X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki starania Nasza historia
Dodaj do ulubionych
1 2 3

26 kwietnia, 14:31

Jestem już po USG wykluczającym endometriozę. Pani doktor, która wykonywała badanie pracuje również w klinice leczenia niepłodności, więc chciałam przy okazji zasięgnąć jej opinii. Po przejrzeniu raportów z punkcji było mocno zdziwiona wynikiem. Zapytała mnie czy nie myślałam o mezoterapii jajników osoczem bogatopłytkowym. Oczywiście, że myślałam, ale moja Pani doktor tego nie zasugerowała, a na maila w tym temacie nie odpisała. Ta Pani doktor wytłumaczyła mi działanie tego zabiegu i powiedziała, że może warto spróbować. Nie kłóci się to z przyjmowaniem hormonu wzrostu, więc nie musiałabym odwlekać tego w czasie. Ucieszyłam się z tego pomysłu, bo chodziło mi to po głowie, ale brakowało mi opinii lekarza, który popchnie mnie w tym kierunku. Nikt oczywiście nie daje gwarancji sukcesu, ale rozmowa z lekarką zapaliła malutką iskierkę nadziei i czuję, że muszę spróbować. Cena zabiegu wraz ze znieczuleniem to 3000 zł. Dużo, ale stwierdziłam, że wolę wydać te pieniądze na zabieg, który może mieć realny wpływ na mój organizm, niż na badanie genetyczne, które nic nie zmieni. Czeska klinika zasugerowała zbadanie genu LHCGR. Nie znalazłam miejsca, gdzie mogę zbadać tylko ten jeden gen. Jest jedno miejsce, ale daleko, więc doliczając koszty dojazdu, to się po prostu nie opłaca. Znacznie bliżej jest laboratorium, gdzie oferują badanie ok. 150 genów związanych z płodnością. Cena tego badania to 2700 zł. Byłam skłonna za nie zapłacić, ale w tej sytuacji wolę te pieniądze przeznaczyć na PRP. Pewnie te geny też zbadam, bo jeśli zdecydujemy się na Czechy to nie chcę, żeby to wyglądało tak, że nie wykonuję zaleceń lekarza, ale w tym momencie muszę wybrać, bo to są duże kwoty. Nie wiem czy dobrze robię, ale tak podpowiada mi intuicja.

Pani doktor zapytała mnie też czy robiłam badanie na Zespół łamliwego chromosomu X. Powiedziała, że warto to zbadać, bo w przypadku tej mutacji konieczne jest badanie zarodków, gdy uda się nam je w końcu uzyskać. Ta mutacja genetyczna szczególnie niebezpieczna jest dla chłopców, ponieważ wiąże się z upośledzeniem umysłowym. Wiedziałam o tym badaniu, bo na naszym wątku były dziewczyny, które je wykonywały, ale nie przyszło mi do głowy, żeby zbadać to u siebie. Po wizycie od razu poszłam oddać krew na badanie. Gdyby okazało się, że posiadam tę mutację to na pewno łatwiej byłoby mi podjąć decyzję o KD. Wyniki mają być do trzech tygodni. W międzyczasie muszę zrobić jeszcze AOA i ANA. Ciągle odwlekam to w czasie, a przecież konsultacja z immunologiem już coraz bliżej.

Tego samego dnia, w którym byłam na wizycie u innej Pani doktor, odezwała się do mnie moja lekarka. Dziwny zbieg okoliczności. Na wizycie powiedziałam kto jest moim lekarzem prowadzącym, więc zakładam że się zdzwoniły w moim temacie. Trochę mi z tym dziwnie, że dwie lekarki zastanawiają się nad moim przypadkiem. Moja lekarka prowadząca zasugerowała, że może IVM przyniosłoby lepsze efekt, ale w ich klinice tego nie robią. Czeka na odpowiedź embriologa, która klinika się w tym specjalizuje, bo nie chodzi tu o klinikę, która wykonuje IVM, ale o taką, która robi to z sukcesem. Odebrałam tę wiadomość, jakby Pani doktor chciała mi powiedzieć, że nie warto próbować już u nich. Z jednej strony jestem wdzięczna, bo skoro za wszystko musimy już płacić sami, to może nas to uchronić przed dużymi wydatkami, a z drugiej - mam mętlik w głowie i nie wiem co robić, w którą stronę uderzyć po pomoc. Pani doktor wspomniała też, że najlepszym rozwiązaniem byłoby Capa IVM. Poczytałam o tym, jest to innowacyjna procedura, ale wykonywana tylko w kilku miejscach na świecie. Myślę, że szybciej zdecyduję się na KD niż polecę do USA czy Australii na procedurę, która może zakończyć się tak, jak poprzednie.

