Poznaj autorski program poprawy jakości komórek dla pacjentek przed leczeniem in vitro, z niską rezerwą jajnikową i słabą odpowiedzią na stymulację hormonalną.
Zapisz się i otrzymuj powiadomienia o
zniżkach, promocjach i najnowszych ciekawostkach ze świata! Jeśli interesują
Cię tematy związane z płodnością, ciążą, macierzyństwem - wysyłamy tylko
to, co sami chcielibyśmy otrzymać:)
O mnie: Mam 28 lat i z wykształcenia jestem inżynierem informatykiem. Obecnie pracujemy z mężem nad własną aplikacją.
Czekamy też na odbiór naszej nowej towarzyszki - spanielki bretońskiej, z którą zamieszkamy w nowym domu, powoli nabierającym już kształtów.
Dziecko jest dla nas dopełnieniem marzeń o ciepłym, głośnym domu na wsi.
Czas starania się o dziecko: Od października 2024
Moja historia: 2024 rok był dla nas początkiem realizacji największych marzeń.
Wraz z wiosną rozpoczęliśmy budowę wymarzonego domu na wsi. Latem, w lipcu, wzięliśmy ślub, a dwa miesiące później odstawiłam antykoncepcję hormonalną. Wszystko układało się dobrze — organizm zdawał się łagodnie wracać na dobre tory, wstępne badania wyszły wzorowo, a ja po kilku miesiącach przerwy znalazłam nowy, dobrze zapowiadający się projekt zawodowy. Wydawało się, że wszystko zaczyna się układać.
Niestety początek kolejnego roku przyniósł rozczarowanie, stres i frustrację.
Firma, z którą współpracowałam, okazała się koszmarem — doświadczałam mobbingu, poczucia winy i obserwowałam, jak w nieprzyjemnej atmosferze zrywają umowy z kolejnymi osobami. Przemęczona nadgodzinami, chaosem obowiązków i brakiem stabilizacji, coraz trudniej znosiłam kolejne pojedyncze kreski na testach ciążowych.
Na domiar złego, dwa lata po zakończeniu terapii izotretynoiną, powrócił trądzik — razem z nim niska samoocena i narastający stres.
W końcu z ulgą zakończyłam współpracę, dając sobie czas na oddech i reset.
Mimo to skóra nadal się buntowała, a testy wciąż pozostawały negatywne. Z czasem doszły też problemy ze znalezieniem nowego projektu, co jeszcze bardziej podkopało moje poczucie wartości.
Podstawowe badania wypadają dobrze. Poza niską ferrytyną i lekko podwyższoną prolaktyną, nic nie zwraca szczególnej uwagi. Owulacje występują naturalnie, pęcherzyki rosną i pękają, a progesteron 7 dpo wyglądał obiecująco. Wyniki seminogramu również są prawidłowe.
We wrześniu przeszłam HSG — oba jajowody są drożne.
Mimo to coraz częściej łapię się na tym, że dalsza diagnostyka mnie przeraża. Nie wiem, czy mam na nią siłę...
Moje emocje: Mam wrażenie, że utknęłam w niekończącym się cyklu nadziei i rozczarowań.
Przez pierwsze dwa tygodnie cyklu pozornie żyję swoim życiem — cieszę się postępami na budowie, poświęcam czas ogrodowi, korzystam z chwil spokoju.
A potem przychodzi owulacja... i czuję, jak znowu tracę siebie.
Nie potrafię skupić się na niczym poza tematami staraniowymi. Analizuję każdy objaw, każdy skok czy spadek temperatury. Rezygnuję z treningów, bo „a nuż zaszkodzę implantacji”. Po raz kolejny słucham tych samych podcastów o płodności, które znam już prawie na pamięć.
Później przychodzi dzień testu — i kolejny negatywny wynik.
Wściekam się, bo nie mam pracy, nie mam dziecka, a w zamian mam trądzik, którego nawet nie mogę leczyć, bo wszystko, co działa, jest teratogenne.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja wciąż mam nadzieję.
Chciałabym ją całkiem stracić — tylko po to, żeby przestało tak boleć, gdy znów się nie udaje.
W sobotę po raz pierwszy rozpłakałam się po bieli na teście. Nie od razu - pierwsza reakcja była chłodna i racjonalna, smutek przyszedł za chwilę, razem z głębokim poczuciem niesprawiedliwości. W bliskim otoczeniu niedawno dwie pary ogłosiły wczesną ciążę, moja przyjaciółka niedługo będzie rodzić, a my stoimy w miejscu. A najbardziej przeraża mnie wizja pogłębionej diagnostyki, na którą wcale nie mam siły. Czuję, że te starania ograbiają mnie ze spontaniczności, z życia. HSG w poprzednim cyklu narobiło mi nadziei, może dlatego ta biel była trudniejsza do zaakceptowania...
