Staram się trzymać pozytywnych myśli. Resztę zostawiam w rękach Boga.

Jadę dziś do pracy. Za oknem świeżo skoszona trawa. Jest pięknie.
Uśmiecham się do siebie, bo jestem szczęśliwa. Tu i teraz.
Podnoszę wzrok.
Nade mną leci bocian.
A może to znak?
Z natury nie jestem optymistką. Po chwilowym hurranastroju nie wiele zostało.
Wszystko przez to, że coraz bliżej owulacji, a ja coraz bardziej boję się kolejnej porażki. Więcej we mnie obaw, że znów się rozczaruję niż nadziei, że będzie dobrze. Czemu to wszystko nie może być prostsze? O wiele bardziej lubię początek cyklu, gdy rośnie we mnie nadzieja, że może tym razem dopisze nam szczęście, a Bóg nie pozostanie obojętny na moje modlitwy. Im bliżej kluczowych dni tym mniej we mnie wiary w pozytywne zakończenie i zielony finał.
Muszę przestać o tym myśleć. Może założenie tu pamiętnika nie było dobrym pomysłem? Tylko jeszcze bardziej się nakręcam. Najbardziej bolą słowa bliskich - "musisz przestać o tym myśleć, a zobaczysz, że od razu się uda".
Ale jak mam przestać o tym myśleć? Otaczają mnie kobiety z brzuszkiem. Jak mam przestać myśleć, skoro wśród znajomych powoli tylko my zostajemy bezdzietni. Jak mam nie myśleć, kiedy tak bardzo marzę o tym małym cudzie, o tym by całować małe stópki, poczuć zapach własnego dzieciątka, cieszyć się każdym dniem i każdą nową umiejętnością. Jak mam nie myśleć skoro co chwile ktoś zadaje pytania "A Wy kiedy?"...
Nie wiem kiedy... Wciąż liczę na to, że wkrótce...
Wczoraj - pierwszy raz odkąd odstawiłam antykoncepcję pojawił się u mnie płodny śluz w ilości większej niż jeden mały glutek. Do tej pory raz w miesiącu miałam dosłownie jednorazowo na bieliźnie mały kleks śluzu płodnego, rozciągliwego. Jeden raz dziennie, raz w miesiącu - to wszystko. Tym razem też był jak zwykle, a po jednym dniu przerwy, nagle wczoraj wieczorem ( w dniu przypuszczalnej wg moich obliczeń i objawów owu) dużo, dużo śluzu. Ale niestety mąż był niewspółpracujący - jak co miesiąc zresztą - on jest zmęczony, nie ma sił ani ochoty... bla... bla...bla.
Rozumiem nic na siłę, nie jesteśmy maszyną do robienia dzieci, ale jakoś zawsze, gdy mam ochotę się kochać, on jest zmęczony. Za to kiedy on ma ochotę, ja mam być zawsze chętna? To chyba tak nie działa. Wiem, że życie postawiło nas przed faktem dokonanym i ze względu na moje mięśniaki lekarz nakazał starać się o dziecko, póki jeszcze są takie małe, bo ich przyrost to ok 1 cm na rok. Mąż oczywiście wszytko rozumie, powiedział, że i tak chciał za jakiś czas się starać, a że będzie to kilka miesięcy wcześniej to nic się nie dzieje. Tymczasem mam wrażenie czasem, że może czuje, że nie jest jeszcze gotowy...
Dużo rozmawiamy i wiem, że niepowodzenia bolą go tak samo jak mnie. Myślę, że podświadomie unika porażki, bo godzi to w jego męskość
Zrobiło mi się strasznie przykro wczoraj... Organizm może wreszcie wszedł na właściwe tory, daje mi jasne znaki, a tu dupa blada 
Do tego głupi of wyznacza owulację na 14 dc co jest kompletną bzdurą - biorąc pod uwagę wczorajszy zalew śluzu płodnego, otwierającą się szyjkę etc. Dobrze, że siedzę troszkę głębiej w NPR i znam swój organizm na tyle, że mogę przypuszczalnie określić kiedy mniej więcej jest owulacja. Przesuwając owulację, przesunął też na wcześniejszy dzień @ - gdybym nie znała swojego organizmu i zasad npr, pewnie łudziłabym się jak głupia, że okres się spóźnia...a tymczasem on przyjdzie w terminie dokładnie 2 dni po tym, jak wyznaczył go program.
Spisuję ten cykl na straty. Nie wiem nawet czy mierzyć temp.
Za to w lipcu i sierpniu robię sobie przerwę od termometru, of, mierzenia, czytania forum i nakręcania się. Wakacje.
To sprawy na które nie mam wpływu. Tak samo jak na zachowanie mojego męża.
Zajmę się tym, na co mam wpływ. Może poszukam lepszej pracy, zamiast wiecznie trzymać się mojej, bo "tu mam stabilne warunki, umowę o pracę więc w razie jak zajdę w ciążę nie zostanę na lodzie, bla, bla..."
Nie żyję tylko tym, by zajść w ciążę, choć mój wczorajszy płacz pokazał jak bardzo - nawet jeśli tego nie czuję - podświadomie zależy mi na dziecku...
Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieniami i czas ich zbierania, czas pieszczot i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju.
Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili.
Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.
Koh 3, 1-11
Of przesunął dziś datę owulki na 18 dc.
Wynikałoby z tego, że mój cykl będzie 32 dniowy. No zobaczymy.
Jeśli jednak byłaby to prawda, to szanse w tym cyklu są zerowe. Trudno...
Tracę nadzieję. Patrzę na mój wykres i już wiem, że tym razem znów się nie udało.
10 lipca moja ukochana mama ma urodziny. Tak bardzo marzyłam o tym, by powiedzieć jej, że zostanie babcią. To byłby dla niej najcudowniejszy prezent pod słońcem. Mama od początku mnie wspiera. Wie o mięśniakach i naszych problemach. Często powtarza, że mam odpuścić, nie myśleć, a sama zobaczę, że zaraz będzie brzuszek.
Miałam nadzieję, że dostanie najwspanialszy prezent, że będę mogła pokazać jej test...
Smutek mnie dziś ogarnia.
Edit: w tym cyklu coś lewy jajnik nie daje mi spokoju i ciągle podolewa od czasu do czasu. Dobrze, że 21-go wizyta, niech go ginka podejrzy czy czasem jakaś torbiel się tam nie zadomowiła.
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca 2014, 09:47
Ciekawa jestem ile potrwa ten cykl. 32 dni jak przewiduje of, czy standardowo 29 jak wypada z moich wyliczeń. Nie ufam temu programowi.
Od kilku dni okropnie boli mnie gardło. Wszystko przez tę pogodę. Dopiero dziś słoneczko się pokazało. Mniej więcej za tydzień o tej porze wszystko się wyjaśni, albo na kilka dni przed odnotuję spadek - co będzie oznaczało, że @ się zbliża, albo stanie się cud...Cuda się przecież zdarzają. Trzeba dużo wiary, dużo modlitwy...
No to rozkręciło się na całego

