Jesteśmy - ja i mąż - na początku drogi. Niby wiedzieliśmy że starania rzadko kończą się dwiema kreskami w pierwszym miesiącu (chociaż historie znajomych par temu porzekadłu przeczyły), ale i tak ten pierwszy zawód był bolesny (dla mnie) i w pewnym sensie niespodziewany (dla męża). Tyle się człowiek wstrzymywał, by nie pójść za swoim pragnieniem z różnych racjonalnych pobudek, a jak zwolniliśmy blokadę okazało się, że to narosłe i uwolnione pragnienie właśnie zderza się z kolejną frustracją. Na nic idealnie przygotowany plan, kiedy co i jak. Plan, którego nie wypowiadałam na głos, a który co miesiąc powstaje w mojej głowie z kolejnymi modyfikacjami. Jestem tym typem, który nigdy nie uśpi kontroli. Daję jej więc jakieś poletko do działania. Taka moja kontrola nad kontrolą. Będąc w 2cs zastanawiałam się, czy ktoś kto wymyślił pojęcie "planowanie ciąży" naprawdę był debilem. Ja już wiem, że nie idzie tego zaplanować. Egzaminy wszelakie dotychczas zawsze szły mi za pierwszym razem, nie poczułam nigdy goryczy poprawki. Kupiliśmy mieszkanie, które jest dla nas trafem w 10-tkę. To wszystko wzmocniło moje poczucie sprawczości.
Nie mamy natomiast wśród znajomych nikogo, kto boryka się z niepłodnością. Ile razy można być w szczęśliwym miejscu statystyki?
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2025, 16:49
Podjęliśmy jesienią 2025 próbę poprawy wyników męża. Trochę się udało, trochę nie. Po klomifenie, suplach, zmianie gaci na luźne morfologia drgnęła do 2%. Wciąż 98% plemników miało nieprawidłowe główki. Poprawił się ruch szybki. Poleciała za to koncentracja. Tak jest z tym lekiem, że odpowiedź bywa różna i nieprzewidywalna. Odpowiada za to polimorfizm genów.
Chodziłam na monitoring i stymulację cyklu. U mnie wszystko książkowo na ten moment. Gdy wyniki się nieco poprawiły lekarz zaproponował nam IUI. Na początku chcieliśmy raz spróbować, potem stwierdziłam że zbyt mała jest dla mnie skuteczność tej metody by wydać kilka tys., przejść przez dodatkowe procedury medyczne, a i tak zapewne finalnie wylądować w programie IVF. Lekarz dał nam zielone światło także na kwalifikację do IVF. Jednocześnie wciąż dawał nadzieję na ciążę naturalną. To, co było przyczynkiem do pójścia w IVF w naszym przypadku to wizja wydłużonych starań przy wynikach męża. Gorsze dają nieraz ciążę, ale pytanie, które chodziło mi po głowie - kiedy. Dla mnie czas to duży koszt. Nie chciałam mieć kolejnego roku starań, a potem jeszcze kolejnego w procedurze IVF. To nie musiała być nasza historia, ale była na tyle prawdopodobna, że byliśmy skłonni przejść od razu do planu B. Oboje cenimy naukę, jest refundowany program IVF, ja mam roczną umowę o pracę - żal było nie skorzystać. Byliśmy pełni nadziei że ta, może nie najprostsza, ale akceptowalna dla nas droga przyniesie nam niedługo potomstwo. Co prawda mimo wszystko musieliśmy się zmierzyć z pewnym tabu, jakim jest korzystanie z IVF. Kminiliśmy, komu mówić, czy powiemy kiedyś dziecku. Koniec końców uznaliśmy że jeśli możemy dołożyć małą cegiełkę dla odtabuizowania tematu to warto być otwartym. Chcemy dla naszego dziecka świata, w którym IVF jest normalną metodą leczenia, po które z każdym rokiem potrzebuje sięgać coraz więcej osób. Przejście przez IVF na zawsze będzie częścią naszej historii i w mniejszy lub większy sposób zbuduje tożsamość dziecka. Dla mnie gorszy od reakcji innych ludzi (których nikt nie jest w stanie kontrolować notabene) jest głęboko zakorzeniony własny wstyd.
