Pamiętniki Odkopuję wspomnienia. 👼🏻
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Odkopuję wspomnienia. 👼🏻
O mnie: 25 lat. Od 2018 roku mieszkamy w Niemczech. Od 2020 jestem żoną a w 2021 zostałam mamą. Po roku i dwóch miesiącach starań w końcu zobaczyłam wymarzone dwie kreski. Ale szczęście bywa ulotne. Nasza córeczka była z nami tylko 2,5 miesiąca. Teraz jestem mamą aniołka. A moje serce pękło.
Czas starania się o dziecko: Sierpień 2019
Moja historia: Problemy z miesiączką i owulacją. Niezdiagnozowane PCOS? Udało się po stymulacji Letrozolem. Dzieciątko rozwijało się pięknie. Ciąża książkowa. Żadnych plamień, bóli. Jakie wielkie zdziwienie było kiedy w 25 tc poszłam na kontrolę a stamtąd szybko zostałam przewieziona na oddział. Skracająca szyjka. A raczej już jej brak. 2 cm rozwarcia. Nie można było nic zrobić. Mam leżeć i czekać. Udało się przetrzymać 8 dni. Rozwarcie się nie powiększyło ale dostała się bakteria. Decyzja: natychmiast cięcie cesarskie. I oto przyszła na świat w 27+0 tc. I zmieniła moje życie.
Moje emocje: Po prostu tęsknię. Cholernie tęsknię.

27 września 2021, 17:18

Kiedy zobaczyłam funkcję pamiętnika w aplikacji zrozumiałam jak bardzo żałuję, że nie opisywałam każdego dnia jej życia. Ale wtedy myślałam, że będę chciała zapomnieć o tym trudnym czasie w szpitalu. Że wyjdziemy i zaczniemy nowe życie. I będzie już tylko dobrze. Wtedy nie wiedziałam, że nie będzie innych chwil. Że dany nam czas jest ograniczony... Dziś mam wrażenie, że wspomnienia stają się takie ulotne, że pamiętam coraz mniej z tego okresu... Dlatego uznałam, że chcę ten czas jeszcze raz przeżyć.
W głowie ciągle przewijają mi się myśli o niej i o tym co przeżyliśmy. Czas to wszystko opisać. Bo co jeżeli za kilka lat będę pamiętała jeszcze mniej? Wspomnienia są dla mnie najważniejsze a poza nimi mam tylko kilkanaście zdjęć i filmików, jej czapeczkę, skarpetkę, smoczek, jednorożca z melodyjką, którą puszczałam jej za każdym razem gdy wychodziłam z oddziału oraz kocyk, w który była otulona gdy umierała.
Ale najpierw trzeba cofnąć się do roku 2019. Wspólnie wtedy jeszcze z chłopakiem uznaliśmy, że chcemy mieć dziecko i że w lipcu ostatni miesiąc biorę tabletki antykoncepcyjne. Wtedy już od 3 miesiący brałam jakieś suplementy przepisane przez ginekologa, z tego co pamiętam Miovelia i olej z wiesiołka. Tabletki antykoncepcyjne stosowane przez rok ładnie wyregulowały mi hormony. Ja od zawsze miałam problem z miesiączką. Od lat nastoletnich. Okres może dwa, trzy razy do roku. Ale kto by wtedy się tym przejmował... Oh. Jaka ja byłam naiwna w tym lipcu. Myślałam, że odrazu po odstawieniu już będę w ciąży. Na początku sierpnia pojechaliśmy na wakacje. Bałam się wypić nawet aperola, gdy świętowaliśmy swoje zaręczyny. Przecież ja już może jestem w ciąży! Teraz patrząc w przeszłość wiem, że w tamtym czasie nie byliśmy gotowi na to dziecko. Nie byliśmy gotowi na komplikacje ciąży, a człowiek niestety nie zakłada, że przecież może być coś źle. Gdyby to wszystko wydarzyło się wtedy, 2 lata temu, to myślę że nasz związek by tego nie przetrwał. Jestem wręcz pewna, że byśmy się rozstali. Więc może tak musiało być, że dwie kreski zobaczyłam po 14 miesiącach a nie po jednym, dwóch czy trzech. Miesiączki po odstawieniu tabletek znowu się rozregulowały. Raz na około 3 miesiące. W grudniu 2019 wraz z ginekologiem zaczęliśmy pracę nad moim cyklem. Chlormadinon uregulował moje miesiączki. Brałam go przez 3 cykle, potem miesiączki przychodziły już same. Do tego ciągle brałam Agnus Castus. Teraz czas na ogarnięcie owulacji. Co miesiąc monitoring. Jedne leki działały gorzej inne lepiej. Czasami owulacja była, czasami nie było. Ale od kwietnia 2020 mój organizm już jakoś funkcjonował. Pani doktor powiedziała, że dalej nie może podejmować leczenia jeżeli mąż się nie przebada, bo możliwe, że wina wcale nie leży już po mojej stronie. Spermiogram wykazał, że plemniki mają za małą ruchliwość. Poza tym wszystko ok. Mąż zaczął brać suplementy w połowie lipca 2020 (wtedy już mąż :)) U mnie dalej monitoring. We wrześniu pani doktor przepisała mi Letrozol. Lek stosowany w przypadku leczenia raka piersi. Miałam po nim piękną owulację. W końcu dobrze dobrane leki. Teraz musi się udać. Ja psychicznie też trochę odpuściłam. Nie przypisywałam każdego złego samopoczucia do objawów ciąży. Nie robiłam testów kilka dni przed terminem okresu. Nie popadałam w paranoję. W końcu przestałam sama siebie zadręczać. My właśnie przeprowadzaliśmy się na nowe, większe mieszkanie. Kończyliśmy remont. Byliśmy 7 miesięcy po ślubie. Czułam, że to najodpowiedniejszy czas. No i się udało. 13 października 2020 wyszły dwie kreski. Pamiętam jak usiadłam na wannie i płakałam ze szczęścia. Mój mąż spał po nocnej zmianie. Zadzwoniłam do siostry czy pójdziemy na spacer z psami. Odrazu jej powiedziałam. Test zostawiłam w łazience. Mąż zawsze spał w tym czasie. Tego dnia obudził się wcześniej i znalazł test, kiedy nie było mnie w domu. Chciałam żeby dowiedział się w jakiś wyjątkowy sposób, a tu nie po mojej myśli. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że w tej ciąży o wiele więcej rzeczy pójdzie nie po mojej myśli...

