Pamiętniki Wydłużająca się droga do szczęścia
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Wydłużająca się droga do szczęścia
O mnie: Rocznik 93 (26l). 2 lata po ślubie. W związku od 11 lat od zawsze z tym samym partnerem. Po tylu latach razem poznaliśmy się na tyle dobrze, że do szczęścia brakuje nam tylko dziecka... ale nie przypuszczalismy, że to będzie takie trudne do zrealizowania...
Czas starania się o dziecko: Lipiec 2019
Moja historia: Punktem zwrotnym w moim życiu od którego muszę zacząć okazało się poronienie pod koniec sierpnia 2019 (7tc - poronienie samoistne). To był mój koniec... coś we mnie umarło dosłownie i w przenośni. To był koniec a zarazem początek, początek starań.. Staramy się może krótko ale jednak co miesiąc przeżywam to samo, bo wtedy udało się od razu...
Moje emocje: Bywa różnie, raz lepiej, raz gorzej. Czasami rozpacz i żal wraca, czasami wraca złość, czasami się odcinam i chcę zapomnieć. Wiem, że dopóki nie zajdę w ciążę nie będę szczęśliwa i złe emocje będą wracać. Tylko ciąża mnie z tego wyleczy.

14 lutego, 02:44

Moja historia:
Pierwsza rocznica ślubu to był ten czas kiedy wiedzieliśmy, że już chcemy mieć dziecko. Nasze sprawy zawodowe jakoś się poukładały i ku radości mojego męża już mogliśmy się starać o dziecko. On chciał wcześniej ale musiałam poukładać swoje sprawy w pracy i przetrzymałam go rok.

Ja miałam od bardzo dawna instynkt macierzyński i bardzo pragnęłam dziecka, zdarzało się, że popłakałam się na widok dziecka na ulicy, bo nie mogłam się doczekać kiedy będę mamą. Ale sama chęć to nie wszystko. Chcieliśmy świadomie i odpowiedzialnie podjąć tę decyzję stąd to wstrzymywanie.
No i udało się! W zasadzie w pierwszym cyklu starań. Byłam najszczęśliwsza na Świecie! W 6 tygodniu po potwierdzeniu badań krwi, powiedziałam wszystkim moim najbliższym, chciałam to oznajmić całemu światu!

Niestety nie wszystko poszło po mojej myśli... Punktem zwrotnym w moim życiu okazało się poronienie pod koniec sierpnia 2019 (7tc - poronienie samoistne). To był mój koniec... coś we mnie umarło dosłownie i w przenośni. To był koniec a zarazem początek kolejnych długich miesięcy starań i walki z samą sobą, początek mojej próby charakteru (jak pisała jedna z Was). Każdy miesiąc od poronienia miał być łatwiejszy a jest coraz trudniej i o tym będę pisać. Może to, że będę to z siebie wyrzucać będzie jakąś formą terapii...

Moje emocje:
Po poronieniu w sierpniu psychicznie rozpacz, rozsypka, wycie w wniebogłosy (bo to nie był płacz), obwinianie całego świata, lekarzy siebie, pytania "dlaczego ja".

Fizycznie 2 tygodnie wyrwane z życiorysu, na łóżku, bez jedzenia (schudłam 6 kg). Do tego wiłam się z bólu, co godzina na lekach przeciwbólowych. Kobieta, która przeszła poronienie wie jaki to ból, porównywalny z porodowym, ale tamten ostatecznie przynosi szczęście, a ten niekończącą się rozpacz.

Obecnie co miesiąc wracam do punktu wyjścia. Kiedy mam wszystkie objawy ciąży (biorę duphaston) nakręcam się, jestem pewna, że się udało, a ostatecznie pojawia się miesiączka jestem w coraz gorszym stanie psychicznym. Z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Pewnie każda z Was przyzna mi rację... wiem, że nie można się nakręcać ale się nie da. Co miesiąc kiedy pojawia się @ od nowa walczę ze sobą, płaczę, leżę, nie jem.. Wracam do żywych po 2 dniach, wracam do pracy i zajmuję czymś głowę. Walka trwa.

