Mam to oficjalnie w dupie! Po prawie roku staran i wizytach u milej, aczkolwiek niekumatej pani doktor, bylam dzis tam po raz ostatni. Nic nowego sie nie dowiedzialam (Poza tym, ze wszystko wyglada "normalnie" i raczej "Nie na ciaze"!). Naczekalam sie tylko jak glupia, standardowo ponad godzine, po czym na wlasne zadanie (bo doktorka nie jest w stanie sama na cokolwiek wpasc), probowano mi pobrac krew na jebany progesteron. Trzy wklucia w rozne zyly i nic! Tylko w glowie mi sie zakrecilo, p.o. maz musial mnie do domu przywiezc. Mam przyjsc niby jutro o 9:00, ale powaznie sie zastanawiam, czy mam ochote na ten cyrk. Chyba raczej nie, bo coz to zmieni? Tabletki dobiore do konca opakowania, a potem totalna olewka. P.o. maz dostal adres do urologa, moze sie tam wybierzemy w kwietniu, jesli do kwietnia nie bede w ciazy. I tyle. Akcja odwolana. Dziecko jak bedzie mialo ochote, to sie po prostu pojawi.
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 czerwca 2014, 10:54
Lekarze w Polsce podpisuja klauzule sumienia. Czyli jak masz pecha, zostaje Ci te 26% albo adopcja.
Adopcja jest procesem dlugotrwalym i skomplikowanym. Czyli jak bylo 26% tak dalej zostaje.
Wraz z wiekiem szanse na zajscie w ciaze maleja, konczy sie rezerwa jajnikowa, zaczyna sie menopauza.
Jakim cudem ludzkosc nie wyginela?!
Telefon do kliniki wykonany. Za pierwszy dzien cyklu podalam sobote, mimo ze pani pytala, czy aby na pewno w tym dniu bylo prawdziwe krwawienie. Tak szczerze, to cykl liczylabym raczej od dzis, ale to i tak dla IUI nie ma wiekszego znaczenia. Wszystko zalezy przeciez od rozmiaru pecherzyka. Podejrzymy w poniedzialek, co tam uroslo, a potem od nowa polka ludowa. Tym razem spokojniej, bo juz wiem, jak to wszystko wyglada, jak mi sie po progesteronie spac i wymiotowac chce i ze to ma niewiele z ciaza wspolnego.
Zatem podejscie nr 2 uwazam za oficjalnie otwarte.
Placzliwosci to jednak nie zmniejsza. Moze dlatego, ze niedawno dowiedzialam sie o kolejnej ciazy w moim bliskim otoczeniu. Jest to w zasadzie trzecia ciaza tej kobiety, poprzednia poronila z powodu konfliktu serologicznego. Wspolczuje, ciesze sie, trzymam kciuki za szczesliwy final, ale...
Znowu dziecko "poszlo" nie tam, gdzie trzeba. Znowu inna para bedzie sie cieszyc. A my dalej w pieprzonej kolejce!
Czytalam o adopcji, by jakos sie do tego ustosunkowac psychicznie. I przykro mi bardzo, ale NIE. Czekanie, kursy, odwiedziny w domu po to, by wychowywac dziecko, ktorego rodzice nie chcieli. Bez sensu. Oni sobie zrobia, nie chca, oddadza, a my mamy czekac, chodzic na kursy, odwiedzac i byc odwiedzanymi? To nie jest sprawiedliwe! Opcja adopcja zostala w mojej psychice oficjalnie wykluczona. W zwiazku z tym, ustawiam sie znowu na koncu tej cholernej kolejki i czekam dalej... Moze jakies drogowskazy poustawiam, trasparent wywiesze, by ONO tym razem nie zabladzilo i trafilo wreszcie do NAS!
WIKTOR(IA)! TWOI RODZICE SA TUTAJ!!!
Pierwszym krokiem bylo rozdzielenie lozek. I tak przychodzil laskawie nad ranem do sypialni, przespawszy cala noc na sofie. No to oficjalnie tam zanioslam mu posciel i zamknelam drzwi na klucz.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 sierpnia 2014, 00:29
Nie bawie sie juz. Zabieram zabawki i ide na inne podworko!
Nareszcie :) Gratulacje z okazji ślubu :) Trzymam kciuki z IUI :)