Słaba jakość komórek jajowych? To nie wyrok.

Poznaj autorski program poprawy jakości komórek dla pacjentek przed leczeniem in vitro, z niską rezerwą jajnikową i słabą odpowiedzią na stymulację hormonalną.
X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki starania Odmierzając czas cyklami
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Odmierzając czas cyklami
O mnie: Spełniona zawodowo 30plus-latka. Jak dotąd zdrowia całkiem dobrego. Z instynktem macierzyńskim (o ile taki istnieje) odkąd jej pamięć sięga. Latami czekającą na "dobry moment" by rozpocząć starania.
Czas starania się o dziecko: 18cs
Moja historia:
Moje emocje:

12 czerwca 2025, 16:48

Kocham pamiętniki. W podstawówce blogowałam. Mam z tego czasu wirtualne koleżanki i ogromny sentyment do tej formy. Uwielbiam zaglądać do cudzych głów, jak i przelewać własne myśli na klawiaturę. Gdy odkryłam ten dział na forum bardzo się ucieszyłam. Idealny dla mnie wentyl emocji. W pędzie codzienności ciężko mi nadążyć za miesięcznym wątkiem staraniowym. Chyba też potrzebuje więcej przestrzeni. Jeśli trafiłaś tutaj, proszę rozgość się, będzie mi miło mieć Cię za towarzyszkę.
Jesteśmy - ja i mąż - na początku drogi. Niby wiedzieliśmy że starania rzadko kończą się dwiema kreskami w pierwszym miesiącu (chociaż historie znajomych par temu porzekadłu przeczyły), ale i tak ten pierwszy zawód był bolesny (dla mnie) i w pewnym sensie niespodziewany (dla męża). Tyle się człowiek wstrzymywał, by nie pójść za swoim pragnieniem z różnych racjonalnych pobudek, a jak zwolniliśmy blokadę okazało się, że to narosłe i uwolnione pragnienie właśnie zderza się z kolejną frustracją. Na nic idealnie przygotowany plan, kiedy co i jak. Plan, którego nie wypowiadałam na głos, a który co miesiąc powstaje w mojej głowie z kolejnymi modyfikacjami. Jestem tym typem, który nigdy nie uśpi kontroli. Daję jej więc jakieś poletko do działania. Taka moja kontrola nad kontrolą. Będąc w 2cs zastanawiałam się, czy ktoś kto wymyślił pojęcie "planowanie ciąży" naprawdę był debilem. Ja już wiem, że nie idzie tego zaplanować. Egzaminy wszelakie dotychczas zawsze szły mi za pierwszym razem, nie poczułam nigdy goryczy poprawki. Kupiliśmy mieszkanie, które jest dla nas trafem w 10-tkę. To wszystko wzmocniło moje poczucie sprawczości.

Nie mamy natomiast wśród znajomych nikogo, kto boryka się z niepłodnością. Ile razy można być w szczęśliwym miejscu statystyki?

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2025, 16:49

11 października 2025, 12:03

Już jesień. U nas 9 cs. Wciąż bez dwóch kresek. Pierwsze frustracje przetrawione. Prawda jest taka, że nawet te pierwsze niepowodzenia bolą. 9-te boli inaczej. Mniej w tym bólu złości, więcej smutku. A smutek można wypłakać w poduszkę lub ramię męża. Nie trzeba się tłumaczyć, że ja wiem, że to krótko, że mamy czas. Generalnie mniej się chce mówić o tym innym ludziom. Szuka się "swoich" - tych, którzy idą albo szli podobną drogą. Okazuje się, że trochę ich jest. "Też macie psa? No tak". Coraz więcej myślę o tym, co jeszcze chce robić w życiu poza byciem mamą. Nie chcę pogrzebać mojej żywotności. Po prostu teraz jest tak, że czasem trzeba będzie popłakać. Nie chcę w nic uciekać, chce zrobić w swoim życiu porządne miejsce dla siebie. Ta umiejętność nie-zatracania siebie przyda się też w przyszłym rodzicielstwie.