To najtrudniejszy czas naszych starań. Ciągle dowiaduję się o kolejnych ciążach wśród znajomych. Zdrowe ciąże u osób z nadwagą, różnymi chorobami i nałogami. Już dawno się przekonałam, że to nie ma żadnego znaczenia, ale dalej się nie pogodziłam z tą niesprawiedliwością.

1 maja, 12:23

Jak zwykle, nie może być standardowo. Nic z tego nie rozumiem. ANA 1 i ANA 2 dodatnie, ale wszystkie ANA 3 ujemne. Dobrze, że wizyta z immunologiem już za tydzień.
Screenshot-20250430-181156-Word.jpg
Screenshot-20250430-181149-Word.jpg

5 maja, 11:15

Gdy wspominałam Pani doktor, że planuję zrobić badanie AOA powiedziała, że miała w swojej karierze tylko jedną pacjentkę, której wynik wyszedł dodatni. Jestem druga 💁🏼‍♀️

Screenshot-20250505-103302-Word.jpg
Screenshot-20250505-103401-Word.jpg

9 maja, 22:18

Dzisiaj odbyła się moja wyczekiwana konsultacja z immunologiem, dr MJ. Pani doktor zrobiła na mnie baaardzo dobre wrażenie - sympatyczna, profesjonalna, a przy tym bardzo ludzka.

Na początku omówiła wyniki moich kirów - według niej, z tych ważnych, brakuje mi najważniejszego - 2DS3. Tu oczywiście wjedzie Accofil, ale w innym dawkowaniu niż dotychczas. Na razie jednak nie skupiamy się na tym, bo kiry odpowiadają za implantację, której bez prawidłowych komórek i tak nie będzie. Cieszę się jednak, że zauważyła ten problem, bo może nas to uchronić przed nieudanymi transferami, jeśli do nich dojdzie. Strata tak wywalczonych zarodków z powodu złego dawkowania leków bolałaby podwójnie.

Druga kwestia - mutacja MTHFR, która może powodować wzrost homocysteiny, co z kolei zwiększa ryzyko poronień. U mnie na szczęście homocysteina idealna, więc to mamy z głowy.

Moje wyniki ANA są dwa razy wyższe niż dopuszczalna norma. Typ świecenia ziarnisty nie zawsze ma znaczenie kliniczne, z kolei ten cytoplazmatyczny wskazuje na toczący się proces autoimmunologiczny i wymaga leczenia. Zapytałam czy to częste, że ANA1 i ANA2 są dodatnie, a ANA3 ujemne. Podobno całkiem często się to zdarza, a to, że ANA3 są u mnie ujemne to akurat dobra wiadomość. Przeciwciała w ANA3 wskazują na konkretne schorzenia, które u mnie są wykluczone. Przeciwciała przeciw antygenom jajnika (AOA) również wymagają leczenia. Pani doktor potwierdziła, że te wyniki mogły wpłynąć na wyniki punkcji. Wystawiła mi receptę na Hydroxychloroquine. Mam najpierw brać po jednej tabletce, a jeśli nie będzie skutków ubocznych to zwiększyć dawkę do dwóch tabletek na dobę.

Temat mezoterapii jajników odstawiłam na bok, bo nie wiedziałam jakie będzie podejście Pani doktor po zobaczeniu wyników. Ku mojemu zaskoczeniu Pani doktor sama zasugerowała ten zabieg. Doktor MP jest ostrożna w tym temacie, bo nie ma badań na skuteczność PRP przy dobrym AMH. Z kolei doktor MJ powiedziała, że jest pozytywnie nastawiona do wszystkich innowacyjnych metod, które mogą poprawić jakość komórek. Nie mam aktualnych wymazów MUCHa, więc nie wiem czy zdążę z badaniami, by wykonać PRP w najbliższym cyklu, ale wiem już na pewno, że chcę spróbować.