Wiadomość wyedytowana przez autora 14 lutego, 02:55

22 lutego, 02:04

13dc
Na początku lutego dostałam @.
Tym razem też sądziłam, że może się udało. W końcu wszystkie objawy na to wskazywały.
Z jednej strony nie chciałam się nakręcać bo w grudniu i w styczniu też byłam pewna, że to ciąża. Wszystkie objawy ciążowe! No zwariować można. Objawy identyczne jak przy poprzedniej ciąży (którą straciłam), więc każdy by pomyślał, że to to... senność, zmęczenie, mdłości, ochota na jedzenie dziwnych rzeczy, wstawanie w nocy na siku i podjadanie bo w brzuchu burczało jak nie wiem, piersi jak balony nabrzmiałe. Dodam, że nie należę do osób, które wstają w nocy do toalety albo podjadaja.

Ale postaram się usystematyzować informacje.

Przez trzy miesiące po poronieniu (28.08.19) mój organizm się chyba regenerował i regulował bo nie miałam już typowych oznak zbliżającej się miesiączki. Zawsze miałam bardzo nabrzmiałe piersi, tak że aż z bólu budziłam się w nocy, byłam też rozdrazniona. A od poronienia jakby nasilone objawy się "wyczerpały" i zupełnie nic. To pewnie kwestia rozregulowanej gospodarki hormonalnej.
Jednak badania po poronieniu (w pazdzierniku) wykazały, że mam bardzo niski poziom progesteronu. No i od połowy listopadowego cyklu zaczęłam brać Duphaston.

Pierwszy cykl nic... nadal brak objawów zbliżającej się @. Więc był to znak, że jeszcze się nie unormowało wszystko.

No i grudzień...
Owulacja przypadała mi jakoś przed samą Wigilią. Mimo, że był weekend nie pojechaliśmy do rodziców żeby przedłużyć sobie święta tylko postanowiliśmy, że zostaniemy i będziemy próbować. No przecież to te dni... nie można było inaczej. W wigilię dopiero wyjechaliśmy na długie święta aż do 3 stycznia. Niestety na wyjeździe nie mamy odrębnego pokoju zeby ewentualnie gdzieś się kochać, byłoby to niekomfortowe więc od czasu ovu i dni płodnych nie kochaliśmy się już az do stycznia.

Ale tydzień po ovu miałam przeczucie takie samo jak przy poprzedniej ciąży. Nie potrafię tego określić ale takie rzeczy się czuję więc czułam, że w moim ciele sie cos dzieje coś innego od czasu straty. Tak samo jak przy ostatniej ciąży miałam sen, sen o tym, że będziemy mieli dziecko. Tak więc obserwowałam swoje ciało, które dawało mi wiele sygnałów, o których pisałam wyżej. Pierwszy raz od sierpnia bardzo nabrzmialy mi piersi i miałam zachcianki i poranne mdłości. Będąc u przyjaciółki, która niedawno urodziła i wiedziała przez co przechodzę powiedziałam nieśmiało, że chyba się udało, znowu byłam taka szczęśliwa, okres się spóźniał. Ale potem zaczęły się bóle brzucha i niestety przyszła @ Byłam zrozpaczona i na początku myślałam, że to lekkie plamienie przed to była implementacja. Kiedy plamienie się nasilalo płakałam coraz bardziej ale nadal wmawialam sobie, że tak czasem jest na początku ciąży i ze nie mogłam się tak pomylić. Po powrocie do Warszawy 3 stycznia miałam już praktycznie @ ale taką rozrzedzona, bez skrzepów, więc nadal się łudziłam. Ze łzami w oczach poszłam zrobić Betę i czekałam na wyniki do wieczora. Niestety beta 0,5... nie miałam już złudzeń i nie mogłam w to uwierzyć, że moje ciało tak mnie oszukalo.
Oczywiście załamka... wpisałam wiec oficjalnie @ na 8 stycznia.

Dodam tylko, że moja gino kazała brać duphaston przez 10 dni od 15 dnia kazdego cyklu po tych 10 dniach brania leku odstawić w 24dc i po kilku dniach przychodzi @ ale w przypadku ciąży nie przestawać brać. Więc skoro ja byłam pewna ze to objawy ciąży brałam ten lek nie 10 dni a chyba 20 dni, dlatego ten okres był taki rzadki i się opóźnił itp.. Bałam się bardzo, że sobie zaszkodziłam tym, ale w tamtym momencie wybrałam mniejsze zło. Wolałam brać i uratować ewentualną ciążę niż nie brać i się zastanawiać czy gdybym brała to by się udało uratować. Szukałam info na blogach czy to źle czy to dobrze ale nie znalazłam podobnego przypadku. Miała któraś z Was podobnie? Co o tym sądzicie?

A luty to samo...
Pod koniec stycznia ovu potem znowu wszystkie objawy ciąży. Mega rozdrażnienie. Moj mąż codziennie za coś obrywał po uszach, oberwał mój szef. Myślałam, że mnie rozsadzi od środka ta nerwowka. Przepraszałam męża i przyjaciół i informowałam z góry, że przepraszam za swoje zachowanie ale mam problem z hormonami (leczę niedoczynność tarczycy i niski progesteron) i muszę to unormować bo sama ze sobą nie mogę wytrzymać.
I mimo tego, że już przez to przeszłam i wiedziałam, ze te objawy były mylne to same wiecie... nadzieja umiera ostatnia. Zeby aby nie zaszkodzić ewentualnej ciąży niewiedzac o niej 7 lutego zrobiłam test bo @ spóźniał się już 3 dni zawsze mam cykl 29-30 a wtedy był już 32 i nic!!! No co byście pomyslaly?? I test oczywiście nic... patrzyłam na niego cały dzień, pod każdym światłem i pod każdym kątem i doszukiwalam się tej kreseczki chociaż cienia. Niestety biel vizira... Myślicie, że to wystarczyło??? Ha... a skądże! Weekend minął więc na oczekiwaniu na @ bo co innego pozostało... W niedziele pojawiło się drobne blade plamienie jak miesiąc wcześniej ale @ nie było. W poniedziałek 10 lutego poszłam na bete. Emocje od rana były tak ogromne, że przy pobieraniu krwi się rozplakałam. Panie patrzyły na mnie z takim współczuciem, że płakałam coraz bardziej. Powiedziały do mnie "spokojnie, wszystko będzie dobrze" miałam taką gulę w gardle od płaczu, że nie potrafiłam wydusić z siebie słowa a chciałam powiedzieć "taaa, będzie dobrze... jak co miesiąc". I w sumie nie wiem co one sobie myślały i czemu mi współczuły. Wyglądam młodo wiec może myślały, że ja się obawiam tej ciąży, a nie że jej pragnę i wiem, ze tym razem znowu się nie udało.
Późno w nocy przyszły wyniki.. beta <0,2
Następnego dnia bo becie @ był już widoczny i normalny.

I tak oto kolejne 2 dni w łóżku, zapłakana, że znowu się nie udało.

Kilka ostatnich dni płakałam bo jeszcze to do mnie wraca, ze muszę się z tym pogodzić, że taki stan może jeszcze trwać. Żeby się nie nastawiać bo to staranie potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy a ja nie chcę co miesiąc się załamywać.
Ale wiecie jak to jest.. skoro w lipcu udało się za 1 razem, pyk i byłam w ciąży to myślałam że po poronieniu i przerwie 4 miesiące uda się znowu od razu. Lubię wszystko planować, ale życie po raz kolejny dało mi pstryczka w nos mówiąc "laska, nie planuj i się nie nakrecaj bo ktoś wyżej inaczej to ustawił".

