Pamiętniki W oczekiwaniu na Nasz Skarb
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
W oczekiwaniu na Nasz Skarb
O mnie: Mam 34 lata, cudownego męża, dobrą pracę, mnóstwo przyjaciół ... Niby niczego mi nie brakuje... A jednak tak jakoś smutno, wciąż chce sie płakać :( Czekamy na największe Szczęście w moim, w naszym życiu.
Czas starania się o dziecko: Staramy się od października 2012r.
Moja historia: Od X 2012r. pół roku starań na luzie, potem bardzo miła pani doktor która jako pierwsza stwierdziła pco, stwierdziłam że w takim razie nie ma na co czekać i trzeba zacząć działać, XII 2013r. klinika niepłodności, wielkie nadzieje z nią związane, diagnoza: pcos, podwyższona prolaktyna, nietolerancja glukozy, nie najlepsze wyniki męża no i niestety czas nam nie sprzyja :( na szczęście wynik HSG dobry - jajowody drożne; aktualnie jesteśmy po I nieudanej inseminacji, czekamy na II inseminację
Moje emocje: Co czuję starając się o Dzidziusia? Na początku było podekscytowanie. Czy to już się stało. Z każdą kolejną @ przychodziło rozczarowanie. Teraz towarzyszy mi głównie niepokój. I ciągłe pytania. Czy to jest kolejna nasza próba???

19 kwietnia 2013, 17:59

9 dc. Drugi cykl z ovu, w tym pierwszy cykl na "dobry początek" bezowulacyjny :( Drugi miesiąc z Wami. Uzależniam się powoli. Muszę zajrzeć na forum choćby na chwilę, kilka razy w ciągu dnia sprawdzić co się z Wami dzieje. Tak pięknie wyglądają te zielone kropeczki na końcu wykresów :* Jestem pewna że każda z nas oddałaby za nie wszystko co posiada. Może oprócz kochanego mężczyzny.

Właśnie. Mężczyzna. Mój mąż ... jak to pięknie brzmi. Żeby móc tak o Nim powiedzieć, tak Go nazwać musiałam czekać 9 lat. Różne były tego przyczyny i może niektórzy uznaliby że nie warto. Że to się już nie uda. Że nie ma sensu. Tyle razy przecież to słyszałam. Zaryzykowałam. I jestem teraz dzięki Niemu taka szczęśliwa. Krzywdziliśmy siebie oboje. A przecież tak bardzo się mimo wszystko kochaliśmy. Dlaczego czasem miłość musi być taka trudna? Na szczęście to się udało, jesteśmy razem i mimo różnych trudności i drobnych sprzeczek wiem że to MĘŻCZYZNA MOJEGO ŻYCIA. Żaden inny nigdy już nie zajmie Jego miejsca. W tej chwili to wszystko co mam.

Te 9 lat to naprawdę strasznie długo. Może dlatego w tym kolejnym oczekiwaniu jestem taka niecierpliwa? Dlaczego wciąż muszę czekać? Myślałam że wszystko się wreszcie zaczyna układać. Ale życie przynosi nam wciąż zaskakujące scenariusze.

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2013, 13:01

30 kwietnia 2013, 09:52

20 dc. Cóż bardzo nerwowo ostatnio. A owulka tuż tuż. Wczoraj pozytywny test owulacyjny, ale śluzu rozciągliwego bardzo mało. Pewnie jeszcze jej nie było. Chyba że znów nie będzie :( W czwartek sprzeczka z mężem. Budowa domu rusza. Wszystko naraz. Jak być spokojnym skoro zaczyna się podejmowanie strategicznych decyzji i martwienie się o wszystko po kolei. I w tym wszystkim nasze starania :( Wiedziałam że będzie ciężko, ale nie sądziłam że aż tak.

Na domiar złego wczoraj mój 9-miesięczny Bratanek połknął jakąś małą część od zabawki. Zaczął się dusić, od razu do szpitala, tam usg, które nic nie wykazało. Decyzja. Narkoza i gastroskopia. Oczywiście decyzję muszą podjąć rodzice, bo teoretycznie tak małe dziecko może się po narkozie nie obudzić. Lekarze sucho ostrzegają, żeby jakby coś nie mieć do nich pretensji. Masakra jakaś :( Gastroskopia znowu nic nie wykazała. Prawdopodobnie ten element jest już w jelitkach. Dzidziuś zostaje z mamą w szpitalu. Trzeba czekać i obserwować. Jakby mało było czekania. Ciągle na coś czekam. Na wyprowadzenie się choćby do pustych ścian, ale wreszcie u siebie, na @, potem na owulkę, potem na wyższą temperaturę, potem znowu na @ i tak w kółko. Jakby tego wszystkiego było mało to jeszcze ten wypadek. Takie niby nic. Lekarze mówią że przecież dziecka trzeba pilnować. No tak. Tylko jak się ma starsze dziecko w wieku 2,5 lat które wszędzie wszystko rozrzuca to nie jest takie łatwe. I czy to niedopilnowanie musi potem kosztować całą rodzinę tyle zdrowia :(