Leków starczy mi na cztery miesiące. Po trzech miesiącach leczenia mam się umówić na kolejną konsultację. Po dwóch/trzech miesiącach mam zbadać cytokiny i subpopulacje limfocytów, bo tych badań jeszcze mi brakuje.

Jestem zadowolona z tej konsultacji. Mam plan, więc jest mi łatwiej. Pani doktor nie odebrała mi nadziei na genetyczne dziecko, a tego bardzo się bałam. Powiedziała nawet, że zdarzają się jej pacjentki, u których zastosowanie Hydroxychloroquine wystarcza i zachodzą w ciążę naturalnie. Takie cuda się zdarzają, ale nie mnie. Myślami jestem przy kolejnej procedurze. Oby ten zmasowany atak (hormon wzrostu, PRP, leki immunologiczne) dał pozytywny efekt. Zniosę wszystko, ale niech ta moja walka ma sens. Niech zakończy się wygraną 🙏🏻
Screenshot-20250509-215635-Instagram.jpg

26 maja, 11:15

Trzeci rok starań. Trzeci raz otrzymuję tego maila. Za każdym razem wyciska łzy. Czuję każde słowo całą sobą.

"Czuję szybsze bicie serca, jakby miało przyjść mi za chwilę weryfikować deadline w mojej głowie.
Czy będę w ciąży, czy będą Mamą?
Może za rok ten dzień wypełni ciepłem moje serce?
Moja codzienność to smak pragnienia.
Niewidzialny ciężar, który przygniata duszę tak mocno…
„Słaba, ale udźwignie”.
Każdego dnia zmierzam do Ciebie, a w kieszeni niosę strach, że może nigdy.
Nie tak wyobrażałam sobie tę drogę.
Ale jakaś część mnie wierzy, że kiedyś mój świt stanie się Twoim świtem.
Moje niebo będzie Twoim niebem.
Jesteś tam, dlatego niosę ten ciężar i strach.

Dla Ciebie walczę, do Ciebie idę.

Jesteś, inaczej by mnie tu nie było.
Wspinam się, podążam, wymykam myślom, że może nigdy.

Całą sobą, z duszą i ciałem zmierzam, po ten niedbały bukiet stokrotek, który kiedyś przyniesiesz mi w swoich małych rączkach."

27 maja, 19:05

Wczorajszy dzień był dla mnie trudny - wdzięczność za to, że mogę spędzić ten dzień z moją kochaną mamą, mieszała się z uczuciem żalu, że być może nigdy nie będzie to moje święto.

Wczoraj trochę popłakałam, a dziś znowu podjęłam rękawice. Wczesnym rankiem pojechaliśmy z mężem do kliniki, gdzie miałam wykonaną mezoterapię jajników. Wszystko odbyło się bezboleśnie, personel był przemiły, a ja czułam się zaopiekowana. Wprawdzie jestem lżejsza o kilka tysięcy, ale jeśli to na mnie przybliżyć do zostania mamą, to nie żałuję ani złotówki. Zabieg przeprowadzała ta sama Pani doktor, która wykonywała mi USG pod kątem endometriozy, bo to ona jako pierwsza zasugerowała, że warto rozważyć mezoterapię jajników. Niestety nie miałam możliwości, by porozmawiać z Panią doktor, ponieważ przyszła chwilę przed zabiegiem, a ja chwilę później odpłynęłam w narkozie. We wtorki Pani doktor nie przyjmuje w klinice i była tam tylko po to, by wykonać mi zabieg. Doceniam bardzo. Pani rejestratorka przekazała mi, że za sześć tygodni mam zbadać AMH i umówić się na wizytę. Wynik AMH nigdy nie był moim problemem, ale trochę się stresuję, jak wygląda po dwóch punkcjach. W moim przypadku mezoterapia ma podnieść jakość oocytów. Nie sprawdzimy tego inaczej, niż podchodząc do kolejnej procedury. Jestem w 90% przekonana, że odbędzie się ona w Czechach. Nie dam rady próbować kolejny raz w tym samym miejscu. Potrzebuję świeżego spojrzenia na nasz przypadek.