23 października 2025, 08:15

9 cs. Mąż zrobił badanie nasienia - teratozoospermia (0% plemników o prawidłowej budowie - wszystkie w badanej próbce miały wady główki - w główce jest DNA). Podłamaliśmy się. Ale już wiemy, że ten wynik nie przesądza o płodności. Plemników było dużo, ruszają się (chociaż przeważają flegmatycy - śmiejemy się, że to przecież cały mój mąż!), jest nadzieja że wśród milionów są też prawidłowe. Nie mniej coś ten wynik pokazuje. Szybko zaklepałam wizytę u androloga - najczęstsza przyczyna tego stanu rzeczy czyli żylaki powrózka została wykluczona. Mąż dostał leki i zalecenia co do stylu życia. Za 5 tyg. kontrolne badanie - będę chciała poszerzyć je o fragmentację DNA. To czego żałujemy to że nie zdecydowaliśmy się zrobić tego badania wcześniej. Miałam duży opór przed wczesną diagnostyką. Jestem lekarzem i siedzi mi w głowie dogmatyczne podejście do wytycznych - "diagnostyka po 12 mscach". Z kolei intuicja podpowiadała co innego. Teraz będę radzić każdemu na spokojnie zacząć te mało inwazyjne badania już po kilku cyklach starań, jeśli jest taką wewnętrzna potrzeba. Ja mam taki charakter że lubię kontrolę, sprawdzanie. Nie umiem w magiczne myślenie. Koją mnie fakty. Lepiej mi teraz z wiedzą. Przestałam płakać, jestem w trybie działania. Jutro moja wizyta u tego samego lekarza - jest też ginekologiem i plan dla mnie. W międzyczasie zawirowania zawodowe - muszę zmienić miejsce pracy, najprawdopodobniej rodzaj umowy, wrócić do jazdy autem po 4 latach przerwy. Ciężko mi z tymi wyzwaniami. Będziemy musieli zwolnić w staraniach, aż moja sytuacja pracowa się ustabilizuje. Chcemy wykorzystać ten czas na diagnostykę, dbanie o siebie, wyleczenie tego, co się da. No i na zwyczajne życie.

23 czerwca, 06:50

Dużo się zmieniło. Po pierwsze, mamy oficjalnie diagnozę niepłodności. Z jednej strony to stygmat, z drugiej - ulga. Nie trzeba już się tłumaczyć że nadejście miesiączki boli nie tylko fizycznie. Nie ma już "ale przecież to dopiero 1,2,6,8 miesiąc starań". Odczuwanie żalu w takim momencie zostało społecznie uprawnione. Jesteśmy poza normą. Niektórzy i tak mówią, że mamy wyluzować, bo nasz czas po prostu przyjdzie. Ciężko jednak tutaj o taki prawdziwy luz. To, na co jestem w stanie się zdobyć to adaptacja. Czyli uznanie że jest jak jest i rozgoszczenie się w danej sytuacji.

Podjęliśmy jesienią 2025 próbę poprawy wyników męża. Trochę się udało, trochę nie. Po klomifenie, suplach, zmianie gaci na luźne morfologia drgnęła do 2%. Wciąż 98% plemników miało nieprawidłowe główki. Poprawił się ruch szybki. Poleciała za to koncentracja. Tak jest z tym lekiem, że odpowiedź bywa różna i nieprzewidywalna. Odpowiada za to polimorfizm genów.
Chodziłam na monitoring i stymulację cyklu. U mnie wszystko książkowo na ten moment. Gdy wyniki się nieco poprawiły lekarz zaproponował nam IUI. Na początku chcieliśmy raz spróbować, potem stwierdziłam że zbyt mała jest dla mnie skuteczność tej metody by wydać kilka tys., przejść przez dodatkowe procedury medyczne, a i tak zapewne finalnie wylądować w programie IVF. Lekarz dał nam zielone światło także na kwalifikację do IVF. Jednocześnie wciąż dawał nadzieję na ciążę naturalną. To, co było przyczynkiem do pójścia w IVF w naszym przypadku to wizja wydłużonych starań przy wynikach męża. Gorsze dają nieraz ciążę, ale pytanie, które chodziło mi po głowie - kiedy. Dla mnie czas to duży koszt. Nie chciałam mieć kolejnego roku starań, a potem jeszcze kolejnego w procedurze IVF. To nie musiała być nasza historia, ale była na tyle prawdopodobna, że byliśmy skłonni przejść od razu do planu B. Oboje cenimy naukę, jest refundowany program IVF, ja mam roczną umowę o pracę - żal było nie skorzystać. Byliśmy pełni nadziei że ta, może nie najprostsza, ale akceptowalna dla nas droga przyniesie nam niedługo potomstwo. Co prawda mimo wszystko musieliśmy się zmierzyć z pewnym tabu, jakim jest korzystanie z IVF. Kminiliśmy, komu mówić, czy powiemy kiedyś dziecku. Koniec końców uznaliśmy że jeśli możemy dołożyć małą cegiełkę dla odtabuizowania tematu to warto być otwartym. Chcemy dla naszego dziecka świata, w którym IVF jest normalną metodą leczenia, po które z każdym rokiem potrzebuje sięgać coraz więcej osób. Przejście przez IVF na zawsze będzie częścią naszej historii i w mniejszy lub większy sposób zbuduje tożsamość dziecka. Dla mnie gorszy od reakcji innych ludzi (których nikt nie jest w stanie kontrolować notabene) jest głęboko zakorzeniony własny wstyd.