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 września 2021, 18:09

27 września 2021, 19:17

Ohhh jacy my byliśmy szczęśliwi!
Chociaż pierwszy trymestr był okropny. Wymioty, zgaga. Dużo spałam w ciągu dnia. Dobrze, że od samego początku ciąży nie pracowałam. Firma wystawiła mi zakaz pracy. Więc mogłam skupić się na sobie. Przez pierwsze trzy miesiące ubyły mi trzy kilogramy. Nie mogłam za dużo jeść, bo odrazu było mi niedobrze. Ale mimo tego byłam najszczęśliwszą osobą na ziemi. Cała rodzina skakała z radości. Moja mama wczuła się w rolę babci. Już w grudniu kupiła wózek. Nasi rodzice po raz pierwszy mieli zostać dziadkami. Teściom chcieliśmy powiedzieć dopiero na święta. Osobiście. Wcześniej nie mogliśmy się zobaczyć, granice zamknięte. Covid. My w Niemczech, oni w Polsce. Ale udało się pojechać. Zrobiliśmy specjalne zdjęcie wywołane na płótnie, na którym trzymaliśmy kartki z napisami: Kochani rodzice zostaniecie dziadkami. A nasz piesek miał zawieszoną na szyi kartkę: Będę starszą siostrą. Wszystko było tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Ja na święta wchodziłam już w drugi trymestr. Lepiej się już czułam. Lekarz podejrzewał, że będzie to dziewczynka. Moje największe marzenie spełnione. Zawsze, ale to zawsze tak bardzo chciałam mieć córeczkę. Wszystko było wspaniałe. Nasza dziewczynka rosła, ciąża była o tydzień starsza, niż na początku. Termin z 23 czerwca przesunął się na 16. Nastał szał zakupów. Sukienki, spódniczki, opaski, turbany, karuzela szyta na zamówienie, szumisie, smoczki, zawieszki ręcznie dziergane, fotelik, łóżeczko, bujaczek, lampka z imieniem. Będzie Maja. Dopiero 5. miesiąc a my już przygotowani. Czas mijał, brzuszek rósł. Wizyty miałam raz w miesiącu. Zawsze chodziłam z mężem. Mimo obostrzeń, mogłam. Ale ten jeden raz poszłam sama na badanie cukru. Przy okazji pani doktor sprawdziła szyjkę. Coś się dzieje, coś złego. Widziałam to po jej minie. Kazała mi jechać do szpitala, sama zamówiła mi transport. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Byłam przerażona. Przyjęcie na oddział trochę trwało. Myślałam, że tylko mnie zbadają jeszcze raz i wrócę do domu. Ale po badaniu usłyszałam, że mogę urodzić w ciągu 24 godzin. Zanosiłam się płaczem. Przecież to dopiero 25 tydzień. Chwilę później przyszedł pediatra, poinformować mnie o powikłaniach wcześniaczych oraz anestezjolog poinformować o ryzyku narkozy. Położyli mnie na oddział. Od teraz nie mogę wstawać. Nawet do toalety. Za późno na jakieś blokady. Ale leżeniem może uda się zyskać jeszcze kilka tygodni. Nikt nie mógł mnie odwiedzić. Byłam w złym stanie psychicznym. Ale kiedy myślisz, że już gorzej być nie może to Bóg zrobi Ci psikusa. Po tygodniu w szpitalu okazało się, że mój mąż ma Covid. Zaczął kwarantannę. A mi pogorszyły się badania krwi. Dostałam antybiotyk. Niestety nie pomógł. Nazajutrz rano pojawił się coraz silniejszy ból brzucha. Pojechałam na badanie a z badania odrazu na salę operacyjną. Poprosiłam pielegniarkę o telefon. Zadzwoniłam do męża. Zanosząc się płaczem powiedziałam tylko: Zaczęło się, zadzwoń do mamy, bo może do mnie przyjechać. Kocham cię. I się rozłączyłam. Na porodówce była polska położna. Oh jak dobrze. Próbowała mnie uspokoić, bo nie mogli podać mi narkozy, tak strasznie płakałam. Powiedziała mi, że wszystko będzie dobrze. Słyszałam jak chwilę później pyta się pielęgniarki który to tydzień. Kiedy ta odpowiedziała, że 27+0 usłyszałam tylko niemieckie "o kurwa" i zasnęłam.

28 września 2021, 18:29

Potem niewiele pamiętam. Odwieźli mnie na salę gdzie czekała już na mnie moja mama. Mąż na kwarantannie. Dlaczego wtedy? Tak bardzo go potrzebowałam. Ból fizyczny był straszny. Większego nigdy nie czułam. Psychicznego też. Ciągle płakałam. Wiedziałam tylko, że córeczka żyje i jej stan jest stabilny. Czekałam na lekarza. Przyszedł. Będę mogła zaraz ją zobaczyć. Mama nie może wejść ze mną na oddział neonatologiczny. Dowiedziałam się, że waży 1240 gram. Wtedy pierwszy raz zaczęłam myśleć pozytywnie. Jest ponad kilogram. To dobrze wróży. Będzie dobrze. Musi być! Dostała 6 pkt w skali Apgar. Jak na ten tydzień to dużo. Kolejne pozytywne myśli w mojej głowie. Nie była podłączona do respiratora, oddychała za pomocą CPAP. Wtedy nie wiedziałam co to. Ale wyglądało przerażająco. Prawie nie było jej widać za tą masą rurek. Ja po cesarskim cięciu nie mogłam się ruszyć co też nie pomagało. Pielęgniarka powiedziała, że jest bardzo silna. I że teraz mam jechać odpocząć. Pierwszą noc na sali byłam sama. Miałam nadzieję, że tak zostanie. Ale nad ranem już salowe zaczęły przygotowywać łóżko. Ku mojemu zdziwieniu do sali przywiezli mamę z dzidziusiem. Jakim pięknym. Miał taką burzę czarnych włosków na głowie. Zastanawiałam się jakie ma moja córcia. Nie widziałam, bo miała założoną czapeczkę, do której przyczepiony był CPAP. Dlaczego położyli mnie na salę z kobietami, które miały przy sobie swoje dzieci? Czy nikt nie liczył się z tym, że może to pogorszyć moją kondycję psychiczną? Przez tydzień mojego pobytu w szpitalu po porodzie w mojej sali przewinęły się trzy panie ze swoimi dziećmi. Niektóre bardzo płakały w nocy. Mamy z nimi rozmawiały, przytulały, przewijały, karmiły piersią. A moje dziecko dwa piętra niżej walczyło o życie. Bo mimo tego, że silne i a jego stan stabilny to jednak skrajny wcześniak. Pierwszy tydzień miał być decydujący. Panie zdziwione, czemu nie ma przy mnie dziecka, często dopytywały. To też było dla mnie trudne. Walczyłam o każdą kroplę mleka. Z laktatorem co dwie i pół godziny. W nocy budzik co trzy godziny. Pompowałam i pompowałam a tam nic. Przez trzy dni ani kropli. Do narodzonych dzieciaczków mogli wchodzić świeżo upieczeni tatusiowie. Leżeli na łóżkach przytuleni do mam i dzidziusiów a ja obok coraz bardziej rozpadałam się na kawałki. Mnie nikt nie mógł odwiedzić, bo... Nie miałam przy sobie dziecka! Pieprzony covid. Kto wymyślał te zasady? Ja naprawdę potrzebuję kogoś obok. Mąż dalej na kwarantannie. Ale chociaż mama albo siostra. Niestety. Dobrze, że chociaż moja położna środowiskowa, która była Polką, pracowała w tym szpitalu. I czasem zajrzała podnieść mnie na duchu. Bez niej nie przetrwałabym tego czasu. Po dwóch dniach sama wstałam do toalety. Sukces. Od teraz sama powoli chodziłam do mojego maleństwa i nikt nie musiał wozić mnie leżącej w łóżku.

