Pamiętniki Runął mi świat...
Dodaj do ulubionych
1 2
WSTĘP
Runął mi świat...
O mnie: Jestem młodą kobietą pragnącą podobnie jak wszystkie staraczki zostać mamą. Z mężem świętowaliśmy ostatnio piątą rocznicę naszego ślubu. Razem jesteśmy już od ośmiu lat. Jak to zleciało:)
Czas starania się o dziecko: Starania od ponad dwóch lat. Z przerwami.
Moja historia: Decyzję o rodzicielstwie odkładaliśmy zawsze w czasie. Ważniejsza była dla nas praca i własny kąt. Kiedy w końcu się zdecydowaliśmy po około pół roku starań test pokazał dwie piękne kreski. Na usg nie było widać jeszcze pęcherzyka. Miałam zgłosić się na wizytę po dwóch tygodniach. Niestety nie dotarłam do ginekologa bo było już za późno...poroniłam. Lekarze stwierdzili po czasie że była to ciąża biochemiczna. Wszystkie wyniki w normie. Po około dwóch - trzech miesiącach znów test pozytywny, widoczna fasolka, na podtrzymanie duphaston. Ni stąd, ni zowąd plamienia, skurcze, szpital. Lekarz stwierdził szósty tydzień ciąży. Ponownie poroniłam... nie biło serduszko... Stratę potęgowało we mnie też to, że szwagierki w tym samym czasie jedna po drugiej rodziły swoje dzieci. Cieszyłam się razem z nimi, ale nie była to prawdziwa radość, bo ja nie zobaczę już moich dwóch aniołków. Nie lubiłam do nich jeździć w odwiedziny, jeśli już to pod przymusem męża, a jeszcze bardziej nie lubiłam, gdy wszyscy razem spotykali się u teściów i teściowa na chama wkładała mi w ręce dzieci....a ja nie chciałam ich tulić, chciałam tulić własne... I ciągłe opowiadania jakie są to słodkie bobaski, jak pięknie ziewnął, jak pięknie śpi, jak się pięknie uśmiechnął. Cieszyłam się razem z nimi - szczęśliwymi mamami, ale nie była to radość w 100%. Takie opowieści szczerze mnie dołowały i pozostawiały w nieopisanym żalu. Przecież ja też na dziewięć miesięcy miałam rodzić...Największy żal mam do bliskiej mi osoby, którą cechuje z natury dobroć, ale wtedy, gdy potrzebowałam jej wsparcia, nie otrzymałam nic. Moje utraty ciąż zeszły po niej jak po kaczce.
Moje emocje: Co czuję? Chyba powoli wracam do siebie, ale nie będę już na pewno tą samą wesołą i uśmiechniętą osobą, tą sprzed ciąż. Więcej we mnie pokory i tęsknoty. Nie uważam, żeby mój przypadek był jakąś niesprawiedliwością, choć na początku tak właśnie myślałam. Pan Bóg widocznie potrzebuje tam na górze aniołków. Wtedy zawalił się dla mnie świat, miałam depresję. Zmieniły mnie przebyte niedługo po tym operacje ratujące moje życie. Zaczęłam na nowo dostrzegać jasne barwy życia. Dziękuję mężowi, że był ze mną w tych trudnych chwilach, choć bardzo dałam mu wtedy w kość. Nie zapomnę też o moich aniołkach.

26 stycznia 2016, 14:52

Długo zastanawiałam się, czy założyć konto na ovu. Skłoniła mnie chęć wiedzy, czy ja w ogóle mam owulację?! Od operacji minął już ponad rok, w międzyczasie jeszcze antykoncepcja na uregulowanie cyklów, a ciąży jak nie było, tak nie ma. To mój czwarty cykl po pigułkach, które miały zwiększyć też płodność po odstawieniu. Jaka była moja radość, gdy ujrzałam dwie czerwone linie na wykresie:) Serduszkowaliśmy też na dwa dni przed i w dzień owulacji. Dziś mija leniwie 8dpo. Zobaczymy co z tego będzie.

1 lutego 2016, 21:47

Dziękuję za te słowa otuchy:-) niestety dzisiaj przybyła @ ... a jeszcze rano miałam nadzieję że może to już?

2 lutego 2016, 17:14

A może to i dobrze że tak się stało? Może nie jestem jeszcze gotowa? Nie wiem już sama co o tym myśleć... Z jednej strony chciałabym i to bardzo, ale z drugiej się boję... Jeszcze ta presja otoczenia.. "Zróbcie sobie dziecko" - łatwo powiedzieć...trudniej urzeczywistnić...

