Pamiętniki Nie sądziłam, że mnie to spotka... 2 ivf,4 lata walki z G-Basedowem, endometriozą i słabym nasieniem
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7

26 czerwca 2019, 13:00

Nasze pozostałe maleństwa niestety nie nadawały się do mrożenia :-( z całej procedury wyhodowałam tylko jeden zarodek, który zabrałam ze sobą. Nadzieja w nim. Myślałam, że wynik z jakim skończę i tak bedsie lepszy. Nie wiem co się podziało i dlaczego tak :-(

1 lipca 2019, 12:22

Nie było mnie w pracy 3 tygodnie. Wracam, a od progu moja kierownik pyta: I co jest Pani w tej ciąży?
Mówię: nie i mam zdezo.
A ta wyjeżdża z gadka o wyluzowaniu i opowiada o znajomej co jak się zdecydowała na adopcje to dwójkę dzieci urodziła. Końcówkę jej wywodu słyszało dodatkowe 10 osób, które stały na korytarzu.
Zajebiscie! Moja rodzina nie wie ale w pracy zdążyły mnie obgadać baby z całego zakładu pracy. Tam gdzie pracują same kobiety to tylko zło. Jedna wielka wylęgarnia żmij. Poryczalam się.

Doszedł od rana ból brzucha i pleców jak na @ No i lekkie plamienie... :-(

2 lipca 2019, 12:01

Beta 7 dpt 2.
To chyba pozostałość po ovitrelle... nie bez powodu mówią, że ten zastrzyk się utrzymuje nawet 14 dni. A ja głupia za wcześnie zrobiłam tą betę. Teraz jestem rozbita na kawałki. Z jednej strony wiem, że nic z tego, a z drugiej nadzieja się tli i serce tak bardzo pragnie żeby zdarzył się cud.
Plamienia są dalej i to coraz czerwieńsze :-(

Edit! Moz mąż nie wiem jak sprawdzał ten wynik bety bo tam było 4 a nie dwa!

Także wynik w 7dpt: beta hcg 4

9 dpt testy sikanie o czułości 10 białe jak śnieg :-(

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca 2019, 07:14

4 lipca 2019, 18:09

Już jest tak późno i dalej nic... tych wyników chyba dzisiaj nie będzie :-/ może dlatego, że zrobiłam proga? Krew oddałam o 7.30! Wyniki powinny być już dawno!
Ja nie wiem skąd się mnie przyczepił ten pech... ale ktoś kiedy mówił, że invitro uczy cierpliwości. Mnie nauczyło obgryzania paznokci i zajadania stresu słodyczami :-/ No i dostałam przykurczu kciuka od ciągłego odświeżania strony z wynikami :-)

Plamienia są coraz większe. Takie jak na końcówkę okresu... ale oczywiście staram się myśleć pozytywnie i powtarzam sobie, że plamienie w okolicy @ to normalna rzecz. Planowo okres ma przyjść jutro. Wczoraj plamien Orawie nie było, a dziś są największe jak do tej pory.

No i siła sugestii... jak sobie pomyśle, że jakimś cudem jestem w ciąży to nawet czuje mdłości ze stresu. Szczerze to chyba popłacze się ze szczęścia przy pierwszym ciążowym pawiu.

Wieczorny Edit: Obdzwoniłam pół miasta. Znalazłam laboratorium do którego wysyłają wyniki. Progesteron pojechał do innego miasta i bedzie jutro. Betę mam... wynik 10 :-( :-( ciąża biochemiczna... :-( 😢

Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lipca 2019, 21:17

5 lipca 2019, 18:14

Wciąż nie ma wyniku progesteronu, mam wrażenie, że cały świat jest przeciwko mnie i mojej ciąży :( obdzwoniłam laboratorium i wynik może będzie dopiero w poniedziałek. Póki co nie jest zrealizowany, a nie jest to też badania zagrażające życiu... tłumaczenie, że tu możliwe, że właśnie o ŻYCIE chodzi nic nie pomogło.
Chciałam napisać do lekarki ale bez wyniku progesteronu to wciąż niepełne informacje...
okres się rozkręcił. Jeszcze może nie na maksa ale to pewnie wciąż wpływ końskiej dawki progesteronu. Odstawiam leki i niech się dzieje wola nieba...

Poranny sobotni Edit:
Progesteron z 10 dpt wynosił 19,5
Mail do lekarki napisałam wczoraj wieczorem bez tego proga. Jest weekend to pewnie nie dostanę wiadomości ale może do poniedziałku da znać żebym wiedziała czy iść znowu na ta betę czy już nie ma sensu.

