Czasami ciężko mi się na nich odnaleźć, kiedy po kolei dziewczyny widzą dwie kreski na testach, po miesiącu, po trzech, po roku i więcej. W tym momencie już ciężko mi sobie wyobrazić, że to kiedyś będę ja. Nie chodzi o stratę nadziei, bo ją wciąż mam, nie biorę nawet pod uwagę, przynajmniej na razie, życia bez choć jednego dziecka. Ale po ponad roku jest to dość abstrakcyjne, jest to dla mnie fantazja, jest to coś w co się bawię, co udaje co miesiąc w czasie fazy lutealnej, ale nie czuję już że to jest realna możliwość, tak jak to było w początkach starań.
Tym razem zmiotły mnie z planszy, w ostatni, jak się okazało, dzień cyklu, wyniki badań nasienia mojego męża. Nasza historia z tymi badaniami jest już pół roczna. Pierwsze zrobiliśmy w październiku. Wyszedł OAT, ale raczej lekki - koncentracja 10 mln/ml, morfologia 2%, 49% ruchomych. Mój mąż był nimi trochę załamany, ja już byłam trochę na forum i stwierdziłam, że mogłoby być gorzej. Hormonalnie - testosteron w dolnej połowie normy, FSH trochę wysokie (ok. 9), coś dziwnego w tarczycowych, ale nic konkretnego - badania do powtórki. Ale w każdym razie - kierunek androlog. Androlog zalecił suplement - gotową mieszankę - i powtórzenie badań za miesiąc. W listopadzie koncentracja spadła do 6 mln/ml. Decyzja - clostilbegyt. Nie była to dobra decyzja dla nas. Androlog niestety nie zlecił kontroli hormonów, ale ja na podstawie tego co wyczytałam w na Ovu wysłałam męża. Po miesiącu brania leku hormony w normie. Czekamy dalej. W międzyczasie suplementy, te najbardziej polecane. L-karnityna, Q10. Ok 3 miesiące brania clostilbegytu - badania nasienia i hormony. Testosteron w kosmos, estradiol podwyższony, koncentracja spadła do 5 mln/ml, spadł ruch, morfo 0%. SCD 26%. Załamka. Stary androlog - kontynuujemy clostilbegyt, jeszcze wcześnie, zbijemy dawkę. Konsultacja z innym - terapia hormonalna nie ma sensu w tym przypadku. Decydujemy się odstawić i zapisujemy do kliniki. W klinice - możemy się kwalifikować do IVF, ale te wyniki są nie takie tragiczne, może coś się poprawi, poczekajmy 3 miesiące. W międzyczasie mąż robi jedne badania po 2 miesiącach od odstawienia, koncentracja taka sama, ale ruch i morfo wróciły na poprzedni poziom. Cieszymy się.
No i tym sposobem wracamy do obecnego momentu. Tym razem robimy badania - zwykle nasienia plus fragmentacja plus infekcyjne już w naszej docelowej klinice. Mąż wychodzi z pokoju, każą mu czekać. No i tutaj klops - do fragmentacji potrzebna im koncentracja 3 mln/ml, nie została osiągnięta. Ale o co chodzi!!! Jeszcze nigdy nie było tak źle. Następnego dnia oglądamy całe wyniki. Ruch również najgorszy ze wszystkich wyników, i to o połowę mniejszy niż miesiąc temu. Morfologia trzyma się dzielnie na magicznych 2%. O co chodzi? Faszeruje męża suplami, nosi luźne gatki, ma biurko stojące. Odmawia sobie sauny, alkoholu. Byliśmy tydzień na wakacjach - czy winne są 2 dni na plaży i kilka kieliszków wina? Czy laboratorium nowej kliniki chce nas zapędzić do IVF? Czy może to jakiś dołek związany z tym że 3 miesiące temu były jego rozjechane wyniki po clo? Załamka. Chciałabym się stymulować do IVF już teraz, a najlepiej miesiąc temu. Po co czekaliśmy, po co wydaje tyle kasy na suplementy? Jeśli dalej będzie się zmniejszać to czy będzie z czego robić IVF? Same pytania, na odpowiedzi czekamy do przyszłego tygodnia - wizyta u androloga i prowadzącej w klinice. Najgorsze jest to, że w czerwcu kolejny, jeszcze dłuższy wyjazd więc kolejny cykl stracony. Czy po kolejnym z rzędu, tym razem jeszcze słabszym niż zwykle wyniku, pozbędę się złudzeń w fazie lutealnej? Mam nadzieję, bo ta huśtawka już dawno przestała mi służyć.