Dziś jest już lepiej, już drugi dzień spędziłam na budowie. Chciałabym jeszcze podjechać i uporządkować ogród, bo ostatni wiatr pozrywał włókninę zabezpieczającą moje cudne sadzonki głogowników.
Jakoś ten cykl zaczął się wyjątkowo spokojnie. Brzuch tylko delikatnie pobolewa i 3dc już nie potrzebuję leków, a poprzednie dwa dni mocno je ograniczyłam. Poza tym, zgodnie z zaleceniem dermatologa, przez pierwszą połowę cyklu zamieniam clindacne na duac i muszę przyznać, że na razie po tych trzech dniach jest lepiej. Może to kwestia uspokojenia się hormonów, ale tak czy inaczej jest to jakieś światełko w tunelu.
Na początku przyszłego tygodnia będą robione wylewki w domu - nie mogę się doczekać! W końcu zamiast styropianu będę mogła wybierać płytki.
Do suplementów dorzuciłam inofolic combi i laktoferynę - jestem ciekawa efektów.
Jestem dzisiaj jakaś taka meh... Nie mam ochoty na nic i trudno mi się zmobilizować do czegokolwiek.
15 dc, śluz nie zachwycał już w kolejnych dniach, chociaż jeszcze się pojawiał razem z wodnistym. Wczoraj chyba była owulacja, chociaż akurat dziś zawaliłam mierzenie temperatury, więc jest średnio wiarygodna.
Już się zaczynam niepokoić, że po raz kolejny się nie udało...
23dc, 9dpo
Temperatura dziś skoczyła w górę, wygląda to tak ładnie, że w nią nie wierzę. Boję się fałszywej nadziei, więc zabijam w sobie każdą optymistyczną myśl. Poza tym to może być jakaś infekcja. Wszystko jest jak w każdym innym cyklu, napięcie w podbrzuszu od kilku dni.
Ale ale, 7dpo robiłam badania i przynajmniej insulinooporność odpadła. Wyniki ogólnie bardzo dobre, ferrytyna delikatnie wzrosła, ale nadal potrzebuję suplementacji, także wracam do żelaza. W przyszłym cyklu planuję zbadać androgeny.
– Glukoza: 81,00 mg/dl
– Insulina: 6,10 µIU/ml
– HOMA-IR: ~1,22
– Ferrytyna: 35,02 ng/ml
– Estradiol: 98,70 pg/ml
– Progesteron: 21,50 ng/ml
Coraz bardziej boję się inwazyjnej diagnostyki pod kątem endometriozy... Unikam tego za wszelką cenę, ale kończą mi się inne opcje.
Okazuje się, że załapaliśmy się na darmową konsultację w klinice Invicta. Całkiem fajnie się to złożyło, bo mamy świeżutkie wyniki seminogramu, który wyszedł słabiej niż pół roku temu. Jestem kinda podekscytowana.
Wizyta w Invicta - jak widać po długiej przerwie we wpisach - rozpoczęła zupełnie nowy rozdział w naszych staraniach, choć, co ciekawe, w zasadzie niewiele wniosła.
Sama wizyta była dość... Dziwna. Niewiele się dowiedzieliśmy, USG było zrobione dość szybko, a lekarz nawet nie chciał przejrzeć płytki z HSG. Zostaliśmy jednocześnie skrytykowani za brak badania AMH i pochwaleni za szczegółową diagnostykę. W każdym razie werdykt był szybki i konkretny: jesteśmy superzdrową parą, problem musi być jakiś głębszy, szkoda czasu na diagnostykę - in vitro. Na pytanie o przewlekły stan zapalny lub endometriozę dostałam odpowiedź, że szansa, że mam endometriozę nie jest większa niż 1%.
Jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się na wizytę kwalifikacyjną na luty. Nie byłam zaskoczona taką propozycją, ale mój mąż musiał się z tym oswoić.