13 lutego 2016, 13:01

Kolejne kłody rzucane pod nogi w czasie starań - dwa poronienia, trzy operacje w ciągu mojego krótkiego życia, choroba zrostowa, która występuje u co tysięcznej osoby, płyny zatoce Douglasa i leukopenia. Z moim szczęściem to tylko w lotka grać:)) Dzisiaj byłam u ginekologa. Wspaniały lekarz, zawsze podtrzymuje na duchu i po każdej wizycie wychodzę z bananem na ustach. Dodaje otuchy i nadziei. W tym cyklu będę owulować z prawego jajnika:) Na płyny dostałam czopki, które ładnie je pochłaniają i być może przy kolejnej wizycie całkowicie znikną. A jeśli w ciągu około pół roku nie uda się nam zostać rodzicami, dostanę skierowanie do kliniki niepłodności. Czasami chce mi się płakać, bo inaczej wyobrażałam sobie nasze życie, ale być może Bóg ma wobec nas inne plany i po drodze musimy się jeszcze czegoś nauczyć...? Może trzeba uwierzyć i dać się prowadzić Bogu?

16 lutego 2016, 10:14

Przedwczoraj poszalałam trochę na domówce:)Taka odskocznia od codzienności. A na drugi dzień chyba miałam owulację. Lekarz nie kazał się zbytnio przejmować w staraniach. Najlepiej iść na spontan i nie rozmyślać za dużo. Nie nastawiam się - zobaczymy co z tego wyjdzie.

18 lutego 2016, 21:21

Szczerze wątpię żeby udało się w tym cyklu Co prawda byłam u gina i stwierdził że będzie owulacja ale serduszkowalismy dopiero na drugi dzień po wizycie Być może jeszcze wtedy nie pękł pecherzyk a co jeśli pękłi się spóźnilismy? Za dużo rozmyślam i się przejmuję wszystkim Im bardziej się czegoś pragnie tym bardziej to nie wychodzi

23 lutego 2016, 13:05

Miałam piękny sen. Śniło mi się że zrobiłam test ciążowy trochę przeterminowany, który dostałam od koleżanki. Ze względu na wynik zrobiłam jeszcze dwa. Wszystkie okazały się pozytywne:) Ale to tylko sen...
Sny ponoć odczytuje się na opak, także nic z tego. Myślę nawet że to akurat dobrze w tym cyklu. Z moim M mamy ostatnio ciche dni. Grubsza sprawa. A poza tym zastanawiam się, czy ja w ogóle nadawałabym się na bycie mamą. Do tego przejmuję się za dużo wszystkim, nawet tym, co mnie w aż tak wielkim stopniu nie dotyczy. Mam wielkiego doła.

Wiadomość wyedytowana przez autora 23 lutego 2016, 18:43

25 lutego 2016, 10:33

11 lub 12 dpo zrobiłam test ciążowy. Wynik - negatywny. Sen się sprawdza...ale na opak...Jeszcze kilka dni i przyjdzie @.

28 lutego 2016, 20:44

Dziś dostałam plamienia. Kilka kropel. Może rozkręci się na okres?

29 lutego 2016, 12:29

I już na dobre przyszła @. Trzeci cyklu na ovu witaj I powtórka z rozrywki - nowy cykl nowe szanse Może faktycznie pisane nam jest nie mieć dzieci? Z jednej strony przyzwyczaiłam się do takiego stanu rzeczy jaki jest teraz - sami, bez większych obowiązków, możemy robić, co nam się podoba. Z drugiej szkoda że jesteśmy sami, że nie ma z nami naszych dzieci. Wolę nastawić się że się nie uda i ucieszyć się gdy zobaczę dwie kreseczki, niż nastawić się na tak i później niemile się rozczarować. Z resztą w moim przypadku, co ma być to będzie.