23 czerwca, 07:40

Pierwsza wizyta w Klinice Niepłodności to był mega hiper super stres. Wcześniej leczyliśmy się w gabinecie prywatnym także to było zupełnie inne doświadczenie. Poczułam się przytłoczona. Nadmiarem ludzi, procedur, informacji. Pytali nas o kolor oczu i typ sylwetki na wypadek korzystania z adopcji/dawstwa komórek lub zarodka. Czułam się jak w serialu sci-fi, nigdy wcześniej nie rozkminiałam takich rzeczy. Potem było jeszcze pobranie wymazów na Chlamydie, cytologia, USG. Zapytałam lekarza, czy to nie przeszkadza, że wczoraj współżylismy - zaśmiał się, że proszę współżyć też dzisiaj bo zaraz będzie owulacja i kto wie, medycyna zna różne przypadki 😁. To był miły akcent tego dnia.
Jakieś dwa tygodnie później zaczęła mi się kolejna miesiączka, znów wizyta i rozpisanie planu stymulacji jajeczkowania. Pierwsze zastrzyki. Dużo było we mnie ekscytacji i lęku. Dużo nadziei. Chodziłam przez te 12 dni nakręcona, budziłam się codziennie o 3,4,5. Nowa psychiatra powiedziała, że to świadczy o tym że mam wysoki poziom kortyzolu, te wczesne wybudzenia. Tak reagowała moja psychika, może też i ciało za sprawą wysokiego poziomu estrogenów. Czekałam na punkcję jak na wybawienie z przedłużającej się ekstazy. Fizycznie czułam się dobrze, brzuch nie bolał. Pęcherzyków rosło 10, lekarz mówił że mam dobrą odpowiedź na stymulację. Co prawda na forum widziałam że dziewczyny miewają po kilkanaście albo i kilkadziesiąt, ale myślałam sobie że te 10 nie jest złe. Okazało się że mój lekarz wyjeżdża na konferencję. Nie będzie go ani na ostatniej wizycie stymulacyjnej ani na punkcji. Prawie się popłakałam po wyjściu z Kliniki. Mój umysł bardzo potrzebował stałości w tamtym momencie.
W dniu punkcji ranek dłużył mi się niemiłosiernie. To miał być mój drugi zabieg w znieczuleniu ogólnym - wiedziałam że je dobrze znoszę, więc tym się nie martwiłam zbytnio. Bałam się, czy pęcherzyki nie popękały.
Przebrałam się w koszulę nocną, jak kazali i czekałam na łóżku na swoją kolej. Byłam na sali sama. W Klinice prawie nikogo, sobota. Zupełnie nie-szpitalny klimat, podobało mi się. Przyszła do mnie najmilsza pielęgniarka, jaką mogłam sobie wymarzyć. Usiadła blisko mnie, wzięła moją rękę, spojrzała w oczy i powiedziała "kochanie". Anioł, dosłownie. To ciepło potem zostanie ze mną na długo. Sprawnie założyła mi wenflon i wytlumaczyła jak się sobą zaopiekować po znieczuleniu. Miałam czekać, lekarzowi dyżurnemu się nie spieszyło, ale anestezjolog w kilku koleżeńskich słowach przekonał go że może warto zabieg zrobić teraz i mieć go z głowy. Ok, idę. W pokoju zabiegowym