Jakieś dwa tygodnie później zaczęła mi się kolejna miesiączka, znów wizyta i rozpisanie planu stymulacji jajeczkowania. Pierwsze zastrzyki. Dużo było we mnie ekscytacji i lęku. Dużo nadziei. Chodziłam przez te 12 dni nakręcona, budziłam się codziennie o 3,4,5. Nowa psychiatra powiedziała, że to świadczy o tym że mam wysoki poziom kortyzolu, te wczesne wybudzenia. Tak reagowała moja psychika, może też i ciało za sprawą wysokiego poziomu estrogenów. Czekałam na punkcję jak na wybawienie z przedłużającej się ekstazy. Fizycznie czułam się dobrze, brzuch nie bolał. Pęcherzyków rosło 10, lekarz mówił że mam dobrą odpowiedź na stymulację. Co prawda na forum widziałam że dziewczyny miewają po kilkanaście albo i kilkadziesiąt, ale myślałam sobie że te 10 nie jest złe. Okazało się że mój lekarz wyjeżdża na konferencję. Nie będzie go ani na ostatniej wizycie stymulacyjnej ani na punkcji. Prawie się popłakałam po wyjściu z Kliniki. Mój umysł bardzo potrzebował stałości w tamtym momencie.
W dniu punkcji ranek dłużył mi się niemiłosiernie. To miał być mój drugi zabieg w znieczuleniu ogólnym - wiedziałam że je dobrze znoszę, więc tym się nie martwiłam zbytnio. Bałam się, czy pęcherzyki nie popękały.
Przebrałam się w koszulę nocną, jak kazali i czekałam na łóżku na swoją kolej. Byłam na sali sama. W Klinice prawie nikogo, sobota. Zupełnie nie-szpitalny klimat, podobało mi się. Przyszła do mnie najmilsza pielęgniarka, jaką mogłam sobie wymarzyć. Usiadła blisko mnie, wzięła moją rękę, spojrzała w oczy i powiedziała "kochanie". Anioł, dosłownie. To ciepło potem zostanie ze mną na długo. Sprawnie założyła mi wenflon i wytlumaczyła jak się sobą zaopiekować po znieczuleniu. Miałam czekać, lekarzowi dyżurnemu się nie spieszyło, ale anestezjolog w kilku koleżeńskich słowach przekonał go że może warto zabieg zrobić teraz i mieć go z głowy. Ok, idę. W pokoju zabiegowym dość tłumnie - ginekolog, położna, anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna, embriolog. Od razu każą mi się kłaść na fotel. Myślałam że dopiero poród będzie dla mnie wydarzeniem pod tytułem obnażanie się przy grupie ludzi, ale ok, dodaję sobie otuchy, że jestem dorosłą kobietą, a obecne tu osoby mają takie widoki codziennie. Kładę się, zadzieram nogi na podpórki i żartuję jeszcze chwilę z anestezjologiem. Pielegniarka poleca mi oddychać, ja z przejmującym zaangażowaniem wykonuję to zadanie i... budzę się. Przez chwilę czuję, że zaciął mi się mózg. Otoczenie wydaje mi się znajome, w końcu jestem też lekarzem 😆. Ale o co chodzi, co to za sytuacja nie wiem. Długo ta dezorientacja nie trwa, bo lekarz zakłada mi wziernik co wyzwala kłujący ból tam na dole. Słyszę po głosach niepokój, że krwawię. Patrzą na mój puls i ciśnienie. Ok, już przestaje, mogę jechać na salę i odpoczywać.
Szybko dochodzę do siebie. Jeszcze kilka razy wpada położna i lekarz sprawdzić czy się dobrze czuję i nie krwawię. Czuję się naprawdę mega zaopiekowana. Czekam na info od męża czy mu się udało ogarnąć swoją robotę. Udało się, ufff. To jednak nie lada stres. Leżę jeszcze z 1,5 h, jestem dobrej myśli.
Na koniec lekarz zaprasza mnie na wizytę. Mówi że pobrano 5 komórek, a w zasadzie to kumulusów, więc nie wiadomo ile ostatecznie komórek będzie po oczyszczeniu. Z jednego jajnika nie pobralo się nic, puste pęcherzyki. Jestem podłamana. Pytam, dlaczego. "Bo jajnik tak produkuje". Boże, mamy słabsze nasienie i zły jajnik. Kalkuluję, jakie mamy szanse na zarodek. "Wiesz że jest szansa że zarodków będzie 0?" - mówię do męża, a on pozostaje dobrej myśli. W samochodzie czytam na telefonie, że być może te puste pęcherzyki zawierały na tyle niedojrzałe komórki, że nie dało się ich pobrać. A to daje jakieś szansę na ew. poprawki w schemacie kolejnej stymulacji. Brzmi lepiej niż zły jajnik 😉. Trochę się uspokajam, ale wciąż mam w głowie świadomość że straty na tym etapie są na tyle duże, że może nam nic nie zostać na koniec i trzeba będzie powtarzać stymulację.