30 września 2021, 13:06

Kiedy dzień po porodzie przywieźli mnie na oddział neonatologiczny słyszałam płacz jakiegoś maleństwa. Jakie to było zdziwienie kiedy okazało się, że to moja Maja tak drze się wniebogłosy. Inne dzieciątka smacznie spały, odpoczywały w swoich ciepłych inkubatorach a ona od początku pokazuje swój charakterek. Uznałam, że to chyba dobrze. Wygląda na to, że ma dużo siły. Pielęgniarki też tak twierdziły. Narazie nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. Lekarze mówili, że naprawdę jej stan jest bardzo dobry. Zaproponowano kangurowanie. Będziemy się przytulać. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. To maleństwo ważące lekko ponad kilogram leżące na mojej piersi. Trzymające mnie lekko swoją malutką dłonią za palec. Mogłam patrzeć na nią godzinami. Co prawda bałam się nawet trochę ruszyć czy przesunąć więc po kilkunastu minutach moje ciało już drętwiało ale wtedy nie myślałam o sobie. Nie liczyło się nic więcej oprócz niej. Podpisałam zgodę na to, żeby córka dostawała mleczko z banku, dopóki mojego nie będzie wystarczająco dużo. Trzeciego dnia na czas pielęgnacji odłączyli ją od CPAP i zdjęli czapeczkę. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam jej włosy. Rozpłakałam się. Jej główka pokryta była małą, czarną, kręconą czuprynką. Gdzieś tam w duchu marzyłam o tym. Mąż jest blondynem, zawsze chciałam żeby dzieciątko odziedziczyło kolor włosów po mnie. Pierwszy raz zobaczyłam też wyraźnie jej buźkę. Bez tych wszystkich rurek.
Była cudowna. Piękna. Najwspanialsza. Wtedy też pierwszy raz otworzyła oczka. Małe węgielki wpatrywały się we mnie. Rozglądała się na boki jakby zaciekawiona tym co się wokół niej dzieje. Byłam pełna nadziei. Nadziei, która uleciała ze mnie dopiero w dniu jej śmierci...


https://ibb.co/1LTgsF9

Wiadomość wyedytowana przez autora 7 października 2021, 10:18

3 października 2021, 20:39

Zbliżał się czas mojego wypisu ze szpitala. Z jednej strony bardzo chciałam wrócić do domu, bo szpitalny klimat i przebywanie na sali nowymi mamami i ich dziećmi nieco mnie przygnębiało, ale z drugiej strony chciałam być blisko małej. Zawsze kiedy chciałam mogłam zejść na dół i na nią popatrzeć, dotknąć, złapać za rączkę. Mijał tydzień, tydzień który miał być decydujący w jej diagnozie i wszystko dalej wyglądało świetnie. Moje dziecko jest zdrowe. Kiedy leżałam w szpitalu zapisałam się na facebookowe grupy mam wczesniaków, bo temat był dla mnie nowy. Szukałam wsparcia i potrzebnej wiedzy. Wylewy krwi do mózgu różnego stopnia, niezamknięte przewody Botalla, wodogłowie, retinopatia, uszkodzenia narządów były tematami na początku dziennym. A moje dziecko nie miało nic z tych rzeczy. To cud. Na tamten moment oczywiście. Rozmowa z dwoma profesorami też mnie uspokoiła. Powiedzieli, że Maja radzi sobie świetnie. Byli bardzo zadowoleni z jej rozwoju. Lekka ulga. Więc wychodzę. Nie mogę wrócić do domu. Mąż dalej jest na kwarantannie. Cholera. Jadę do mamy. Będę tam mieszkać przez kolejny tydzień. Zaraz święta Wielkanocne. A mąż kończy kwarantannę we wtorek. Czy życie jeszcze bardziej z nas zakpi? Wtedy się zastanawiałam czy może być jeszcze gorzej. Oczywiście mogło być... Nie mogę go zobaczyć, przytulić, otrzymać tego fizycznego wsparcia, którego bardzo potrzebowałam. Zostaliśmy rodzicami, nasza córka kończy zaraz tydzień, a on nawet jej nie widział. Mnie też nie. Pamiętam, jak przed ostatnim wyjściem rano do pracy dawał mi buzi kiedy jeszcze spałam. Nie sądziłam, że nie zobaczymy się przez kolejne 3 tygodnie. Że w tym czasie urodzę. Że ten dzień, ta zwykła kontrola u ginekologa tak bardzo zmieni nasze życie. To wszystko było tak strasznie trudne. Ale trzeba było wziąć się w garść. Odciągałam mleko, nadal było go bardzo mało, ale starałam się. Laktator to była moja zmora. Czasami zasypiałam z nim w nocy na siedząco. Jeździłam do córki codziennie. Codziennie mogłam ją kangurować. Jej waga pięknie rosła. Po jakichś dwóch tygodniach mogłam już sama zmieniać jej pieluszkę i mierzyć temperaturę. Oliwkować, czesać włoski. Ten czas wspominam najlepiej. Pierwszy miesiąc był tym najpiękniejszym. Czas świąt wspominam źle. Bardzo ich nie chciałam. Nie miałam ochoty siedzieć przy stole z najbliższą rodziną. Ale pocieszała mnie myśl że dzień po mogę wrócić już do domu. A za kilka dni pojedziemy z mężem razem do małej i pierwszy raz będzie mógł ją zobaczyć. Będzie kończyła wtedy dwa tygodnie.

Wiadomość wyedytowana przez autora 8 października 2021, 16:12

18 października 2021, 11:38

Powrót do domu pomógł mi psychicznie. Mąż wziął jeszcze tydzień zwolnienia żebyśmy mogli po tym wszystkim pobyć razem. Bardzo tego potrzebowaliśmy. W sobotę będzie mógł pojechać ze mną do szpitala i po raz pierwszy zobaczyć córkę. Widziałam jak odlicza dni i jak codziennie jest mu przykro, kiedy jeżdżę do szpitala sama. Ale był dzielny. Cieszyliśmy się z postępów Mai. Była bardzo silna. Kiedy w sobotę weszliśmy na oddział neonatologiczny widziałam przerażenie męża. Ja już byłam do tego przyzwyczajona, dla niego to była nowość. Te wszystkie monitory, dźwięki, nowe twarze. I w końcu ona. Śpiąca w swoim inkubatorze w ostatniej sali. To była sala dla wcześniaków, które super sobie radzą. Były tam maleństwa urodzone po 30 tygodniu, szybko opuszczały oddział. I moja Maja. Urodzona w 27 tygodniu. Zuch dziewczyna! Kiedy ją zobaczył wzruszenie było ogromne. Mógł otworzyć inkubator i ją dotknąć. Za chwilę będzie kangurowanie. I to będzie pierwszy dzień od jej narodzin kiedy to nie ja będę ją kangurować. Maja była przy nim taka spokojna. Swoją małą dłonią ściskała jego palec. Miłość po prostu od nich biła. Widziałam jak boi się ruszyć, zupełnie jak ja na początku. A przecież teraz już jest o jakieś pół kilograma cięższa. Mąż mówi, że nie zdawał sobie sprawy, że jest aż taka maleńka. Na zdjęciach wydawała się większa. Do tego te rurki. Spadki saturacji. O ile dobrze pamiętam, to wtedy zaczęła mieć bezdechy. Ogromnie mnie to stresowało. Ale doczytałam, że to całkiem normalne. Tak też mówiły pielęgniarki. Widziałam też bezdechy u innych dzieci na sali. Wiedziałam już jak mam się zachować, kiedy się pojawiają. Ja każdego dnia również przekraczałam swoje granice. Jeszcze dwa tygodnie temu nie sądziłabym, że jestem w stanie unieść psychicznie to co się dzieje teraz. Mała coraz ładniej ssała smoczek. Coraz dłużej oddychała samodzielnie. Będzie dobrze. Mieliśmy w sobie tylko dobre myśli. Trwały one jeszcze jakieś 2 tygodnie. Ze szpitala wychodziliśmy szczęśliwi. Dumni. Byliśmy rodzicami najwspanialszej córki. Małej wojowniczki, która codziennie zadziwia nas jak i cały personel. Niedługo będziemy wszyscy razem w domu. Byłam tego pewna...