Trzymam za Was kciuki dziewczyny Oby Wam się udało Będę się cieszyć razem z Wami:)

6 marca 2016, 16:58

Troszkę się działo ostatnio u mnie Urodziny mojego M Spotkanie klasowe po latach Na urodziny przygotowałam mu małą niespodziankę Przygotowałam romantyczną kolacyjkę i upiekłam własnoręcznie tort. Plan był taki, że podczas gdy on zajadał się będzie sałatką, ja w tym czasie wejdę z tortem i odśpiewam "sto lat" Niestety jak to w naszym przypadku plan nie wypalił bo mojemu M zachciało się pić i z pytaniem "czy mamy coś do picia?" otworzył lodówkę z tortem... :D nie powiem mile zaskoczony był, pewnie byłby jeszcze bardziej gdyby nie jego pragnienie:P Na spotkaniu klasowym bawiłam się świetnie Fajnie było też się spotkać ze starą paczką po dłuższej rozłące Powspominaliśmy stare dobre czasy, nauczycieli, śmieszne historie:) Miło też było słyszeć że co niektórzy pozakładali rodziny i mają dzieci to młodsze to starsze:) Pozazdrościłam im trochę tego ostatniego, w pozytywnym tego słowa znaczeniu:) Niech im się powodzi Mam nadzieję że za niedługo spotkamy się ponownie Dla mnie to też odskocznia od szarej rzeczywistości:)

11 marca 2016, 13:02

w tym cyklu dałam na luz. Zastanawiam się tylko czy nie za bardzo sobie odpuściłam bo temperaturę mierzę zaraz po przebudzeniu (czyli raczej prawidłowo), a budzę się teraz różnie, raz o 4.00, raz o 5.00 a innym razem o 4.30 i 5.30 i gdybym położyła się jeszcze spać to nie odespałabym tych wymaganych trzech godzin przed pomiarem. Ovu wyznaczył mi prawdopodobną owulację w 8 dc, obecnie jestem w 12 dc i nadal biorę wiesiołek. Słyszałam, że powinno się go brać tylko do wystąpienia owulacji bo wywołuje poronienia. W 8 dc nie miałam raczej żadnych śluzów płodnych, czy to możliwe żebym tak szybko owulowała? Z moją leukopenią na razie wszystko dobrze - badać krew, obserwować. Żadnych leków. Musiałam mieć kiedyś styczność z mononukleozą zakaźną, jest to niegroźny wirus, który występuje u większości populacji i nie daje żadnych objawów. Pani doktor uczuliła mnie na badanie w kierunku toksoplazmozy, ponieważ nie chorowałam na nią, w ewentualnej ciąży będę musiała badać się przynajmniej raz na dwa miesiące. I to na razie tyle. W pracy dowiedziałam się, że zrobiłam się ostatnio jakaś zołzowata. Może coś w tym jest, ale ja mówię teraz wszystkim to co myślę. Trochę dobra cecha i niedobra. Czasami można przesadzić ze szczerością. Jak to mówią "prawda w oczy kole". Za kilka słów prawdy o samej sobie nie odzywa się do mnie T. Zachorowała w zeszłym roku na depresję. Straszna choroba, sama miałam jej objawy. Ale ona zachowywała się jakby nikt inny na świecie nie chorował tylko ona. Użalała się nad sobą, litowała, często płakała i tej litości, bezgranicznej opieki i użalania się nad jej losem wymagała od innych. Jest wrażliwą i dobrą osobą. Jej narzekania nie miały końca, a narzekała na wszystko dookoła, dosłownie. Miałam wrażenie że najwięcej z jej odczuć i historii i narzekań wysłuchała ja, może dlatego że ja też przez to przechodziłam? Ale kiedy ja chciałam opowiedzieć co ja wtedy czułam, że nikt się nade mną nie użalał i nie niańczył, kończyła rozmowę na tym, że ja z tego wyszłam, a ona nie. Wprawdzie widziała że jest coś ze mną nie tak, ale w niczym mi nie pomogła, nie zapytała nawet jak się czuję, zachowywała się wtedy jakby nic się stało, a poronienia nie miały w ogóle miejsca. Fakt faktem życie też jej nie oszczędzało, była naprawdę silną kobietą. Podtrzymywałam ją wiele razy na duchu. Za każdym razem jednak po takiej "spowiedzi" ja czułam przygnębienie i łapałam ogromnego doła. Z czasem miałam już dosyć wysłuchiwania tych samych historii i odpowiadania ciągle w ten sam sposób. Trzeba żyć dniem dzisiejszym i przyszłością bo na nie ma się wpływ, a przeszłość zostawić, bo i tak nie da się jej zmienić. Powiedziałam wtedy kilka słów, co o tym wszystkim myślę. Teraz nie odzywa się do mnie słowem. Zadzwoniłam do niej ostatnio i miałam wrażenie, że nie chce ze mną rozmawiać. Najgorsze jest to, że ona nie widzi swoich błędów, tylko wszystkich dookoła i choćby nie miała racji, uważa, że właśnie ją ma. Musiałam gdzieś to z siebie wyrzucić. Teraz nie powiem mam trochę spokoju, ale dręczą też mnie wyrzuty sumienia. Może nie powinnam jej mówić tych rzeczy? Zresztą, co się stał, to się nie odstanie. Kilka słów prawdy czasami działa jak kubeł zimnej wody. Chciałam, żeby tak właśnie zadziałały.