Dla mnie te brata maluchy to bardzo dużo. Jak starszy braciszek biegnie na powitanie z rozłożonymi rączkami, szczęśliwy że ciocia z wujkiem przyszli. To są dla mnie szczęśliwe chwile. Niedzielne obiadki u mamy i w tle odgłosy tupoczących małych 2-letnich nóżek. Albo młodszy braciszek który chce się wyrwać z rąk mamy i podążać za swoim "guru" starszym braciszkiem. Albo starsza siostra która mając naście lat miewa już problemy o których czasem nikt poza ciocią nigdy nie usłyszy. Taki dom stworzył mój starszy brat. Jedyny jaki mi został. Bo drugi który też miał swój dom wkrótce stworzyć odszedł za szybko. Mając zaledwie 25 lat i tyle planów na życie. Zostało nas tylko dwoje. I tęsknota za Nim. Mimo iż minęło już tyle lat. Człowiek nigdy nie godzi się ze śmiercią kochanej osoby. Może się tylko przyzwyczaić do sytuacji. Albo popełnić samobójstwo jeśli przyzwyczajenie mu nie wychodzi. Jak zabić w sobie tęsknotę jeśli wszędzie w mieszkaniu wychodząc zostawił swoje rzeczy, jak zawsze, jak każdy z nas. Przecież nikt tak naprawdę nie zakłada że już nigdy nie wróci.

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2013, 14:49

30 kwietnia 2013, 09:58

Czasem myślę że może On mi pomoże. Że skoro ja o Nim myślę, modlę się za Niego i przez to mam wpływ albo w jakiś sposób pomagam Mu w tej Jego obecnej rzeczywistości której nie znam to może On też to robi dla mnie. Że może ma już jakieś chody tam u "góry" i wyprosi dla mnie łaskę zostania mamą. Może to głupie, ale czasem tak myślę...

14 maja 2013, 16:59

Ostatnio pisałam 30 kwietnia. Detektor płodności wtedy właśnie zaznaczył owulkę :) Dzis 34 dc. 14 dpo. Niby czas na testowanie, ale przy moich długich i nieregularnych cyklach to sama nie wiem ... Boję się. Ta niepewność jest straszna ale mimo wszystko lepsza niż kolejne rozczarowanie. Jeszcze nigdy nie zobaczyłam na teście dwóch kreseczek. A tak bym chciała. Kurcze nie mam już czasu, nie odmłodzę się, nie cofnę lat. Najgorsza jest właśnie świadomość że z tym juz nic nie moge zrobić. Wiek nie sprzyja staraniu się o dziecko. Wiem to doskonale. Ale z drugiej strony moja bratowa urodziła 2 i 3 dziecko w wieku 37 i 39 lat. To pocieszające, ale zarazem przerażające. W sierpniu z moim Najdroższym ruszamy z budową domu. Jest szansa że na I rocznicę naszego ślubu w październiku będziemy już oglądali nasze ściany, może nawet już przykryte :) Tak mnie to cieszy... tylko tak bardzo chciałabym żebyśmy mieli KOGO zabrać do tego naszego mieszkanka. Żebyśmy nie musieli być tam zupełnie sami. Chociaż te że mamy siebie to naprawdę dużo, to wielkie szczęście spotkac w życiu swoją miłość. Nie każdy ma to szczęście. Ja na to Moje Szczęście na pewno nie zasłużyłam. Każdego dnia dziękuję Panu Bogu że mogę budzić się obok Niego, że jest, że tęskni, że kocha, że jest mój.
14 dpo. Ewentualnej. Tempka dziś poszła w górę. Ale mój wykres jest dziwny. Nie wygląda na ciążowy, chociaż ciążowe są bardzo różne. Na szczęście nie ma reguły. To pozwala dłużej się łudzić. Cieszę się że nie mam ochoty na słodkie (a dziś termin planowanej @) a zawsze przed wredną miałam straszna ochotę. Zawsze byłam rozdrażniona, a teraz bardzo spokojna, przyjaźnie nastawiona do wszystkich. Zawsze też tuż przed traciłam ochotę na przytulanki z mężem, a teraz tęsknie za nim nawet w pracy. No własnie, znowu się nakręcam :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2013, 14:54

14 maja 2013, 17:06

Z drżeniem rąk odczytuję codziennie swoją temperaturę. Tylko WY rozumiecie dlaczego. Dla niewtajemniczonych to co najmniej dziwne.