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 października 2021, 11:48

10 listopada 2021, 17:38

Długo zbierałam się do kolejnego wpisu, bo zdaję sobie sprawę, że to jest jeden z tych ostatnich szczęśliwych... Maja coraz częściej oddychała bez CEPAP. Samodzielnie. Pamiętam to szczęście kiedy mogłyśmy się przytulać bez wspomagania jej oddechu. Byłam dumna. Jadła coraz więcej mleczka. Ładnie przybierała na wadze. Moja laktacja powoli zmierzała ku końcowi ale pielęgniarka zasugerowała żebym spróbowała nakarmić ją piersią. Ta bliskość pomoże zarówno jej jak i mi. Kolejna rzecz, której nie zapomnę. Nigdy wcześniej nie czułam takiej miłości. A mała oczywiście radziła sobie świetnie. Niedługo kończy miesiąc. To wtedy robiła największe postępy. Kiedy rano weszłam na oddział pielęgniarka już na mnie czekała. Dzisiaj wielki dzień. Pierwsza kąpiel Mai. Napełniła miskę wodą i po kolei pokazywała jak prawidłowo powinnam ją myć. Jaka była zdziwiona,kiedy zanurzyłyśmy ją w ciepłej wodzie. Jak dobrze, że wszystko nagrałam. Nie wiedziałam, że to będzie jej pierwsza a zarazem ostatnia kąpiel... Kolejnego dnia gdy przyszłam, Maja miała otwartą górę w inkubatorze, zrobione z niego łóżeczko. Leżała w swoim pierwszym ubranku. Miała również na sobie skarpeteczki i czapeczkę. Oddychała sama. I miała większy smoczek. Szok. Jeden dzień a tyle zmian. Pielęgniarka powiedziała, że przecież Maja jest już dużą dziewczynką. Serce znowu pękało z dumy. I szczęścia. To był piękny dzień. Od tego czasu była coraz częściej karmiona butelką a nie sondą. Po tym dniu kiedy wróciłam do domu zajęliśmy się z mężem robieniem kącika w naszej sypialni. Skręciliśmy łóżeczko i przewijak. Lampka z jej imieniem rozświetliła pokój a ręcznie szyta karuzela wszystko dopełniła. Było pięknie. Przecież Maja jest już z nami a niedługo wróci do domku. Niech już wszystko będzie gotowe. I czeka. Byłam szczęśliwa. Wiedziałam tylko jak ciężko jest mojemu mężowi. Widział ją tylko raz. Ale zaraz zobaczy ją poraz drugi. W sobotę możemy przyjść razem. A nasza żabcia, bo tak na nią mówiliśmy, skończy wtedy pierwszy miesiąc. Mój mąż w przyszłym tygodniu będzie miał urodziny to będzie dla niego najpiękniejszy prezent.

https://zapodaj.net/a92cc45bf5513.jpg.html
❤️

Wiadomość wyedytowana przez autora 10 listopada 2021, 21:02

17 listopada 2021, 19:34

17 listopada- Światowy Dzień Wcześniaka 🐙
Nasza Maja była najdzielniejszą dziewczynką na ziemi. To dziecko miało niesamowitą wolę walki i chęć życia... Ale tak jak powiedział nam lekarz: Medycyna w pewnym momencie się kończy i nie można już nic zrobić.
Kto kiedykolwiek był na oddziale neonatologicznym wie, że to prawdziwy Rollercoaster. Kiedy jednego dnia jest dobrze, drugiego może być już tragicznie. I na odwrót. Ta sobota była piękna. Maja pokazała tatusiowi jak cudownie radzi sobie ze smoczkiem. Powiedziałabym nawet, że się przed nim popisywała, bo radziła sobie dużo lepiej niż kiedykolwiek. Łapaliśmy pierwsze uśmiechy. Mąż mimo zachęceń pielęgniarek bał się zmienić jej pieluszkę. Więc dumnie pokazałam mu, jak ja to robię. On za to wziął trochę oliwki i ją nasmarował. Widziałam jak trzęsą mu się dłonie. Ale co się dziwić. Ważyła wtedy około 1800 gram. Mimo, że tego dnia kończyła miesiąc. Było jednak coś co zaczęło mnie niepokoić. Napinała się. Wyglądała jakby bolał ją brzuszek. Zgłosiłam to pielęgniarkom ale powiedziały, że nic złego się nie dzieje. Jednak nie uspokoiło mnie to. Kiedy mąż żegnał się z maleństwem nie sądził, że spotkają się tak szybko... W poniedziałek dowiedziałam się, że Maja będzie miała operację. Ma problemy z jelitami ale nie wiedzą jeszcze dokładnie co to, bo usg niewiele pokazuje. Termin za 2 dni. W dzień urodzin mojego męża. Oczywiście ciągle powtarzaliśmy sobie, że musi być dobrze. Od samego rana byliśmy oboje na oddziale. Podpisaliśmy wszystkie zgody, rozmawialiśmy z chirurgiem i anestezjologiem. Widzieliśmy jak w specjalnym inkubatorze zostaje przewieziona na salę operacyjną. I czekaliśmy. 4 godziny. Ze stresu mój żołądek się wykręcał. Chciało mi się wymiotować i wyć. Ale próbowałam się ogarnąć. Muszę być silna dla niej. Operacja okazała się bardziej skomplikowana niż zakładali lekarze. Jej jelito było całe skręcone. Kawałek musieli usunąć. Została wyłoniona stomia, czyli sztuczny odbyt na brzuszku. Jak to zobaczyłam byłam przerażona. Nie trochę. Cholernie. W głowie milion myśli. Ale najważniejsze, że operacja się udała. Za jakiś czas jelitko schowają. I wszystko wróci do normy. Po prostu wyjdzie do domu troszkę później niż zakładaliśmy. Ale to tylko jakieś 4-6 tygodni dłużej. Damy radę. Dostawała dużo kroplówek przeciwbólowych i nasennych. Żeby szybciej się regenerowała. Spała prawie cały czas przez jakieś 3 dni. Siedząc obok inkubatora śpiewałam jej kołysanki i modliłam się do Boga, żeby żabcia wyzdrowała jak najszybciej. Musiała mieć transfuzję. Ale mówili nam, że to normalne. Że przez te leki i operację muszą jej wyczyścić krew. Dopiero później się okazało, że złapała sepsę. Ale szybko sobie z nią poradziła. Doszła do siebie w ciągu tygodnia. Tydzień po operacji z sali została wyniesiona maszyna do wspomagania oddechu. Od tamtego dnia każdy oddech był już samodzielny. Bez żadnych bezdechów. Dała nam wtedy jeszcze nadzieję. I kilka pięknych dni. Zanim nie rozpoczęła się druga operacja...