Wiadomość wyedytowana przez autora 6 lipca 2019, 12:19

8 lipca 2019, 16:01

Beta 1

11 lipca 2019, 13:10

Sorry boys - absolutnie, absolutnie

Słucham... nie wiem czemu ale trafiam na piosenki tej kobiety zawsze gdy tego potrzebuje. Wyrażają moje emocje, o których nie umiem mówić.

Dalej krwawię. Już niedużo ale to mój najdłuższy okres. Ciagle zastanawiam się czy coś mogłam zrobić, coś zmienić, jakoś pomoc mojemu maleństwu...
No i ciagle zastanawiam się co mam robić dalej. Po głowie krążą mi opcje:
1. Wizyta. Laparo/histero. Pauza. Kolejne ivf
2. Wizyta. Większa diagnostyka, badania, immunologia, genetyka
3. Wizyta. Kolejne ivf

No i dopóki nie omówię planu działania z lekarzem to i tak nic nie zrobię. Po 3 tygodniach nieobecności nie mogę sobie pozwolić na jakieś wolne (a bez niego niestety nie dojadę 5h do kliniki) także i tak pozdostaje mi czekanie na... cokolwiek...

Poza tym psychicznie leżę na dnie. Nie sadzilam, że tak przeżyje ciaze biochemiczna ale nadzieja jaką rozbudziła w moim sercu rosła i rosła nie zważając na rzeczywistość. W końcu poczułam w sobie życie po czym je straciłam.
Dobija mnie tez fakt, że jestem już na końcu drogi i zostałam z niczym. Nie mamy żadnych zamrożonych zarodków. Nie wiem czy kolejna stymulacja nie skończy się gorzej niż ta pierwsza. Z roku na rok jestem ckraz starsza i mam wrażenie, że coraz bardziej się sypie.
No i to, że do tej pory miałam jakaś opcje. Zawsze zostawało to invitro jako ostatnia deska ratunku... a teraz już nie mam nic... przecież to już dawno miało się skończyć...

Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2019, 13:45

1 sierpnia 2019, 09:52

Jestem po wizycie w klinice. Wróciłam do Angeliusa. Czułam się tam dobrze dlatego będę jeździć tak daleko bo dla komfortu psychicznego warto :) No i nie zawiodłam się. Miałam dużo pytań, Pani doktor na wszystkie cierpliwie odpowiadała, wizyta trwała 40 min, także przepraszam pacjentki, które przeze mnie miały opóźnienie w poniedziałek 29.07. popołudniu.

Ogólnie założenia są takie, że idę w kierunku laparo i histero. Nie mam jeszcze terminu bo Panie będą do mnie dzwoniły ale Pani doktor mówiła coś o listopadzie. Będę miała komplet laparo+histero+hsg ale to ostatnie jeszcze muszę omówić z endokrynologiem bo po poprzednim hsg uruchomiłam Gravesa. Pani doktor też ma się dowiedzieć czy kontrast jest jodowany. Samą operację będzie wykonywała moja Pani doktor. Super! To się nazywa kompleksowa opieka :)
Poprzednio miałam krótki protokół wiec teraz możemy iść długim ale decyzje co do kolejnych procedur będziemy podejmowały po wyniku laparoskopii i zobaczeniu co tam u mnie siedzi. Bo jak jest endometrioza to lepiej się sprawdza długi ale jak jej nie ma to teoretycznie krótki bo jest mniej obciążający dla organizmu.

Pytałam też o nieudaną procedurę. Dlaczego z 5 zarodków aż 4 padły po 5 dobie? Niestety pierwsze co się nasuwa to słabe nasienie, ale był też problem z zagnieżdżeniem dlatego tak ważna jest diagnostyka po mojej stronie. Nasze pozostałe zarodki w 5 dobie wciąż były blastomerami, a nie blastocystami co oznacza, że i tak nic by z nich nie było.
Dużo pytałam też czy powinnam ruszyć w kierunku immunologii/genetyki (w końcu mam Gravesa i łuszczycę). No i co mi się podobało to to, że Pani dr od razu powiedziała, że sama tego ciągnąć nie chce bo się na tym nie zna. Jest to nowa dziedzina, ona w tym nie siedzi i jedyną osobą mającą jakiekolwiek pojęcie jest docent Paśnik z Łodzi. No i to rozumiem, a nie robienie z siebie alfy i omegi i wyroczni. Ja na immunologię nie jestem zdecydowana. W sumie to pytałam chyba tylko po to żeby mi ktoś to wyperswadował z główki. Tak więc co z badań wartych uwagi? Warto zrobić kariotypy. Tak, to podstawa ale na to leczenia nie ma więc też nie są konieczne. Ale to bym chciała zrobić. No i trombofilia! To jedyne badania, które w jakiś sposób są w stanie pomóc mi i Pani dr przy kolejnej procedurze. Profil immuno, komórki nk, kiry itd byłyby potrzebne przed wizytą u Paśnika, a skoro się nie wybieram to nie ma sensu.

