X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Nasze największe marzenie 👶🏼
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7

7 czerwca 2023, 22:01

Dziś.. wiele się zmieniło.

Przyszły wyniki kirów.
Mam kir AA. Najgorszy z możliwych. Brak mi wszystkich najważniejszych kirów implantacyjnych, odpowiedzialnych za wspieranie rozwoju zarodka. Natomiast mam mnóstwo tych hamujących, powodujących tendencję do poronień. Nigdzie nie widziałam tak beznadziejnego zestawu jak u mnie.
IMG-2125.jpg

Już dawno czułam, że coś jest nie tak.
Że to niemożliwe, że mając wszystkie wyniki w porządku nie zachodzę w ciążę.
Że nie poroniłam bez powodu.
Wielokrotnie słyszałam, że za bardzo się przejmuję. Za dużo o tym myślę. Że powinnam wyluzować, odpocząć od starań. Odpuścić.
Cieszę się, że nie odpuściłam.

Na szczęście jest na to lek - accofil. Ta cała kuracja jest jeszcze w trakcie badań, ale wielu dziewczynom pomógł.
Zapisałam się na monitoring, żeby mieć cykl pod kontrolą. Skoro accofil można stosować co najwyżej 3 cykle i później należy zrobić przerwę, muszę zmaksymalizować szanse. A właśnie jeden już zakończył się bez powodzenia. Testy w 9, 11, 12 i 13 dpo negatywne. Przedwczoraj przepłakałam pół dnia i musiałam oswoić się z poczuciem kolejnej straconej szansy.

Z tyłu głowy mam myśl, że ta ostatnia ciąża była cudem. I że każda kolejna też nim będzie, o ile w ogóle się przydarzy.
Może to czas pomyśleć o in vitro? Obstawić się lekami, mając pewność, że doszło do zapłodnienia?

Mam tysiąc myśli w głowie. Pokłóciłam się z mężem. Jestem nie do życia. To jest za dużo jak na jedną osobę.. Czuję, że nie daję rady..

25 czerwca 2023, 11:51

18dc, 3dpo

Niedzielę zaczynam z dobrym cappuccino i pucharkiem truskawek i bitej śmietany. Mąż poszedł spotkać się z kolegą, więc mam trochę czasu dla siebie i dla Was.

Dawno nie pisałam. Wyłączyłam się. Jejku, jak mi było dobrze. Jakoś na początku cyklu przeczytałam książkę poleconą mi tu na forum i zmieniła ona w dużym stopniu moje podejście do starań. Ta książka to "Wsparcie psychologiczne w niepłodności" Bogdy Pawelec, dostępna jest m. in. na legimi. Trafiłam na nią w świetnym momencie, załamana nieudanym cyklem, podłamana wynikami kirów. Wielokrotnie, po przeczytaniu jakiegoś zdania, zamykałam ją z myślą "wow, nigdy nie patrzyłam na to z tej strony", albo "to inni też mają takie problemy?". Wynika z tego, że tak. Że choć każda z nas jest inna, w tej całej walce przechodzimy przez identyczne emocje - niecierpliwość, strach, bezradność. Wielką nadzieję, która z hukiem upada pod koniec każdego następnego cyklu. Żałobę, którą przeżywamy co miesiąc od nowa, ale nawet nie mamy czasu otrząsnąć się z jednej, bo przychodzi druga. Żałobę za czymś tak bardzo niezrozumianym dla osób, które tego nie przeszły. Skoro utrata dziecka jest jednym z najbardziej traumatycznuch przeżyć, szczególnie dla kobiety, to my jesteśmy prawdziwymi siłaczkami, bo żegnamy się z naszymi dziećmi co miesiąc, równocześnie starając się żyć normalnie. Nie dziwne, że czasem opuszczają nas siły i dopadają gorsze dni.. Każda z nas ma prawo sobie na nie pozwolić.

Druga sprawa, o której myślałam, to instynkt macierzyński. Dotarło do mnie, że zaczęłam nienawidzieć czegoś, co nazwać można darem. Zawsze kochałam dzieci. Na wszelkich spotkaniach rodzinnych czy wakacjach byłam pierwsza do opieki nad młodszym kuzynostwem. W podstawówce kolędowałyśmy z koleżankami, żeby zebrać pieniądze na dom dziecka. Przy reklamach z niemowlakami szklą mi się oczy. Gdy jestem u kogokolwiek kto ma dziecko, mogę się nim zajmować cały wieczór, nosić na rękach. Uwielbiam patrzeć jak przewija się maluchy, kąpie, karmi. Chcę się tego uczyć. Czuję rolę mamy całym swoim sercem od kiedy pamiętam. A teraz? Teraz zaczęłam się karać za to, że za bardzo chcę dziecka. Zaczęłam się łapać na tym, że myślę o nim przez zaśnięciem i tuż po przebudzeniu. I wtedy dopadają mnie te okropne myśli "Może ty za bardzo chcesz? Wszystko leży w Twojej głowie, to twoja wina! Gdybyś tyle o tym nie myślała i tak bardzo nie chciała, już dawno byłabyś mamą!". Czasem trafi się jakaś koleżanka mówiąca "Moim zdaniem za bardzo się staracie", a pod filmem w internecie z dziewczyną pokazującą miesiąc w miesiąc negatywny test ciążowy jest pełno komentarzy w stylu "Kobiety same powodują w ten sposób napięcie. Odpuść, wyrzuć testy w kąt, a to się stanie".
To jest najgorsze uczucie ever, kiedy zaczynasz wierzyć, że niepłodność zgotowałaś sobie na własne życzenie.

Ale wiecie co powiedziała mi pewna Madzia z tego forum? Może mądra matka natura obdarzyła takim silnym instynktem macierzyńskim osoby, które będą mieć jakiś biologiczny problem ze spłodzeniem dziecka. Aby się nie poddały, tylko walczyły o przedłużenie gatunku.
Może to tak właśnie jest?
Dlaczego mam się karać za to, że chcę spełnić moją pierwotną potrzebę, taką, jaką jest sen czy pragnienie?
Powiedz głodnemu, żeby nie był głodny. To chyba dobrze obrazuje paradoks takiego myślenia..

W książce było coś jeszcze ważnego, a czytałam też tę informację już gdzieś indziej. Wiecie, że jednym z największych błędów par starających się o dziecko jest poleganie na aplikacjach monitorujących cykl? Ignorowanie sygnałów wysyłanych przez ciało, a sugerowanie się kalendarzykiem? Przecież kiedyś nie było takich wymysłów. Nie było termometrów do mierzenia temperatury. Nie było testów owulacyjnych. A jakoś nasi przodkowie umieli ocenić ten najbardziej płodny czas. Kobieta czuje się wtedy bardziej atrakcyjna, ma większe libido. Natura nie jest głupia i każda z nas podświadomie wie, kiedy jest najlepszy czas na zajście w ciążę. A my próbujemy wygłuszyć te znaki sugerując się jakąś aplikacją..

Odłożyłam książkę (może bardziej wyłączyłam telefon 😉) i stwierdziłam, że chcę w tym cyklu spróbować "po mojemu". Zobaczyć, czy to, o czym czytałam, ma odzwierciedlenie w rzeczywistości, czy to totalne bzdury. Stwierdziłam, że nie robię sobie stresu. Dziewczyny, ostatni cykl mnie tak bardzo przetyrał.. Jak dostałam okresu to siedziałam za biurkiem w pracy i nie mogłam ogarnąć łez. Przecież tak nie może być. To jest pierwszy krok do depresji czy czegoś dużo gorszego. Tamten cykl w ogóle był okropny.. Testy owulacyjne wyszły mi pozytywne w 12 dc, zero śluzu płodnego, żadnej ochoty na zbliżenia. Ustawiliśmy sobie z mężem budzik, żeby to zrobić, bo bez drzemki nie dalibyśmy rady. Popłakałam się po jednym stosunku, czułam taką presję, czułam, że tak się nie robi dzieci.. Nie chciałam tego powtórzyć w tym cyklu. Odetchnęłam. Od chyba 10 dc przyszedł mój stary dobry przyjaciel, płodny śluz. Dużo, dużo śluzu. Mąż zaczął mi się jakoś bardziej podobać, doceniałam jego obecność, często go chwaliłam, całowałam. I dawno nie usłyszałam tyle "kocham cię". Dawno nie rozmawialiśmy tyle przed snem. Ostatnio w nocy przeszła burza, więc otworzyliśmy na oścież okno i przegadaliśmy kilka godzin, powietrze pachniało deszczem, a w tle słychać było pioruny i szum wiatru. Poczułam się jak za starych, dobrych, nastoletnich czasów gdzieś na mazurach pod namiotem. Znów dużo było niewymuszonych przytulanek. Czułam po prostu, że to jest dobry czas. Zrobiłam kilka testów owu, bo muszę wiedzieć, kiedy podać leki, i premom oceniła peak na 3.11 - nigdy jeszcze nie widziałam takiej wartości. Chciałabym, aby każdy cykl tak wyglądał, bo bardzo się do siebie w nim zbliżyliśmy.