dość tłumnie - ginekolog, położna, anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna, embriolog. Od razu każą mi się kłaść na fotel. Myślałam że dopiero poród będzie dla mnie wydarzeniem pod tytułem obnażanie się przy grupie ludzi, ale ok, dodaję sobie otuchy, że jestem dorosłą kobietą, a obecne tu osoby mają takie widoki codziennie. Kładę się, zadzieram nogi na podpórki i żartuję jeszcze chwilę z anestezjologiem. Pielegniarka poleca mi oddychać, ja z przejmującym zaangażowaniem wykonuję to zadanie i... budzę się. Przez chwilę czuję, że zaciął mi się mózg. Otoczenie wydaje mi się znajome, w końcu jestem też lekarzem 😆. Ale o co chodzi, co to za sytuacja nie wiem. Długo ta dezorientacja nie trwa, bo lekarz zakłada mi wziernik co wyzwala kłujący ból tam na dole. Słyszę po głosach niepokój, że krwawię. Patrzą na mój puls i ciśnienie. Ok, już przestaje, mogę jechać na salę i odpoczywać.
Szybko dochodzę do siebie. Jeszcze kilka razy wpada położna i lekarz sprawdzić czy się dobrze czuję i nie krwawię. Czuję się naprawdę mega zaopiekowana. Czekam na info od męża czy mu się udało ogarnąć swoją robotę. Udało się, ufff. To jednak nie lada stres. Leżę jeszcze z 1,5 h, jestem dobrej myśli.
Na koniec lekarz zaprasza mnie na wizytę. Mówi że pobrano 5 komórek, a w zasadzie to kumulusów, więc nie wiadomo ile ostatecznie komórek będzie po oczyszczeniu. Z jednego jajnika nie pobralo się nic, puste pęcherzyki. Jestem podłamana. Pytam, dlaczego. "Bo jajnik tak produkuje". Boże, mamy słabsze nasienie i zły jajnik. Kalkuluję, jakie mamy szanse na zarodek. "Wiesz że jest szansa że zarodków będzie 0?" - mówię do męża, a on pozostaje dobrej myśli. W samochodzie czytam na telefonie, że być może te puste pęcherzyki zawierały na tyle niedojrzałe komórki, że nie dało się ich pobrać. A to daje jakieś szansę na ew. poprawki w schemacie kolejnej stymulacji. Brzmi lepiej niż zły jajnik 😉. Trochę się uspokajam, ale wciąż mam w głowie świadomość że straty na tym etapie są na tyle duże, że może nam nic nie zostać na koniec i trzeba będzie powtarzać stymulację.
Kolejne dni to dochodzenie do siebie. Nie jest źle. Kłuje mnie brzuch przy ruchach, podskokach, kłuje przy sikaniu. Nie jest to straszny ból, nie biorę przeciwbólowych. Czuję się też osłabiona. Może też dlatego że zeszło ze mnie napięcie. Czekamy. Dzwonimy codziennie. Ostatecznie 3 komórki nadawały się do zapłodnienia. Pierwszego dnia mówią nam, że mamy 2 zarodki, a 3-ci się zatrzymał w rozwoju. Ok, czyli 2. 5-tego dnia okazuje się że mamy 3 zarodki ostatecznie. Nie wierzę ♥️♥️♥️. Nadrobiliśmy!