Wiadomość wyedytowana przez autora 17 listopada 2021, 19:42

28 listopada 2021, 15:18

Zaraz po operacji podeszła do mnie lekarka i zasugerowała, żebym może dała już sobie spokój z odciąganiem mleka. Chyba widziała, że powoli staję się wrakiem człowieka a mimo tego, że się staram pokarmu mam już coraz mniej. Nie raz w domu zdarzyło mi się płakać, siedząc podłączona do laktatora przez 40 minut a mleka na koniec łącznie było może z 15 ml... Chociaż wtedy już, za radą mojej położnej, nie wstawałam do niego w nocy. Mówiła, że muszę się wysypiać. I tak też zrobiłam. Mimo tego, że mało wtedy myślałam o sobie. Byłam w trakcie połogu, po cesarskim cięciu, do tego doświadczałam codziennie olbrzymiego stresu, nieregularne posiłki, codzienne jeżdżenie do szpitala, sesje z laktatorem i warto znowu powtórzyć, stres. Moje życie wtedy to był jeden wielki STRES. Rodzina ciągle powtarzała mi jaka jestem silna, że oni nie dali by rady tak funkcjonować. Ale tylko ja czułam, że lada moment mogę się rozpaść. Nie wiedziałam ile jeszcze jestem w stanie znieść.
Wydawało się, że Maja po tej operacji czuje się całkiem dobrze. Jednak pani doktor uświadomiła mi, że nie do końca tak jest. Dalej nie mogła się wypróżnić. Mimo tego, że operacja się udała nadal coś było nie tak. Do widoku stomii już się przyzwyczaiłam, ale widok tego jak lekarze wkładają jej rurkę w jelito próbując je przepchnąć sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Na drugi dzień dostałam wiadomość, że jest dobrze, to znaczy, że zrobiła kupkę. Cieszyły mnie rzeczy, które dla innych mam były raczej oczywiste. Mogłyśmy znowu się kangurować. Cieszyłam się, że znowu mogę wziąć ją na ręce i przytulić. Mąż dalej nie mógł wchodzić na oddział, ale za każdym razem dzwoniłam do niego na wideorozmowie żeby mógł na nas popatrzeć i pomówić do małej. On miałby możliwość przychodzenia do niej, ale jednocześnie wykluczyłoby to moje odwiedziny. Wiedział, że ja bez nich nie dam sobie rady, więc nawet nie zaczynał tematu i byłam mu za to bardzo wdzięczna. Maja dała mi wtedy jeden najpiękniejszy dzień. Ciągle się do mnie uśmiechała, robiła minki, tak jakby rozumiała co do niej mówię. Dzięki temu mam kilka cudownych ujęć i filmik, który jest najpiękniejszy na świecie. Kiedy mówię do niej: no pouśmiechaj się jeszcze trochę do mamy a ona po tych słowach uśmiecha się do mnie tak, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie wiem, może była to jakaś forma pożegnania, tak jak teraz o tym myślę. Czułam ogromną miłość, wdzięczność i nadzieję. Przecież dzisiaj wszystko jest dobrze. Ale wczoraj było źle. Co będzie jutro? Zastanawiałam się nad tym widząc jak przez sonde pielęgniarka odciąga jej kilka strzykawek mocno zielonej wydzieliny.

https://zapodaj.net/8c51a3793ae6b.jpg.html 👼🏻

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 listopada 2021, 16:17

8 grudnia 2021, 16:00

Dwa dni później znowu było źle. Lekarze podjęli decyzję o drugiej operacji. Wyglądało na to, że jelitko zgięło się tak jak rurka i to co miało przez nie przechodzić zamiast wylatywać cofało się górą. Twierdzili, że trzeba zrobić to jak najszybciej ale nie jest to nic skomplikowanego. Łatwo powiedzieć. Moje dziecko ma niecałe 2 miesiące a to jej druga operacja. Druga narkoza. Kolejne rozcięcie brzuszka. Myślałam o cholernym bólu jaki czułam po cesarce. O tym, czy w przyszłości będą widoczne blizy na jej ciele. W dniu operacji z samego rana przyjechałam do szpitala. Ale chyba zabrali ją szybciej. Wydaje mi się, że nie zdążyłam się pożegnać. Nie pamiętam. Czekałam w pokoju dla rodziców. Godzina, dwie, trzy... Powoli traciłam cierpliwość. Nie chciałam wyjść ze szpitala. Chciałam być obecna gdy tylko wróci. Nikt nic nie wiedział. Nikt nic nie mówił. Poznałam ojca dziewczynki, która była w szpitalu już 9 miesięcy. Ciągłe problemy z jelitami powracały, ale dzieciątko ważyło 500 gram gdy się urodziło. Masakra... Wtedy pierwszy raz miałam styczność z rodzicami dzieci naprawdę chorych. Czwarta godzina. Piąta. Szósta. Po sześciu godzinach usłyszałam, że operacja się skończyła i zaraz będę mogła ją zobaczyć. Rozpędziłam się do sali w której leżała od początku, jednak zostałam zawrócona i skierowana do TEJ sali. Była to sala na której leżały ciężko chore dzieci, które potrzebowały większej opieki. Poczułam ukłucie w sercu. Gdy ją zobaczyłam miała podłączonych jednocześnie około 15 kroplówek. Spała. Usłyszałam od lekarzy, że operacja była bardzo, bardzo trudna. A jej stan jest stabilny. Od tamtego momentu to słowo wyprowadzało mnie z równowagi. Zauważyłam, że wypowiadali je wtedy kiedy było po prostu kiepsko. Stabilnie=kiepsko. Jelita małej skleiły się w jedną kulkę. Musiały być wyciągnięte w całości i pokolei rozklejane. Pod narkozą była ponad 6 godzin. Sześć pieprzonych godzin. Teraz trzeba czekać i zobaczyć co wydarzy się w kolejnych dniach. Ale następnego już dnia sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Nerki przestały pracować. I to był wyrok. Nie miałam pojęcia jak to dalej się potoczy. Ale każdego dnia modliłam się chociaż o jedną kroplę moczu. Od tego dnia jeździliśmy do niej na zmianę. Ja rano na kilka godzin, mąż popołudniu. Utrzymywana była w śpiączce farmakologicznej. Codziennie czytaliśmy jej bajki, śpiewałam jej piosenki. Próbowałam przy niej nie płakać chociaż zdarzało już mi się coraz częściej. Prosiłam Boga o cud. O to żeby zabrał moje zdrowie, ale oddał jej. 3 dni po operacji usłyszałam, że nie jest stabilnie. Wtedy ugięły mi się nogi. Moja córka od 3 dni nie siusiała. Kiedy ją zobaczyłam zaczęłam się rozpadać. Woda w jej organizmie ważyła tyle samo co ona cała. Była w główce, na twarzy, brzuszku, nogach, rączkach. Wszędzie. Wyglądała jak balonik. Dopiero wtedy lekarze podjęli decyzję o dializowaniu. Widziałam, że oni też są przerażeni. Jak się potem okazało, nie wszyscy potrafili nawet włączyć tą maszynę. Tego dnia wychodząc ze szpitala, żegnając się z lekarzem wybuchłam. Właśnie wtedy rozpadłam się na kawałeczki. I nie byłam pewna czy będzie co ze mnie zbierać. Wytrzymałam wiele, ale wtedy nie dawałam już rady. Dostałam ataku paniki. Nie mogłam oddychać. Dusiłam się płaczem. Miałam wrażenie, że tracę przytomność. Przez następne 3 tygodnie dni wyglądały podobnie. Dzięki dializom woda zeszła z jej ciałka ale co jakiś czas i tak lekko puchła. Nerki dalej nie pracowały. Dalej była w śpiączce. Przez trzy tygodnie, budząc się każdego ranka nie wiedziałam co przyniesie dzień. Czy myślałam o tym, że może umrzeć? Nie. Nie przeszło mi to przez myśl nawet przez chwilę. Dalej byłam pełna nadziei. Jelita w tym czasie podjęły pracę. A lekarze drugiego czerwca podjęli decyzję o wybudzeniu Mai ze śpiączki.

