zawsze dumnie o tym mówi, nie tyle o dziecku, co o tej walce. Nie ukrywa, że była to IUI. Ale też czasem powie mi coś przykrego, pewnie nieświadomie, ale ja to pozniej przeżywam cały dzień. Dlatego zdecydowałam, że już nikomu nie powiem-wie mój mąż i ze 20 lekarzy u których byliśmy. Moi rodzice wiedzą o problemach z piersiami i cystą-guzem? na jajniku. Mieszkamy nad nimi więc nie dałoby rady ukryć pobytu w szpitalu i długiego L4. Bardzo się martwią moim zdrowiem, o wnuku nie wspominają, czekają aż z tamtymi sprawami się poukłada. Wie też moja siostra, która zawsze przygadywala "byście sobie dziecko zrobili zamiast tego psa niańczyć", ale w obliczu mojej choroby ucichla. Teściom nie mówiliśmy, bo mieszkają daleko i ten kontakt jest głównie telefoniczny, nie chciałam żeby się denerwowali. Ale abbigal ma rację, że powinni się dowiedzieć...
Zaczynając starania zrobiłam podstawowe badania (hormony, rozyczka, toxoplazma, cytomega., cytologia, morfologia, hiv) mąż badanie nasienia 😆 (gotów był diabłu duszę sprzedać, żeby tylko nie to, ale zrobil). Wyniki super. Pierwsza lekarka kazała brać kwas foliowy i starać się rok, najpewniej za kilka miesięcy będzie ciaza. Druga wrozyla mi blizniaki, bo takie piękne pecherzyki. Zaczęłam mierzyć temperature i robić testy owulacyjne. Odkrylam problem - krótka faza lutealna, max 10 dni, ale tylko 5 bez plamień - i poszłam do kolejnego lekarza, pani dr zgodziła się z moją diagnoza i przepisała duphaston. Monitoring w następnym cyklu pokazał, że pecherzyk rosnie, ale pomalu i nie peka tak, jak powinien (nie strzela jak balon, tylko się rozlewa, więc jajeczko nie ma szans dotrzeć do jajowodu). W następnym cyklu ovitrelle, ale ta sama bajka, nie peka, a na dodatek robi się z niego torbiel. Czekamy aż się wchłonie, a potem podamy clo. Ale zamiast się wchłonac, torbiel rośnie i rosnie. Dostaje danazol i przerywamy starania. Robię coroczne usg piersi, zmiana lita, odstawiam danazol po kilku dniach brania, biopsja gruboigłowa, gruczolakowłókniak-do obserwacji. Torbiel rośnie, moja lekarka uczciwie mówi, że nie potrafi mi pomóc. Zachęca do wizyty w klinice niepłodności. Tak robimy. Wybieramy tę z najlepszymi opiniami, ale tam przykra wiadomość- to może być potworniak, koniecznie trzeba usunąć. Szukam miejsca, gdzie to zrobić, ustalamy termin, który przekładamy jeszcze dwa razy, bo w drugiej piersi też mam jakiegoś dziada 😈. Znowu biopsja (oczywiście wszystko prywatnie, za miliony monet, na nfz termin bym miała po moim pogrzebie), gruczolakowłókniak, ale z tendencja do rozrostu, lekarz mówi, że skoro rośnie, to z czasem może zezlosliwiec. Jak Bóg da, to w grudniu się go pozbędę (guza, nie lekarza😆). W końcu dochodzi do laparoskopii, wyluszczaja torbiel?, jajowody drozne, sluzowka czysta, wszystko ok. Teraz czekam na wyniki badań histopatologicznych. Człowiek do śmierci spokoju nie zazna, jak już się coś przypałęta, to jedno za drugim.
Ale żem się rozpisała.

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 września 2019, 11:07

1 czerwca 2020, 11:56

Dawno nic nie pisałam. Nic szczególnego się nie działo, przez koronę utknęliśmy w staraniach. Już miałam zacząć stymulację i bach, epidemia. Teraz klinika zaczęła działać i chcielibyśmy zacząć, to najpierw wyszło u M podejrzenie WZW B (na szczęście to tylko przeciwciała), a potem zbyt późno umówiłam się na monitoring i zacznę dopiero w połowie czerwca brać estrofem ( jeśli nie będzie żadnych torbieli). Mam nadzieję, że wymazy i cytologia ok, bo już mi więcej wrażeń nie potrzeba. Moje nastawienie jest codziennie inne. Czasem mam przeczucie, że wszystko się uda, że niedługo będę w ciąży, że urodzę zdrowe dzieciątko. Ale zaraz hamuję się w tych wyobrazeniach, bo jeszcze tyle złego może się po drodze wydarzyć. Z jednej strony wiem, że trzeba myśleć pozytywnie i chcę to robić, a z drugiej tak bardzo boję się porażki i tego, że jak się nastawię pozytywnie, to będzie jeszcze bardziej bolało. Dołując się przeżywam ten smutek dwa razy (teraz i w momencie niepowodzenia), ale jest mniejszy szok. A jak zacznę sobie wkręcać, że się uda, to mogę później bardzo cierpieć.
Jeszcze mam taką obserwację życiową 😉 ludzie nie lubią, jak ktoś jest szczęśliwy mimo wszystko, zaraz wbiją szpilę, a to nie masz dziecka, a to nie masz chłopaka, a to pracy nie masz, a to studia źle wybrałaś. No zawsze coś znajdą, żeby człowieka zdenerwować. Co dziwne, tacy ludzie zazwyczaj mają wszystko, ale nie potrafią się tym cieszyć. I chyba to ich drażni najbardziej, że ktoś mając ułamek tego, co oni, potrafi być szczęśliwy.

Wiadomość wyedytowana przez autora 1 czerwca 2020, 13:01

Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego