Chciałam dziś opisać ten najgorszy dzień w życiu. Pisałam chyba z godzinę ale wszystko mi się usunęło. No cóż, może jutro.
Dziś napisze tylko, że razem z naszym dzieckiem umarła cząstka mnie. Wyrwano mi kawałek mojego serca. Ale wierzę w to, że spotkamy się z Bąbelkiem w niebie. On siedzi sobie tam na chmurce i patrzy na nas. Mam nadzieję że jest ze mnie dumny, że w miarę radzę sobie z tym co się stało i że teraz będzie czuwał nad nami, żeby więcej nie stała nam się krzywda. A za te 3 miesiące wstawi się za nami u Boga i przyślą nam tu na ziemię jego siostrzyczkę lub braciszka
Był 24 luty, doskonale pamiętam ten dzień. Spóźniała mi się @. Obudziłam się, zmierzyłam temperaturę: 37*, pobiegłam do łazienki zobaczyć czy na pewno nadal nie ma @- nie było. W stresie pobiegłam do apteki po test. Druga kreska pojawiła się właściwie od razu, ale czekałam aż będzie wyraźniejsza bo nie wierzyłam własnym oczom. Poszłam do męża pokazać mu test, cała się trzęsłam bo nie wiedziałam jak zareaguje. Ja sama nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy nie. To nie był dla nas dobry czas na dziecko, nie było nas na nie stać. Dokładnie pamiętam jego słowa jak pokazywałam mu te 2 kreseczki. "A ty co się tak trzęsiesz? Co to znaczy, że jesteś w ciąży?" Powiedziałam mu że nie wiem czy się cieszyć, a on na to: no jak to? Pewnie że się cieszyć! Od razu mi ulżyło, bo w głębi duszy na prawdę się cieszyłam, tylko się bałam. Od razu pokochaliśmy nasze maleństwo. Mówiłam na niego Bąbelek
Pierwsze USG miałam dopiero w 8 tc, takie były kolejki do ginekologa. Widziałam pięknie bijące serduszko, byłam przeszczęśliwa że wszystko jest w porządku. Parę osób już wtedy wiedziało że jestem w ciąży: rodzice, teściowie i moja przyjaciółka. Po potwierdzeniu ciąży i że jest serduszko, dowiedziało się jeszcze kilka osób. Tak pięknie było między mną a mężem Oglądaliśmy łóżeczka, wózki w internecie. Godzinami dyskutowaliśmy nad imionami, ciężko było wybrać takie które podobałyby się nam obojgu. W końcu wybraliśmy: dla chłopca Olek, dla dziewczynki Anielka. Mój brzuszek pomalutku się zaokrąglał, (przynajmniej ja widziałam różnicę ) a mąż z nim rozmawiał. Wychodząc do pracy zawsze mówił "Kocham was" Kolejną wizytę miałam 2 tygodnie po pierwszej. Były moje wyniki badań, coś było nie tak w wynikach moczu ale gin kazał tylko brać żuravit. Nie zbadał mnie na fotelu ani nie zrobił mi USG pomimo że bardzo nalegałam. Twierdził że skoro nic się nie dzieje to nie trzeba tak często. Myślałam sobie "to on jest lekarzem nie ja, on wie lepiej". Martwił mnie jednak termin kolejnej wizyty: aż za 5 tygodni, bo ginek poszedł sobie na urlop. Na tej wizycie miałam mieć wykonane badania prenatalne. Dni wolno leciały, dłużyło się okropnie do wizyty. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że od ponad tygodnia nie bolą mnie piersi. Pomyślałam że to dziwne bo wcześniej bolały bez przerwy. No ale każda kobieta jest inna, może tak ma być. Miałam też takie 2 dni, że byłam non stop zdenerwowana, miałam złe przeczucia. Strasznie się bałam o nasze dziecko i nie wiedziałam czemu, ale przeszło mi.
Nadszedł ten okropny dzień- 1 maja. Pojechałam wtedy po tatę na lotnisko (320 km w jedną stronę). W drodze powrotnej zauważyłam dość sporo brązowej wydzieliny, byłam przerażona. Pomyślałam że to przez tę podróż i że jestem totalną idiotką, bo zgodziłam się jechać. Po powrocie do domu moje wirtualne przyjaciółki z ovu wygoniły mnie na pogotowie, i miały rację. Przyjęli mnie na oddział. To co tam przeszłam to temat rzeka, może innym razem opiszę dokładniej, dziś tylko króciutko. Lekarz przyszedł dopiero drugiego dnia i zrobił mi USG, diagnoza: ciąża obumarła. Nie wierzyłam. Jeden wielki płacz, było mi słabo, chciało mi się wymiotować. A co najgorsze- byłam sama, mąż był w pracy. Zadzwoniłam do niego i do rodziców. Z tego szpitala wyszłam na żądanie. Rodzice zabrali mnie do świetnej ginekolog do innego miasta. Diagnoza się potwierdziła, ale dowiedziałam się że nasze dzieciątko miało wadę genetyczną. Może to się wydawać dziwne, ale kamień spadł z serca zarówno mi, jak i rodzicom. Ciągle obwiniałam siebie, analizowałam każdy swój ruch, myślałam co zrobiłam nie tak? Mój tata natomiast myślał że to przez tę podróż. Niestety, okazało się że dziecko nie żyło już od ponad 3 tygodni. Wg crl maleństwo wyglądało na 10t 4d, a ja byłam w końcówce 14tc. Byłam w szoku: "Jak to? I mój organizm nie zareagował? Nie dał mi znać że coś jest nie tak?" Dostałam zdjęcia USG, pierwsze i niestety ostatnie. Zabieg miałam 5 maja, w 15 tc. Tam okazało się że nasze maleństwo było chłopcem. Nasz kochany Olek. Ciężko było się z tym pogodzić, ale miałam 2 dni zanim położyłam się do szpitala na zabieg. To mi dało czas na oswojenie się z sytuacją i wypłakanie się u boku męża. On też to bardzo przeżył. Opowiadał mi potem, że napisał swojemu tacie smsa bo nie był w stanie do niego zadzwonić. Moi teściowie płakali razem ze mną.
Zostawiłam wszystkie pamiątki po naszym Bąbelku. Testy ciążowe, dokumenty ze szpitala, akt urodzenia, i najważniejsze- zdjęcia USG. Bardzo się cieszę że je mam. To dla mnie bardzo ważne że co jakiś czas mogę spojrzeć na swojego synka, jego główkę, rączki, nóżki. Był już malutkim człowieczkiem, nie jak niektórzy sądzą "zlepkiem tkanek".
Minął już ponad miesiąc. Jest teraz dużo lżej. Czasem jeszcze pytam "dlaczego właśnie on? dlaczego my?", ale właściwie to już się pogodziłam z jego odejściem. Wiem że mój płacz nic nie zmieni, ale mimo wszystko nadal czasem płaczę. Bo za nim tęsknię. Oboje za nim tęsknimy, chociaż mój mąż wcale tego nie okazuje. Ale je wiem że on po prostu nie chce mnie dobijać. Chce być silny, chce być wsparciem.
Czasem jak myślę o Olku to nawet się uśmiecham. Bo przecież mamy synka, który nad nami czuwa i kocha nas, tak jak my jego
*lipiec- wyjazd do pracy do Niemiec
*sierpień lub wrzesień- powrót i staranka bez spiny Bez mierzenia temp i obserwacji
*szukanie pracy
*jeśli przez 3 miesiące nie zaskoczę- staranka z obserwacjami i wizytami u gina
*zajście w ciążę, donoszenie jej i cieszenie się macierzyństwem
Dzisiaj uświadomiłam sobie że za mało cieszę się życiem i takimi prostymi rzeczami: słońcem, ciepłem, pięknym niebem. Ciągle jest coś czym się martwię. Zazwyczaj martwię się pieniędzmi. Krucho u nas z kasą bo od roku szukam pracy, niestety bez skutku. Pracuje tylko mój mąż, jako magazynier, kokosów nie ma. Do tego nie mieszkamy na swoim, wynajmujemy mieszkanko. Teraz właśnie przeprowadziliśmy się do tańszego. Wcześniej starczało nam praktycznie od 10 do 10 na styk więc jak coś wyskoczyło np naprawa samochodu, trzeba było pożyczyć. Teraz parę zł nam zostaje, ale wiadomo jak jest. Im więcej masz, tym więcej chcesz. Ciągle myślę czy nam wyskoczy jakiś nieprzewidziany wydatek. I dzisiaj pomyślałam że dosyć tego. Zadręczanie się nie przyniesie mi pieniędzy. To że ciągle się zamartwiam nie sprawi że będzie ich więcej. Coś wyskoczy? Trudno, pożyczymy i oddamy. Przecież rodzice sami podają nam pomocną dłoń, pomimo że często nie chcemy. Nikt nie ma o to do nas pretensji bo rozumieją jak jest, że ciężko znaleźć pracę. A jeśli chodzi o dzieciaczka, damy sobie radę. Przecież właśnie ze względu na to że byłam w ciąży zmieniliśmy mieszkanie. Może będzie wymagało to od nas paru wyrzeczeń, ale co z tego. Dzidziuś jest ważniejszy.
W następny weekend jedziemy nad jeziorko i mam zamiar porządnie odpocząć od tych wszystkich myśli. Niepotrzebnych z resztą. Trzeba się cieszyć tym co się ma, zawsze mogło być gorzej.
W ogóle mam pewien dylemat. Mój tata ma w Norwegii własną firmę (mój brat jest dyrektorem) i wcześniej planowaliśmy, że jak będzie stała praca to mój B pojedzie, a ja do niego dojadę i też poszukam pracy. Ostatnio tata wyszedł z pewną "propozycją". Że otworzy jeszcze jedną firmę, której ja będę dyrektorem. Problem w tym że ja już nie jestem taka pewna tego wyjazdu. Mój B ma tu na prawdę dobrą pracę, jak na tutejsze warunki. Wszystko legalnie, umowa od ręki na 2 lata, urlopy, składki, wszystko. Jestem pewna że dostanie potem umowę na stałe i z czasem będzie co raz więcej zarabiał. Jego znajomi którzy pracują tam parę lat mają na prawdę dobre stawki. Jak będzie zarabiał więcej to weźmiemy jakiś kredyt, część kasy dołoży nam jego tata i albo kupimy mieszkanie, albo postawimy jakiś domek. Taki jest plan i nie wiem czy chcę żebyśmy to zostawili, chociaż nic oprócz tej pracy nie mamy. Wiem że tam jest lepiej, ale wcale nie tak kolorowo jak każdy myśli. Głównie działa na mnie argument że dzieci miałyby lepsze perspektywy na przyszłość. Tam dobrze mają Norwedzy, nie Polacy. Żeby dobrze żyć też trzeba pracować we dwoje, czyli w sumie tak jak tutaj. Może z czasem byłoby lepiej, ale co jeśli nie wyjdzie? Jeśli tam się coś nie uda i trzeba będzie wrócić? Do czego? Mojego B z powrotem do tego zakładu nie przyjmą. Z resztą udało mu się tę pracę znaleźć dopiero po 2 latach. Gdyby nie ta jego praca, to pewnie ani chwili byśmy się nie wahali.
Sama nie wiem co o tym teraz myśleć.
Mój mąż ogólnie jest raczej nie bardzo wierzący. Ja wierzę w Boga, ale nie w kościół i księży, dlatego też do kościoła nie chodzimy. Były święta Wielkiejnocy. Jako że w naszej diecezji nadal istnieje idiotyczny przepis oddawania karteczek do spowiedzi, i my z mężem udaliśmy się do kościoła w celu ich oddania. Spowiadał akurat proboszcz naszej parafii, na prawdę bardzo fajny i miły człowiek. Ksiądz jakich mało, zna każdego parafianina, zawsze pyta co słychać itd. Nadeszła moja kolej, wyspowiadałam się, zaczęliśmy rozmawiać. Proboszcz zapytał czy mamy dzieci, odpowiedziałam że w drodze. On się bardzo ucieszył, powiedział że są fajne modlitwy dla kobiet w ciąży itp. Za pokutę dostałam przez 2 kolejne niedziele przyjąć komunię za nasze małżeństwo. Postanowiłam że tak zrobię. Tu dodam, że u spowiedzi byłam w parafii męża, do której mnie dopisano, a na te 2 msze poszłam do swojego kościoła. W pierwszą z tych niedziel poszłam sama, modliłam się o nasze maleństwo, żeby wszystko było dobrze i urodziło się zdrowe. Komunię przyjęłam również za Bąbelka który (jak myślałam) rozwijał się pod moim sercem. Następna niedziela? To był dzień po wyjściu ze szpitala i przed położeniem się do kolejnego, na zabieg. Byłam zdruzgotana, przez całą mszę miałam łzy w oczach. I było coś, co mnie na prawdę zszokowało. Kazanie jakie wygłosił ksiądz (z resztą ten u którego załatwialiśmy wszystkie formalności związane ze ślubem, również przemiły człowiek) było jakby napisane specjalnie dla mnie. O tym, dlaczego Bóg nas doświadcza, dopuszcza do nas cierpienie. Ksiądz wprost odpowiadał na pytania, które kilka minut wcześniej zadawałam w swoich myślach. Mówił, że to służy temu żebyśmy mogli zbliżyć się do Boga. Wtedy jak tam stałam, ten fakt do mnie nie dotarł. Dopiero później, przy jednej z rozmów na forum to sobie uświadomiłam. Przecież to niezwykłe, prawda? To nie mógł być tylko zbieg okoliczności. Jednak od tamtej pory nie byłam w kościele. A może warto, żebym poszła? Mimo że w pierwszych dniach pytałam "i gdzie jest ten Bóg?" potem wiedziałam, że to były złe myśli. Nie mam do Niego żalu, ale gdzieś głęboko czuję taką potrzebę żeby porozmawiać o tym z księdzem. Żeby po prostu opowiedzieć co się stało. Może będzie mi lepiej? Na pewno to co się stało uświadomiło mi że "niebo istnieje na prawdę". Ta sytuacja zmobilizowała mnie do przeczytania tej książki, bo już kiedyś się do niej przymierzałam. Dziś wiem, że moja kochana babcia jest tam na górze i patrzy na mnie. Czuwa nade mną. Z resztą razem z Bąbelkiem Wcześniej nie miałam takiej świadomości, że oni tam są, nadal "żyją" i kochają mnie. Może Bóg chciał wzmocnić moją wiarę? Odzyskać mnie? Bo oddaliłam się od Niego. Tak bardzo wyraźnie pokazał mi że istnieje (o tym innym razem ), a ja byłam niewdzięczna. Gdzieś w natłoku wszystkich wydarzeń zapomniałam o nim. A przecież to On przysłał mi takiego wspaniałego męża. A ja? Może właśnie B mi GO poniekąd zastępował? Wcześniej jak miałam problemy modliłam się do Boga. Dziś na problemy mam swojego B, jest ukojeniem.
A przecież mój mąż i mój synek do dwa najpiękniejsze dary, właśnie od Boga, jakie w życiu dostałam.
No więc mój tata ma tam tę firmę, ale jest pewien szkopuł, który najbardziej mnie martwi. Tata jest zależny od swojego byłego szefa (nazwijmy go Janek*), bo to on nagrywa im robotę. Tata ze swoją firmą jest jego podwykonawcą. Sęk w tym że Janek jest kompletnym idiotą, z którym nie można się porozumieć jak z człowiekiem. Nie wypłaca pieniędzy na czas, oszukuje ich że np "w czerwcu będzie tyyyyle pracy, na 5 osób", po czym okazuje się że pracy nie będzie w ogóle. Tata bardzo by chciał się od niego oderwać, ale na razie nie może bo musi się jakoś wbić na rynek. Wiadomo, zleceniodawcy muszą go poznać, że dobrze robi itd. Więc tak na prawdę nie wiadomo ile ta firma pociągnie, czy się rozkręci, czy się odłączy od Janka. Wszystko psuje właśnie ten dupek, przez którego boję się zaryzykować. Bo jak padnie jedna firma, to zaraz pewnie i druga. A co jak nadal nie będzie kasy na czas? No i kolejna sprawa: musielibyśmy z mężem pracować oboje, na dodatek ja jako dyrektor. Więc praca od rana do nocy (bo w domu po godzinach papierkowa robota). Wiem to, bo widzę jak pracuje mój brat. I gdzie w tym wszystkim to nasze dzieciątko? Teraz mamy jako-taką stabilizację, że ten dzidziuś może się pojawić, a tam? Wszystko będzie takie niepewne, no i co jak trzeba będzie wrócić? A nie chcę czekać ze staraniami bo nie wiem ile to potrwa. Co jak historia będzie się powtarzać? Nie chcę sobie potem pluć w brodę, że za długo czekaliśmy.
A w ogóle to Janek już pytał o mnie, bo zatrudnił narzeczoną mojego brata i chciałby jeszcze kogoś kto mówi po angielsku. I ja myślałam że bym pojechała, ale mój mąż już mi to wybija z głowy. Ale powiedzcie mi ileż można siedzieć w tym popieprzonym kraju na pier*olonym bezrobociu, kiedy propozycja pracy stamtąd przychodzi sama? Już nawet myślałam o tym że jak pojawi się dzieciaczek to mój mąż będzie tu dalej pracował i się nim zajmował, a ja będę wyjeżdżać. Ale nie wiem czy to dobry pomysł. Z drugiej strony co to mój mąż nie może pobyć trochę kurem domowym? Równouprawnienie do jasnej ciasnej jest przecież! Może być ministra, to może być i kur!
*Janek nie jest Polakiem, tak go tylko nazwałam. Jest Duńczykiem mieszkającym w Norwegii. I idiotą totalnym.
Mój kochany mąż śnił dzisiaj o dzidziusiu Ja byłam za granicą, a on siedział z bobaskiem (to był chłopiec ). Oglądał z nim telewizję, bawił się, a potem maluszek poszedł spać. I tak sobie myślę co ten sen mógł oznaczać? Może tak faktycznie będzie? A może to był Olek? Może to miało na celu przekazać mu, że ja sobie pojadę do tej pracy, a Olek będzie przy nim i będzie czuwał
Zacznę od tego że mój B palił jak się poznaliśmy. Potem z czasem, pilnowany przez mnie rzucił (sam chciał). Powiedziałam mu też kiedyś że jak zamieszkamy razem to nie ma żadnego palenia, a do dzieci nawet nie podejdzie jeśli będzie śmierdział papierochami. No i nie palił już chyba z rok. Ale jakoś jak byłam w ciąży to znów zaczął po trochu popalać (że też nie miał kiedy). Nie przy mnie broń Boże, oczywiście. Ja nie powiem, bo też czasami zapalę do piwa jak mnie ktoś poczęstuje. A jak chcę to i sama kupię jak mam jakąś nadprogramową kasę, ale zdarzy mi się 2 razy do roku. Ale on zaczął co raz więcej i paczkę za paczką kupował, nie mówił mi że wyciąga pieniądze z konta. A ja potem szok, bo gdzie kasa i nie wiem czy nam starczy do wypłaty. Dobra, jakiś czas temu niby ostatnia paczka. Niedawno jakoś znowu wyciągnął kasę z konta i mi nie powiedział (niestety ja muszę wiedzieć takie rzeczy bo się każdy grosz liczy). To oczywiście on mi awanturę zrobił jeszcze że nie może sobie pieniędzy wziąć. To mu powiedziałam że w dupie mam te pieniądze niech sobie i wszystkie weźmie tylko niech mnie uprzedzi o tym a nie ja potem coś kupię do domu a się okazuje że nie było mnie na to stać bo panicz papieroski musiał kupić. Mówiłam mu też że już bym wolała żeby przyszedł z 4-pakiem piwa i je sobie wypił a nie papierochy palił. Nie dość że śmierdzi co mnie wnerwia niesamowicie, bo od zawsze nienawidzę smrodu papierosów, to jeszcze zdrowie niszczy. Na tym punkcie też jestem uczulona bo mój wujek zmarł na raka płuc przez to że palił, miał 52 lata, a ja bardzo to przeżyłam. No i kolejna sprawa jest taka że jak chcemy się starać o dzidziusia to on nie może palić, mówiłam mu to kilka dni temu. Jak się rzuci palenie to płodność wzrasta nawet o 40%. No więc dziś rano przyszedł śmierdzący papierochami no i mu to mówię. A on że to ostatni papieros był, kolega go poczęstował i teraz ma urlop to już przestanie w ogóle palić. Dobra, poszłam spać. Jak wstałam to nie mogłam znaleźć jego telefonu, się wystraszyłam że go gdzieś zostawił więc zaczęłam szukać m.in u niego w plecaku. A zamiast telefonu znalazłam prawie całą paczkę papierosów, zapewne wczoraj sobie kupił a rano jeszcze kłamał. No tak się wściekłam. Po pierwsze o to, że nie może palić jak mamy się starać o dzidziusia, to tak mu zależy? A po drugie o to że kłamie mi prosto w oczy. No tyle razy go prosiłam niech mi mówi prawdę, bo ja mam w dupie te jego papierosy siebie truje nie mnie, tylko niech nie kłamie bo nie ma ku temu powodów. I się zastanawiam czym ja sobie zasłużyłam na te kłamstwa? Ja go nigdy w życiu nawet w najmniejszej sprawie nie okłamałam, a miałam okazje, oj miałam. Ale ja mam na tyle jeszcze honoru w sobie że jak coś zrobię to chociaż prawdę powiem, bo to zawsze wychodzi na jaw, a wtedy jest jeszcze gorzej. Jak wstanie to pewnie zapyta "i co zła jesteś na mnie?", a jak powiem że tak, to się jeszcze obrazi.
I weź tu żyj z takim...
No musiałam z siebie emocje wyrzucić, lepiej mi trochę
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2014, 15:49
Ciężki czas za mną i wcale nie jest lepiej. I nie chodzi tu o moją psychikę, bo z nią całkiem w porządku. Jak tylko coś zacznie się układać, to zaraz coś innego się sypie. Tym razem moja rodzinka...
Wczoraj do Polski cała rodzinka zleciała: Tata i moi bracia (Ł i M). M został odrzucony do żony i dzieci, a my siedzieliśmy u rodziców, wesoło było i rodzinnie jak zwykle Sielankę przerwała żona M (nie chciałabym jej nazywać swoją bratową). Napisała smsa do mojej mamy że mamy po niego przyjechać i go zabrać bo ona musi przez niego z dziećmi do swojej mamy iść. No tak, już się pokłócili, a M trzeba zabrać z jego własnego mieszkania które on opłaca, bo dama tak sobie życzy. No pewnie, już wszyscy biegniemy. Oczywiście nikt jej nawet nie odpisał, ale humor wszyscy mieli zepsuty do końca dnia. No jak dzieci z podstawówki- jak zwykle całą rodzinę w swoje kłótnie wciągają. Ale żeby zrozumieć ich "małżeństwo" to opiszę ich charakterki
Ona- mistrzyni intrygi, nigdy nie pracowała i nie zamierza tego robić. Z łatwością wydaje wszystkie zarobione przez M pieniążki na totalne pierdoły. Obiadów dzieciom nie robi WCALE, ale paznokcie, fryzura i makijaż zawsze perfekcyjne. Sobie kupuje tony nowych ubrań, podczas gdy dzieci ubiera w szmateksie. Chodzą w brudnych kurtkach dotąd, aż (nie, nie upierze) kupi im nowe. Robi M awantury kończące się wzywaniem policji przy córkach, przez co starsza ma tiki nerwowe (ale nieee, to nie od tego). ZAWSZE do kłótni wciąga całą rodzinę: do wszystkich po kolei wydzwania z pretensjami że M jest pojebany, bądź że cała nasza rodzina jest pojebana, po czym kiedy się pogodzą udaje że nic się nie stało. I najlepsze: kiedy tata dał im pewnego razu 100 zł bo nie mieli na chleb, ona na drugi dzień poszła i nakupiła sobie bluzek.
On- kompletnie przez nią zdeptany, przez co często popija. Pomimo że zarabia duże pieniądze za granicą, ciągle siedzi w długach bo jego żona żyje ponad stan. Nie może jej zwrócić uwagi, bo zostanie zrównany z błotem. Głupi, że jej jeszcze nie kopnął w tyłek i nie wyrzucił z domu.
