Staraliśmy się od ponad roku o dziecko. Cały 2025 był dla mnie koszmarem z przepracowania i wielu bardzo stresujących powodów - nie jadłam dobrze, nie spałam, przytyłam 8kg. Odbił mi się ten rok na zdrowiu. Jak w październiku zaczęłam zwracać uwagę czy w ogóle mam owulację po połowie roku starań to jej nie było; w dodatku zaczęły mi się bardzo rozjeżdżać cykle z książkowych 25-29 dni na 40+ i nawet lekarze potwierdzali, że nie miałam owulacji - tylko torbiele i braki miesiączek. Mi wydawało się, że to stres, lekarze twierdzili, że PCOS (ale z całego panelu badań tarczyca i wszystkie hormony były ok, ale estrogen był jak przy menopauzie, insulinooporoności też nie było, nadwagi 2kg). Nie był to najepszy moment na starania ale decyzję o dzieciach odkładaliśmy z różnych powodów od 3-4 lat i nie chciałam dalej tego odkładać mając już 29 lat

. Powoli zaczęłam się godzić, że dzieci nie będzie, a przynajmniej nie szybko i będzie to długa i być może bolesna droga. Od początku roku zwolniłam, postawiłam na sen, poszłam do dietetyka, suplementacja wjechała dość spora zgodnie z rekomendacjami lekarzy i dietetyk.
Endokrynolog zdecydował, już po roku i 2msc starań, że mam po tym trzecim pudełku Duphastan zrobimy indukcję owulacji.
8 marca miałam ostani okres wywołany lekami, 7 kwietnia usłyszałam od endo, że mam malutką torbiel, ale to nic i mam zacząć brać Duphastan, a później 4-9dc stymulant owulacji.
Od czasu jak ostawiłam Duphastan czekałam na okres jak na szpilkach, za dwoma poprzednimi razami dostałam w ciąg 8 dni. Wybił 13 dzień i nic - ból brzucha jakbym znowu miała dwie gigantyczne torbiele, biust tkliwy tak, że w nocy nie mogłam się wyspać, a w głowie siano i problemy ze skupieniem. Poszłam do pierwszego lepszego lekarza za pakietu z pracy (akurat tego samego co trafiłam chwilę przed wizytą u endo) i powiedziałam, że nie wiem co robić - na majówkę w góry, nikt nie powiedział co mam zrobić jak duphastan nie zadziała, na opakowaniu jest mowa o 14 dniach i akurat nic nie działa, a już miał być kolejny krok ze stymulacją którego może coś wyszłoby. Młody pan doktor podszedł z empatią i cierpliwością - zapytał czy robiłam sprawdzenie drożności jajników, sprawdził mnie na fotelu, a później powiedział, że jeszcze spojrzymy na usg co się tam dzieje. Na ekranie zobaczyłam tylko kropkę, a doktor prychnął trochę rozbawiony. Myślałam, że to jakaś rodzaj torbieli, której jeszcze nie miałam, a chwile później powiedział "wygląda na to, że nie dostanie pani okresu… bo to pani w ciąży”. A ja się rozpłakałam, byłam w ciężkim szoku, nic do mnie dochodziło. Naprawdę spodziewałam się wszystkiego tylko nie tego. Powiedział jeszcze, że wygląda to jak 5-6 tydzień w przypadku normalnych cykli, zarodka jeszcze nie ma i kontrola za 2 tygodnie.
Ja prawdę mówiąc trochę się zachowałam dziwnie, nie dowierzałam, płakałam, 3 razy pytałam czy się nie pomylił. Później coś pytałam o majówkę (bo plan był sportowo intensywny). Nie wiem prawdę mówiąc jak się zachowałam, czy było mnie ciężko wygnać z gabinetu, bo przerosło mnie to. W każdym razie dotarło do mnie w domu, że ciąża to jeszcze nie zarodek, a zarodek to jeszcze nie serduszko - faktycznie coś mówił o tym, że narazie zarodek jeszcze niewidoczny bo zawczesny etap, coś padło o serduszku, ale nigdy o tym nie czytałam o ciąży i procesie powstawania człowieka, aby się nie dobijać, więc te medyczne stwierdzenia „pęcherzyk ciążowy, pęcherzyk żółtkowy, zarodek” brzmiały dla mnie niezbyt jasno. Raczej moje rozumienie było… ciąża = poród za 9 msc, ale chwali się dopiero ludziom po 3msc bo dużo rzeczy może pójść źle.
Na majówkowym trekkingu, o znacznie zmniejszonej intensywności, ciągnięcie brzucha odpuszczało, ból piersi znacznie zmniejszył się, mdłości nie miałam, momentami miałam lekkie zawroty i uczucie lekkiego zalegania na żołądku i chyba to nie najlepiej wróży jak na "6-7 tydzień”. Google mi powiedziało, że przy PCOS jest 50% szans na puste jajo płodowe.
Wizyta kontrolna za tydzień - głupio mi iść przez moje poprzednie zachowanie. Czas dłuży się, a brak objawów ciąży mnie niepokoi. 2 dni po wizycie z tą szokująca wiadomością robiłam bhcg i wyszło 5850, a progesteron 11, bo dalej nie wierzyłam. Zastanawiam się czy dotrwać do tej kontroli, czy nie odwołać i nie zmienić lekarza. No i zastanawiam się czy nie iść w ogóle wcześniej do kogokolwiek aby dowiedzieć się czy ten pęcherzyk ciążowy 9mm poczynił jakiekolwiek postępy i czy wykształcił zarodek….
Tym które dotrwały do tego momentu dziękuję za przeczytanie. Będę wdzięczna za jakąkolwiek odpowiedź- nawet taką niewnoszącą nic do tematu.