17 marca 2016, 19:38

Dziś miałam baaaaardzo pracowity dzień W zasadzie szara rzeczywistość, ale cieszy mnie że ogarnęłam w końcu generalnie całe mieszkanie, do tego pranie, gotowanie..., aha i ciasto jeszcze upiekłam:) Mój M na pewno się ucieszy bo to jedno z jego ulubionych. Nawet nie zdaje sobie jaką ma dobrą żonkę;p Jak zadzwoniła siostra i spytała co robię, ja oczywiście odpowiedziałam "nie, nic nie robię, nie przeszkadzasz". Śmiać mi się chce z tej sytuacji, chałupa rozgrzebana, a ja stwierdzam, że "nic nie robię":D Ostatnio zauważyłam u siebie wzrost energii i zastanawiam się czy nie wrócić do biegania, bo moja kondycja bardzo podupadła. Idzie wiosna - już to czuję:) Wczoraj śnił mi się bocian, za którym pobiegłam, ale go nie dogoniłam. Może za niedługo zawitają i do nas. Co do starań, to dalej sobie odpuszczam. Tzn zapisuję temperaturę i jakieś tam moje obserwacje, ale nie jest to teraz priorytetem. Chcę cieszyć się życiem, chwilą, bo przecież życie to "mgnienie oka":) a może gdzieś pomiędzy wierszami się uda:)

2 czerwca 2016, 15:29

Drogi Pamiętniczku dawno się nie odzywałam. Troszkę się wydarzyło u mnie ostatnio. Bywały dobre chwile, takie jak majówkowy wypoczynek nad morzem, rocznica ślubu moich rodziców, okrągła bo aż pięćdziesiąta:)! (chciałabym dożyć z moim mężem takich jubileuszy), ale są też i złe chwile, takie jak na przykład dzisiaj. Podupadłam ostatnio na zdrowiu. Moje bóle podbrzusza utrzymują się już od około tygodnia. Lekarze podejrzewali kręgosłup i moje nieszczęsne jelita. Sama martwiłam się aż do wczoraj, kiedy okazało się że z jelitkami wszystko w porządku:) Szczęście w nieszczęściu prawdopodobnie to sześciocentymetrowa torbiel w okolicach macicy lub (raczej) na jajniku:( Za godzinę mam wizytę u ginekologa, więc mam nadzieję, że wszystkiego się dowiem. Moje marzenia o maleństwie chyba pękną jak mydlana bańka. Stosowałam się do zaleceń lekarza, żeby nie angażować się za bardzo w pomiary, a tu taka niespodzianka. Ot taka wygrana na totolotka:(

15 czerwca 2016, 17:22

Czas najwyższy na zmiany! Zmieniam mojego gina, mam nadzieję, że na dobrego specjalistę. W szpitalu okazało się, że to nie torbiel (z czego się bardzo cieszę), ale płyny nagromadzone w zrostach. Czeka mnie też najprawdopodobniej kolejna operacja - uwolnienia zrostów. Najgorsze jest to, że zlokalizowane są wokół jajowodu:( Podczas tej operacji (laparoskopii) miałabym też zrobioną drożność jajowodów. Taka wykonana z kontrastem w moim przypadku byłaby baaaaardzo bolesna i zdarza się też, że podczas tego badania pękają jajowody:( Najpierw jednak chciałabym się skonsultować z innymi ginekologami. Może oni wniosą coś nowego do mojego przypadku? Najlepiej byłoby gdyby obeszło się bez operacji bo spowodują kolejne zrosty. Jest też żel antyzrostowy na bazie kwasu hialuronowego. W miejscu jego aplikacji zrosty nie będą się tworzyć, ale w miejscach wkłucia chyba i owszem. Muszę wysłuchać opinii innych lekarzy i wtedy zdecydować. Może coś się w końcu ruszy?