A więc staramy się dalej. Gdzieś w tej aplikacji przeczytałam, że najlepiej kochać się co 2-3 dni regularnie w całym cyklu, żeby z jednej strony plemniki zdążyły się rozwinąć a z drugiej, żeby nie były zbyt stare. Wiec staramy się kochać regularnie i nie skupiać się na dziecku tylko na przyjemności (heh łatwo powiedzieć, chociaż już jestem na dobrej drodze, żeby faktycznie nie skupiać się na staraniu).

Dzisiaj 13dc za jakiś czas powinnam mieć płodne ale nie wiem jak je wyliczyć. Aplikacja OF pokazuje, że ovu około 28 lutego w 20 dc, a aplikacja mój kalendarzyk z której korzystam mówi, że ovu 24 lutego w 16dc i że dzisiaj zaczęły się płodne. Kto ma rację... nie wiem. Zaczęłam od dzisiaj mierzyć temperaturę a śluz wprowadzam od początku tego cyklu. Cykl udostepnilam.
Jak myślicie czy OF wiarygodnie określa ovu czy trzeba spełnić jakieś warunki np. Kilka cykli zakończonych do porównania? Jeśli możecie coś podpowiedzieć będę wdzięczna.

Dziękuję za Wasze wsparcie! <3

Wiadomość wyedytowana przez autora 22 lutego, 02:14

24 lutego, 12:43

16dc
Temperatura już 3 dzień utrzymuje się na podwyższonym poziomie 36,85 st. Wczesniej okolice 36,6. Jeśli temperatura wzrośnie bardziej brd pewna, że to ovu.

Idę za Waszymi radami i od jutra rano zacznę przyjmowanie Duphastonu. 2 razy dziennie po 1 tabletce łącznie 20mg na dzień.
Od dwóch dni dziwnie się czuję: mdłości, zawroty głowy. Wczoraj doszły uderzenia gorąca. Śluz raczej wodnisty. Oznacza to, że dni płodne się zaczynają. Według OF owulacja będzie w 18dc czyli za dwa dni.

Zastanawiają mnie tylko jajniki. Co miesiąc bardzo odczuwam kłucie w jajniku zawsze w tym, w którym dochodzi do owulacji w danym miesiącu. Chociaż prawy chyba odczuwam bardziej. Poroniona ciąża też była z prawego jajnika. Ból i ciągnięcie w trakcie owulacji jest naprawdę spore, muszę delikatnie siadać i nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów. To jest akurat normalne bo wiele kobiet odczuwa dyskomfort podczas owulacji.
W tym miesiącu jednak w 13 dc czyli jeszcze przed ovu delikatnie czułam lewy jajnik (w tym miesiącu ovu powinna być z lewego), ale tylko trochę, obecnie od dwóch dni w lewym cisza. Ale za to wczoraj odrobinę czułam prawy jajnik co mnie trochę zaskoczyło. Dzisiaj znowu cisza.

Jak myślicie tak powinno być? Jeśli w lewym ovu to prawy siedzi cicho i odwrotnie a tutaj jakoś na zmianę.

Krąsi tak rozważam wizytę i planuje się zapisać. Choć od początku lutego jest naprawdę dużo lepiej jakoś tak przepracowałam to. Bardzo pomaga mi czytanie Waszych pamiętników. Jak to czytam to okazuje się, że wiele z Was było w dużo trudniejszej sytuacji a mimo to się udało więc wtedy stwierdzam, że i mi prędzej czy później się uda i się już nie nakrecam.
Tak pamiętam o mężu :) Mam płodne ale mimo to skupiam się raczej na czerpaniu przyjemności i spędzaniu miło czasu.

Dziękuję Frufru :) Wierze, nie tracę nadziei, ale na spokojnie.
Dziękuję Wam dziewczyny za wszystkie komentarze i podpowiedzi. <3
Czytam Was z przyjemnością.
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)