Co jeszcze? Atmosfera na wizycie super. Jeśli miałam jakieś wątpliwości co do wybranego lekarza to już ich nie mam. Mąż jest oczarowany ale co się dziwić jak to super laska :) no i konkretna, rzeczowa, ludzka. Kawa na ławę, jak jest do dupy to ja wolę wiedzieć, że tak jest, a nie żeby mnie ktoś głaskał po główce i mówił, że w dupie też może być fajnie... o nie!

Także teraz czekam. Najpierw na telefon kiedy operacja, później na operację i na możliwość rozpoczęcia kolejnej procedury.
Podniosłam się! Dziś moja miesiąc od mojej pozytywnej nieszczęsnej bety. Po dwóch tygodniach rozchwiania emocjonalnego, płakania w każdym kącie i z byle powodu, dziś wróciłam już do normalności. Jest dobrze. I będzie dobrze :) Dziękuję wszystkim za wparcie i za to, że przeszłyście ze mną ten trudny okres. Mam nadzieję, że wspólnie doczekamy się naszych maleństw :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 1 sierpnia 2019, 09:53

13 sierpnia 2019, 14:18

Mam jakiegoś mentalnego doła... wczoraj poryczałam się tuż przed snem. Mąż nie wiedział o co mi chodzi, a ja nie chciałam żeby mnie chociażby dotykał. Chciałam być sama. Tylko ja, mój ból i żal do całego świata. Patrzę na niego i widzę w nim nieszczęście które nas spotkało, patrzę w lustro i w sobie widzę to samo. Czuję się pusta w środku, czuję, że umieram. Taka nie-kobieta, niewartościowa, zła, ukarana za coś czego nie rozumiem.
Wciąż myślę o wszystkich badaniach, które powinnam zrobić, o lekach które powinnam brać... ostatnio mąż zapytał mnie: "Ile jeszcze mam tego żreć? Chcesz żeby mi wątroba wysiadła?" A ja wpadła w szał i krzyczałam: Tyle ile ku*wa będzie trzeba! Szok. Nie sądziłam, że jest między nami taka atmosfera. Jest coraz gorzej. Ze mną. Z nim. Z naszym małżeństwem. A może wychodzi, że jesteśmy za słabi i nie poradzimy sobie z tym problemem... że nie stać nas mentalnie na dalszą walkę... nie wiem Już nic nie wiem.

Przeszłam rozmowę z rodzicami, a później nawet z teściami. Poinformowaliśmy, że chcemy zrobić invitro (teściowie nie wiedzą nic o pierwszym). Rozmawialiśmy o ich możliwościach dofinansowania nas w tej kwestii. Żadne kwoty nie padły ale obie strony zadeklarowały się, że w miarę możliwości pomogą. Jejku jakie to było upodlające... wolałabym tego uniknąć ale nie wiem czy dostaniemy kredyt. Rozmawiałam z doradcą, który nam ogarniał kredyt hipoteczny i szanse mamy marne. W grę wchodzą jeszcze raty w klinice 15 tysięcy moglibyśmy rozłożyć na 3 lata i rata wynosiłaby około 600 zł.