Gardło boli nie miłosiernie. Na szczęście nie mam temperatury.
Za to dziś tempka poranna skoczyła po wczorajszym 36,88 do 37! zastanawiam się czy to nie wina choroby.
Boję się przyszłego tygodnia. Boję się, choć spisałam ten cykl na straty, bo owulka była później niż zwykle (wg of), a my kochaliśmy się za wcześnie. Potem znów mąż nie miał ochoty i było spięcie.
Może w kolejnym cyklu się uda bliżej owulki.
Mimo wszystko tli się we mnie nadzieja, jak co miesiąc.
I jak co miesiąc będą łzy rozczarowania.
To czekanie jest najgorsze...
edit:
dzisiejszą wysoką temperaturę sponsoruje choroba. Temp. ciała w ciągu dnia 36,95 - więc poranna też zaburzona.
Walczę z infekcją gardła
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lipca 2014, 13:26
Chyba jakaś angina mnie dopadła.
Temperatura ciała w ciągu dnia 37,5, więc poranna pewnie też mocno zaburzona.
Całą noc nie spałam, bo myślałam, że oszaleję z bólu. Ucho tym razem.
Dostałam antybiotyk (podobno "bezpieczny" w ciąży, o ile można mówić o bezpieczeństwie przy antybiotyku).
Wezmę skoro lekarka uznała, że bez tego się nie obejdzie. A pewnie i tak nic z tego w tym cyklu.
Wczoraj wieczorem przez chwilę myślałam, że dostanę okres. Poczułam charakterystyczne "bąbelki", jakby szybkie, mini skurcze macicy -nie umiem zupełnie określić tego uczucia- takie same jak na dzień przed okresem. Ale na szczęście cisza.
Jestem dziś nie do życia. Nie mam jak oddychać, bo nos zapchany. Nie mam jak jeść, bo gardło przy każdym przełykaniu boli. Przy kręceniu głową strzela w uszach. A pogoda taka, że chciałoby się pojechać nad wodę, pomoczyć nóżki w górskiej rzece...
Czuję się lepiej - znaczy, że antybiotyk pomaga.
Ale co gorsze, mąż się zaraził, a chory facet w domu to tragedia. Bo lekko zaboli i on umiera. Ale dzielnie go znoszę