20 czerwca 2016, 20:24

Jestem po wizycie u nowego lekarza. Nie spodziewałam się, że usłyszę to, co usłyszałam. A jest naprawdę źle... Okazało się, że do tej pory nie mam postawionej żadnej diagnozy, a lekarza zapisywali tylko to, co robili. Z wywiadu przeprowadzonego przed badaniem wnioskował, że nie będzie tak źle. A jest BARDZO ŹLE... Moja choroba zrostowa nie daje za wygraną. Mam pełno zrostów w podbrzuszu, a jakby tego było mało, to jeszcze zbierają się w nich płyny. Skutkiem tego jest ból i to okropny. Jajniki i macica są w porządku, ale... ale zrosty okalają mi jajowody. Być może mam "zarośnięte" całe przydatki. Gdy zapytałam o lewy jajowód, stwierdził, że jest on bardziej "zarośnięty" niż po prawej stronie, gdzie mam cięcia operacyjne. Byłam w szoku! W związku z moją historią chorób wymagam wysoko specjalistycznego leczenia zarówno ginekologicznego, jak i internistycznego. Laparoskopia i wykonanie drożności jajowodów jest w moim przypadku bardzo zastanawiające, ponieważ można nim wyrządzić więcej gorszego, aniżeli dobrego. Jak lekarz usłyszał jeszcze o leukopenii, to załamywał ręce... Po wizycie nie wierzę, że zajdę naturalnie w ciążę... Jak zapewniał, w moim przypadku udać się może (choć wcale nie musi) tylko in vitro... Czuję się, jakby ktoś mnie tirem przejechał... Jestem zdruzgotana... Załamana... Runął mi świat...

24 czerwca 2016, 18:03

Dwa lata temu, dokładnie w Dzień Ojca, mój ukochany mąż dowiedział się, że będzie tatą:) Ale byliśmy wtedy szczęśliwi:) Szczęśliwi i jednocześnie przerażeni, czy podołamy roli rodziców. Nasza radość nie trwała wtedy jednak długo...:( A niedawno mój mąż dowiedział się ode mnie, że możemy w ogóle nie zostać rodzicami. Smutne, ale prawdziwe niestety... Nie chcę decydować się na in vitro. Chciałabym naturalnie zajść w ciążę i naturalnie urodzić. Na dzień dzisiejszy są to marzenia ściętej głowy... Nadzieja każe mi nie odpuszczać. W połowie lipca będę wiedziała, co z dalszym leczeniem. Ten lekarz nie dawał szans na naturalne zapłodnienie. Czego też się spodziewać skoro w moim brzuchu szaleją zrosty. Wszystko okaże się w połowie lipca. Mam taką cichą cichuteńką nadzieję, że uda nam się zostać rodzicami. Bardzo bym tego chciała... Boję się najbardziej, że usłyszę to samo od innych specjalistów:(

14 lipca 2016, 19:36

Dziś już 14 lipca a ja czekam czekam i czekam... na kontakt od lekarza w mojej sprawie Już chciałabym żeby coś w końcu zaczęło się dziać Żebym wiedziała tak na 110 % czy jest jakaś nadzieja... Nie chcę podchodzić do in vitro przeze wszystkim ze względów religijnych choć na forum wyczytalam że nie wszyscy księża je negują Nie wiem sama co zrobić Gdyby pozostało tylko in vitro... mąż na pewno będzie chciał spróbować Niech w końcu się odezwie bo chyba zwariuję

2 sierpnia 2016, 10:12

Już sierpień a ja wciąż czekam n telefon Co jakiś czas dzwonię w mojej sprawie ale lekarz albo na urlopie albo zapomina... Zeźliłam się wczoraj bardzo Poszło mało o płacz...Niby się już tak nie przejmuję że raczej nie będę mamą, ale w głębi serca jest mi najpierw żal że w opowieściach znajomych to nie ja ale one zaciążyły Jest ze mną lepiej aniżeli wcześniej ale wciąż jeszcze czegoś mi brakuje...Ostatnio trochę imprezuję - dobry sposób, żeby się wyskakać, wytańczyć, pobawić i zatopić smutki;)Przez mur mojej głowy zaczyna dobijać się myśl, że jestem kaleką i fizyczną i psychiczną...

2 sierpnia 2016, 10:39

Jednak laparoskopia... Telefon niedawno zadzwonił i lekarz po konsultacji oznajmił że trzeba zobaczyć co tam się dzieje W czwartek wizyta więc dowiem się czegoś więcej W końcu się ruszyło:)
1 2