23 czerwca, 07:50

Jestem zakwalifikowana do świeżego transferu. Dzień przed jest mi na tyle słabo w pracy, że leżę w wolnej chwili na kozetce. Pielęgniarka mówi że wyglądam na zmęczoną. W dniu transferu siły jednak wracają. To wielki dzień. Jak się potem okaże, będzie ich więcej, ale ten pierwszy, ten "naiwny" był szczególny. Dostaję zdjęcie USG ze świecącym płynem w mojej macicy, który potwierdza obecność zarodka. To była fajna chwila. Idziemy z mężem na dobry obiad do włoskiej restauracji. Po raz pierwszy w życiu ktoś daje mi Relanium, więc jest jeszcze trochę dziwnie, ale uczucie zaburzonego kontaktu z rzeczywistością w kolejnej godzinie ustępuje.
W domu odpoczywam, głaszczę brzuch, cieszę się. Pierwszy test sikany robię 5 dpt - uderza mnie biel, a ja się wściekam, że go zrobiłam. Od tego momentu nadzieja przeplata mi się z niepokojem i złością. Test powtarzam 7 dpt - to samo. Kładę się na łóżku i płaczę. Po becie już nie płaczę, zaczęłam swoją żałobę wcześniej.

23 czerwca, 08:21

Idę na wizytę 2 dc. Lekarz zaczyna mi tłumaczyć na czym polega transfer, że to nie boli, że jest jak cytologia. "Wiem, 2 tygodnie temu miałam już u Pana jeden, nieudany". Może widzę na twarzy lekką konsternację, może wcale nie. We mnie buzuje dużo emocji, czuję się napięta na tej wizycie. Niby wiem że miało prawo się nie udać, że wielu osobom się nie udaje od razu, ale czemu mi?!
"Proszę robić w domu testy owulacyjne i zgłosić się gdy będzie pik. Próbujemy dalej". Rozkład jazdy znany, lecę dalej. Testy zaczynam robić wcześnie, zaraz po miesiączce, dwa razy dziennie na wszelki wypadek. Nie mam ustalonej wizyty więc czuję się w pełni odpowiedzialna za wyłapanie owulacji. Zużywam jedno, drugie, trzecie opakowanie testów. Owulację zwykle mam 11-13 dc, toteż w 15 dc jestem już mocno sfrustrowana i mam poczucie że nic się nie dzieje. Pojawia się śluz płodny, a piku jak nie było tak nie ma. Chat GPT podpowiada że po stymulacji można mieć opóźniona owulację bo duże dawki hormonów powodują supresję osi podwzgórze - przysadka - jajnik. Uzbrajam się w cierpliwość i czekam. 17 dc rano widzę upragnioną tłustą krechę na pasku testowym - planuję więc od razu po pracy jechać do Kliniki. Docieram o 13 nieświadoma jakichkolwiek problemów, a w rejestracji wielkie zdziwienie, kto mi powiedział że mogę tak po prostu sobie przyjechać, bez umawiania się "Kto pani ma zrobić USG?". Otwierają moją kartę, a tam zalecenia jak wół. Pobierają mi krew, ogarniają USG u innego lekarza, bo mojego nie ma. Pik LH potwierdzony laboratoryjnie, w USG piękne, trojlinijne endometrium 11 mm, duży pęcherzyk dominujący. Lekarz mimo to zaleca Ovitrelle. Za 6 dni transfer. Cieszę się. I stresuję zarazem.
Tym razem transfer trochę mnie boli, czuję wprowadzanie cewnika, a następnego dnia wieczorem mam brązowe plamienie. Nigdy się nie dowiem czy to było podrażnienie z zabiegu czy implantacja. Tak czy inaczej zarodek trafił na swoje miejsce. Niesiona jakimś optymizmem robię test już 4 dpt rano i po raz pierwszy w życiu widzę bladziocha. Aż ciężko uwierzyć. Pokazuję mężowi, uprzedzam że to może być z niewypłukanego leku - mąż mówi "a ja myślę że jesteś w ciąży". Następnego dnia idę na betę, wiem że JAKAŚ będzie. Jest 10. Jak na 5 dpt jest ok. Robię testy codziennie w domu, ciemnieją. 8 dpt beta wynosi 52. Przyrost ok. Z dużą dozą niepewności, napięcia oswajam się powoli z myślą, że mogło się udać. Jest ciąża! Wsłuchuję się w swoje ciało i tego samego dnia wieczorem przychodzi silniejszy, skurczowy ból brzucha. Przenika mnie strach. Biorę jednak No-spę, magnez i ustaje. Niepokój pozostał. 10 dpt powtarzam betę, jak zaleciła lekarka dzwoniąca do mnie w sprawie wyniku. Od rana jestem jakaś rozchwiana emocjonalnie. W Klinice uraczają mnie informacją, że tylko pierwsza beta jest refundowana. Położna pyta mnie, co zrobię z wynikiem, a ja nagle zdaję sobie sprawę że teraz nikt nie zadzwoni, że jestem w ciąży, na lekach, po IVF i wypadłam z programu. Wiem że w innych miastach jest inaczej, że jest opieka do USG serduszkowego i źle mi z tym. Wychodzę z Kliniki i zanoszę się płaczem. Wiem, że sobie poradzę, ale mam swój moment kruchości i chce sobie pozwolić na płacz. Dojeżdżając do domu widzę, że przyszedł wynik. Beta 37. Kurwa, to totalnie nie jest dobry dzień.
Płaczę dwa razy mocniej, jest mi cholernie źle. Za 2 h powinnam wychodzić do pracy, a nie wiem czy do tej pory przestanę płakać. Biorę urlop na żądanie - to najmądrzejsze co mogłam w tamtej chwili zrobić. Czuję że nie istnieje nic, co mogłoby mnie teraz pocieszyć, ukoić ból. Mąż zwalnia się z pracy, jesteśmy w tym razem. Po południu bierzemy psy i sąsiadkę, jedziemy nad wodę, jemy gofry, ja leżę na kocu. Jest znośnie. Wiem że przeżyję to. Teraz trzeba powiedzieć tym kilku osobom, które wiedzą o becie że to koniec. I to jest mega trudne.