17 grudnia 2021, 17:28

Ta decyzja została podjęta w porozumieniu z inną kliniką w dużym mieście oddalonym od nas 80 km. Cała dokumentacja Mai została tam przesłana. Oznaczało to, że lekarze w naszej klinice nie wiedzieli już co dalej mają robić... Nigdy nie mieli jeszcze takiego przypadku. Tego dnia musiałam być obecna od samego rana. Powiedzieli, że córka przy wybudzeniu ze śpiączki potrzebuje mojej obecności. Położyli mi ją na ręce i zmniejszali leki. Im bardziej była wybudzona tym bardziej dusiła się respiratorem. Zgłosiłam to lekarzom, położyli ją do łóżeczka i kazali mi wyjść. 10 minut później mogłam wejść z powrotem. Oddychała sama ❤️ po 3 tygodniach w cholernej śpiączce moje dziecko oddychało samodzielnie, rozglądało się dookoła, patrzyło na mnie. Wzruszenie było ogromne. Mogłyśmy wrócić do przytulania. Nie miałam ochoty wychodzić. Nie jadłam nic tamtego dnia ale nawet nie odczuwałam głodu. Chciałam zostać tak już na zawsze. Tulić ją do siebie i nigdy nie wypuścić. Kolejnego dnia rano usłyszałam, że w końcu zrobiła troszkę siku. Nadal mało, ale pierwszy raz od trzech tygodni zrobiła siku. Zastanawiałam się po co tak długo utrzymywali ją w tej śpiączce. Może mogli wcześniej podjąć taką decyzję. Minęły chyba 2 dni. Może trzy. Nerki pracowały tylko troszkę więc znowu zaczęła lekko puchnąć. Dostaliśmy informację, że muszą wpaść na jakiś pomysł żeby podłączyć jej dializę kiedy nie śpi. Miała mieć wsadzoną nóżkę w gips, żeby nią nie ruszać ale ostateczne została tylko obciążona i dializa działała. Całe szczęście. Jednak zostaliśmy wraz z mężem zaproszeni na rozmowę z lekarzami. Gdy weszliśmy do sali obok siedziała również pani psycholog. Powiedziałam do męża, że czuję, że coś jest źle. Łzy automatycznie napłynęły mi do oczu i czekałam na "wyrok". Lekarze w porozumieniu z tą drugą kliniką podjęli decyzję o przewiezieniu Mai na ich oddział. Oni nie są w stanie więcej zrobić. Zwolniło się miejsce i jutro ma zostać przewieziona. Okej. Pomyślałam, że to przecież dla jej dobra. Na szczęście będę mogła z nią pojechać tylko sama muszę zorganizować sobie transport. Jednak powiedzieli też, że prawdopodobnie Maja jak osiągnie odpowiednią wagę w przyszłości będzie musiała mieć przeszczep nerki. Cios. Milion myśli w głowie. Dalej mówią, że są pełni nadziei, że w tamtej klinice przeprowadzą jej dializę brzuszną i nauczą nas obsługiwać cały sprzęt żebyśmy mogli wyjść z nim do domu i sami ją dializować do czasu tego przeszczepu. Drugi cios. I jeszcze więcej myśli w głowie. Jak sobie poradzimy? Jak będzie wyglądało nasze życie? Kiedy wyszłam natychmiast wygooglowałam tą całą dializę brzuszną i uznałam, że niemożliwe żeby Maja ją miała ponieważ dyskwalifikują ją operacje brzucha i wyłoniona stomia. Do głowy odrazu przyszła myśl, przestań czytać, lekarze wiedzą co robią. Nastepnego dnia rano przyjechałam się jeszcze z nią pożegnać. Wtedy usłyszałam, że nie mogli w nocy podłączyć dializy... Znowu komplikacje. Czułam ulgę, że zostaje tam przewieziona, bo czytałam, że jest to jedna z najlepszych klinik w Europie. Podziękowałam całemu personelowi za opiekę nad Mają. Za wsparcie jakie mi dali. Wychodząc płakałam. Pielęgniarka zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze i żebym zajrzała do nich z małą jak już wyjdziemy ze szpitala. Pewnie. Jednak ten oddział już zawsze będzie częścią naszego życia. Wieczorem tata odwiózł mnie do tego miasta. I zaczął się najtrudniejszy tydzień w moim życiu.

https://zapodaj.net/d4d1d95e111d8.jpg.html
Maja kilka minut po wybudzeniu ze śpiączki. Chciałabym pamiętać tylko te dobre chwile. Ale muszę uporać się jeszcze z tymi najgorszymi wspomnieniami.