W książce mowa była też o ustaleniu planu. Tylko 5% par nigdy nie doczeka się dziecka. Większości uda się prędzej czy później. Ale czy te 5% par skazanych jest na bezdzietność? Nie! Przecież jest jeszcze adopcja. Podarowanie miłości dziecku, które bardzo jej potrzebuje. To mnie podbudowało. Zostanę mamą, bez względu na to, czy universum tego chce, czy nie. Pomyślałam nad jakimś planem, czymś, czego mogę się zaczepić. I chyba do końca roku spróbujemy naturalnie. Jeśli się nie uda, chciałabym przystąpić do procedury in vitro. Dojrzałam do tej decyzji i chcę spróbować naszych szans. Może szczęściu trzeba trochę dopomóc. Później zobaczymy. Ale już powiedziałam mężowi, że nawet jak będziemy mieli swoje dzieci, to chciałabym się zdecydować na adopcję i wykorzystać ten mój aktualnie znienawidzony instynkt macierzyński. Bo właśnie może jakieś maleńkie życie będzie go potrzebowało. Może to czas, aby spojrzeć na niego bardziej przychylnie?

Co do leczenia to konsultowałam z doktor wyniki kirów. Robiłam też morfologię 7 dni po tym pierwszym zastrzyku zarzio i leukocyty miałam tak niskie, jakbym w ogóle tego leku nie brała. One wręcz powinny być podwyższone. Doktor zwiększyła mi więc dawkę do 1 ampułki w owulację i 1/2 ampułki co 3 dni do miesiączki. Przedwczoraj wstrzyknęłam całą ampułkę (ostatnio trafiłam po tym na sor), ale tym razem nic mi nie było. Może organizm się przyzwyczaił. Udało mi się dostać jedno opakowanie od dziewczyny z ovu, za co bardzo, bardzo dziękuję. To takie piękne, że są jeszcze bezinteresowni ludzie. Obiecuję, że jak nam się uda, to też oddam wszystkie leki komuś, kto będzie ich potrzebował.

Przed nami ciekawe wakacje. Parę wesel, przyjęć rodzinnych, wypadów ze znajomymi. Pierwszy raz planując wakacje nie patrzyłam na kalendarzyk, tylko od razu powiedziałam "jedziemy". Skoro nie udało się przez dwa lata, to na pewno sytuacji nie zmieni wypity po owulacji drink. Jedyne czego się obawiam, to to, że wyjazd z dziewczynami wypadnie mi w terminie owu, ale najwyżej podziałamy w piątek i poprawimy w niedzielę po moim powrocie. A może cykl się totalnie przesunie i moje gdybania w ogóle nie będą potrzebne? Szkoda zdrowia na takie przepowiadanie przyszłości.

Apropos cyklu to prenacaps ovi skróciło mi go z 31 do 26-28 dni 😊 Może komuś się ta informacja przyda.

Nie wiem czy ten wpis był optymistyczny, ale chciałam, żeby taki był. Te przemyślenia naprawdę podniosły mnie na duchu i pomogły otrzepać się po poprzednim cyklu. Mam nadzieję, że progesteron i inne leki, które niedługo zacznę brać, nie spowodują u mnie burzy hormonalnej i kolejnego postu nie będę pisać spłakana. Życzę sobie trochę więcej spokoju i zachowania obecnej równowagi. Mam przecież plan, który głosi "Czy los chce czy nie, by było mi to dane, ja i tak kiedyś mamą zostanę!" 🤍

10 lipca 2023, 15:53

24 cykl walki
4 dc

Kochany pamiętniczku,

znowu długo nie pisałam. Nasze życie niedługo ma wywrócić się o 180 stopni i niestety nie jest to związane z nowym członkiem rodziny, a bardziej ze sprawami przeprowadzkowymi. Zaczynamy niebawem nowy, mam nadzieję lepszy rozdział. Myślałam, że wejdziemy już w niego jako rodzice, ale jednak los przygotował dla nas inne plany. Choć teraz musimy pozamykać wiele spraw, natłok obowiązków wcale nie powoduje, że przestałam myśleć o spełnieniu naszego największego marzenia.

Minął już drugi cykl starań na lekach po poronieniu. Niestety accofil nie pomógł mi zajść w ciążę, a plan, że powinno udać się w przeciągu 3 miesięcy powoli zaczyna się zacierać. Po accofilu (konkretniej zarzio, ale jest to mniej znany odpowiednik) czuję się kiepsko, bolą mnie wszystkie mięśnie i kości. Poprzedni miesiąc był jednak dość spokojny i mimo słabego samopoczucia nie opuszczał mnie dobry humor. Nadchodzący okres nie dawał o sobie znać, nie miałam ani PMSu ani plamień. Jednak biały test w 14dpo zamknął kolejną szansę i po ciepłej kąpieli zaczęłam nowy cykl.

Po stracie mój organizm się zmienił. Miesiączki są bezbolesne, a piersi od lutego nie bolały mnie ani razu. Trochę mnie to niepokoi i odbiera nadzieję pod koniec każdego cyklu.

W międzyczasie poprzychodziło trochę wyników. Wykluczyłam zespół antyfosfolipidowy, mutację czynnika V Leiden, protrombiny, antytrombiny oraz niedobór białka C i S. Zdaje się, że dochodzę do końca naszej diagnostyki i tak naprawdę oprócz kiru AA moje wyniki wychodzą naprawdę dobrze. Panią doktor zaniepokoiła jednak wysoka homocysteina, która wynosi ponad 15. Zdaje się, że polecany przez nią prenatal uno nie zdaje u mnie egzaminu i należę do niewielkiej grupy jej pacjentów, którzy mają niedobory witamin mimo ich suplementacji. Dostałam więc w zamian wskazanie do przyjmowania metafolinu, metylowanej witaminy B12, trimetyloglicyny, choiny, inozytolu, magne b6 i biotebalu. Nie wiem, czy teraz wieczorna porcja leków będzie mieściła mi się w garści.

Mój progesteron jest mierny, pomimo przyjmowania progesteronu besins i duphastonu w 7 dpo wynosił zaledwie 11 jednostek.

Jak się okazało, mam też nadmierną aktywność białka C, co w połączeniu z mutacją MTHFR 677CT, PAi 4G oraz z włóknikiem okołokosmówkowym, który wyszedł mi w badaniu histopatologicznym powoduje według doktor miejscowe zaburzenia krzepnięcia i problem immunologiczny w endometrium. Nie odstawiam więc ani heparyny, ani acardu.

Pod koniec tego cyklu mam też wrócić do encortonu, ale tym razem jeszcze większej dawki niż kiedyś. Ale nie, nie odstawiam prografu. Mam brać oba te leki jednocześnie.

Jestem zabezpieczona z każdej możliwej strony. Może na tych lekach moja ciąża by się utrzymała. Problem jest tylko taki, że u mnie nie tylko donoszenie ciąży jest trudne, ale i zajście w nią.

Rozmawialiśmy z mężem o temacie in vitro. Oboje stwierdziliśmy, że chcemy spróbować. Nie wiemy tylko jeszcze kiedy. 11 sierpnia mam termin na histeroskopię diagnostyczną z biopsją endometrium. Będziemy badać komórki NK w macicy, zerkniemy, czy nie ma zrostów. Dajemy sobie jeszcze parę cykli, ale jeśli nie stanie się cud, chciałabym podejść do procedury. Przeraża mnie wizja starań naturalnych i brania tych leków np. przez kolejny rok. Boję się o swoje zdrowie, o swoją odporność. Chcę być w przyszłości zdrową, silną mamą.

Ostatnio rozmawiałam z kuzynką. Chora tarczyca, kilka operacji, hulające PCOS, miesiączki występujące co kilka miesięcy. Diagnoza lekarza, że będzie miała ogromny problem z zajsciem w ciążę. Zaszła w 3 cyklu starań. A ja wychodzę z diagnozą "Jest pani zdrowa, piękne owulacje, piękne endometrium, wszystko jest dobrze". Wiadomo, cieszę się, że kuzynka nie przechodzi tego co ja. Tylko czasem nie rozumiem, dlaczego ktoś tam na górze wymyślił sobie, że my musimy tyle wycierpieć.

13 lipca 2023, 10:13

7dc
Momenty z życia staraczki.

Na codzień jest dobrze. Jakoś ten czas leci. Wakacje zaplanowane co do dnia, w każdy weekend gdzieś wyjeżdżamy. Wesela, chrzciny, wypady z przyjaciółmi, a później długi, wyczekany urlop. Żyję normalnie, jak gdyby te starania były gdzieś obok. Cieszę się z chwil z mężem, gdy odkładamy telefony i jesteśmy tylko dla siebie. Idziemy na spacer rozmawiając o tym, jak będzie wyglądał nasz dom. Snujemy plany na wspólną przyszłość. Ale czasem przychodzą momenty jak ten wczoraj, gdy w moich oczach mimowolnie szklą się łzy.