A tak wyglądała sala, na której dziś leżałam 🍍
Air-Brush-20250527145012.jpg

6 czerwca, 19:25

Dwa dni po mezoterapii naszły mnie nagle myśli, które zamąciły mi w głowie. Czy na pewno to był dobry moment na zabieg? Przecież dopiero co stwierdzono u mnie przeciwciała przeciw antygenom jajnika. Czy to nie wpłynie na skuteczność zabiegu? I tu wchodzi mój główny lekarz prowadzący (z przymrużeniem oka oczywiście) - Chat GPT. Według niego 18 dni od rozpoczęcia leczenia do zabiegu to za krótki czas, by lek zaczął działać, bo Hydroxychloroquine działa powoli. Eh, no skąd miałam wiedzieć. Skoro immunolog, widząc moje wyniki, pyta mnie czy, nie myślałam o mezoterapii jajników, to nie wpadłam na to, że może lepiej byłoby jeszcze zaczekać. Pani doktor chyba o tym nie wspominała, bo raczej bym zapamiętała. Nie chciałam dłużej odwlekać tej decyzji, ponieważ mezoterapia też potrzebuje czasu - pierwsze efekty są widoczne zazwyczaj po 6 tygodniach. Może za bardzo się nakręcam. Nie mogę przecież przekreślać swoich szans na podstawie opinii wyrażonej przez sztuczną inteligencję. Zapytam o to Panią doktor, ale wizytę mam dopiero w lipcu.

Od dziś włączyłam Encorton. Pani doktor wspominała o nim podczas telekonsultacji, ale potem stwierdziła, że Hydroxychloroquine powinno wystarczyć. Zostawiła mi jednak otwartą furtkę i postanowiłam z niej skorzystać, by jak najbardziej ogarnąć mój układ immunologiczny przed kolejną stymulacją. Boję się, że to leczenie nie pomoże i znowu będę musiała przechodzić przez piekło. Jak pięknie byłoby zajść w ciążę naturalnie. To sfera marzeń nie do spełnienia, ale o ile prościej byłoby dowiedzieć się o ciąży, bo spóźniałby się okres. Nie musieć pakować w siebie hormonów, podchodzić do punkcji i czekać z przerażeniem czy telefon nie zadzwoni znowu przedwcześnie. Gdyby tylko ktoś mi obiecał, że to wszystko ma sens..

Jestem ostatnio zagubiona i przygnębiona. Myślę, że duży wpływ na moje samopoczucie miały niedawne święta - Dzień Matki i Dzień Dziecka. Jest we mnie mnóstwo żalu do losu, poczucie niesprawiedliwości, złość i bezsilność. Czasem mam ochotę się poddać, ale nadal nie potrafię sobie wyobrazić życia bez dziecka. Czasem chciałabym po prostu zniknąć – by nie musieć już udawać, że wszystko gra, gratulować kolejnych ciąż i szukać wymówek, by nie uczestniczyć w kolejnym baby shower. Nie mam ochoty odpowiadać na pytania "co u Was?". Już od dawna nie odpowiadam na nie szczerze. Jak wytłumaczyć w kilku zdaniach, co się dzieje w naszym życiu od trzech lat? Czuję też dziwną niechęć do rozmów z osobami, które są świeżo po ślubie. Boję się tego, co mogę od nich usłyszeć. Wiem, że pojawienie się dziecka to naturalna kolej rzeczy i to nie jest niczyja wina, że to akurat nas dotknęła niepłodność. Po prostu nie mieści mi się w głowie, że wystaczy uprawiać seks, by zajść w ciążę. Szczęściarze. Jak dobrze byłoby nie wiedzieć tego wszystkiego, co już wiemy i żyć beztrosko, jak kiedyś.

14 lipca, 19:49

Kolejny pierwszy dzień cyklu. Kolejny miesiąc bez cudu. I choć twierdzę, że takie cuda nie są dla mnie, to trochę się łudziłam, że może jednak. Dziś w miejsce tych okruchów nadziei pojawiły się myśli: "A co, jeśli nigdy?".