23 czerwca, 09:14

Doświadczenie ciąży biochemicznej to coś totalnie nowego w moim życiu. Z niczym nie mogłam tego porównać. Rosnąca, póki jeszcze bezkształtna nadzieja i szybkie tąpnięcie, taka drwina losu można by rzec. Przeżywałam ból, szukałam osób, które też tego doświadczyły na forum i w książkach. Na terapii martwili się, czy mam w tym całym pędzącym procesie IVF miejsce na żałobę. Nie wiem, pewnie mało, ale czy potrzebuję więcej? Cieszę się że umiałam płakać, dla mnie taki kontakt z własnymi emocjami to dużo. Równocześnie byłam wykończona. Lekarz zadzwonił do mnie gdy mu napisałam SMS o spadającej becie. Poza wyrazami współczucia zalecił to samo co poprzednio - testu owu, pik, wizyta. Powiedziałam, jakie to ostatnio wywołało zamieszanie w Klinice, poczułam się jak natręt co przyszedł wymusić wizytę. Lekarz zapewnił żebym się nie martwiła, że to USG on na pewno w danym dniu zrobi w tym czy innym miejscu. Ok. Myślałam czy dam radę, czy chce podejść już teraz do kolejnego transferu. To będzie trzeci pod rząd. Psychika mi się jeszcze leczyła po biochemie, ciało napiete. "Nie muszę decydować teraz" - powiedziałam sobie. Po okresie zaczęłam chodzić na masaże - przetestowałam klasyczny i balijski, poszłam też na sesję akupunktury u położnej. Napięcie opuszczało moje ciało. Bałam się kolejnego niepowodzenia, a jednocześnie znów kiełkowała nadzieja. Pik LH przyszedł w 14 dc, w niedzielę. Tym razem zadzwoniłam do Kliniki w poniedziałek z rana z zapytaniem czy mogę przyjść na pobranie krwi po pracy, będę też potrzebować USG. Rejestratorka powiedziała, że akurat o tej godzinie będzie mój lekarz, więc spoko. Pędem skończyłam pracę i poleciałam do Kliniki, a tam przy rejestracji stoi mój lekarz, już z torbą do wyjścia. "Do kogo Pani na wizytę". Z lekkim podenerwowaniem odpowiedziałam, że właśnie do Pana Doktora. On zrobił wielkie oczy, że jak to, on już dzisiaj nie ma więcej pacjentek. Rejestracja zmieszana. Ja tym bardziej. Okazało się że zapisali mnie na samo pobranie krwi. "Ok, to kiedy mogę przyjść na USG?" spytałam wprost lekarza. Odłożył torbę i zaprosił mnie do gabinetu. Na USG wciąż był niepęknięty pęcherzyk, we krwi pik LH, niżej niż ostatnio więc pewnie na spadku. Transfer za tydzień. "Nie za późno?". "Nie, pęcherzyk musi pęknąć". A Klinika nie pracuje w niedzielę (dopowiedziałam sobie). Poczytałam że zdarzają się transfery i w 6 dpo i mają dobrą skuteczność, oddałam to w ręce lekarza. Na tyle obawiałam się porażki że zaczęłam śnuć plan, co jeśli i ten 3-ci transfer się nie powiedzie. Plan B mnie uspokajał.
Tym razem transfer zupełnie niebolesny, bezproblemowy. Tym razem wzięłam wolne na transfer i 3 dni po nim. Zapowiedziałam to tydzień wcześniej. Czułam że tego potrzebuję, niezależnie od powodzenia. To będzie czas dla mnie, na zatrzymanie się. Dobrze mi było nie spieszyć się po transferze do pracy, jak ostatnio. Mogłam wziąć Relanium i wychillować. Był ze mną mąż.
Na pierwszy test skusiłam się już 3 dpt. Szaleństwo, ale niektórym wychodzi! U mnie biało. I jakoś od tej pory nabrałam przeczucia że się nie udało. Nie czułam tyle lęku, co w poprzednim cyklu, wydawało mi się że mam w sobie zgodę na różne wersje rzeczywistości albo chciałam w to wierzyć. Nie robiłam kolejnych testów siłaczy, 5 dpt poszłam na betę. Wyszła ujemna. Nie 1, nie 3 tylko poniżej 0,2. Szanse na powodzenie prawie żadne. Zamroziło mnie, czułam się odrętwiała. 7 dpt zrobiłam kolejną betę, która również wyszła ujemna. Lekarz zgodził się na odstawienie leków. Przepłakałam pół nocy. Po raz pierwszy tak mocno wybrzmiało we mnie że ja naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek zdołamy być rodzicami. Tym akcentem zakończyłam pierwszy cykl IVF...