Spotkaliśmy się ze znajomymi, których ostatnio widzieliśmy w październiku. Przez ten czas tak dużo się wydarzyło.. Jednak na pytanie „co słychać?” mam dobrze przygotowaną odpowiedź: że pracy dużo, że czekamy do urlopu, że się budujemy. Bezpieczne tematy, o których łatwo się rozmawia. Gdy mąż się rozgaduje, mój wzrok ucieka w dal. Widzę parę z kilkumiesięcznym dzieciątkiem na rękach. Czy to moglibyśmy być my, gdyby nasze pierwsze dwie kreski przyniosły ze sobą nowe życie? Nasz pierwszy maluszek miałby teraz 7 miesięcy. Z sentymentem wpatruję się w tego aniołka i jego szczęśliwych rodziców. Nie zazdroszczę im, cieszę się tym pięknym widokiem.. Patrzę dalej – widzę szczęśliwe małżeństwo, obok którego stoi wózeczek ze śpiącym dzieciątkiem. Czy oni zdają sobie sprawę, że mają wszystko? Tworzą rodzinę, która może być dla mnie póki co jedynie pięknym snem.. Spoglądam dalej i dostrzegam kobietę w zaawansowanej ciąży. Czy to mogłabym być ja, gdyby nasza druga ciąża znaczyła coś więcej, niż dwie kreski na teście i morze wylanych łez? Byłabym dziś w 9 miesiącu ciąży i za chwilę miała termin porodu.. Wreszcie – gdyby nasze trzecie szczęście z nami zostało, kończyłabym kompletowanie wyprawki, a za dwa miesiące mogłabym je trzymać w ramionach.. A dziś.. Dziś jesteśmy w punkcie wyjścia, tak jak dwa lata temu. Nadal mamy siebie nawzajem, ale niesiemy też w plecaku kilka kilogramów kamieni, które zebraliśmy na naszej drodze i których sensu noszenia nie rozumiemy.
Po chwili przypominam sobie, gdzie jestem. Jak gdyby nigdy nic wracam do tematu rozmowy. Opowiadam o wakacjach, z których się naprawdę cieszę, ale równocześnie ciągle mam nadzieję, że nie będziemy mogli na nie polecieć.

Potrafię żyć normalnie, ale jakbym się nie starała o tym zapomnieć, do szczęścia brakuje mi tego jednego, małego, lecz mającego ogromne znaczenie puzzelka. Czy jeszcze kiedyś będzie pięknie?

W tym cyklu odpuszczam wszystkie leki mocnego kalibru. W odstawkę idzie prograf, encorton, intralipid i zarzio. Muszę najpierw obniżyć moją homocysteinę. Mój organizm nie jest w tym momencie dobrze odżywiony i gotowy na ciążę. ‚,Wysokie stężenie tego aminokwasu w płynie pęcherzykowym jajnika może zaburzać interakcję między plemnikiem a komórką jajową, zmniejszając szanse zapłodnienia, a także wpływać na wczesne etapy implantacji i embriogenezy oraz upośledzać ukrwienie łożyska i jego funkcje. Wczesnym skutkiem tych zaburzeń jest poronienie, natomiast późniejszym – zahamowanie rozwoju płodu, jego obumarcie, a także przedwczesne oddzielenie łożyska.’’

31 lipca 2023, 20:44

25 dc, 10 dpo

Znów dawno nie pisałam. Zaniedbuję Cię, pamiętniczku.. Gdy rok temu (dokładnie 17 lipca) stworzyłam pierwszy wpis, byłam na początku diagnostyki, ekscytowałam się badaniami, wynikami, targały mną różne emocje - działo się 😉 Teraz jest dość spokojnie. Długo się zastanawiałam, o czym w ogóle mam napisać.

Dziś 10 dpo, a ja czuję spokój.. Czuję się gotowa na to, co pokaże jutrzejszy test. Nie zawali mi się świat, gdy zobaczę na nim jedną kreskę. Ten dzień będzie zwykłym dniem, takim samym jak dziś czy pojutrze. Wiadomo, nie zawsze jest tak kolorowo - trudne momenty przychodzą najczęściej znienacka, gdy w samochodzie leci jakaś smutna piosenka lub gdy mam nawał pracy, a nie potrafię myśleć o niczym innym niż o dziecku.

Ostatnio mieliśmy możliwość za małą kwotę kupić nowe, białe, porządne mebelki do pokoju dziecięcego. Zrobiliśmy to. Mój mąż stwierdził, że przecież i tak zaraz będą nam potrzebne. Zgadzam się z nim. Wierzę, że jeszcze moment dzieli nas od zostania rodzicami.

11 sierpnia mam histeroskopię diagnostyczną. Zobaczymy, czy zrosty nie powróciły i pobierzemy materiał do biopsji. W międzyczasie zbadam poziom homocysteiny, by sprawdzić, czy się obniżył po suplementacji (ostatnio wynik wynosił prawie 16). 16 sierpnia mam wizytę u mojej pani doktor immunolog. Pierwszy raz nie czekam na nią podekscytowana. Jestem zdrowa. Totalnie zdrowa. Nic niepokojącego nie wyszło w żadnym z dziesiątek badań wykonanych przez te dwa lata. Czy kir AA miałby być naprawdę sprawcą wszystkich niepowodzeń? Coraz mniej w to wierzę. Kobiety znacznie bardziej chore zachodzą w ciążę.

Wiem, że to ostatnie miesiące starań naturalnych. Ostatnie kilka samodzielnych kroków. Czuję, że walczyłam jak mogłam. Przez te 24 miesiące dowiedziałam się tyle, że byłabym gotowa wystąpić na auli przed gronem studentów medycyny i opowiedzieć im o nowinkach z dziedziny naprotechnologii. Nie żartuję. Dałam z siebie wszystko - dzielnie znosiłam kolejne pobrania krwi mimo, że to moja największa fobia, rozkładałam nogi przed obcymi lekarzami, parę razy wylądowałam w szpitalu, setki razy kłułam się w brzuch, milion razy płakałam w samotności. Może to nie koniec mojej drogi, ale koniec pewnego trudnego etapu. Ba, etapu najtrudniejszego w moim życiu. Chcę dać sobie pomóc. Chcę podejść do in vitro.

A w głowie ciągle huczy mi myśl, że gdzieś na świecie jest jakaś mała duszyczka, która bardzo potrzebuje czyjejś miłości, ciepła, domu. Ta myśl rośnie we mnie z każdym miesiącem i daje mi poczucie, że wbrew wszystkiemu i wszystkim zostanę kiedyś mamą, a mój mąż najwspanialszym tatą na świecie.

1 sierpnia 2023, 10:13

11 dpo

Biel. Myślałam, że będę silna, a jednak rozpadłam się na milion kawałeczków.. Nie rozumiem, co robię źle..

To za dużo jak na jedną osobę... Dlaczego Bóg mnie tak kara? Czy jestem złym człowiekiem?

6 sierpnia 2023, 14:03

2 dc

Mój mąż zasnął, więc mam chwilę, by opisać myśli, które towarzyszą mi od dłuższego czasu.

Ostatnio pisałam, że moje życie toczy się w miarę spokojnie. I tak jest na co dzień. Ale przychodzą takie momenty jak ten, gdy zostaję sama i coś we mnie pęka.

Jest mi bardzo ciężko. Bardzo, bardzo ciężko.. Znowu płaczę. Myślę o naszej Córeczce.. Tak okropnie za nią tęsknię. Na widok małych dziewczynek czy nastolatek od razu myślę o Niej. Że też mogłaby taka być. Że ktoś odebrał jej szansę na dorastanie, poznawanie świata. Bycie małym, beztroskim dzieckiem, szczęśliwą zabawę, pierwszą miłość, własną rodzinę. Była ona dla mnie kimś znacznie więcej, niż małą kuleczką w moim brzuchu.. Była wszystkim, o czym marzyliśmy, była nadzieją, planami na przyszłość. Tak bardzo ją kochałam.. Jak się pogodzić z tym, że nigdy nie będzie dane mi jej poznać?

Nie pomaga fakt, że wśród naszych znajomych jest chyba z 5 ciąż z terminem porodu na koniec września. Serio, życie? Dlaczego mi to robisz? Dlaczego sprawiasz, że pierwsze dziecko w naszej rodzinie urodzi się w tym samym czasie, w którym miałoby się urodzić nasze? Zawsze jak patrzę na ten brzuszek, widzę te ruchy, wiem, że moglibyśmy być na tym samym etapie.. Czy za mało wycierpiałam, że potrzebuję dodatkowego kopa od ciebie? Podczas, gdy inni idą do przodu ze swoimi marzeniami, planami, ja jestem na tym samym cholernym etapie, co dokładnie dwa lata temu. Na początku miałam nadzieję, że może rozwiązaliśmy zagadkę naszej niepłodności i tym razem szybko uda się zajść w kolejną ciążę. Chyba każda kobieta po stracie wie, że jest to jedyny sposób, by choć trochę ukoić ten ból. Ale to nie dla mnie. Ja nie zasługuję na takie przywileje. To już 7 miesięcy, od kiedy Cię tu nie ma, Córeczko. A ja chciałabym po prostu znowu poczuć to szczęście, które czułam, gdy byłaś z nami.

Czas leci nieubłaganie. Nie ma dla nas litości. Pamiętam, gdy moje przyjaciółki mówiły mi pod koniec 2021 roku o swoich ciążach. Staraliśmy się już wtedy kilka miesięcy. Myślałam wtedy „zanim dzieci się urodzą, na pewno będę w ciąży”. Zaraz te maluchy kończą rok, ich rodzice myślą nad staraniami o rodzeństwo, a my siedzimy w punkcie wyjścia, z pustymi rękoma, wyrwanymi marzeniami, z raną w sercu, która nadal krwawi.. A każdy kolejny negatywny test rozdrapuje tę ranę jeszcze mocniej.