Kolejne dni to dochodzenie do siebie. Nie jest źle. Kłuje mnie brzuch przy ruchach, podskokach, kłuje przy sikaniu. Nie jest to straszny ból, nie biorę przeciwbólowych. Czuję się też osłabiona. Może też dlatego że zeszło ze mnie napięcie. Czekamy. Dzwonimy codziennie. Ostatecznie 3 komórki nadawały się do zapłodnienia. Pierwszego dnia mówią nam, że mamy 2 zarodki, a 3-ci się zatrzymał w rozwoju. Ok, czyli 2. 5-tego dnia okazuje się że mamy 3 zarodki ostatecznie. Nie wierzę ♥️♥️♥️. Nadrobiliśmy!
W domu odpoczywam, głaszczę brzuch, cieszę się. Pierwszy test sikany robię 5 dpt - uderza mnie biel, a ja się wściekam, że go zrobiłam. Od tego momentu nadzieja przeplata mi się z niepokojem i złością. Test powtarzam 7 dpt - to samo. Kładę się na łóżku i płaczę. Po becie już nie płaczę, zaczęłam swoją żałobę wcześniej.
"Proszę robić w domu testy owulacyjne i zgłosić się gdy będzie pik. Próbujemy dalej". Rozkład jazdy znany, lecę dalej. Testy zaczynam robić wcześnie, zaraz po miesiączce, dwa razy dziennie na wszelki wypadek. Nie mam ustalonej wizyty więc czuję się w pełni odpowiedzialna za wyłapanie owulacji. Zużywam jedno, drugie, trzecie opakowanie testów. Owulację zwykle mam 11-13 dc, toteż w 15 dc jestem już mocno sfrustrowana i mam poczucie że nic się nie dzieje. Pojawia się śluz płodny, a piku jak nie było tak nie ma. Chat GPT podpowiada że po stymulacji można mieć opóźniona owulację bo duże dawki hormonów powodują supresję osi podwzgórze - przysadka - jajnik. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam. 17 dc rano widzę upragnioną tłustą krechę na pasku testowym - planuję więc od razu po pracy jechać do Kliniki. Docieram o 13 nieświadoma jakichkolwiek problemów, a w rejestracji wielkie zdziwienie, kto mi powiedział że mogę tak po prostu sobie przyjechać, bez umawiania się "Kto pani ma zrobić USG?". Otwierają moją kartę, a tam zalecenia jak wół. Pobierają mi krew, ogarniają USG u innego lekarza, bo mojego nie ma. Pik LH potwierdzony laboratoryjnie, w USG piękne, trojlinijne endometrium 11 mm, duży pęcherzyk dominujący. Lekarz mimo to zaleca Ovitrelle. Za 6 dni transfer. Cieszę się. I stresuję zarazem.
Tym razem transfer trochę mnie boli, czuję wprowadzanie cewnika, a następnego dnia wieczorem mam brązowe plamienie. Nigdy się nie dowiem czy to było podrażnienie z zabiegu czy implantacja. Tak czy inaczej zarodek trafił na swoje miejsce. Niesiona jakimś optymizmem robię test już 4 dpt rano i po raz pierwszy w życiu widzę bladziocha. Aż ciężko uwierzyć. Pokazuję mężowi, uprzedzam że to może być z niewypłukanego leku - mąż mówi "a ja myślę że jesteś w ciąży". Następnego dnia idę na betę, wiem że JAKAŚ będzie. Jest 10. Jak na 5 dpt jest ok. Robię testy codziennie w domu, ciemnieją. 8 dpt beta wynosi 52. Przyrost ok. Z dużą dozą niepewności, napięcia oswajam się powoli z myślą, że mogło się udać. Jest ciąża! Wsłuchuję się w swoje ciało i tego samego dnia wieczorem przychodzi silniejszy, skurczowy ból brzucha. Przenika mnie strach. Biorę jednak No-spę, magnez i ustaje. Niepokój pozostał. 10 dpt powtarzam betę, jak zaleciła lekarka dzwoniąca do mnie w sprawie wyniku. Od rana jestem jakaś rozchwiana emocjonalnie. W Klinice uraczają mnie informacją, że tylko pierwsza beta jest refundowana. Położna pyta mnie, co zrobię z wynikiem, a ja nagle zdaję sobie sprawę że teraz nikt nie zadzwoni, że jestem w ciąży, na lekach, po IVF i wypadłam z programu. Wiem że w innych miastach jest inaczej, że jest opieka do USG serduszkowego i źle mi z tym. Wychodzę z Kliniki i zanoszę się płaczem. Wiem, że sobie poradzę, ale mam swój moment kruchości i chce sobie pozwolić na płacz. Dojeżdżając do domu widzę, że przyszedł wynik. Beta 37. Kurwa, to totalnie nie jest dobry dzień.