Na poprawę humoru otrzymałam dziś wynik piątkowego badania AMH - 3,83 ng/mL. Dwa pierwsze badania robiłam w klinice - w 2023 roku wynosiło 4,1 ng/mL, a w styczniu tego roku, przed rozpoczęciem pierwszej procedury - 3,7 ng/mL. Teraz badanie robiłam w innym laboratorium, więc ciężko jakkolwiek porównywać te wyniki, ale jestem naprawdę szczęśliwa, że mimo dwóch procedur i obecności przeciwciał atakujących jajniki, moje AMH nadal jest na bardzo dobrym poziomie. W środę mam konsultację z dr PS, która wykonywała mezoterapię jajników. To miała być wizyta kontrolna po zabiegu, ale udało mi się załapać na wizytę za symboliczną złotówkę w ramach miesiąca świadomości niepłodności, więc wezmę ze sobą całą naszą dokumentację medyczną, żeby pani doktor mogła wgłębić się w naszą historię. Być może rzuci nowe światło na naszą sytuację.

Konsultacja z immunologiem miała odbyć się 5 sierpnia. Termin zaklepałam już dawno, by wszystko zgrało się w czasie. W zeszłym tygodniu okazało się, że pani doktor w tym terminie będzie na urlopie i zapoponowano mi termin w drugiej połowie sierpnia. Nie chcę zaczynać kolejnej procedury bez konsultacji z dr MJ. Chcę poznać jej opinię, chcę mieć pewność, że leczenie jest wystarczające. Jest to dla mnie tym bardziej istotne, że nie przysługuje nam już refundacja i cała procedura jest odpłatna. Zadzwoniłam więc do kliniki, opisałam naszą sytuację, a kolejnego dnia otrzymałam telefon, że pani doktor wyznaczyła nam dodatkowy termin, jeszcze w lipcu. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem pani doktor. Nie zdążę niestety wykonać badań immunologicznych, które zleciła na ostatniej konsultacji. Parę dni temu gorzej się czułam i miałam podwyższoną temperaturę. Nieznacznie, ale koordynatorka potwierdziła to, co przeczytałam w internecie - w przypadku wystąpienia infekcji z podwyższoną temperaturą ciała, badanie należy wykonać po czterech tygodniach od zakończenia leczenia bądź ustąpienia objawów choroby. Co więcej, po zażyciu leków przeciwbólowych też trzeba odczekać, a że u mnie dziś pierwszy dzień cyklu, to nie obyło się bez tabletki przeciwbólowej. Badania muszę więc odłożyć w czasie, ale to nie szkodzi, bo one są nam potrzebne do ewentualnego transferu, a to na razie jest w sferze marzeń.

12 sierpnia, 19:47

Kolejna procedura wydawała się tak odległa, a właśnie się rozpoczyna. Dziś podałam pierwszy zastrzyk - Puregon w dawce 225 j. Kierując się intuicją, wybraliśmy czeską klinikę. I choć wiem, że Czesi nie są cudotwórcami, to bardzo wierzę w ich kompetencje i doświadczenie. W poniedziałek mam pierwszy monitoring, a przed punkcją muszę wykonać badania krwi i EKG. Trudno mi odnaleźć w sobie jakiekolwiek pozytywne emocje. Nie czuję podekscytowania jak za pierwszym razem. Doskonale wiem jaki może być finał tej procedury. Powiedzieć, że się boję, to jak nic nie powiedzieć.