Czasami chciałabym zasnąć i obudzić się w tej lepszej rzeczywistości. Mimo, że lubię swoją pracę, czasami jadę do niej z myślą, że to wszystko nie ma sensu.. Życie bez dziecka nie ma sensu. I choć nie wiem, jak bardzo będziemy się starali je ubarwiać, nie ukryjemy pustki, która żyje w naszych sercach. Brakuje nam Ciebie…

13 sierpnia 2023, 15:51

9 dc

Kolejny zwrot w naszej historii.

Moje miesiączki od kilku miesięcy są dość dziwne - skąpe, krótkie, zatrzymują się nagle na 24 godziny, po czym wracają. Po ostatnim okresie, trwającym dwa dni, dziękowałam sobie w duchu, że umówiłam kilka miesięcy temu termin na histeroskopię diagnostyczną. Od środy czułam stres - wiedziałam, że od wyniku piątkowego badania mogą zależeć nasze dalsze decyzje.

Stawiłam się do szpitala późnym wieczorem i na sali operacyjnej byłam tylko z doktor przeprowadzającą zabieg. Zostałam uprzedzona, że gdybym nie mogła wytrzymać bólu, umówimy nowy termin ze znieczuleniem ogólnym.
Mogłam oglądać na monitorze cały zabieg. Po paru sekundach od włożenia kamerki okazało się, że nie możemy przedostać się przez szyjkę macicy, ponieważ.. prawie całkowicie zaklejały ją zrosty. Doktor zakomunikowała, że spróbujemy udrożnić wejście wodą. Gdy podniosła ciśnienie, ból stał się nie do wytrzymania. Zrosty nie chciały puścić, ale zacisnęłam zęby i starałam się wytrzymać jeszcze te kilka sekund. Krótko przed moim poddaniem się udało się jednak udrożnić wejście, a gdy doktor wsunęła kamerkę głębiej, na własne oczy zobaczyłam swoją macicę od środka. Obraz był mega realistyczny, w kolorach. Endometrium wyglądało na gładkie, pozbawione polipów czy innych zmian, a ujścia obu jajowodów były drożne. Doktor pobrała jeszcze szybko próbkę do biopsji i zabieg się zakończył. Stwierdziła, że takie zrosty mogły mieć wpływ na nieudane starania. Zostałam wypuszczona z zaleceniem wzięcia ibupromu i odpoczynku. Ból złagodził jednak dobry kebab i leki nie były potrzebne 😉 Po powrocie do domu zszedł ze mnie cały stres ostatnich dni i zasnęłam jak dziecko. Przez kilka godzin krwawiłam, ale teraz utrzymują mi się jedynie lekkie plamienia.

Nie wiem co o tym myśleć. Cieszę się, że zabieg zakończył się usunięciem potencjalnej przeszkody i nie muszę umawiać kolejnego terminu na operacyjne usunięcie zrostów, a później wstrzymywać się ze staraniami. Ale jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że nie zostałam odesłana do domu ze stwierdzeniem "wszystko jest dobrze".

Czy zrosty są główną przyczyną naszej niepłodności? Wszystkie badania wychodzą w końcu całkiem nieźle.. Może wcale sobie jej nie wymyśliłam... Może nie "chcę za bardzo". Może za szybko podjęliśmy starania po ostatniej histeroskopii, dlatego Dzidziś nie zagnieździł się dobrze w dopiero co wyłyżeczkowanym endometrium?

Co z in vitro? Jest w końcu tyle innych rzeczy, które mogą przeszkadzać nam zajść w ciążę - na przykład mój kir AA. Zrosty mogą też powrócić. Jesteśmy przecież gotowi podejść do procedury.

Nie wiem, czy czuję się na siłach, by teraz decydować.. Przed nami wyniki biopsji, a w przyszłym tygodniu wizyta w invimedzie i u naszej pani doktor. Może warto poczekać na ich opinię?

16 sierpnia 2023, 21:35

Będzie to najszybszy wpis w tym pamiętniku, ale nie mam czasu się rozpisywać, a chcę dać Wam znać ❤️

Dziś na stanie endometrium 11 mm i pęknięty pęcherzyk na prawym jajniku. I to wszystko w 12 dc 🤩 Jedyne, co zmieniłam, to włączyłam dodatkową dawkę NAC między 3 a 7 dc (łącznie 1200 mg).

Byliśmy dziś na wizycie w poznańskim Invimedzie u dr K. Przemiła pani. Przywlekłam ze sobą teczkę z wynikami i zaczęłam opowiadać naszą historię. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

- Czy ma pani zbadane...
- Tak, mam, tutaj jest.
- Super. Potrzebowałybyśmy jeszcze...
- A tak, to też mam, proszę.
- No dobrze, to w sumie nie mam się do czego przyczepić. Można by zrobić jeszcze u Państwa rozszerzone badanie kariotypów - co prawda rzadko wychodzą tam jakieś nieprawidłowości, ale skoro mają Państwo na koncie 3 poronienia...
- A tak, to też już badaliśmy, zapomniałam dołączyć. Wszystko wyszło ok.

Ta rozmowa potwierdziła chyba, że dobrnęliśmy do końca naszej diagnostyki. Pani doktor stwierdziła, że zrosty jak najbardziej mogły namieszać w naszych staraniach, ale zaleca jeszcze konsultację z ichniejszym immunologiem (ze względu na kir AA) i powolne przygotowania do ivf, najlepiej z badaniem zarodków.

Mój mąż mnie zaskoczył, bo sam zapytał doktor, czy mógłby powtórzyć badanie nasienia.

Następnie odwiedziliśmy naszą doktor G. Zwiększyła mi dawkę encortonu, kazała wdrożyć więcej białka do diety. Prograf zmieniłyśmy na arechin (co do tego nie jestem zbytnio przekonana). Mam też zbadać progesteron w 7, 9 i 11 dniu po owulacji. Ponoć dzięki temu można sprawdzić, jaka jest jej jakość. Jest to też ostatni cykl z accofilem - później musimy zrobić przerwę. Miałam jednak wrażenie, jakby nie miała na nas jakiegoś ekstra planu. I w ogóle... Boję się tej immunosupresji. Intuicja mi podpowiada, że nie tu leży problem.

W międzyczasie przyszły wyniki homocysteiny - 14,9 po miesięcznej suplementacji. Beznadziejnie. Jedyne, co tak naprawdę wyszło źle.

Mam wrażenie, że ta nasza cała niepłodność jest zbyt zagadkowa. Lekarze nie wiedzą co mi jest. Coraz bardziej zaczynam wierzyć w antykoncepcyjne działanie zrostów. To by świetnie pasowało do tej dziwnej układanki. Niestety, zrosty mogą się jednak odnowić w każdym momencie.

W każdym razie podjęliśmy decyzję - próbujemy naturalnie jeszcze 3 cykle. Obecnie jesteśmy w kasie chorych, która pokrywa 50% kosztów ivf. Na początku listopada przechodzimy do nowej kasy chorych (ze względu na 2 miesięczny okres wypowiedzenia), która przejmie 100% kosztów. Myślę, że warto poczekać i dać sobie szansę jeszcze te kilka miesięcy. A jak nie wyjdzie, zaufamy medycynie i damy sobie pomóc.

Lżej mi z tą myślą ❤️ A teraz.. Wzięłam zastrzyk z accofilu i niech dzieje się magia ✨

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 sierpnia 2023, 21:37

29 sierpnia 2023, 21:00

25 dc

Kolejna porażka. Znów ocieram łzy i zastanawiam się, co robię nie tak. Test w 13 dpo nie pozostawia złudzeń - znowu się nie udało.

Teoretycznie było wszystko - histeroskopia z usunięciem zrostów, przytulanki na czas, piękny pik, potwierdzona na usg owulacja, pełen zestaw leków, wakacje, totalne odciągnięcie myśli od starań. Przez dwa tygodnie prawie nie miałam czasu wyciągnąć telefonu. Imprezowałam, uprawiałam sporty wodne i starałam się nie rozmyślać o tym, czy mogę zaszkodzić ewentualnej implantacji. Tydzień po owulacji zaczęłam czuć spięcie w dole brzucha i kłucie jajników, urosły mi piersi i pierwszy raz od poronienia zaczęły boleć, zbadałam też progesteron (jak zalecone przez doktor) i w 9 dpo był wyższy niż w 7 dpo. Ogólnie wyglądał znacznie lepiej niż w zeszłym cyklu. To dało mi nadzieję, która upadła dziś, gdy odebrałam wyniki wczorajszego proga - spadł na łeb na szyję, co, tak samo jak negatywny test, potwierdza brak ciąży.

Kolejny raz.

3 miesiące z accofilem nie przyniosły zamierzonych skutków, więc teraz muszę pogodzić się z porażką i zrobić przerwę od tego leku. Na jak długo dowiem się w piątek - mam rozmawiać z moją panią doktor G.

Poza tym miałam dziś konsultację w klinice. Przyszły wyniki biopsji. Wykluczono przewlekłe zapalenie endometrium, endometriozę oraz zbyt dużą ilość macicznych komórek NK. Doktor rozłożyła ręce - nie pierwsza i nie ostatnia. Według niej in vitro może pomóc mi jedynie szybciej zajść w ciążę (bo zachodzę bardzo wolno - to jej słowa 😔 - bolesne, choć prawdziwe), ale nie da żadnej gwarancji, że znowu nie poronię. Nie próbowała nastrajać mnie pozytywnie. Powiedziała, że pierwszym etapem procedury jest badanie nasienia - jeśli wyjdzie źle, wtedy mąż dostanie skierowanie do androloga, który zdecyduje, czy lepsze będzie w naszym przypadku ivf czy icsi.