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2013, 12:59

5 września 2014, 09:18

Dawno się nie odzywałam. Jestem po I nieudanej inseminacji. Aktualnie czekam na II podejście do I inseminacji. Byłam stymulowana bo przez moje pco nie dochodzi do owulacji. Cieszyłam się bo lek o nazwie Aromek który dostałam zadziałał, pęcherzyki rosły wolno, ale rosły, jeździłam 3 razy na monitoring, 14. dnia cyklu zostały już tylko dwa ale miały wystarczające magiczne 21 mm. Cieszyliśmy się z mężem, dostałam zastrzyk Ovitrelle na pęknięcie, była to niedziela. We wtorek rano mieliśmy przyjechać na inseminację, z tym że lekarz kazał nam działać w niedzielę wieczorem ze względu na słabe wyniki męża. Stwierdził że pozbędziemy się w ten sposób martwych żołnierzyków i wynik we wtorek rano będzie idealny. Miałam wątpliwości, czytałam wiele na temat abstynencji przed inseminacją minimum 2 dni a najlepiej 4. A tu nagle lekarz każe nam działać na 1,5 dnia przed. Zapytałam czy jest pewien, powiedziałam o swoich wątpliwościach, ale decyzja lekarza była jednoznaczna. Usłyszałam jeszcze że za dużo zaglądam do internetu, a poza tym każdy przypadek jest inny i w przypadku mojego męża to dobra taktyka. Działania więc były. Potem nadszedł wtorek, wielki dzień dla nas. Tak nam się wydawało. Byliśmy tacy podekscytowani, jakbyśmy byli pewni że się uda. A przecież z matematycznego punktu widzenia szanse były marne. Od jakiegoś czasu nie lubię matematyki bo ciągle staje przeciwko nam, my tacy jej fani a ona nie pomaga :( Byliśmy we wtorek o 7:00 w klinice, pogoda nie sprzyjała, lało. Żeby tak słoneczko wyszło chociaż na chwilę to może byłoby nam raźniej. Udaliśmy się do kliniki. Podobało mi się bo wreszcie było puściutko. Prawie cała poczekalnia dla nas. Podpisaliśmy zgodę na inseminację, poszłam na USG, lekarz bardzo się ucieszył że to dobry moment, bo pęcherzyki pięknie pękały, właściwie to widać było małe ryski co znaczyło że pękły dopiero co, a więc trafiliśmy w dobrym momencie. Potem badanie męża. Poczekalnia zaczęła się zapełniać. Zamiast godziny czekaliśmy 2 godz na wynik badania. Zaczynałam się niepokoić. W tym czasie poczekalnia całkowicie się zapełniła. Potem pielęgniarka wezwała nas oboje. Wiedziałam że to zły znak. Poszliśmy do lekarza, który nie owijając w bawełnę powiedział że wynik męża wyklucza dziś inseminację, bo taki zły jeszcze nigdy nie był. Zapytał czy spróbujemy oddać żołnierzyki raz jeszcze, że może będzie lepiej. Zgodziliśmy się. Oczywiście było jeszcze gorzej. Odjechaliśmy z niczym. Tzn z receptą na kolejne leki do stymulacji. Rozmowa z lekarzem nas dobiła. Powiedział że powinniśmy zacząć poważnie myśleć o in-vitro. A potem powiedział coś takiego, że aby mógł przeprowadzić in-vitro refundowane musi mieć dokumentację że zrobił wszystko co mógł tzn że przeprowadził kilka nieudanych inseminacji i nie udało się. Poczułam się jak królik doświadczalny, myślałam że on też wierzy że może się udać, a tu tylko potrzebne papiery żeby w końcu doszło do in-vitro :( A jak zapytałam dlaczego te wyniki tak drastycznie spadły, czy nie miała na to wpływu zbyt krótka abstynencja to bardzo się zaperzył i powiedział że o naturalnym zajściu w ciąże można myśleć jak się ma 24 lata a nie teraz :( No niestety ma rację tylko że to nie jest moja wina że staram się być matką dopiero teraz, też chciałam poznać kochanego mężczyznę wcześniej ale w życiu bywa różnie :( Zastanawiałam się długo czy chcę jeszcze wrócić do tego lekarza czy zmienić klinikę. Postanowiłam zaryzykować jeszcze raz. Zobaczymy jak będzie tym razem a potem zdecydujemy. Dziś 26 dc, czekam na @ a potem od 3. do 7. dc Clostybelgyt 2 x 2. Najważniejsze żeby mieć nadzieję. Pozdrowienia dla wszystkich walczących jak my, którzy przeżywają te same upokorzenia :*