Badania, badania... wiem, że podpowiadacie żeby je zrobić ale boję się! Kurde boję się jak nie wiem co... a czego? Że wtedy już całkiem stracę nadzieję na cokolwiek. Wciąż podziwiam osoby, którym udaje się po 1 transferze. Jak one to robią? Jak im się udaje mieć 4 mrozaki? Kosmos... a jeszcze dwa miesiące temu też myślałam ,że będę miała czworo maluchów i zapomnę co to starania. Transfer=ciąża=poród. Tak miało być. Tylko x 4. I rodzina w pełni... jaka rodzina? Ale do rzeczy... chodzi o to, że większość ludzi tych badań nie robi. Immunologia jest tak obszernym tematem, dla mnie zbyt niezrozumiałym, zbyt niepewnym, zbyt naciąganym i zbyt obarczonym ryzykiem abym w to poszła. Nawet na badania musiałabym jechać 100 km bo nigdzie w okolicy się tego nie robi. Nie mam już nawet wolnego dnia żeby jechać na te badania. Kurde to nie takie proste. W tym momencie wydaje mi się niemożliwe. Albo trzymam ostatni dzień urlopu na wizytę u anestezjologa albo jadę na badania z krwi, a później i tak nie będę miała wolnego, żeby jechać na wizytę do lekarza żeby je omówić.
Jest jeszcze jeden temat który mi krąży po główce... mieliśmy już zapłodnienie IMSI czyli przy słabym nasieniu najlepsza opcja. Musze jeszcze ogarnąć czym różni się IMSI, od PICSI i innych metod. Może zmiana w tej kwestii by się u nas sprawdziła.

22 sierpnia 2019, 12:39

Dziś ostatni dzień w pracy i jutro rano wyjeżdżam na weekend w góry, Szklarska Porębo, nadchodzę! Będziemy świętować 3 rocznicę ślubu, oj kiedy o zleciało?? A starania zaczęliśmy przed ślubem :) w końcu coś miłego w tym szarym, smutnym życiu... oby więcej takich chwil :)

28 sierpnia 2019, 21:03

Wróciłam do smutnej rzeczywistości. W pracy koszmar. Najchętniej już bym szukała czegoś nowego ale skoro planuje laparoskopię to lepiej żeby był ktoś kto mi zapłaci za 2 tygodnie zwolnienia. Także zaciskam zęby i tyram.

Góry były cudne! Pogoda dopisała, można było cały dzień śmigać w krótkich spodenkach. Bosko... fajny pensjonat z widokiem na szczyty, śniadania i kawka podczas zamglonych poranków. Zwiedzanie, spacerowanie, długie rozmowy. A wieczory? Co tu dużo mówić... ognisko, kiełbaski, pieczone ziemniaki i winko :-) nie mogło być lepiej :-)

9 września 2019, 20:02

Urlop! Znikam! Lecę! Odpoczywam! Zaciążam?!?! Hmmm z pewnością będę próbować :-) i to nie raz, nie dwa!

24 września 2019, 21:28

Jestem już po urlopie. Było super. Odpoczęłam, odpaliłam się, obżarłam, nie odmówiłam sobie wina ani owoców morza 💜
Niestety przytulanek w owulacje nie było wiec w ciąży nie jestem. Zresztą z utęsknieniem czekam na okres. Na poniedziałek, za 5 dni mam termin laparoskopii a jej wciąż nie ma.

Dygam... przyznaje się że się boje. Po pierwsze to moja pierwsza operacja czy zabieg, nie licząc invitro. No i po zeszłorocznym hsg który był koszmarem, a po którym zachorowałam na gravesa, mam nie ukrywając ogromne obawy. Nie chce negatywnej powtórki. Nie chce znowu walczyć z tarczycą. Mam świadomość, że klinika jest super, że lekarz mój jest doświadczony i wie co robi... ale i tak się boje, tak po prostu.

Odebrałam tez wynik tsh: 2,8. Wysoko. Powinnam już odstawić Metizol. Od niego tsh wciąż rośnie. Niby dawka minimalna ale jednak tendencja jest cały czas wzrostowa czyli działa. Jeszcze 3 miesiące temu miałam wynik w okolicy 1, idealny, akurat to invitro, które się nie udało. A teraz? Lipa! W klinice usłyszę, że z takim wynikiem nie ma co robić invitro, a ja noe wiem czy będę mieć inny wynik. Niestety Metizol wciąż biorę trochę osłonowego właśnie przez to czekające mnie hsg, a raczej podawany jodowy kontrast. Czyli wciąż mam zły wynik tarczycy tylko teraz w druga stronę, pieknie! Nie wiem czy to się pózniej samo unormuje jak odstawię Metizol. Szczerze? Wątpię. A leczyć mnie nie ma czym. Lekarz mówił, że jedna dawka euthyroksu i może mi wrócić nadczynnosc. Może ona tez wrócić przez stres, przez ryby i minimalny jod w suplementach. Dlatego nawet supli dla ciężarnych nie mogę łykać. W szafce mam 3 paczki femibionu 2. Leżą i zaraz się przeterminują albo już to zrobiły bo przecież już kilka lat temu miałam być w ciąży.
Jejku dlaczego muszę niec takie dylematy... żeby rozbić kolejna procedurę muszę zrobić operacje. Żeby zrobić operacje muszę wręcz ryzykować zdrowiem i życiem. To jest porąbane. Dlaczego nie mogę jak normalny człowiek zajsc w tą cholerną ciaze?!? Jestem zła na wszechświat!