Płaczę dwa razy mocniej, jest mi cholernie źle. Za 2 h powinnam wychodzić do pracy, a nie wiem czy do tej pory przestanę płakać. Biorę urlop na żądanie - to najmądrzejsze co mogłam w tamtej chwili zrobić. Czuję że nie istnieje nic, co mogłoby mnie teraz pocieszyć, ukoić ból. Mąż zwalnia się z pracy, jesteśmy w tym razem. Po południu bierzemy psy i sąsiadkę, jedziemy nad wodę, jemy gofry, ja leżę na kocu. Jest znośnie. Wiem że przeżyję to. Teraz trzeba powiedzieć tym kilku osobom, które wiedzą o becie że to koniec. I to jest mega trudne.
Tym razem transfer zupełnie niebolesny, bezproblemowy. Tym razem wzięłam wolne na transfer i 3 dni po nim. Zapowiedziałam to tydzień wcześniej. Czułam że tego potrzebuję, niezależnie od powodzenia. To będzie czas dla mnie, na zatrzymanie się. Dobrze mi było nie spieszyć się po transferze do pracy, jak ostatnio. Mogłam wziąć Relanium i wychillować. Był ze mną mąż.
Na pierwszy test skusiłam się już 3 dpt. Szaleństwo, ale niektórym wychodzi! U mnie biało. I jakoś od tej pory nabrałam przeczucia że się nie udało. Nie czułam tyle lęku, co w poprzednim cyklu, wydawało mi się że mam w sobie zgodę na różne wersje rzeczywistości albo chciałam w to wierzyć. Nie robiłam kolejnych testów siłaczy, 5 dpt poszłam na betę. Wyszła ujemna. Nie 1, nie 3 tylko poniżej 0,2. Szanse na powodzenie prawie żadne. Zamroziło mnie, czułam się odrętwiała. 7 dpt zrobiłam kolejną betę, która również wyszła ujemna. Lekarz zgodził się na odstawienie leków. Przepłakałam pół nocy. Po raz pierwszy tak mocno wybrzmiało we mnie że ja naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek zdołamy być rodzicami. Tym akcentem zakończyłam pierwszy cykl IVF...
Wyniki lab. mieliśmy może i najlepsze w życiu. W ciągu pół roku podbiłam ferrytynę z 33 na 69,7. U męża mimo odstawienia klomifenu 6 mscy temu testosteron utrzymuje się w normie. Ale ciąży brak.
Byłam zmotywowana by zrobić histeroskopię, upewnić się że czynnik maciczny nie stoi nam na przeszkodzie zanim podejmę się kolejnych prób. Robiłam risercz, miejsc było wiele, jedne bliżej, inne dalej. W końcu wybrałam te, które ma jasną ścieżkę kwalifikacji i dobre opinie pacjentek. Nie chciałam kolejnych traum i złamań do kompletu.
Ruszyliśmy z mężem w podróż przez 3/4 Polski ku histeroskopii. Takie małe - duże szaleństwo dla mnie. Jesteśmy w trakcie tejże podróży, gdy tworzę te wpisy do pamiętnika. Uspokaja mnie to. Nie zdążyliśmy na pierwszy pociąg, bo zacieliśmy się w windzie w starej, warszawskiej kamienicy. Na szczęście pogotowie dźwigowe działało 😁. Pół godziny później przyjechał pan, a chwilę przed nim przyszła sprzątaczka i nas poinstruowała jak awaryjnie otworzyć drzwi. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło. Jestem z nas dumna, że nie spanikowaliśmy. Jedziemy dalej.
Kochana, 4 cs to nie niepłodność. Wiem, że ciężko przeżywać co miesiąc rozczarowania, ale masz jeszcze czas na naturalne poczęcie. Grunt to być dobrze przygotowanym. Może wystarczy sama aktywność fizyczna, zdrowe odżywianie i suple. Jeśli to nie pomoże warto rozpocząć diagnostykę. Głowa do góry ✊🫂🌼
Dziękuję Gosiu. Nie przypisuję nam niepłodności, wiem że jesteśmy w totalnie "normalnym miejscu" jeśli chodzi o starania. Po prostu potrzebuje czasem wyrzucić z siebie nadmiar myślenia ;).