Piszę to patrząc na moją małą, śpiącą J.
Sama jestem jedynaczką i całe życie sądziłam, że sama też chcę mieć tylko jedno dziecko. Jednak, gdy urodziła się ona, zrozumiałam, że nasza rodzina powinna być 2+2.
Mąż od razu się ze mną zgodził. J. urodziła się 29.07.2025 przez CC. Lekarze mówili, ze powinnam się wstrzymać z kolejną ciążą, że po CC powinen minąć rok.
I ten rok niedługo upłynie.
Jesteśmy teraz tutaj. Z umówionym terminem na wizytę u naszego lekarza, który już raz dokonał cudu, a teraz liczymy na to, że dokona drugiego.
Mamy pięć blastek na zimowisku:
❄️ 4.1.2 x 2
❄️ 4.2.2 x 2
❄️ 3.2.3 x 1
Pozornie sprawa wydaje się prosta, ale to czas zweryfikuje. W Boga nie wierzę, więc zamiast modlitw manifestuje, aby wszystko było dobrze. Ubrdałam sobie, że chciałabym aby drugi transfer odbył się 01.08. 2026 - zobaczymy czy się sprawdzi.
Póki co, to co jest pewne to:
📅 05.05.2026 - pobranie krwi + wymaz
📅 18.05.2026 - wizyta u lekarza i ustalenie dalszego planu działania
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 kwietnia, 23:31
Na początku maja powtarzałam wirusówkę i jak żadnego gówna nie miałam, tak nie złapałam dalej. Szczęśliwie mam już przeciwciała toksoplazmozy i cytomegalii, więc luzik.
W połowie maja spotkałam się z lekarzem, który prowadził mnie przy procedurze i robił pierwszy (udany) transfer. Zalecił estrofem dwa razy dziennie.
Jak powiedział, tak robiłam.
28 maja znów stawiłam się w klinice. Zaczęłam od USG u położnej, która powiedziała: "endometrium 9 mm, pięknie to wygląda". I z moim pięknym endometrium przeszłam do gabinetu lekarza. Ten popatrzył na mnie, popatrzył na zdjęcia i stwierdził, że nie ma na co czekać: "proszę dalej przyjmować estrofem dwa razy dziennie i do tego luteina - trzy razy dziennie. Zapisuję panią na transfer".
Więc biorę leki i odliczam do "dnia zero": wtorek, 02 czerwca 2026
Wszystko idzie aż za dobrze. Nie wiem, czy bardziej się cieszę czy boję, że w kulminacyjnym momencie coś pierdyknie.
Oprócz tego miałam kilka innych drobnych "wpadek".
Najpierw jęczmień na oku, duży i upierdliwy i wizyta u okulisty.
Później okazało się, że przez ten jęczmień (który zdążył już pęknąć) nie mogę mieć usuniętej ostatniej ósemki. Szkoda tylko, że dowiedziałam się o tym siedząc już na fotelu w gabinecie. Na szczęście ta ekstrakcja nie jest turbo pilna.
Potem pojawiła mi się gulka na szyi. Początkowo myślałam, że coś mnie ugryzło, ale gulka urosła, więc zestresowana pobiegłam do dermatologa w Medicover. Wizyta trwała 2 minuty. Lekarka stwierdziła, że to węzeł chłonny, ale dała skierowanie na USG tkanek miękkich.
W rejestracji okazało się, że jest termin praktycznie od ręki w innej placówce, jakieś 3 km dalej. No to wzięłam, do wizyty miałam godzinę, więc poszłam na spacer.
Na USG lekarka stwierdziła, że to nie węzeł, że ona nie wie co to, że natychmiast mam iść do chirurga. Mówiła to takim tonem jakbym miała zaraz wykitować od tej gulki.
I oblał mnie zimny pot. Oczyma wyobraźni już wybieram sobie urnę, a co gorsza w swojej głowie już odwoływałam transfer. Idę do rejestracji. Mówię jaka jest sytuacja, że sprawa jest pilna i na kiedy są terminy do chirurga. Koordynatorka serio starała mi się pomóc i wali tekstem: "jest dostępny termin za 25 minut, w drugiej placówce, która jest od nas 3 km" - tak dokładnie w tej, w której już byłam na wizycie u dermatologa.
Myślę sobie "chuj, teleportuje się", ale termin klepnięty, więc biegnę.
Nie było sensu brać Ubera, zanim by przyjechał i zanim przebiłabym się przez zatłoczone warszawskie ulice w godzinach szczytu minęłoby za dużo czasu. Z drugiej placówki Medicover wyszłam o 17.55, wizytę u chirurga miałam na 18.15. Do placówki, w której byłam na wizycie u dermatologa wpadłam o 18.16.
Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam.
Chirurg mnie przyjął, starszy sympatyczny facet. Nie weszłam dobrze do gabinetu, gdy stwierdził "ooo kaszak się pani zrobił". I od słowa do słowa powiedział, że mam iść na transfer, nie martwić się i można to spokojnie usunąć jak już urodzę. No jakby ktoś mi zdjął tonę z ramion.
Przygoda jak przygoda, mąż mówi, że to na szczęście, że teraz "sypią się" takie małe rzeczy żeby wyczerpać limit pecha przed transferem.
I oby miał chłop rację.
Wracając do domu po Medicover Run uderzyła mnie jednak jedna myśl. W 2015, gdy miałam 21 lat byłam w bardzo toksycznym związku. Zaszłam (naturalnie) z tamtym gościem w ciążę, którą finalnie straciłam ok 9-10 tygodnia (najprawdopodobniej wynik przewlekłego stresu). Dużo mnie to kosztowało - zwłaszcza psychicznie. Do tej pory myślę o tamtym maleństwie, kim by był/a... Pierwszą ciążę straciłam w lipcu 2015 roku, a równo 10 lat później w lipcu 2025 urodziłam moją małą J. Gdy liczyłam termin porodu tej pierwszej ciąży rodziłabym w drugiej połowie lutego 2016. Policzyłam sobie też, kiedy będę rodzić, jeśli wtorkowy transfer się uda i będzie to... Druga połowa 2027.
Pewnie to głupie, ale mam wrażenie, że moja pierwsza, stracona dziecina... W ten sposób do mnie wraca.