Upał daje się we znaki.
Z niecierpliwością wyczekuję końca tygodnia. Wszystko się okaże. Skłamałabym, gdybym nie powiedziała, że nie tli się we mnie nadzieja. Zawsze się tli. Zawsze liczę po cichu, że Bóg wysłucha mojej prośby.
W zeszłym tygodniu napisała do mnie koleżanka, która tydzień po nas brała ślub, od razu po ślubie zaszli, chyba w 3 cyklu.
Poprosiła czy nie zrobiłabym sesji małej (zajmuję się fotografią).
Uwielbiam sesje maluszkowe! Kocham te maleńkie ciałka, malusieńkie pomarszczone stópki, słodkie usteczka, tyci, tyci piąstki i paluszki z paznokietkami wielkości groszku.
Czasem myślę, że jak urodzę dziecko, to nic tylko będę siedzieć i się w wpatrywać w ten cud (wiem, wiem, naiwna jestem, pewnie będę odsypiać zarwane noce w każdej chwili :p).
Oprócz niemowlęcych uwielbiam jeszcze sesje ciążowe. Kobieta w ciąży wygląda cudnie. Kwitnąco. To niesamowite, ale tak jest. Z czułością patrząca na swój brzuszek... ręcę mężczyzny splecione na brzuszku kobiety. Czy może być piękniejszy obrazek?
Spadek, który wiadomo co oznacza.
Rozpadam się na miliony kawałków.
Wiedziałam, że się nie uda. Nie piszcie, że póki nie ma @ jest nadzieja.
Nie ma nadziei, bo w kluczowym momencie mąż odmówił współpracy, a poprzednie
były zbyt wcześnie.Mam żal do męża. Ja latam po lekarzach, wstaje świątek piątek o 6:00, żeby zmierzyć temperaturę, łykam garść leków, a on w kluczowym momencie jest ZMĘCZONY i nie ma ochoty

I tak to wygląda...
Robię przerwę od of, temperatury, forum i wszystkiego.
Nie mam już siły.
Popłakałam się!
Piękne!
http://www.nishka.pl/nie-pytaj-mnie-kiedy-bede-matka/
http://www.nishka.pl/nie-pytaj-mnie-kiedy-bede-matka/
Gdyby to było takie proste....
No i szkoda, że szansa na wygraną w totka to ponoć 1 do 14 000 000.
Mam nadzieję, że z ciążą pójdzie łatwiej....
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lipca 2014, 12:45


Trzymam kciuki! Też liczę na lipiec! :)
Maciejka - lipiec będzie nasz :-)