9 września 2014, 12:13

Zaczynam nowy cykl. Jestem cała w nerwach. Znowu wizyty w klinice. Naprawdę myślałam że będzie to miejsce które da mi jakąś nadzieję. Ale niestety :( Takie nastawienie na pewno nie sprzyja naszym staraniom. Jestem pesymistką, mój mąż też, a tu jeszcze lekarz który nie wierzy w nas wogóle. Wiem że nie powinnam się tym przejmować, ale ja się po prostu boję że znowu coś nie zagra i znowu usłyszymy jakieś miłe słowa :( Tak jakbyśmy mieli jakikolwiek wpływ na ilość żołnierzyków czy na fakt wzrostu pęcherzyków w moich jajnikach :( Wczoraj się rozbeczałam bo szwagierka z którą mieszkam zapytała mnie jak my to robimy że tak dobrze się zabezpieczamy :( Zastanawiam się jak długo jeszcze to wytrzymam.

6 października 2014, 13:22

Dziś 2 rocznica naszego ślubu. Na pierwszą nie dostaliśmy naszego upragnionego prezentu, na drugą niestety też nie :( Jesteśmy po I inseminacji. Czekamy. Najgorszy czas z możliwych. Nie liczymy na zbyt wiele, bo to pierwsze podejście. Temperatura niby wyższa, ale jakieś dwa dziwne spadki w 4 i 10 dc. Cieszyliśmy się że po pierwszym falstarcie doszło wogóle do inseminacji. Jeśli się nie uda, mamy 1 cykl odpocząć, bo 2 cykle były stymulowane i lekarz boi się że może dojść do hiperstymulacji, zwłaszcza że w obecnym cyklu dostałam końską dawkę clo. Ta przerwa na pewno nam się przyda. M. od miesiąca przyjmuje zalecony przez androloga Proxeed i liczymy że pomoże. Wyniki przed ostatnią inseminacją były lepsze niż wcześniej, poprawiła się ilość oraz ruchliwość żołnierzyków z 20 do 56%. M. ma przyjmować Proxeed przez 6 m-cy. Jest bardzo drogi, ale zaryzykujemy. Musimy spróbować wszystkiego. W sobotę zrelaksujemy się mam nadzieję bo mamy wesele w rodzinie. Wreszcie, po 2 latach przerwy. Bardzo się cieszę, mam nadzieję że @ nie zepsuje mi przed weselem humoru.