23 czerwca, 09:28

Mieszały się we mnie smutek, ból, złość, rozczarowanie. Nadzieja? Nadzieja też, dlatego uruchomiłam plan B. Przegadałam z lekarzem plan na kolejny cykl. Byłam wdzięczna, że zadzwonił, bardzo potrzebowałam tej rozmowy. Wcześniej gdy pytałam o diagnostykę mówił, że to za wcześnie, że nie ma potrzeby. Człowiek jednak czuje się tak bezradny w obliczu nieudanego transferu (a co dopiero 3), że chciałby zrobić, sprawdzić cokolwiek co wskazałoby mu przyczynę i drogę na przyszłość.
Wyniki lab. mieliśmy może i najlepsze w życiu. W ciągu pół roku podbiłam ferrytynę z 33 na 69,7. U męża mimo odstawienia klomifenu 6 mscy temu testosteron utrzymuje się w normie. Ale ciąży brak.
Byłam zmotywowana by zrobić histeroskopię, upewnić się że czynnik maciczny nie stoi nam na przeszkodzie zanim podejmę się kolejnych prób. Robiłam risercz, miejsc było wiele, jedne bliżej, inne dalej. W końcu wybrałam te, które ma jasną ścieżkę kwalifikacji i dobre opinie pacjentek. Nie chciałam kolejnych traum i złamań do kompletu.
Ruszyliśmy z mężem w podróż przez 3/4 Polski ku histeroskopii. Takie małe - duże szaleństwo dla mnie. Jesteśmy w trakcie tejże podróży, gdy tworzę te wpisy do pamiętnika. Uspokaja mnie to. Nie zdążyliśmy na pierwszy pociąg, bo zacieliśmy się w windzie w starej, warszawskiej kamienicy. Na szczęście pogotowie dźwigowe działało 😁. Pół godziny później przyjechał pan, a chwilę przed nim przyszła sprzątaczka i nas poinstruowała jak awaryjnie otworzyć drzwi. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło. Jestem z nas dumna, że nie spanikowaliśmy. Jedziemy dalej.