Wiadomość wyedytowana przez autora 30 grudnia 2021, 15:44

28 grudnia 2021, 21:18

Jeżeli ktoś czytał moje poprzednie wpisy, to pewnie domyśla się, że w tym moja mała córeczka umrze.
Ten tydzień był najtrudniejszym w moim życiu. Nigdy nie sądziłam, że moja psychika będzie w stanie unieść taki ciężar.
Więc od początku.
Kiedy wieczorem dotarłam do kliniki personel był nieco zdziwiony, że w ogóle tam jestem. Czekałam z godzinę żeby dostać jakiekolwiek informacje. Odwiedzin już o tej porze nie było, ale mogłam wejść na chwilę żeby się przywitać. Jednak nie miałam zorganizowanego noclegu. W szpitalu nie mogłam zostać przez covid. Kazali wrócić mi do domu, oddalonego o prawie 80 km i przyjechać ponownie rano. Zobaczyłam też, że dziewczynka, która leżała obok Mai ma swoje rzeczy. Swój kocyk, ubrana w normalne ciuchy, nie szpitalne. Więc zapytałam czy mogę też przywieźć jakieś rzeczy Mai, bo w szpitalu w naszym mieście nie było takiej możliwości. Mogłam. Wróciłam do domu około godziny 22. O 5 rano miałam jechać ponownie. Jednak gdy tylko wróciłam wybrałam dla niej ciuchy, kocyk i wstawiłam pralkę. Rano tata zawiózł mnie ponownie, pod Dom Ronalda McDonalda gdzie miałam dostać pokój w bardzo dobrych warunkach. Weszłam do środka, Pani powiedziała, że w tym momencie nie mają wolnych pokoi. I zadzwoni do mnie kiedy jakiś się zwolni. I mam sobie radzić. Więc z walizką, w obcym mieście, poszłam do szpitala. Byłam już na skraju wytrzymałości. Naprawdę miałam już dosyć. Spędziłam kilka godzin w pokoju dla rodziców. I w końcu mogłam do niej wejść. Dostała jakieś nowe leki, żadna dializa nie była podłączona. Znowu trochę puchła. Trzymałam ją za rączkę do końca dnia. Byłam bardzo zmęczona. Szpital ogarnął mi pokój przy kościele. Metr na metr z widokiem na wieżę kościelną, ale cieszyłam się, że mam gdzie spać. I tak całe dnie będę spędzała poza nim. Następnego dnia podłączyli jej dializę. Robiła to wykwalifikowana pielęgniarka i szło to bardzo sprawnie w porównaniu do podłączania dializy w naszym mieście. Widziałam, że wiedzą co robią. Po dializie mogłam wziąć ją na ręce. Nie chciałam stamtąd wychodzić, robiłam sobie tylko przerwy na jakąś kanapkę w porze obiadowej. Martwiło mnie to, że dalej nie dostałam żadnych konkretnych informacji. Usłyszałam tylko, że córka jest bardzo chora. I wtedy coraz bardziej zaczęłam zdawać sobie z tego sprawę. Następnego dnia gdy przyszłam miała już podłączone noski tlenowe. Do tej pory od czasu wybudzenia ze śpiączki oddychała sama. To dlatego, że znowu spuchła i ciężko było jej oddychać. Temperatura ciała trochę spadła, owinęli ją w jej piękny różowy kocyk. W ten, w którym miała być przykryta w swoim łóżeczku, w naszym domu... Tęskniłam za mężem. Byłam w tym wszystkim zupełnie sama. Czekałam na weekend, bo miał do nas przyjechać. Nie pamiętam dużo z tego czasu. Mój mózg chyba wyparł niektóre informacje. Mąż przyjechał w sobotę rano. Poprosiłam Panią, która zajmowała się pokojami przy kościele żeby został ze mną na jedną noc. Zgodziła się. Mogliśmy być u niej cały dzień razem. Pierwszy raz od prawie trzech miesięcy mogliśmy spędzić z nią tak długi czas wspólnie. Ale wtedy była już podłączona do respiratora. Puchła strasznie. Nie mogli podłączyć jej dializy. Dodawali ciągle nowe leki, myśleli, że nerki ruszą jednak tak się nie działo. Maja siusiała zdecydowanie za mało. Prawie tyle co nic... Lekarze zasugerowali, żeby mąż został na dłużej. Że musimy być razem w tym ciężkim czasie. Zadzwoniłam do mojej mamy, żeby przyjechali przywieźć mojemu mężowi rzeczy. Przyjechała mama, tata i moja młodsza siostra. Cały dzień byli z nami. Czekali przed szpitalem. Tego dnia nie mogliśmy być przy niej. Ciągle miała jakieś badania a my siedzieliśmy wszyscy na ławce i czekaliśmy na jakieś informacje. Patrzyliśmy na dzieci, które siedziały na oddziale onkologii dziecięcej i zastanawialiśmy się nad sprawiedliwością tego świata. Poszliśmy z mężem na rozmowę z całym zespołem lekarzy. Wtedy usłyszeliśmy po raz pierwszy, że nasza córka umiera. Że będą próbowali jeszcze dzisiaj podłączyć jej nowy cewnik do dializy, bo tamten po prostu nie działa, ale nie wiedzą czy to się uda. Lekarz zapytał czy chcemy ochrzcić Maję w szpitalu. Chcieliśmy. Wychodząc z sali upadłam na kolana i nie mogłam wstać. Moje serce pękło już w tamtym momencie. Wyłam. Krzyczałam. Prosiłam żeby to nie była prawda. Do szpitala przyjechała pastorka babtystów. Z polskiego kościoła nikt nie odebrał telefonu. Lekarz powiedział, że lepiej nie czekać do jutra. Wszystko działo się bardzo szybko. Pozwolili mojej mamie i siostrze uczestniczyć w chrzcie. To wtedy widziały Maję po raz pierwszy i ostatni. Kiedy moja mama weszła do sali i ją zobaczyła zaczęła tracić przytomność. Łapałyśmy ją z siostrą. Nigdy przez 25 lat swojego życia nie widziałam jej w takim stanie. To była jej pierwsza wnuczka. Głaskała ją. Tak zanosiła się płaczem, że nie mogła oddychać. Mówiła, że to ona powinna umrzeć a nie Maja. To było straszne. Te wspomnienia sprawiają, że pisząc to nie mogę przełknąć śliny i czuję w sercu mocne kłucie. Odbył się jej chrzest. Wszyscy objęliśmy się i płacząc odmawialiśmy Ojcze Nasz. Oni wrócili do domu, my do pokoju przy kościele. O 3 w nocy dostałam telefon ze szpitala. Nie mogłam go odebrać tak trzęsły mi się dłonie. Myślałam, że usłyszę, że Maja umarła. Jednak powiedzieli, że miała przed chwilą operację, próbę wczepienia nowego cewnika, jednak się nie udała. W tym czasie wdała się tromboza. I kolejna sepsa. Od rana byliśmy już w szpitalu. Siedzieliśmy razem przy jej łóżeczku i patrzeliśmy jak powoli odchodzi. Tej nocy lekarz zaproponował żebyśmy spali w szpitalu. Ponieważ Maja prawdopodobnie umrze tej nocy. Dziewczynkę, która leżała obok przenieśli do innej sali. Wstawili nam jedno łóżko żebyśmy mogli się zdrzemnąć. Ale jak zasnąć kiedy wiesz, że twoje dziecko może zaraz umrzeć? Przez godziny wpatrywałam się w monitory do których była podłączona. I się z nią żegnałam. Wtedy powiedziałam jej, że może odejść. Że nie chcę żeby dłużej cierpiała. Że będziemy za nią tęsknić, że kocham ją tak jak nigdy nikogo nie kochałam i nikogo nigdy nie pokocham. Ale, że tam będzie jej lepiej. Mój mąż powiedział jej, że zrobi wszystko, żeby kiedyś się z nią zobaczyć po tej drugiej stronie. Że od teraz będzie najlepszą wersją siebie, dla niej. Maja nie zmarła tej nocy. Rano miałam jeszcze jakąś nadzieję, że wydarzy się cud. Ale się nie wydarzył. Maja po prostu chciała pożegnać się jeszcze z drugimi dziadkami, którzy o 6 rano wyjechali z Polski i mieli przed sobą 800 km. Którzy wiedzieli, że mogą nie zdążyć się z nią pożegnać. Jednak zdążyli. Weszli do szpitala o 14. Mówili do niej tak czule. To również ich pierwsza wnuczka. Lekarz kazał nam podjąć decyzję, na lekach które jej dają może umrzeć nawet jutro. Ale to było tylko przeciąganie w czasie. Wspólnie z mężem podjęliśmy najtrudniejszą decyzję w naszym życiu. O to żeby te leki odłączyć już teraz. Zostawili tylko przeciwbólowe i nasenne. Położyli mi ją na ręce. I umierała. Umierała godzinę. Wśród osób, które ją kochały. Rodzice i dziadkowie. Personel bardzo zadbał o naszą intymność. Akcja serca ustała. Moja maleńka córeczka stała się aniołkiem. Pielęgniarka zapytała czy będę chciała ją przebrać i umyć. Bez wahania chciałam. Poszłam do auta po rzeczy i jak wróciłam była już odłączona od wszystkich rurek. Cała spuchnięta, noska prawie nie miała od tak grubej rurki respiratora ale nadal była dla mnie najpiękniejsza. Ubrałam ją w jej ciuchy. Na głowę założyłam piękny turban z wielkim kwiatem. Wtedy też doszedł mój mąż. Nie chciał na początku w tym uczestniczyć ale mówił, że później by sobie tego nie wybaczył. Tuliłam ją do siebie i czułam jak powoli robi się zimna. Całowałam jej buźkę, nie myśląc o tym, że już nie żyje. Pielęgniarka płakała razem z nami. A potem wyszliśmy. Obróciłam się jeszcze raz i zobaczyłam ją ostatni raz w swoim życiu. Wróciliśmy do domu. Ale to już nigdy nie będzie taki sam dom. Pustka. Ta cholerna pustka jest w nim do dnia dzisiejszego.