Mimo wszystko ciągle coś mi nie grało, czułam potrzebę poznania problemu, więc zapisaliśmy się do Gamety, do której mamy znacznie bliżej. Tam wizyta przebiegła zupełnie inaczej. USG było robione bardzo szczegółowo, trwało długo i było dość bolesne. Lekarz znalazł mięśniaka, o którym nie miałam pojęcia, dwa potencjalne ogniska endometriozy i torbiele przy strzępkach jajowodów. Byłam w totalnym szoku, bo wizyty u ginekologów odhaczałam regularnie, a wszystkie te informacje były dla mnie nowością. W związku z tym oczywiście odwołaliśmy wizytę w Invicta, wdrożyliśmy dietę przeciwzapalną, zrobiliśmy wymazy MUCHa i wykonaliśmy biopsję endometrium. Wszystko wyszło bardzo dobrze, więc głównym sabotażystą wydają się być torbiele przy strzępkach, które prawdopodobnie mechanicznie blokują przechwycenie komórki.
Koniec końców po tych trzech miesiącach jesteśmy w zasadzie w tym samym punkcie, w którym byliśmy wychodząc z invicty, ale czuję się zaopiekowana i spokojniejsza po zmianie lekarza.
Jesteśmy już po pierwszych badaniach już z projektu rządowego i pojutrze jedziemy na kolejną wizytę, podpisać umowę... Liczę na receptę na leki stymulujące i rozpoczęcie procesu.
Szósty dzień stymulacji. Pierwsza kontrola była trochę za wcześnie, jeszcze dużo się nie działo.
Wczoraj obudziły mnie silny ból głowy i mdłości, tuż przed podaniem zastrzyków wymiotowałam jak kot. Trudny dzień na pierwsze zetknięcie z orgalutranem, ale poszło dobrze.
Mocno czuję jajniki, mam nadzieję, że nie każą nam zbyt długo czekać do punkcji. Jutro kontrola, pewnie wyznaczą nam termin
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 kwietnia, 17:13
Na prawym jajniku 8 pęcherzyków 15mm, na lewym lider 17mm, kolejny 15mm i kilka mniejszych 13/14mm.
Na szczęście migrena już nie wróciła, a mdłości są delikatne. Dyskomfort w podbrzuszu rośnie, ale nie jest źle. Pojutrze, w piątek, kontrola, a punkcja prawdopodobnie w poniedziałek
Kolejne USG pokazało 12 pęcherzyków na prawym jajniku i 5 na lewym, wszystkie 16-17mm. Jutro rano ostatnie zastrzyki bemfoli i orgalutrana, a wieczorem trigger: dwie ampułki gonadopeptylu. Wszystko wygląda naprawdę dobrze, w poniedziałek punkcja!
W dniu punkcji czułam się już *naprawdę* pełna. Sam zabieg był w porządku, ale czuję dyskomfort związany z amnezją wsteczną po przebudzeniu. Nie pamiętam, jak szłam na łóżko ani co mówiłam, mam jakieś strzępki rozmowy z panią anestezjolog. Pierwsze wyraźne wspomnienie, gdy obudziłam się już na dobre, to pytanie pani pielęgniarki czy wszystko poszło okej - w odpowiedzi usłyszałam, że pytam już czwarty raz, oni te zabiegi wykonują rutynowo JEST OK i ona już nie chce tego więcej słuchać. Nie bardzo wiem dlaczego, ale podniesiony głos sprawił, że się popłakałam i już do końca dnia byłam taka rozchwiana emocjonalnie.
Pobrano 6 komórek dojrzałych, gotowych do zapłodnienia.
Przez to, że planowaliśmy zapłodnić 9, czuję jakiś dziwny strach, że to słaby wynik i powinno być więcej, mimo że dobrze wiem, że większe znaczenie ma jakość.
Jutro mam oczekiwać na pierwszy telefon od embriologa. Przez 10 dni mam przyjmować duphaston, a później wizyta w pierwszych dniach nowego cyklu.
Czuję się dobrze, chciałabym już wrócić do ćwiczeń, ale jednak brzuch trochę pobolewa przy gwałtowniejszych ruchach a nawet podczas noszenia zakupów.
18.05 transfer!
A dzień później Metallica w Chorzowie. Ostatnio byliśmy na ich koncercie 3 dni po ślubie, wygląda na to, że towarzyszą nam w ważnych momentach:D
Treści zawarte w serwisie OvuFriend mają charakter informacyjno - edukacyjny, nie stanowią porady lekarskiej, nie są diagnozą lekarską i nie mogą zastępować zasięgania konsultacji medycznych oraz poddawania się badaniom bądź terapii, stosownie do stanu zdrowia i potrzeb kobiety.
Korzystając z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na użycie plików cookies. W każdej chwili możesz swobodnie zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich zapisywaniu.
Dowiedz się więcej.