Pojawiła się myśl o czwartej IUI, bo skoro mąż i tak musi oddać nasienie, możemy je wykorzystać w najbliższym cyklu. Może da nam to poczucie, że "coś robimy"? Że wykorzystujemy ostatnie szanse przed ivf? Koszt to ok. 100€, w tym badanie nasienia, inseminacja, kilkukrotny monitoring. Kwestia do przemyślenia, choć po 3 nieudanych IUI moje nadzieje na powodzenie są bliskie zeru. Sama doktor przyznała, że nie jest to już raczej rozwiązanie dla nas, ale zrobimy jak chcemy.

Czuję bezradność dochodząc do tego etapu. Ciężko mi się z nim pogodzić. Może inaczej myślałabym, gdybym wiedziała, że moje jajowody nie są drożne, mam endometriozę lub że nasienie mojego męża jest bardzo słabej jakości. Ale tak nie jest. Jesteśmy niepłodni z nieznanych przyczyn. Od pewnego czasu dręczą mnie myśli, że może Bóg nie chce, bym została biologiczną mamą. Że stawia na naszej drodze niewidzialne przeszkody, by pokazać, że rola rodziców nie jest dla nas. A my za wszelką cenę chcemy te przeszkody ominąć i udowodnić, że jesteśmy mądrzejsi. Czy znacie jakieś podcasty, książki, czy po prostu możecie wspomóc mnie dobrym słowem i pokazać, że idę w dobrym kierunku? W głowie mam tysiące sprzecznych myśli..

Przed przystąpieniem do procedury chciałabym skonsultować się jeszcze z dobrym immunologiem, by upewnić się, że leki, które przyjmuję, są dla mnie odpowiednie. Czy w ogóle są potrzebne? Czy możecie polecić jakiegoś specjalistę z zachodniej części Polski lub prowadzącego konsultacje telefoniczne?

Znów czuję się zagubiona..

12 września 2023, 08:14

Dużo się ostatnio u mnie działo! Dlatego pędzę z nowym wpisem.

Muszę przyznać, że od kilku tygodni 24godzinna doba przestała mi wystarczać. Siedzę do wieczora w pracy, a w weekendy staram się korzystać z chwil spędzonych z mężem. Dlatego tak mało mnie tu w ostatnim czasie.
 
Na początku września miałam teleporadę u naszej kochanej pani doktor. I pierwszy raz poczułam, że nie ma na nas pomysłu. Poleciła ostatni raz spróbować z accofilem i wspomniała coś o przerwie. Gdy to usłyszałam, poczułam, jakby ten wielki plecak napełniony kamieniami z powrotem wylądował na moich plecach. Skoro osoba, której zawdzięczam dwie ciąże, nie wie co dalej z nami zrobić, to kto będzie wiedział?
Nie przeżywałam tego jednak długo. Dzięki Waszemu wsparciu zrozumiałam, że to sygnał, by ruszyć dalej.

W międzyczasie postanowiłam umówić termin u polecanego dr Sydora, chociażby po to, by skonsultować przyjmowane przeze mnie dawki leków immunosupresyjnych. Kolejne badania wychodziły dobrze, a ja dostawałam z niewiadomego powodu coraz większe ich porcje. Całe lato zmuszona byłam ukrywać się przed promieniami słonecznymi ze względu na prograf. Wakacje spędziłam w bluzce z długim rękawem i z obowiązkowym filtrem przeciwsłonecznym w torebce. Musiałam też zrezygnować z moich ulubonych hybryd, co w duecie z nasilonym trądzikiem po prografie sprawiło, że po prostu beznadziejnie się czułam. Wiecie, takie małe rzeczy, ale połączone z próbami "normalnego życia" i jednocześnie comiesięczną bielą na testach mnie dobijały.
 
Jakież było moje zdziwienie, gdy po którymś z kolei telefonie na recepcję okazało się, że zwolnił się jeden termin do doktora S. na kolejny dzień! Niewiele myśląc poprosiłam o wpisanie mojego nazwiska. Dopiero później dotarło do mnie, że będzie to długa i kosztowna podróż.
 
Po 4 nad ranem wyruszyłam w drogę. A na miejscu zrobiłam coś szalonego. Spotkałam się z jedną z dziewczyn z ovu. Tak, ONE NAPRAWDĘ ISTNIEJĄ! 😀 Wspaniale było spotkać osobę, która przez ostatnie miesiące była tak bliska mojemu sercu ❤️

Spędziłyśmy cudowny dzień. Zjadłyśmy pyszne, polskie jedzonko, po czym wybrałyśmy się na spacer po Krakowie. Zostałam oprowadzona po najpiękniejszych zabytkach tego miasta. Na naszym forum krąży legenda, że aby zajść w ciążę, należy udać się do Krakowa i wypić % w pobliżu starego miasta. Robiły to przynajmniej cztery dziewczyny, którym udało się zajść w ciążę w sierpniu. Takim sposobem przed wizytą u doktora wypiłam kufel piwa (mam nadzieję, że nie poczuł 😂) i aby zwiększyć swoje szanse wrzuciłam pieniążek do jednej ze skarbonek mieszczących się na rynku. Ponoć spełnia marzenia, więc nie zaszkodziło spróbować 😊
 
Pod wieczór udałyśmy się do dr Sydora. Czas w poczekalni szybko zleciał w takim miłym towarzystwie. Doktor bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Był sympatyczny, konkretny, empatyczny. Zadawał trafne pytania i wszystko skrzętnie notował.
Moje badania immunologiczne wyszły do tej pory następująco:
NK z krwi 13%, NK maciczne 30/mm2, CD138 ujemny, ANA-ENA ujemne, subpopulacje limfocytów - wszystko w normie lub poniżej, no i niestety ten kir AA.
Patrząc na dokumentację powiedział, że nie widzi powodu, dla którego miałabym przyjmować tak mocne leki immunosupresyjne. Interesowała go biopsja endometrium i liczba komórek NK, która była w normie. Stwierdził także, że w przypadku grupy krwi Rh 0 acard może powodować krwotoki, szczególnie w połączeniu z heparyną. Pamiętacie moją historię z krwotokami w ciąży? No właśnie. Wspomniał, że na podstawie zrobionych badań nie ma u mnie wskazań do podania immunoglobulin (tu niestety nie wiem na jakie badania patrzył), a accofil mogę wstrzykiwać na spokojnie od pozytywnego testu ciążowego. Kazał testować wcześnie i w przypadku dwóch kresek włączyć accofil, encorton oraz heparynę. Aprobująco wypowiadał się także o intralipidzie - jego zdaniem dobrze wpływa na proces implantacji zarodka i pomaga utrzymać ciążę, więc w przypadku sukcesu zaleca kroplówkę co 3 tygodnie. Wypisał mi trzy badania, których do tej pory nie zrobiłam, tj. profil cytokin, allo mlr oraz cross match. Nie nalegał jednak na ich wykonanie, tak jakby niewiele wskazywało na problemy immunologiczne. Powiedział, że zrosty mogły mieć duży wpływ na brak ciąży, skoro udało się zajść od razu po ich usunięciu. Zasugerował powtórzenie drożności przed ewentualną inseminacją, ponieważ po poronieniach i łyżeczkowaniach jajowody ,,lubią się” przytkać. Wysoką homocysteiną kazał się aż tak bardzo nie przejmować. Czułam spokój w jego głosie – wychodził z założenia, że następną ciążę powinno udać się podtrzymać accofilem. Tylko tak ciężko w nią zajść!
 
Kilka dni później pojechałam do kliniki na umówione usg przed czwartą IUI. Postanowiliśmy do niej podejść już jakiś czas temu, wszystko było dograne. Nie nastawiałam się na żaden sukces, bardziej cieszyło mnie poczucie "robienia czegoś". Ciekawiły mnie też wyniki badania nasienia, bo ostatni seminogram mamy sprzed prawie roku, a mąż już długo się suplementuje.

Niestety na miejscu okazało się, że nasze pozwolenie z kasy chorych się przedawniło, o czym nikt nas nie poinformował. Owulacja za rogiem, a ja zostałam odesłana do domu z kwitkiem. Odmówiono mi także ponownego badania drożności. Doktor przejrzała moją dokumentację i stwierdziła, że sierpniowa histeroskopia wykazała drożne ujścia jajowodów od strony macicy, a jeśli miałyby się przytkać po łyżeczkowaniu, to właśnie tam. Wyszłam stamtąd dosłownie z niczym. Przyznam, że w drodze powrotnej popłakałam się z bezradności. Już nie pierwszy raz ta klinika mnie zawiodła.

Ten dzień był okropny. Poszłam jednak za radą naszej kochanej Aurore ❤️ i poprosiłam męża, by znalazł nam nową klinikę. Nie miałam siły tego dnia o tym myśleć, więc postanowiłam go zaangażować. Zrobił to ku mojemu zaskoczeniu bez mrugnięcia okiem (także to działa, dziewczyny).