Było we mnie dużo nadziei, że leczenie immunologiczne będzie tym brakującym puzzlem. Może tak właśnie jest, ale mam obawy, czy aktualne leczenie wystarczy, aby ta procedura przebiegła inaczej niż dwie poprzednie. Zgodnie z zaleceniami dr J. zbadałam subpopulację limfocytów i cytokiny. Pierwsze badanie wyszło trochę rozjechane - kilka parametrów powyżej normy, a komórki NK zaniżone. Czarna magia. Mogłabym poszukać informacji na forum albo w internecie, ale przyjmowanie leków immunomodulujących, wpływających na te wyniki, dodatkowo komplikuje sytuację. Cytokiny wyszły całkiem ok, ale wynik IL-6 dwukrotnie przekracza normę. Doczytałam, że to wskazuje na stan zapalny / chorobę autoimmunologiczną. Mój organizm ciągle z czymś walczy. W dniu badania, po południu, zaczęło boleć mnie gardło, ale czy to mogło aż tak wpłynąć na wyniki? Na podstawie jednego wyniku trudno cokolwiek przesądzać, ale te badania mocno namieszały mi w głowie. Boję się, że przeciwciała AOA nadal są aktywne i ta procedura skończy się podobnie jak poprzednie. Naprawdę wierzyłam, że te badania to tylko formalność — w końcu od tak dawna biorę leki, że immunologicznie wszystko powinno być już unormowane. Niestety, zawsze przed procedurą muszę otrzymać jakieś wyniki, które stawiają wszystko pod znakiem zapytania. Wczoraj jeszcze pisałam do dr J., by dowiedzieć się, czy z takimi wynikami mogę w ogóle rozpocząć stymulację. Pani doktor dała zielone światło, ale zleciła zbadanie cross-match. Czat GPT twierdzi, że: "Twoja lekarka podejrzewa, że proces zapalny i immunologiczny może być wynikiem niezgodności immunologicznej między Twoim organizmem a ewentualnym materiałem partnera". Jeszcze tego nam trzeba.

Mam żal do siebie, że nie zaczęłam wcześniej grzebać w immunologii. Intuicja już dawno podpowiadała mi, że to tam może być problem. Z drugiej strony, badania na własną rękę nie mają sensu, a ja wcześniej nie miałam podstaw, pomijając moją intuicję, by upatrywać się przyczyn naszej niepłodności w immunologii. Może powinnam się cieszyć, że w końcu coś w badaniach wychodzi nie tak. Dotąd wszystkie wyniki były idealne, a jednak z jakiegoś powodu ciąży nie było. Ucieszyłam się, gdy odkryłam te dodatnie przeciwciała AOA, ale teraz czuję się przytłoczona i zepsuta.

23 sierpnia, 17:59

Och, losie. Ile jeszcze razy jeszcze będziemy musieli to znosić? Trzecia procedura udowodniła mi dosadnie, że problemem nie był embriolab, tylko moje komórki. Dzisiejsza punkcja zakończyła się tak jak poprzednie, z tą różnicą, że informacje o komórkach dostałam jeszcze w klinice. Gdy przy moim łóżku stanęła polska koordynatorka wraz z lekarzem i usłyszałam, że "pani doktor chciałaby ustalić plan" to wiedziałam już wszystko. Pobrano 23 oocyty, ale większość zdegenerowała. Zostało 7 komórek, ale wyglądały słabo, lekarz embriolog nie mógł ocenić czy są one w ogóle dojrzałe. Od mojej decyzji zależało czy próbujemy je zapłodnić, czy kończymy procedurę. Zapytałam koordynatorkę o koszty w obu przypadkach. Gdybyśmy spróbowali, niezależnie od rezultatu, to koszt byłby wyższy o ok. 3000 euro. Poprosiłam jeszcze o rozmowę z embriologiem. Pani embriolog nie była zbyt optymistyczna, więc zdecydowaliśmy, że rezygnujemy. Zadecydowały przede wszystkim względy finansowe, ale też obawa o to, czy zarodki powstałe z takich komórek byłyby zdrowe.

Dalej utrzymuję, że pierwszy raz bolał najbardziej. Wtedy zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Teraz byliśmy świadomi, że sytuacja może się powtórzyć, mogliśmy się jedynie miło zaskoczyć. Słysząc dziś słowa koordynatorki o wynikach punkcji nie było we mnie emocji, nie chciało mi się płakać. W głowie miałam tylko myśl: "ku#wa, znowu". W drodze powrotnej milczałam, mój wzrok był pusty. Wszystko działo się jakby obok mnie. Najlepsze określenie na mój aktualny stan to: "dead inside". Ciężko mi zrozumieć sytuację, w której się znaleźliśmy. Chyba nie znam trudniejszej, bardziej nieoczywistej historii. Moje wzorowe wyniki badań, regularne miesiączki i comiesięczne owulacje nigdy nie pozwoliły mi pomyśleć, że problem może leżeć w moich komórkach. Prawie dwa lata walczyliśmy, myśląc, że przyczyną naszej niepłodności jest czynnik męski. Nigdy bym nie pomyślała, że przyczyna leży tak głęboko i właściwie dalej jest nieodkryta, bo przecież problem z komórkami musi mieć jakieś podłoże.