Gdzie ta @?!?!?

Wiadomość wyedytowana przez autora 24 września 2019, 21:32

25 września 2019, 09:57

Jest, jest, jest okres! Laparo w wyznaczonym terminie.
Kontrast podawany przy hsg nie jest jodowany. Kamień z serca! Dziś wzięłam ostatni Metizol i odstawiam lek! Trzymajcie kciuki za mój czas remisji! Oby ta nadczynnosc już nigdy nie wróciła!

3 października 2019, 14:59

Jestem w 4 dobie po histerolaparoskopii. Niestety zmieniłam też nazwę mojego pamiętnika. A teraz zacznę od początku...

Do szpitala zgłosiłam się z samego rana. Dostałam łóżeczko. Szpital super, wszystko nowoczesne, nowiusieńkie i ładne. Łazienka w pokoju, darmowy tv :) Po chwili Panie pielęgniarki poprosiły mnie do siebie, założyły mi wenflon. Obawiałam się już tego momentu bo mam zrosty na żyle, jednak uprzedziłam Panią i wbiła się niemal bezboleśnie. Kilka papierków do podpisania i byłam gotowa. Na szczęście długo nie musiałam czekać bo już koło 9 rano byłam na sali. Nie obeszło się bez nerwów bo Pani anestezjolog nie podobało się to, że mam gravesa basedowa. Na szczęście miałam dokumenty, badania i wszystko czego ode mnie wymagano i nawet to czego nie wymagano i dało się przekonać Panią żeby mnie uśpiła. Nie powiem... byłam już tak zestresowana samą sytuacją, że prawie trzęsły mi się nogi. Czy byłam grzeczna podczas drzemki tego już nie wiem. Obudziłam się jeszcze na sali pooperacyjnej, obok mnie siedziała Pani pielęgniarka. Wiem, że coś do niej mówiłam ale teraz za nic nie pamiętam co... wydawało mi się, że jestem w pełni świadoma ale teraz nie mam pojęcia czy nie pieprzyłam jakiś głupot.
Po chwili przejażdżka do pokoju i kroplóweczka. O dziwo już nie zmrużyłam oka. Wychodzi na to, że szybko się budzę po narkozie. Jak zapytałam męża, która godzina i powiedział, że jest po 11 to już wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Jak rozmawiałam z dziewczynami, które miały laparo i nic nie znaleziono to ich zabiegi nie trwały więcej niż 40 min. Przy drugiej kroplówce poprosiłam o możliwość pójścia do toalety. Pani pielęgniarka powiedziała, że mam nie wstawać 4h i przyniesie mi basen (minęło może pół godziny od przywiezienia mnie do pokoju). To dopiero było wyzwanie. Za nic nie mogłam się do tego wysikać. Na leżąco po prostu się nie da i koniec. Poprosiłam męża żeby mnie dźwignął do góry. Kilka kropel i koniec, a pęcherz dalej pełny.... moja głowa nie spała ale reszta ciała chyba tak. Po chwili zmiana kroplówki, zaryzykowałam i inna pielęgniarkę zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Skoro już siedziałam to Pani się zgodziła. Jejku jak dobrze było poczłapać do kibla. Uznałam, że jestem super silna i szybko dojdę do siebie. Sikałam sobie na raty aż w końcu poczułam ulgę. Jeszcze nigdy nie robiłam tak błogiego siku :)
Kilka godzin spędziłam na oglądaniu telewizji, mąż drzemał, aż w końcu przyszła moja Pani doktor. I wtedy dostałam jak obuchem w łeb. Okazało się, że miałam przegrodę macicy, którą udało się wyciąć. Niestety całe jajowody są w zrostach mimo, że są drożne. Endometrioza 2 st. na otrzewnej i za macicą, zarośnięta zatoka douglasa. Niestety nie dało się tego usunąć. Pani doktor mówiła, że groziło uszkodzenie jelit. Nic nie ruszyła.
Nie wiem, nie umiałam zadawać sensownych pytań. Zrobiło mi się niedobrze i chciałam się tylko położyć. Nie rozumiem czemu większości usuwa się tą endometriozę, a u mnie nie :( jest tak jak było :( no tyle, że nie mam tej przegrody. Byłam w szoku. Poryczałam się. Nagle poczułam się 100 razy gorzej niż godzinę wcześniej. Jaki wpływ ma psychika na nasze ciało? A taki, że nagle nie miałam sił się ubrać i zastanawiałam się czy ja na pewno powinnam wyjść z tego szpitala. Nie miałam sił.
Przegrupowałam myśli i zebrałam się w sobie. Do babci była godzinka drogi, gdzieś w połowie mdłości mi przeszły.