W międzyczasie dużo rozmawialiśmy. Ten wypad do Krakowa jeszcze bardziej uświadomił mi, że robię, co tylko mogę. Za nami dziesiątki badań, litry oddanej krwi, kilka pobytów w szpitalu, parę operacji i zabiegów, tysiące kilometrów pokonanych w celu szukania pomocy. Nie mamy już siły na szukanie dziury w całym. Stwierdziliśmy zgodnie, że ta czwarta inseminacja po prostu nie była nam pisana. W naszej głowie dojrzała myśl, że trzeba zrobić krok dalej. Dojrzewała ona kilka dobrych miesięcy i kosztowała mnie wiele nieprzespanych nocy.

Zapisaliśmy się do nowej kliniki na 9 października. Wybraliśmy lekarza - mężczyznę, który jest dyrektorem tego miejsca. Czytaliśmy o nim mnóstwo dobrych opinii.
 
Tak więc – jesteśmy gotowi. Maluszku, idziemy po Ciebie. Wierzę, że już niewiele nas dzieli. Pokażę Ci życie od najpiękniejszej strony, obiecuję.

20 września 2023, 14:40

Wczoraj poczułam coś niezwykłego.

Na pewno wiecie co to „projekt żyćko” – jego głównym założeniem jest korzystanie z każdego dnia i życie tak, byśmy za parę lat nie zapamiętali czasu starań jako wielkiej, czarnej, smutnej dziury.

Wprowadziłam go już wiele miesięcy temu, wobec czego zgodziłam się w czerwcu na kilkudniowy wyjazd służbowy, licząc mimowolnie gdzieś w środku, że nie będzie mi dane pojechać z wiadomych nam wszystkim powodów.

Los postanowił jednak inaczej i mimo wcześniejszego wyruszenia z domu utknęłam w ponad godzinnym korku, przez co spóźniłam się na pociąg. Ta iskierka w oku i ciche, radosne pytanie mojego męża „Czyli nie pojedziesz?” złapały mnie na serce i dały mi do zrozumienia, że ta kilkudniowa rozłąka byłaby dla nas bolesna.

Przez ostatnie dni mąż nie odstępował ode mnie na krok. Wczoraj na oczach wszystkich współpracowników podszedł do mnie od tyłu, przytulił, pocałował w głowę i na cały głos powiedział „koooocham Cię’’. W tym momencie zaszkliły mi się oczy i mimo tylu lat razem poczułam w brzuchu te motylki, które towarzyszyły mi podczas naszych pierwszych spotkań. Ale doszło do tego coś jeszcze. Zalała mnie ciepła fala wspaniałego uczucia – miłości. Prawdziwej, szczerej, bezinteresownej. Poczułam, że bez względu na to, jak nasze życie się potoczy – najważniejszy jest fakt, że mamy siebie. Że zawsze możemy na siebie liczyć i kochamy się nad życie. Zrozumiałam, że razem damy radę stawić czoła każdej trudności stojącej na naszej drodze, a każde trudne doświadczenie zamiast niszczyć, umocni nasz związek.

Wczoraj zrobiliśmy także pierwszy krok w stronę decyzji o ivf. Mąż był na badaniu nasienia. Pytałam go wcześniej, czy jakkolwiek się stresuje lub o tym myśli. Skwitował tylko „badanie jak każde inne”. Wyniki będą w piątek, na pewno dam Wam znać. Ostatnim wynikiem, na który aż tak czekałam, były chyba KIRy.

Ten cykl jest.. inny. Jest spokojny. Nie wiem, który dziś dpo. Nie biorę żadnych leków oprócz duphastonu. Udzielam się na forum, piszę z dziewczynami (z którymi zżyłam się jak z siostrami 🤍), ale nie myślę o staraniach. Nie chcę o nich myśleć. Wyłączyłam się kompletnie. Nie słucham nawet moich ukochanych podcastów kryminalnych. W moim sercu jest spokój, pragnę chłonąć tylko te pozytywne informacje. Nie chcę już stresu. Czy to jest ten słynny luz przed procedurą? Może. Dziś mam wrażenie, że wszystko będzie dobrze.

Chciałam się jeszcze podzielić z Wami piosenką, która towarzyszy mi od początku starań. Niedawno przypadkowo włączyła się na mojej playliście i przypomniały mi się jej piękne słowa. Kojarzą mi się trochę z wpisami Lipcowej, która opisywała starania jako drogę na szczyt.

Tim Bendzko "Hoch" 🎵

,,Die Leute fragen „Wie viel Extrameter gehst du?“
Ich fang' erst an zu zählen, wenn es weh tut
Fehler prägen mich, mach' mehr als genug
Bin zu müde für Pausen, komm' nicht dazu
Und wenn ich glaube, meine Beine sind zu schwer
Dann geh' ich nochmal tausend Schritte mehr

Auch wenn wir schon weit gekommen sind
Wir gehen immer weiter – hoch hinaus
Egal, wie hoch die Hürden auch sind
Sie sehen so viel kleiner von hier oben aus
Wenn dir die Luft ausgeht
Nur nicht nach unten sehen
Wir gehen immer weiter hoch hinaus
Immer, immer weiter hoch hinaus

Kann das nächste Level nicht erwarten
Auch, wenn ich dann wieder keinen Schlaf krieg'
Meine Ausreden sind hartnäckig
Aber aufgeben darf ich nicht
Manchmal löst ein Abgrund in mir Angst aus
Doch ich geh' nicht zurück, ich nehm' nur Anlauf"

Moje skromne tłumaczenie:

,,Ludzie pytają: ,,Ile dodatkowych metrów pokonujesz?’’
Zaczynam liczyć dopiero wtedy, kiedy czuję ból
Błedy mnie kształtują, robię więcej niż potrzeba
Jestem zbyt zmęczony na przerwy, nie robię ich
A gdy mam wrażenie, że moje nogi stają się zbyt ciężkie
Robię kolejne tysiąc kroków

Nawet jeśli już daleko doszliśmy
Idziemy dalej – w górę
Nieważne jak wysokie są przeszkody
Z góry wydają się być o wiele mniejsze
Kiedy brakuje ci tchu
Tylko nie patrz w dół
Idziemy dalej - w górę
Dalej, dalej w górę

Nie mogę doczekać się następnego poziomu
Nawet jeśli znowu nie będę spał
Moje wymówki są uporczywe
Ale nie mogę się poddać
Czasami otchłań wyzwala we mnie strach
Ale się nie cofam, ja tylko biorę rozbieg"

Właśnie...
Ja się nie cofam, ja tylko biorę rozbieg <3

Wiadomość wyedytowana przez autora 20 września 2023, 16:14

22 września 2023, 09:06

Mamy wyniki badania nasienia!

Czas upłynnienia: 15 min
Lepkość: podwyższona
Objętość: 3 ml (≥ 1,5 mln)
Koncentracja: 99,5 mln/ml (≥ 16 mln/ml)
Łączna ilość: 298,5 mln (≥ 39 mln)
WHO A: 1,5% (A+B ≥ 30%)
WHO B: 59%
WHO C: 8,5%
WHO D : 31%
PH: 7,5 (≥ 7,2)
Morfologia: 3,5% (≥ 4%)
Niedojrzałe plemniki: 2%

Chyba nie jest źle? Co prawda mimo suplementacji wyniki się nie poprawiły (te sprzed roku, gdy mąż nie brał nic, były nawet lepsze), ale nie zaprzątam sobie tym głowy. Z ivf nie powinno być problemu.

Wizyta w klinice już 9 października. Doktor ma ponad 170 pozytywnych opinii na odpowiedniku "znanego lekarza"! 20 października jestem zapisana do dr Sydora, poproszę go o rozpisanie leczenia do transferu. Jak wszystko pójdzie dobrze, to w listopadowym cyklu ruszymy ze stymulacją 🍀

Wiadomość wyedytowana przez autora 22 września 2023, 09:06

25 września 2023, 22:34

25 września - dzień, w którym miałaś się urodzić.

"Odwiedziny w niebie"

Chciałabym wznieść się w górę, choć na godzinę,
by zobaczyć jak Ci się tam żyje.
Czy Pan Bóg dba o Ciebie?
Czy chodzisz na spacery tam w niebie?
Czy Cię ktoś przytula, pociesza,
Gdy jesteś smutna rozśmiesza?
Czy ból brzuszka nie doskwiera?
Czy w łóżeczku kręci się karuzela?
Czy mleczka nie masz tam mało?
Czy po kąpieli zbyt mocno nie wiało?
Czy ktoś Cię lula, kołysze?
Bo tutaj Twego płaczu nie słyszę..
I jeszcze jedno!
Czy Anioły przyśnić się mogą?
Bo tutaj ktoś bardzo tęskni za Tobą...