W przyszłym tygodniu mam konsultację z moją panią doktor, bo punkcję wykonywała dzisiaj inna lekarka. Zapytałam ją czy jest jeszcze coś, czego mogę spróbować. Wspomniała o ministymulacji, ale decyzję zostawia lekarzowi prowadzącemu. Czekam też dalej na wyniki cross-match'a i będę się konsultować z dr J. Nie wiem co dalej. Opcje się już kończą. W głowie coraz częściej pojawia się myśl o KD, ale wciąż mam wiele wątpliwości. Znam z forum tak beznadziejne przypadki, które zakończyły się ciążą z własnych komórek, że ciężko podjąć decyzję o zakończeniu walki o genetyczne dziecko. Ciężko się poddać, mając takie AMH, ale nie wiem na ile starczy mi jeszcze sił.

27 sierpnia, 10:17

Mamy już wynik cross-match'a - 56,6%. Ehh, jestem "uczulona" na własnego męża. Byłam zdrowa jak ryba, dopóki nie zaczęłam grzebać w immunologii. Wiem, że kiedyś brak określonej przyczyny niepłodności był dla mnie frustrujący, bo ciężko walczyć z niewidzialnym wrogiem, ale teraz jestem już naprawdę przytłoczona. Za dużo tego. Problem robi się coraz bardziej złożony.

Pokładałam ogromną nadzieję w dr J. Po wysłaniu jej moich wyników subpopulacji limfocytów i cytokin, pani doktor zleciła cross-match. Zapytałam ją, czy na czas stymulacji możemy podnieść dawki leków, bo jednak jakiś stan zapalny dalej jest i mój organizm jest ciągle w trybie walki. Odpisała, że wynik cross-match będzie decydujący i od niego zależy dalsze postępowanie. Gdy w końcu otrzymaliśmy wyniki miałam nadzieję, że ma na mnie jakiś plan. A jej plan to: konsultacja z ginekologiem i działania, by uzyskać choć jeden zarodek, a potem ustalenie planu leczenia, by zarodek nie został odrzucony przez mój organizm. Zapytałam więc, czy leczenie jest wystarczające skoro wyniki, pomimo przyjmowania leków, wskazują na stan zapalny. Odpisała, że immunologicznie robimy co się da. Ja tak nie czuję. Może jestem naiwna, może uczepiłam się tej immunologii niepotrzebnie. Może ona wcale nie ma wpływu na jakość moich komórek, ale jeszcze trochę podrążę. W poniedziałek mam konsultację online. Mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej, ale po tych wiadomościach mój entuzjazm opadł.

Umówiłam się na wizytę do doc. Paśnika. Wiem, że opinie o nim są różne - według niektórych działa schematycznie, inni mówią, że się wypalił. Ale ma też na swoim koncie ogrom sukcesów, a ja, zanim odpuszczę, muszę mieć poczucie, że zrobiłam wszystko. Najbliższe wolne terminy są w grudniu. Trochę daleko, ale spodziewałam się bardziej odległych terminów. Napisałam maila z prośbą o kontakt, gdyby coś się zwolniło. Pewnie lista oczekujących na szybszy termin jest długa, ale może akurat się uda.

Przeglądając dziś Instagrama, odwiedziłam dobrze znany mi profil o tematyce niepłodności. Oni swoją walkę już wygrali. Na instastory dotyczącym immunologii zauważyłam, że pierwszym punktem na liście badań było badanie przeciwciał przeciw komórce jajowej. Pomyślałam, że skoro lekarz zleca takie badanie, to może ma pomysł jak poradzić sobie z tym problemem. Napisałam do właściciela profilu, dosłałam namiary na tego immunologa i umówiłam konsultację online. Jeśli trzech niezależnych immunologów powie mi, że zrobiliśmy wszystko, wtedy w to uwierzę.
1 2 3