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 grudnia 2021, 12:31

29 grudnia 2021, 19:47

Dziękuję dziewczyny za tyle dobrych słów. Tak, jestem silna. To prawda. I mogę powiedzieć to z dumą. Chociaż czasami brakuje mi sił. Ale jestem tylko człowiekiem.
Gdy wróciliśmy do domu, następnego dnia rano spakowałam jej rzeczy. Nawet przez myśl nie przeszło nam żeby sprzedać cokolwiek. Nie musieliśmy nawet o tym rozmawiać. To było oczywiste. Mąż z teściem rozkręcili łóżeczko i przewijak. Zabezpieczone wynieśli na strych. Ja z mamą, siostrą i teściową składałyśmy jej ciuchy w kartony. Robiłam to z wielką nadzieją w sercu, że za jakiś czas będę je otwierać. Lampka z jej imieniem wisi na ścianie do dzisiaj. Obok dwóch wielkich zdjęć pod którymi zawsze stoją świeże kwiaty. Na szafce stoi jej Szumiś. Nie mogłam schować wszystkiego. Lubię na to codziennie patrzeć.
Zajęłam się organizacją pogrzebu. Pomagał mi tata, z mężem niestety w tym czasie nie mogliśmy się dotrzeć. Każdy na swój sposób przeżywał żałobę. To była wielka próba dla naszego związku. Miałam wątpliwości czy ją przetrwamy. Ale razem wybraliśmy urnę, różową z aniołkiem. Postawiliśmy na kremację. Razem zamówiliśmy mszę w polskim kościele.
Pogrzeb Mai odbył się w Dzień Ojca. Tego dnia miałam również planowany termin porodu... Byli z nami najbliżsi. Poprosiliśmy wszystkich żeby ubrali się na kolorowo. Msza była piękna. Grał zespół, ksiądz się przygotował. Zwracał się do nas po imionach. Mówił o Mai. Na środku stało mnóstwo różowych i białych kwiatów przed jej wielkim zdjęciem wywołanym na płótnie. Na końcu mszy poleciała piosenka Niemena "Wiem, że nie wrócisz". Całą mszę trzymaliśmy się z mężem za rękę. Bardzo nas to do siebie zbliżyło i od tamtego momentu byliśmy już w tym wszystkim razem. I jesteśmy do teraz. Wiem, że byłby cudownym ojcem. I jest cudownym mężem.
Ja przeszłam przez wszystkie etapy. Obwiniałam siebie, lekarzy, Boga i wszystkich w koło. W końcu przyszedł czas pogodzenia się z tym. Minęło pół roku od jej śmierci. I radzę sobie. Uśmiecham się. Spotykam się ze znajomymi. Ale nigdy nie będę już taka sama jaka byłam jeszcze rok temu. Żyję bez kawałka serca. Chociaż wiem, że jesteś obok mnie córeczko. Czasami czuję twoją obecność. Najczęściej w chwilach kiedy po prostu nie mam siły. To właśnie wtedy przechodzi mnie ten sam znajomy dreszcz. I wiem, że to ty. Bardzo za tobą tęsknię. Wiem, że chcesz żebym była szczęśliwa. A do szczęścia potrzebuję dziecka, które będzie obok mnie każdego dnia. Które chociaż trochę wypełni pustkę, która pozostała. Córeczko nauczyłaś mnie co to bezgraniczna miłość. I to chyba nic złego, że tak bardzo chcę obdarzyć tą miłością kolejne maleństwo. Nie chcę dłużej zadawać sobie pytania dlaczego? Na to nigdy nie znajdę odpowiedniej odpowiedzi. Patrzę w kolejny rok z nadzieją. Chcę w nim zostać mamą, ponownie.
Drogie staraczki. Niech w 2022 roku spełnią się wasze marzenia. Albo "chociaż" to jedno. Największe. Miejcie w sobie nadzieję. I wiarę w lepsze jutro. Życzę wam również dużo zdrowia.
2022 bądź dobry. Proszę. 🙏🏻

Wiadomość wyedytowana przez autora 30 grudnia 2021, 16:01

13 stycznia, 13:40

50 dc. Miesiączki po histeroskopii brak. W 9dc miałam usunięcie polipa. Dzisiaj byłam na wizycie u swojego ginekologa, który przepisał progesteron. Miał to być cykl bezowulacyjny. Nie byłam zdziwiona. Owulacji bez stymulacji u mnie brak. Jednak Pani dr. powiedziała, że owulacja była 🤯, około dwóch tygodni temu. Nie wierzę jednak, żeby się udało. Ale czekam na rozwój sytuacji. Jak przyjdzie 🐒 też się ucieszę, bo w kolejnym cyklu zaczynam stymulację Letrozolem. Z Mają zaszłam w ciążę w pierwszym cyklu brania tego leku. W przyszłym tygodniu trzecia dawka szczepionki oraz wyczekane wizyty u endokrynologa i diabetologa.
2022 wierzę w ciebie. Wierzę, że będziesz piękny. Teraz musi być dobrze.