Tak wygląda ich "związek", co pół roku chcą się rozwodzić, szkoda że jeszcze się na to nie zdobyli. Tym razem już wszyscy mają ich po dziurki w nosie bo każdy ma własne problemy. Ale nie, dama jest najważniejsza i musi być w centrum uwagi. Tym razem przegięła pałkę, nikt nie będzie już nad nią skakać, ja też nie mam zamiaru. Jak przyjdzie do mnie z pretensjami to też powiem jej co o niej myślę, bo to zaszło za daleko. Powinnam mieć to głęboko w poważaniu, ale nie mogę bo to mój brat i mi go szkoda. A jeszcze bardziej szkoda mi dzieci, więc się martwię i myślę ciągle o nich. Jakbym miała mało swoich problemów.
No cóż, jakby to powiedział mój tata: "Jak nie urok to sraczka".
Zawieźliśmy z B "bratową" i małą Maję na badania do Białegostoku. Do neurologa, więc nie mało dzieci tam się przewijało Trochę to trwało, więc spędziliśmy sporo czasu w poczekalni. I przyszła pewna pani z synkiem- na oko może 7-8 miesięcy. Stała do mnie tyłem, ale trzymała synka na rękach tak, że on się na mnie patrzył. No i uśmiechałam się do niego, zauroczył mnie mały przystojniak On też się najpierw uśmiechał, a potem minka mu trochę zrzedła i patrzył mi głęboko w oczy. Może to głupie, ale tak patrzył... Czułam jak świdruje moją duszę. Poczułam, że on zobaczył w moich oczach ten ból, że wie co się stało. Miał taką zmartwioną minkę. Komuś może to się wydawać niedorzeczne, ale ja na prawdę czułam, że to maleństwo wie i mi współczuje. Aż stanęły mi łzy w oczach, a on ciągle na mnie tak patrzył. Zupełnie jakby chciał mi powiedzieć "nie martw się, Twój synek jest bezpieczny".
Może to moja wyobraźnia, ale nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 czerwca 2014, 11:08
Czasem mam wyrzuty sumienia że może za rzadko myślę o swoim synku. Może zbyt rzadko kieruję do niego konkretne słowa, ale czuję jego obecność na każdym kroku. Ciągle coś mi go przypomina, ale przecież to nie powód do płaczu. Jak widzę małe dzieci, patrzę na ich mamusie to myślę sobie "ja też mam synka" i uśmiecham się do tych maluszków.
Kochany synku, jak to kiedyś napisała PauLLa: "Jeden dzień bliżej do spotkania z Tobą" Bardzo Cię kochamy i tęsknimy. Wierzymy że gdy nadejdzie odpowiedni moment, pozwolisz przyjść tu, na ziemię swojemu rodzeństwu i będziesz nad nami czuwał. A ja kochanie obiecuję Ci, że nie zapomnimy o Tobie. Będę opowiadać o Tobie Twojemu rodzeństwu, chcę żeby wiedzieli że tam na górze czeka na nich braciszek, i że jeśli będą dobrymi ludźmi to będą mogli Cię spotkać.
Mąż w pracy, a ja się obijam. Od jutra zaczynam pracę jako opiekunka Praca tylko do czasu aż pojadę na truskawki, wiadomo kokosów nie ma ale po co siedzieć na tyłku jak można parę groszy zarobić W końcu odkładamy przecież żeby nasze dziecko miało jakiś start, a na to pieniążków trzeba sporo. Nie jest łatwo nam odłożyć z jednej wypłaty więc każda zaoszczędzona stówka się liczy. Nigdy nie opiekowałam się dziećmi dłużej niż 2 godziny, a tutaj praca czasami po 12. No cóż, trochę się stresuję ale ogólnie kocham dzieci więc mam nadzieję że złapię z nimi dobry kontakt i dam radę W ogóle to dzieci mojej dawnej przyjaciółki. Mieszkamy niedaleko siebie ale kiedyś się pokłóciłyśmy i kontakt się urwał. Nie rozmawiałam z nią chyba ze 3 lata, smutne. A może odnowimy starą znajomość? Zgodziłam się na tę pracę też ze względu na to że chciałam jej pomóc, bo ona bardzo chce iść do pracy a mąż jej to trochę utrudnia. Zrobiło mi się jej szkoda, a co mi szkodzi pomóc jak jeszcze pieniążki z tego będą?