Zapisana na zdjęciu usg przewidywana data porodu wydawała mi się taka odległa. Kiedy minął ten czas? Powinnaś być tu z nami i nie opuszczać już do końca życia.
Pamiętam, jak w ciąży nie mogłam spać, bo pierwszą myślą po przebudzeniu byłaś Ty. Pamiętam, jak pewnego dnia położyłam się na dywanie i płakałam na głos ze szczęścia. Czułam.. Że mam wszystko. Że już będzie dobrze. Że najgorsze chwile za nami. Pragnęłam czerpać z każdego momentu jak najwięcej. Godzinami głaskałam się po brzuchu, mówiłam do Ciebie. Każdego wieczoru odmawiałam 3-4 modlitwy dziękując za to, że z nami jesteś. Prosiłam Boga, by miał nas w swojej opiece i pozwolił na szczęśliwe rozwiązanie. Gdy poczułam, że jest dobrze, zaczęły się krwawienia. Łzy szczęścia przerodziły się w ogromny strach.. Prosiłam Boga, błagałam, by Cię nam nie zabierał. Zabrał.
Byłaś najbardziej ukochanym, wyczekanym dzieckiem. Kochałam Cię i trzymałam blisko w każdej sekundzie Twojego życia. Nigdy nie pogodzę się z Twoją stratą. Część mojego serca już zawsze będzie należała do Ciebie, Córeczko.

9 października 2023, 16:57

Za nami pierwsza konsultacja w nowej klinice. Czekaliśmy dwa miesiące na wizytę u pana doktora, który prowadzi to miejsce już od 24 lat. Doświadczenie ma z pewnością niemałe.

Doktor wydał się być miły, ale też konkretny, w skupieniu przeglądał grubą teczkę z wynikami naszych badań. Następnie oparł się o krzesło, odetchnął głęboko i przedstawił swój plan. Jego zdaniem zrobiliśmy już wszystkie możliwe badania. Sprawdziliśmy genetykę, immunologię, krzepliwość krwi, przebadaliśmy zarodek po poronieniu, próbowaliśmy z różnymi lekami, sprawdziliśmy drożność, widzieliśmy macicę od środka, usuwaliśmy zrosty, zbadaliśmy 5 razy nasienie. Nie ma nic, co dałoby mu jasną odpowiedź, dlaczego nadal nie urodziłam zdrowego dziecka. Mogą być to jakieś błędy na poziomie komórkowym, których nie jesteśmy w stanie wykryć inaczej niż przez przebadanie zarodków (nawet jeśli ja i mąż genetycznie jesteśmy zdrowi). Ale tego na razie nie proponuje, ewentualnie w przypadku niepowodzenia.

Powiedział, że się nami zaopiekuje i jeśli mu zaufamy, daje nam 80% szans na odniesienie sukcesu. Ze względu na obniżoną morfologię nasienia zaleca nam ICSI, a z procedurą możemy ruszać już w przyszłym miesiącu.

Pobrano nam krew na dodatkowe badania - u mnie m. in. poziom wit. D, ponowne AMH, toksoplazmozę, a u męża inhibinę B (ten parametr ma związek z morfologią). Ma stawić się także do androloga na kontrolę i prawdopodobnie wypisanie potrzebnych zgód. Za dwa tygodnie omówimy dalsze kroki. Zgodnie z mężem ustaliliśmy, że powierzymy się w jego ręce.

Spokoju nie daje mi jednak poziom mojej homocysteiny.. W kwietniu wynik wyglądał następująco:
Kwas foliowy 17,1 ng/ml (norma 3,10-20,5) ✅
Witamina B12 549 pg/ml (norma 187-883) ✅
Homocysteina 15,77 umol/l (norma 4,2-18,9) ❌

Czyli wszystko w normie, tylko ta homocysteina do zbicia. Pani doktor zapisała mi suplementy, po których homocysteina spadła w miesiąc do 14,9 (jak krew z nosa, ale zawsze coś). Ostatnio (po kolejnym miesiącu) wybrałam się całkiem na luzie na pobranie krwi. Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego:
Kwas foliowy 23,80 ng/ml (norma 3,89-26,80) ✅
Witamina B12 1160 pg/ml (norma 197-771) ❗️❗️❗️
Homocysteina 22,90 umol/l (norma <12) ❗️❗️❗️

Zareagowałam na suple dokładnie odwrotnie niż powinnam. Brałam tylko formy metylowane (1000 ug folianu, 1000 ug wit. B12, 25 mg wit. B6 P-5-P, 250 mg choliny i 500 mg betainy).

Kompletnie nie wiem co mam z tym zrobić. Doktor Grześkowiak nie ma na mnie pomysłu (to ona mnie zaalarmowała, że coś jest nie tak), a z kolei dr Sydor i nasz nowy pan doktor z kliniki kazali się tym nie przejmować. I bądź człowieku mądry 🥺 Nie chcę przez to przekładać procedury, tym bardziej że lekarz prowadzący nie zwraca na to uwagi, ale z drugiej strony mam własny rozum i potrafię czytać, że taki poziom homocysteiny jest niedopuszczalny w przypadku starań i może powodować bardzo złe rzeczy.

Chyba jestem jakimś dziwnym przypadkiem.

25 października 2023, 10:46

2 lata i 4 miesiące starań

Wizyta nr 2 w klinice za nami. Mamy plan działania 🤍

Podchodzimy do ICSI z badaniem zarodków. Doktor najpierw myślał o badaniu jako opcji awaryjnej w przypadku niepowodzenia. Przeanalizował jednak dokładniej naszą sytuację i zdecydował, że trzy poronienia to wystarczający powód, by zabezpieczyć nas z każdej możliwej strony.

W następną środę wysyłamy plan leczenia do kasy chorych i czekamy na zgodę. Jeśli uzyskamy ją w niedługim czasie, to mamy szanse na rozpoczęcie stymulacji już około 21 listopada. Następnie wszystkie dojrzałe komórki zostaną zapłodnione, a płyn, który je otacza, powędruje do laboratorium w Walencji. Same zarodki będą bezpiecznie przechowywane w klinice. Badanie to pozwoli na wykluczenie najczęstszych chorób genetycznych i zminimalizuje ryzyko kolejnego poronienia. Skoro nie da się znaleźć żadnej konkretnej przyczyny naszej niepłodności, problem może leżeć gdzieś tutaj. Transfer przewidujemy na początek stycznia - to ta lepsza opcja. Gdyby jednak kasa chorych ociągała się z odpowiedzią, stymulację rozpocząć będziemy mogli dopiero w przyszłym roku ze względu na przerwę świąteczną. Ale gdyby było trzeba, poczekamy.

Czuję, że wszystko się ułoży. Wyznałam to lekarzowi na koniec wizyty, a on zamiast wymyślać jakieś kiepskie słowa pocieszenia, pokazywał nam statystyki i liczby, mówił o konkretach. Tego potrzebowałam. Mąż jest zachwycony.

Moje AMH w przeciągu roku urosło z 3,2 na 5,7 ng/ml. Najpierw się przeraziłam, ale później przeszła mi przez myśl ogromna ilość supli, które brałam w ciągu ostatnich miesięcy. Nie mam PCOS, moje cykle są regularne, a pęcherzyki pękają co miesiąc. Doktor powiedział, że to bardzo dobra rezerwa, która w połączeniu z moim wiekiem daje duże szanse na sukces. Pod koniec wizyty doszłam do wniosku, że w sumie to już mam gdzieś te moje wyniki. Robiłam co mogłam, by były najlepsze. Teraz ktoś inny i bardziej doświadczony zdejmuje ze mnie odpowiedzialność, a ja muszę tylko na to pozwolić i słuchać się zaleceń.

Mąż był u androloga. Miał usg, wszystko jest dobrze. Dostał zgodę na ICSI ze względu na lekko obniżoną morfologię i ruchliwość. Lekarka stwierdziła, że to norma wśród jej pacjentów i te wyniki będą się tylko pogarszać wśród populacji. Powiedziała, że to głównie wina plastiku i chemii, którą spożywamy i nie da się ich całkowicie uniknąć. Niepłodność to postępująca choroba cywilizacyjna niezależna od nas.

W międzyczasie spędziłam też parę dni w rodzinnym domu, gdzie odbyłam kilka szczerych rozmów z mamą i przyjaciółkami. Wyznałam im wszystko, co leży mi na sercu. Że się boję i nie wiem czy dobrze robię. Ale słowa mojej mamy „Dziecko, nie kochałabym Cię mniej, gdybyś była z ivf. Cieszyłabym się, że jesteś. Idź po swoje marzenia (tu płacz i przytulasek)” dały mi niewyobrażalną siłę do działania. I wiem, że co by się nie stało, jest takie miejsce, do którego zawsze mogę wrócić i uzyskać wsparcie. Przyjaciółka powiedziała mi, że gdybym to wszystko przechodziła bliżej od domu, byłoby mi łatwiej. Ma rację. Telefony to nie to samo co wspólny spacer po wizycie w klinice i przegadanie wszystkich problemów. Przykładowo: Żalę się mamie, że mam trochę opory przed ICSI, bo to jednak mniej naturalna metoda. A ona na to podekscytowana: „Czyli wybiorą tego najładniejszego plemnika? Ale super!”. No i jak tu się smucić? 🤍

Odpuściłam też temat homocysteiny, bo wiem, że zarodki zostaną przebadane, a ja będę miała jeszcze trochę dodatkowego czasu na jej zbicie. Eksperymentuję trochę na własną rekę, czytam, co pomogło innym dziewczynom. Dziękuję też za Wasze wsparcie, głównie Aurore, która pomogła przeanalizować mi skład supli i wykryła, że brałam niemetylowaną formę B12 (hydroksokobalaminę). Aktualnie zmieniłam suplementację (wybrałam Swansona i Naturell) i biorę aż 3g TMG. Badanie kontrolne zrobię pewnie za jakieś dwa tygodnie.