A teraz mój stan na dziś. Mam dwa szwy w cięciu poniżej linii majtek i 3 w pępku. Na szczęście szycia są bardzo ładne, mój nowy pępek wygląda całkiem przyzwoicie :) Widać, że Pani doktor wykonała dobrą robotę w kwestii estetyki. Dalej bardzo krwawię. Przypomina to mniej więcej mój regularny okres choć dziś wydaje mi się, że zaczęła lecieć czysta krew bez skrzepów i jest jej ciut mniej. Wciąż okropnie boli mnie gardło i mam kaszel. Najpierw mokry, teraz suchy ale jak zaczynam się dusić to ból jest nie do zniesienia.
Przemyślałam też kwestię nie ruszania mojej endomendy. Myślę, że Pani doktor ma plan i po prostu usuwanie nie było konieczne. Może groził mi spadek amh, a tego przecież nie chcemy. Najpierw ciąża, a później zajmę się endometriozą.

Po obiedzie tak zaczęłam kaszleć, że jeden szew w pachwinie puścił. Kurwa! Ja to mam pecha... :/ rana trochę się rozeszła ale drugi szew trzyma. Mąż poleciał do apteki po te naklejane szwy ale to gówno nic nie daje. Zakleiłam to plastrem żeby nie patrzeć.
Nie chce żeby blizna była duża ale najważniejsze żeby się rana nie otworzyła, Póki co nie wygląda to jakoś tragicznie.

Schodzą też już ze mnie te gazy, które pchają w bebechy przy operacji. Jest mały sukces bo udało mi się zapiąć biustonosz co wcześniej było niemożliwe. Brzuch wciąż jest twardy i duży. Barki bolą z dnia na dzień coraz mniej.

Podsumowując myślałam, że lepiej zniosę całą operację. Patrząc na to jak czułam się przez następne dwa dni po niej wydaję mi się, że zniosłam ją kiepsko. Patrząc na to dziś uważam, że nie było tragedii.

Wciąż w mojej głowie kołacze się milion myśli... co z tą endometriozą, czemu jej nie usunięto? Czy czeka mnie kolejna laparo? Czy może invitro długim protokołem zakończy mój koszmar? W końcu wiem z czym walczę. Ale czy na pewno wiem? Nie wiem za wiele o endometriozie. Na razie nie chce wiedzieć. Fakty są takie, że do zestawu chorób doszła mi kolejna bardzo nieprzyjemna paskuda, z którą czy chce czy nie chce muszę nauczyć się żyć.

Bardzo liczę teraz na wiedzę mojego lekarza. Nie będę nic czytać ani zagłębiać się w temat dopóki nie spotkam się z lekarką. Ona mnie prowadzi. Ona wie co robi. A ja? Muszę skupić się na rekonwalescencji i małych kroczkach, które mam nadzieje doprowadzą mnie do upragnionego celu.

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2019, 15:07

25 października 2019, 10:09

Jestem już prawie 5 tygodni bez metizolu, trzymam się dzielnie choć oczywiście kilka razy dziennie męczą mnie natrętne myśli o nawrocie choroby. Jeszcze nie byłam na badaniach krwi. Póki co badam ciśnienie żeby wyłapać czy puls nie szybuje w górę. Wizytę u endokrynologa mam dopiero za miesiąc i zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam z badaniami. Chciałabym jak najdłużej. Nie chce już męczyć moich biednych żył...

