Jesteśmy nad Bałtykiem, pogoda jest piękna, piasek złocisty, a morze spokojne i mieni się wyciszającym błękitem. Razem z nami przebywa tu tłum wczasowiczów, ale to wcale nie ich liczba wpływa na moje kiepskie samopoczucie w tych pięknych okolicznościach przyrody. Nie sposób nie zauważyć, jak wielu ludzi ma rodzinę. Dzieci. Dwójkę, trójkę, szóstkę (!) dzieci. Rodzice prowadzą je powoli za małe rączki, upominają za bieganie po piasku przy czyimś ręczniku, budują wspólnie zamki otoczone fosą, szukają muszelek, pompują kolorowe koła i flamingi, tłumaczą, że trzeba wrócić na obiadek. Te wszystkie czynności w wykonaniu innych ludzi wyglądają tak naturalnie, że czuję jakbym należała do innego gatunku. Nie ma mowy o wytchnieniu czy odpoczynku kiedy serce zamienia mi się w sopel lodu, kiedy my rozkładamy swój cichy koc, czytamy książki i zupełnie nikt nie zakłóca nam tego smutku.
Każda pizza, szklanka coli wypita raz na rok, pominięta dawka suplementów, bo oglądaliśmy zachód słońca na plaży, kończy się wyrzutami sumienia i rozmyślaniem, czy to właśnie przez to dzisiaj 12 dpo kolejny raz widzę biel? Czy ja za mało się staram? Onieśmiela mnie siła dziewczyn na forum. Badania, zastrzyki, procedury. Bez chwili do stracenia, prześwietlają swoje zdrowie od a do z, jakby te wizyty, telefony, załatwienie i myślenie o tym, co trzeba zrobić i wziąć, nie kosztowało energii. Ja jej nie mam. Czuję, jakbym toczyła ciężki głaz, ręce mam zajęte.
Psycholog? Odbębniłam 6 miesięcy, ale w temacie niepłodności nie ruszyłam ani o krok. Te wizyty to była kolejna rzecz do załatwiania i zaplanowania, zżerały moje skąpe zasoby energii i nie przynosiły ulgi. Odetchnęłam, gdy zrezygnowałam. W moim życiu, w mojej pracy, robię minimum, a mimo to nie mam sił na drążenie i sprawną diagnostykę.
Dzisiaj bardzo boli mnie lewy jajnik. Ciałko żółte zanika, bo nie ma czego utrzymywać, moje ciało jest puste.