Nie wiem co będzie jutro. Ale dziś czuję, że znowu zaczyna się nam układać. Według lekarza mamy duże szanse na zajście w ciążę, a dalej pomoże nam doktor Sydor. Nie miałam możliwości podtrzymać żadnej z ciąż accofilem, a może być on kluczem do sukcesu przy moim kirze.

Jesteśmy w najlepszych rękach.

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 października 2023, 10:50

5 listopada 2023, 11:30

Jest cudownie. Wszystkie moje problemy jakby na chwilę gdzieś uleciały 🤍

Temat zbyt wysokiej homocysteiny przez ostatnie miesiące siedział mi w głowie. Bo utrudnia implantację, bo zwiększa ryzyko wad u płodu. Zaczęłam się suplementować, a tu wynik wzrósł jeszcze bardziej. No koszmar. Śniło mi się to po nocach, serio. Że za rogiem ivf, a mi takie wredne coś popsuje wszystkie plany. Lekarze rozkładali ręce, a ja zaczęłam szukać pomocy na ovu.

Wywaliłam wszystkie suple, które brałam do tej pory i przeszłam na polecane przez dziewczyny:

1. Swanson B6 P-5-P 20 mg
2. Swanson Quatrofolic 800 ug
3. Naturell B12 500 mg
4. Cholina 500 mg
5. Cynk 15 mg
6. TMG 3000 g

Wczoraj (po 3 tygodniach) skontrolowałam poziom homocysteiny i w pierwszym momencie pomyślałam, że mój wynik to jakaś pomyłka.

Kwas foliowy spadł z 27,3 na 21 ng/ml.
Witamina B12 spadła z 1020 na 804 pg/ml.
Ale hitem jest homocysteina. Z 23,3 zmniejszyła się do 10,2 umol/l!!! 🥹

Spodziewałam się może lekkiego drgnięcia w dół, ale taki wynik przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jestem taka szczęśliwa. Spadł mi ogromny kamień z serca. Czy ktoś chce buziaka? Z chęcią Was ucałuję ❤️

1 listopada odebraliśmy plan leczenia z naszej kliniki i wysłaliśmy go ekspresem do nowej kasy chorych. Teraz czekamy na zgodę. Klinika poprosiła w naszym imieniu o dofinansowanie 3 procedur ICSI. Kwalifikujemy się do 100% refundacji.

Jeśli kasa chorych da nam w miarę szybko zielone światło, 20 listopada zaczniemy stymulację. W tej euforii pomyślałam nawet o odpuszczeniu badania zarodków i transferze już w grudniu. Ostatni Dzidziuś był przecież genetycznie zdrowy.. Ale nie chcę podejmować żadnej decyzji w emocjach. Porozmawiam z lekarzem na ten temat.

Pogoda za oknem staje się coraz bardziej "moja". Kocham zimę - kojarzę z nią najwięcej pięknych wspomnień. W każdą zimę od początku naszych starań przynajmniej raz byłam w ciąży. Niech to będzie dobry znak.

🤍🤍🤍

14 listopada 2023, 09:34

Wracam z kolejną porcją dobrych informacji 🤍

Otrzymaliśmy zgodę z kasy chorych na dofinansowanie procedury! Między datą wpłynięcia do nich pisma a odesłaniem go na pocztę minęło dokładnie 7 dni. Dawno nie cieszyłam się aż tak na żaden list. Szybciutko umówiłam więc wizytę u naszego doktora.

Dr Schneider po krótkich obliczeniach wychylił głowę zza swojego komputera i z uśmiechem oznajmił, że możemy zaczynać od najbliższego cyklu. Pierwszego podejścia możemy spróbować bez badania zarodków. Gdyby się cokolwiek nie powiodło, przy kolejnym razie włączamy test embrace.

Wszystko zadzieje się więc tak naprawdę na przestrzeni miesiąca.

Plan jest następujący:

❄️ Czekamy na miesiączkę (ma przyjść w okolicach 19tego listopada)
❄️ Od 2 dc raz dziennie, wieczorem, wstrzykuję sobie lek na stymulację pęcherzyków
❄️ Pierwsze usg ok. 24tego listopada
❄️ Punkcja w okolicach 1 grudnia, następnie zapłodnienie metodą ICSI
❄️ Transfer naszego małego Mikołajka w okolicach 6 grudnia 🤍

Wszystko jest oczywiście zaokrąglone i zależne od wielu czynników. Ze względu na zwiększone ryzyko hiperstymulacji mam wstrzykiwać co drugi dzień o połowę mniejszą dawkę leku.

Konsultowałam się też z dr Sydorem, który ze swojej strony przygotował mi plan leczenia na czas transferu. Jego zalecenia to:

1. Zarzio a 30 mln j. - pierwsze podanie 5 dni przed transferem w dawce 2/3 amp. s.c. , następnie 8-12 h po transferze kontynuacja w dawce 1/2 amp. s.c. co 72 h (celem poprawy angiogenezy kosmówki) - do maks. 12 tc

2. 5 dni przed transferem - Encorton 7.5 mg dziennie (kat. B w ciąży) - do 12 tc, w planie powolna redukcja

3. SMOFlipid 200 ml i.v. - pierwsze podanie 3-5 dni przed transferem, następnie co 3 tyg. , do maks. 10 tc.

4. Neoparin 40 mg dziennie (nie łączyć z Acard - zwiększa ryzyko krwawienia, szczeg. dla grupy krwi 0).

Cieszę się na to, co przyniesie przyszłość. Jestem spokojna i optymistycznie nastawiona. I mam najlepsze wsparcie na świecie 🤍

Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2023, 09:39

25 listopada 2023, 14:45

4 dzień stymulacji

No i stało się, rozpoczęliśmy procedurę in vitro.

Miesiączka przyszła z opóźnieniem w poniedziałek wieczorem, dlatego lekarz kazał uznać wtorek jako 1 dzień cyklu. Od środy robimy zastrzyki. Podajemy bemfolę - na zmianę raz 150, raz 75 jm. Choć sama bez problemu mogłabym to robić, poprosiłam męża o pomoc. Całe przygotowania dotyczą głównie kobiety, więc chciałam, by był w tym wszystkim ze mną. Zgodził się, jakby było to coś oczywistego. Igiełki są bardzo cieniutkie, a samo wkłucie jest bezbolesne i trwa dosłownie parę sekund. Godzina 20:00 to czas, w którym robimy codziennie razem jeden kroczek na przód.

W piątek, 24.11., byłam na pierwszym usg w klinice. Widać było powiększające się pęcherzyki, dużo pęcherzyków. Doktor uznał, że ładnie reaguję na stymulację i uzyskamy prawdopodobnie dobry efekt. Widzę, że wybrał delikatniejszą i prawdopodobnie trochę dłuższą metodę, żeby zminimalizować ryzyko hiperstymulacji, bo jestem w grupie ryzyka. Trochę poplotkowaliśmy i jak zawsze wyszłam z uśmiechem na ustach 🤍

Od poniedziałku, 27 listopada, dochodzi nowy zastrzyk, ganiran. Tym razem mamy robić go rano. Jest to tzw. antagonista, mający na celu zapobiegnięcie przedwczesnej owulacji. 30 listopada zaplanowana jest kolejna wizyta z usg, podczas której ustalimy dokładny dzień punkcji.

Póki co czuję się świetnie, nie towarzyszą mi żadne nieprzyjemne objawy. Zastrzyki nie bolą, a wręcz zbliżają nas z mężem do siebie. Jestem spokojna i wdzięczna za wszystko, co się teraz dzieje. Od kilku dni żadna zła myśl nie pojawiła się na dłużej w mojej głowie. Oczywiście mam świadomość, że nie wszystko może pójść zgodnie z planem, bo już nie raz dostałam od życia po tyłku. Ale na dzień dzisiejszy nie skupiam się na tym, nie ma to sensu. Póki co wszystko się układa i to się liczy. Małymi kroczkami do celu.

29 listopada 2023, 15:25

8 dzień stymulacji

Zaczynam czuć jajniki. Dość mocno, po obu stronach. To się dzieje ✨

A myślałam, że nic tam nie rośnie. Dziś jednak cały czas dają mi się we znaki, głównie jak chodzę. Magia.

Od poniedziałku wstrzykuję drugi lek, ganiran. Igła nie jest już tak przyjemna jak w przypadku bemfoli w formie penów. Jest trochę jak przy heparynie - dość długa i tępa, czasem nie chce się przebić przez skórę, a miejsce wkłucia przez kilka minut trochę piecze. Pojawiły się też wymienione w ulotce skutki uboczne - ból głowy, nudności, uczucie przeziębienia/rozbicia. Dziś zwolniłam się wcześniej z pracy, bo czuję się, jakbym miała 39 stopni gorączki.

Ale piszę to bardziej na pamiątkę niż żeby sobie ponarzekać. Jestem ogromnie wdzięczna za to, że wszystko się układa. Cieszę się nawet, że leki działają i odczuwam ich skutki. Aktualna sytuacja to nic w porównaniu do 2,5 roku życia w świecie rozczarowań, dołków i strat. Gdy na horyzoncie widać cel, droga do niego staje się mniej istotna.

Jutro po południu drugie usg i wyznaczenie daty punkcji 🩷
‹‹ 3 4 5 6 7