27 października 2014, 15:40

Wytrzymałam z testowaniem do czasu po weselu. Mieliśmy gości nocujących z daleka więc byłam zabiegana i obiecałam sobie że wytrzymam, że nie chcę się dobijać kolejną I kreską przed imprezką. Przyjmowałam więc luteinę, duphaston i tak doczekałam do 17 dpo, 17 dnia wyższych temperatur. Wesele oczywiście bez alkoholu, nie jest to wielki problem dla mnie no ale się zaczęło tłumaczenie każdemu z osobna dlaczego nie piję :( Zaczęło się snucie domysłów, ale nie komentowałam tego, wytrzymałam. Nie wspomnę już, że przez ten brak alkoholu wszystko mnie bardziej drażniło. Wszystkie kuzynki wokół chwaliły się swoimi dzieciakami. Mąż nie mógł tego słuchać więc wychodził. Jak zostawiał mnie samą to było ze mną jeszcze gorzej. Miałam pretensje że mnie zostawia. Ja naprawdę rzadko piję, ale w czasie takich większych imprez potrzebują chociaż odrobiny rozluźnienia żeby zacząć się dobrze bawić. No ale nie tym razem. Bo może akurat się udało? Doczekałam tak do wielkiego dnia testowania. Poszłam na betę żeby już dłużej się nie łudzić niepotrzebnie, bo pewnie bym sobie wmówiła że test był wadliwy. Wynik bety niestety dopiero następnego dnia. Myślałam że będę już wiedziała, nastawiłam się psychicznie, a tu znowu czekanie. Wynik bety 0,1. Koniec złudzeń. Koniec nadziei. Odstawiłam leki, @ pojawiła się po 2 dniach. Czyli luteina i duphaston ją opóźniały, moim zdaniem podwyższały też temperaturę. Przynajmniej będę wiedziała na przyszłość, że temperatura nie daje mi żadnej gwarancji. Nie było bardzo wysoka ale jednak wyższa niż te dotychczas. Uświadomiłam sobie boleśnie, że jednak miałam nadzieję, mimo iż wmawiałam sobie że nic z tego nie wyszło, że przecież inseminacja za I razem udaje się bardzo rzadko. Ale nadzieja była. A uświadomiłam sobie to w momencie jak odebrałam wynik. Spojrzałam na kartkę i zabolało, wyszłam z labo i powoli wracałam do domu a łzy same płynęły. Nie mogłam ich powstrzymać. Wiedziałam że muszę się uspokoić bo nie mieszkamy sami i nikt w domu nie wie o naszych problemach. Wróciłam do domu, próbowałam rozmawiać o jakichś pierdołach i czekałam na powrót męża. Wiedziałam że się bardzo denerwuje tym wynikiem. Nie musiałam nic mówić, wystarczyło że na Niego spojrzałam. Miałam nadzieję że dostanie ode mnie w prezencie wieczorem maleńką parę bucików, które czekają w sklepie i które obiecałam sobie że kupię jak tylko zobaczę II kreski. Niestety w prezencie dostał moje łzy i kolejne rozczarowanie. Całe popołudnie i wieczór spędziliśmy razem, mimo że razem to strasznie samotni... Teraz odpoczywamy od stymulacji, potem jadę do kliniki po kolejną receptę na clo i ovitrelle. W następnym cyklu II inseminacja. Trzeba iść za ciosem. Jak długo? Tego nie wiem ....

31 października 2014, 11:35

Wczoraj zaliczyliśmy II wizytę u androloga. Tzn moja to był I ale męża II. Po pierwszej wizycie M. miał mieszane uczucia. Ale pan doktor przeprowadził z Nim długi wywiad, przejrzał wszystkie wyniki i zalecił Proxeed. Na kolejną wizytę kazał przyjechać z żoną po inseminacji. No więc pojechaliśmy. Tylko właściwie zastanawiam się po co. Pan doktor w zasadzie nic nowego nie wniósł. Mało tego podważył wyniki męża. Może nie tyle podważył ale zlecił zrobienie ich raz jeszcze w innym miejscu. O ile kolejne badanie nasienia może mieć sens, bo tak naprawdę robimy je cały czas w jednym miejscu, o tyle kolejne USG jąder już mnie zastanawia. Zwłaszcza że pan profesor który je wykonywał jest podobno wybitnym specjalistą w dziedzinie USG. Więc co jest grane? Cała sytuacja jest o tyle komiczna, że USG wykazało żylaki powrózków nasiennych prawego jądra - co nawiasem mówiąc nieźle nas wystraszyło bo podobno 95% ma po lewej stronie i prawe zawsze oznacza coś więcej - ale wg pana profesora są one tak niewielkie, że nie kwalifikują się do operacji. Teraz androlog podczas badania stwierdza, że żylaki są po lewej stronie. Dlatego powtórne USG. Zdecydowaliśmy, że zrobimy jeszcze te 2 badania i zobaczymy co dalej. Bo po wczorajszej wizycie mam bardzo mieszane uczucia, tak jakbyśmy tam wogóle niepotrzebnie pojechali :( Pogadaliśmy sobie z panem doktorem i w zasadzie to wszystko. A i jeszcze usłyszeliśmy, że nie każdemu da się pomóc. w 30% przypadków się nie udaje. Cenię taką szczerość, ale ja potrzebuję teraz kogoś kto mi pozwoli uwierzyć, że będzie dobrze. Bo to że jest źle i może być gorzej to ja wiem doskonale. Potrzebuję nadziei, a ciągle mi ją brutalnie odbierają ....