Poza tym to mój 3 dc. Cykl z laparoskopią trwał 28 dni (moje cykle ostatnio około 26) także wszystko wygląda ok. Oczywiście poza bólem... jest bardzo źle. Okropny ból kręgosłupa, nóg, rwy kulszowej, brzucha, całej miednicy... normalnie koszmar. 3 razy dziennie piję nimesil, zaczęłam od dexac sl ale nie podołał. Do tego no-spa łykana jak dropsy.
Trafiały mi się bolesne miesiączki ale zazwyczaj jeden, dwa proszki przez max dwa dni i był spokój. Ostatnio w ogóle było lepiej. Potrafiłam wytrzymać cały okres bez leków czy tam na jakimś paracetamolu. Dlatego teraz takie zderzenie z bólem trochę mnie dobiło. Mam nadzieję, że to chwilowe i wkrótce będzie lepiej, a nie gorzej.

Rana pooperacyjna wygląda już całkiem schludnie. Początkowo panikowałam, że mam pępek frankensteina ale teraz widzę, że jest całkiem ładnie :) za chwile nie będzie śladu :)

No i najważniejsze: zaczęłam antykoncepcję przed ultra długim protokołem. Nie poddaję się! Jeszcze zawalczę o moje dziecko!

6 listopada 2019, 13:35

Strasznie mi się dłuży ten czas wyciszania jajników. Nie jestem nawet w połowie, a już chciałabym "działać". Zreszta teraz przechodzę w skrajności w skrajność. Raz mam wrażenie, że to wszystko nie na sensu, że niepotrzebnie podchodzę do drugiej procedury bo przecież i tak nic z tego nie będzie. Po chwili znowu nie mogę się doczekać stymulacji bo przecież zaraz będę w ciąży bo to musi się udac!
Wariatka...
Poza tym mam plamienia, takie czerwieńsze. Może być to efekt tabletek antykoncepcyjnych. No i nie wiem czemu ale czuje jajniki jak na owulacje, a Przecież na antykach jajniki powinny spać. Mam nadzieje, że tam w środku wszystko Ok i nie ma jakiejś torbieli.

Zbliża się weekend. Wyjeżdżamy do spa :-) wykupiłam wyjazd jeszczcze w styczniu. Sprzedałam wtedy moja suknie ślubna i postanowiłam kasę zainwestować w mały relaks dla ciała :-) oczywiście wtedy myślałam, że to będzie relaks po porodzie... No ale to będzie ładowanie baterii przed kolejnym invitro :-)

Poza tym wpisałam się na listy rezerwowe do teatru. Do końca roku nie na już wolnych miejsc ale ponoć czaem ktoś rezygnuje wiec jest nadzieja :-) już dawno nie byłam na czymś ambitnym wiec czas najwyższy to zmienić :-)

Wiadomość wyedytowana przez autora 6 listopada 2019, 13:38

27 listopada 2019, 08:42

Dawno mnie nie było wiec postaram się trochę nadrobić :-)
Będąc na antykoncepcji codziennie miałam krwawienia lekkie. Trochę niepokojące ale napisałam maila do lekarki i odpisała, że to pewnie właśnie wina tabletek.
13.11 przyjęłam zastrzyk domięśniowy diphereline, który powinien mnie wprowadzić w sztuczna menopauzę, a co za tym idzie uśpić jajniki i stan zapalny wywołany endometriozą.
Czy się udało? Nie wiem. Tuż po zastrzyku czyli teoretycznie w 23 dc dostałam normalny okres. Dziś jest mój 15 dzień po zastrzyku. W ostatnich dniach normalnie czułam jajniki i to mocno, jakbym miała... owulacje?!? Niedługo wizyta w klinice wiec dowiem się co dalej.
Myśle o tym ale nie panikuje. Powtarzam sobie jak mantrę, że na wiele rzeczy nie mam wpływu i jakoś to pomaga. Walczę, choćby nie wiem co, to jeszcze nie składam broni!

A teraz tarczyca. To dopiero wielka niewiadoma :-)
Jestem 2 mieisac bez leków. Przed odstawieniem moje tsh wynosiło coś koło 3. Miesiąc po odstawieniu 2,9 a teraz 1,5.
Ogólnie wynik idealny i taki do jakiego dążyłam. No ale sam spadł o polowe w stosunkowo krótkim czasie.
Opcje są dwie:
1. Wszystko jest Ok i wynik się unormował
2. Wraca mi nadczynnosc