No nic, mąż mi powiesił karnisze to idę w końcu powiesić firanki
Co teraz mógłby zrobić? Widziałem, jak skacząc wesoło
Toczy się ulicą, a później równie wesoło
Po drugiej stronie- i już jest w wodzie!
I nie ma co mówić "ach, są jeszcze inne piłki":
Do samej głębi przeszywa chłopca bezmierny żal,
Kiedy stoi jak wryty i drży, patrząc
Wszystkimi dniami swej młodości ku zatoce
Gdzie potoczyła się piłka."
Właśnie czytam książkę Grahama Mastertona "Demon zimna". Znalazł się w niej ten o to wiersz. Więcej chyba tłumaczyć nie muszę...
Jestem po prostu zerem.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lipca 2014, 19:03
Rozsypałam się wczoraj na milion kawałków. I może dziś mi trochę lepiej? Nie wiem co się ze mną dzieje, płakałam wczoraj jak głupia i nie potrafiłam powiedzieć czemu. Po raz pierwszy mój mąż nie był w stanie mnie pocieszyć. I było mi go szkoda, widziałam że źle się z tym czuje, że jest bezradny i nie potrafi mi pomóc. Powiedziałam mu co mnie boli, że czuję się niepotrzebna, beznadziejna, że jestem do niczego. A on mnie nie rozumie, próbował mnie pocieszyć ale czułam że mnie nie rozumie. W sumie, co mu się dziwić? Ja sama siebie ostatnio nie rozumiem. Dziś jest może trochę lepiej, sama nie wiem. Jeszcze się okaże. Pomogły mi słowa Madziary, męża i moich wirtualnych przyjaciółek. Tylko że jest jeszcze jedna sprawa... Ja tu nie pasuje. Tu do ovu, do forum, do starających się dziewczyn. Wszystkie mają poukładane życia, a ja? Nie mamy własnego mieszkania i bardzo możliwe że się go nigdy nie dorobimy. Samochód? Wart może z 1500 zł. Nie stać nas na kredyty, w ogóle na dużo rzeczy nas nie stać. My po prostu żyjemy trochę inaczej. Głodem nie przymieramy, ale czasem muszę odmówić sobie kupienia torby cukierków, czy jakiegoś ciucha. Czasami powstaje sytuacja kiedy dziewczyny z forum mówią "idź do gina prywatnie". No tak, tylko że mnie na to zbytnio nie stać. Ktoś te 100 zł wyda na codzienne zakupy, a ja za te 100 zł potrafię przeżyć tydzień. Dla mnie to jest duża kwota i wolę ją odłożyć na konto oszczędnościowe dla malucha. No właśnie, tylko czy jest sens się o tego malucha starać? Wiem, że będzie nas stać na to żeby zaspokoić jego podstawowe potrzeby. Na pewno nie zbraknie mu jedzenia. Ale być może czasem powstanie sytuacja w której nie będzie mnie stać na upragnioną przez dziecko zabawkę. Mam mętlik w głowie. Czuję że ta decyzja o podjęciu starań była zła. Nie potrafię tego dobrze wyjaśnić... Czuję się po prostu gorsza i że moje dziecko będzie gorsze, bo nie będzie miało najnowszych drogich zabawek. Już sama nie wiem, chyba powinnam porozmawiać o tym z mężem. Może to jednak jeszcze nie ten czas...
Niedługo jadę na komendę w sprawie mojego brata. Nic poważnego, czysta formalność. Zawracają głowę niepotrzebnie.
Co będzie ze staraniami, tego nie wiem. Nie zabezpieczamy się i już. Zobaczymy co nam życie przyniesie.
No i mam nowe postanowienie. Od sierpnia zaczynam ćwiczyć! Ponownie wyrzucam ze swojego życia chipsy bo to one najbardziej mnie gubią. Słodyczy i tak za wiele nie jem, ale zacznę jeść zdrowiej. Zero chipsów i fast foodów! Więcej warzyw i owoców!
cieszę się, że postanowiłaś założyć pamiętnik :) będzie dobrze :*
Dziękuję kochana ;* Też w to wierzę :)