3 grudnia 2014, 11:33

Wczoraj znowu ból. Ból bo stwierdziłam że nie umiem się już cieszyć z powodzeń u innych. Miałam w pracy 2 koleżanki które już z nami nie pracują. Jedna odeszła sama, druga została zwolniona. Trzymałyśmy się razem, byłyśmy zawsze dla siebie, w każdej sytuacji życiowej. Dziewczyna która została zwolniona załamała się. Próbowałam Ją pocieszyć, że jak tylko wezmę ślub zaczynam ostre starania o Kropka i ona też się postara i będziemy sobie razem spacerować z wózkami. Mówiła że nigdy się już nie postara bo ma już dwójkę i to jej wystarcza. Rozumiałam. No więc Ona się nie starała i nawet nie chciała starać, ja się starałam od razu. Finał mojego starania po 2 latach wiecie jaki jest. Moja koleżanka NieStaraczka jest w 6 m-cu ciąży. Naprawdę się ucieszyłam, chociaż poczułam nutkę zazdrości i goryczy że my mamy tyle problemu a u nich wystarczyło odstawienie tabletek, których ja żeby było śmieszniej nigdy nie brałam. O ciąży koleżanki dowiedziałam się od 3 koleżanki. Zadzwoniła, że musimy Ją wesprzeć, bo ma problemy z nerkami i wylądowała w szpitalu. Zadzwoniłam. Pogratulowałam Jej ciąży, a Ona mi na to że Ona nie planowała tego dziecka:( Nie powiedziałam tego co w tym momencie pomyślałam. Powiedziałam natomiast o swoich problemach i obawach, że może się nigdy nie udać, a Ona mi na to, żebym nie panikowała że nawet nie będę wiedziała kiedy zajdę w ciążę. I że trzeba się udać do jakiejś dobrej kliniki a nie czekać. Zrobiło mi się przykro, fakt nie wie nic o tym że od roku jestem pod opieką kliniki, ale od razu wyrok, że nic z tym nie robię. Powiedziałam, że jest wielką szczęściarą i żeby zaczęła to doceniać, ale w odpowiedzi usłyszałam że faktycznie szczęściara z niej skoro przez 4 m-ce będzie chodzić z dziurką w brzuchu i cewnikiem. Ja oddałabym wszystko żeby móc chodzić z takim cewnikiem i żeby to był mój jedyny problem. Mogłabym leżeć plackiem przez 9 m-cy ze świadomością że czas szybko minie a nagroda jaka za to czeka jest wielka. Ale Ona tego nie rozumie. Dla niej problemem jest fakt że wykryto kamień i nie mogą go ruszyć bo za duże ryzyko. Dlatego ten cewnik. Nie twierdzę że to nie jest uciążliwe. Ale zabolało. Rozmowa skończyła się dziwnie. Prawie się pokłóciłyśmy. Mam teraz wyrzuty sumienia, bo w końcu nie powinnam jej teraz denerwować, ale nie mogłam tego słuchać :( Zaczynam się zastanawiać która z nas się tak bardzo zmieniła że nie potrafimy już ze sobą rozmawiać. Może jednak ja :(

5 grudnia 2014, 14:24

W zasadzie po wczorajszym dniu zastanawiam się czy nie powinnam zmienić tytułu mojego pamiętnika. Bo nie wiem czy powinnam pisać że jeszcze na coś czekam. Wczoraj mieliśmy trzecie podejście do inseminacji. Znowu powtórka z pierwszego razu. Nasienie męża nie kwalifikowało się do inseminacji :( Ilość plemników drastycznie spadła. Ruchliwość A 0%. 3 miesiące kuracji Proxeedem i taka niespodzianka. Czuję się jakbym była w czarnej dziurze. Lekarz powiedział, że powinniśmy zamrozić nasienie i poważnie zastanowić się nad in vitro. Do tej pory wykluczałam tą metodę, a teraz mam taki mętlik w głowie że już sama nie wiem. Oboje chcemy tego dziecka jak niczego na świecie. Patrząc wczoraj na mojego męża, zobaczyłam taki ból, że nie mogłam tego znieść. Wiedziałam że chce zostać tatą, ale nie sądziłam że tak bardzo. Lekarz wskazuje na in vitro bo to że ja nie mam już czasu wiedzieliśmy doskonale, ale fakt że mąż ma coraz gorsze wyniki jak to określił wskazuje na tendencję spadkową i nie chciałby żebyśmy w którymś momencie nie mieli już żadnej opcji. Tylko że my nie jesteśmy przekonani do in vitro. Mieliśmy nadzieję że inseminacja to będzie ostatnia skuteczna droga. Chciałabym zasnąć i nigdy już nie czuć tego co czuję teraz :(