Opcja nr 2 to oczywiście tragedia. Wyobraźmy sobie scenariusz, że znowu jestem cieżko chora i przechodzę cały ten koszmar związany z leczeniem. Ovzywiscie mam zakaz jakichkolwiek starań. Muszę unormować tarczyce, usunąć ją operacyjnie i ustabilizować hormony. Przecież to mkze trwać lata.... całe lata! Nie, nie, nie!
Nie wiem co mam zrobić żeby ten koszmar się nie spełnił. Podpytałam w temacie czy jeśli wraca nadczynnosc to jest to opcja powolnego spadania czy raczej bum i jest.
No i wychodzi na to że jest różnie... niestety nawet jak się zauważy, że tsh spada to powrót do maluch dawek leku nic nie daje. Zazwyczaj jest to lawina, która musi zejść żeby można było ruszyc z pomocą. Lipa :-/
Póki co dalej obserwuje puls i jest książkowy. Badania będę powtarzać co 2-3 tygodnie.
A pozostałe wyniki tarczycy? Ft 3 i 4 pięknie w normie. Najgorsze przeciwciała czyli TRABY spadły na 2,5 (w maju było 5,5, rok temu 17). Jakimś cudem weszłam w norme z anty tpo :-) a ponoć przeciwciał się nie da wyleczyć :-) za to niebezpiecznie rośnie mi anty tg :-/ :-( było 350, 400, a teraz 520 :-(
Nie wiem co to oznacza.

Moja głowę na maksa zaatakowała tez łuszczyca... walczyłam z nią jakieś 3 lata temu o wygrałam. W zeszłym roku gdy straciłam prace to niestety dostałam nawrotu i do tej pory nie mogę się tego pozbyc. Wczoraj myślałam, że mózg sobie wydrapie. Sterydy, które wciaram działaj ale jak tylko próbuje je odstawić to wszystko uderza ze zdwojona siłą.

Nie jest dobrze... ale to chyba już u mnie norma. Także jak jest? Chujowo ale stabilnie.

W tym wszystkim brak mi wiary na powodzenie kolejnego invitro, a jednocześnie nie mogę się go doczekać. Mąż nawet ma do mnie pretensje, że nie jestem dobrej myśli. No ale jak tu być? Chyba to normalne, że po porażce w pierwszej procedurze mój entuzjazm przygasł...
ale mama mnie wczoraj pocieszyła. Mówi, że chyba z 15 lat nie czytała żadnego horoskopu, a wczoraj wpadła jej jakaś Gazeta w ręce i jakoś tak ją naszło żeby poczytać i u mnie były same łzy na cała zimę. Łzy, łzy i łzy ale szczęścia!
No i oczywiście wiem, że to nic nie znaczy ale jakoś tak miło mi się zrobiło na serduszku :-)

PS. Ogólnie nie wierzcie w horoskopy. Na studiach miałam koleżankę, która żeby sobie dorobić pisała horoskopy dla gazet :-) czasami wymyślaliśmy te wróżby w barze przy piwie :-) ściema jakich mało :-)

28 listopada 2019, 20:25

Będę ten post na bieżąco edytowała i zapisywała poniesione przez nas koszty kolejnej procedury.

Jednorazowa opłata za program "3mam z Provitą" 13 600 zł (w cenie podstawowe opłaty za 2 procedury + 1 gratis)
Wizyty i koszta związane z crio będą oznaczone <c>
Koszta poza programem:

Wizyty:
-przepisanie tabletek anty + diphereline 200 zł
-pierwsza z rozpiską stymulacji 200 zł
- endokrynolog 200 zł
-wizyta przed crio 120 zl
Leki:
-antykoncepcja 21 tabl. 8 zł
-diphereline 303 zł
-menopur + gonal 280 zł + 260 +40
- ovitrelle 100
-heparyna 160 zł <c>
-estrofem <c>

Badania:
- wirusówki dla mnie i męża 165 zł + 128 zł
- usg piersi 160 zł
- tarczyca 150 zł

Paliwo:
- 300+ 300+300+170+200+300 <c>
-pociąg 20+60
Bramki na a4: 32,40 +32,40+16,2+16,2+32,4 <c>

Dzisiaj to by było na tyle. Ledwo człowiek zaczął, a ja już nie mam za co żyć... :-/

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 stycznia, 12:40

1 grudnia 2019, 10:11

Tym razem trochę gorzej znoszę stymulację... Bóle głowy nie odpuszczają, głowa ciężka jak na kacu ale jakoś wytrzymuje. Jutro wizyta i zobaczę czy coś tam rośnie, chociaż z tego co czuje po jajnikach to myślę, że dobrze reaguje na leki.
‹‹ 3 4 5 6 7
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.