Aż trudno uwierzyć, jak szybko czas leci. Kiedy oglądam jego zdjęcia z czasów noworodka, widzę, jak baaaardzo urósł, i jaki był wtedy maleńki, coś niesamowitego.
Zaczęłam wreszcie przesypiać noce. Żadna położna od laktacji mi tego nie powiedziała, ale podrążyłam temat w internecie i... okazało się, że AI zbierające informacje z różnych witryn czasami się na coś przydaje. A mianowicie prawdą jest, że przy dojrzałej laktacji (tzn. po wielu miesiącach karmienia) robienie przerwy 7-8 godzin już laktacji nie wyhamuje. Piersi działają jak fabryka, która przyjmuje zlecenie od dziecka i produkuje dokładnie tyle mleka, ile i kiedy maluszek potrzebuje. Coś fantastycznego. Teraz karmię o 8, 12, 16, 20 i o północy, a nockę przesypiam (cholernie się jeszcze grzebię z myciem, trzeba popracować nad sprawniejszą logistyką wieczorami, to może się uda spać 7,5 h, a nie tylko 6 z kawałkiem - choć i tak 6 godzin snu od momentu porodu to było dotąd marzenie ściętej głowy...).
Osłonowo łykam jeszcze trochę Ibuprom, zwłaszcza że dorwał mnie dzisiaj ból gardła - mam więc podwójny powód. Choć jeśli chodzi o zastoje w piersiach, to zdarzają się już teraz bardzo rzadko i są łagodne, a dzieciaczek szybko je wysysa. W końcu jest już "starszym niemowlakiem" i ma dużo wydajniejszą ssawkę
))Podczytuję ciągle wątki ciążowe na forum. Dobre są przy karmieniu bobaska. A może mam już nostalgię za ciążą?... może. To był niezwykły stan. Chciałabym go powtórzyć.
Trochę mnie frustruje fakt, że dziewczyny tak chętnie uciekają z Ovu na Whatsappy czy Messengery, po czym wątek Mam Z Danego Miesiąca się urywa... ale to ich prawo. Dobrze, że nie wszystkie idą w "prywatę" i mimo to nadal jest co poczytać, zwłaszcza wśród staraczek - forumowych weteranek.
Bardzo mnie poruszyła historia Anilamk z Sierpniowych mam 2026 - i jej trojaczków. Zastanawiam się, czy wszystko u nich OK i czy już ich kruszynki są na świecie?... ciąże mnogie zawsze rodzą się wcześniej i idą do inkubatorów. Szkoda, że ostatni wpis zamieściła w marcu i odtąd cisza.
Ciekawi mnie, jak dalej rozszerzać dietę Łukaszkowi. Na razie mięsko z warzywami i masłem idzie mu świetnie, podroby uwielbia, kaszki trochę mniej, owoce różnie - np. morela podrażniła mu brzuszek, za to gotowane jabłko czy rozgnieciony świeży banan są spoko. Jajko mu niezbyt wchodzi, wymiotuje po nim - poczekam więc z jego wprowadzeniem trochę dłużej.
Pory spania już ma ustalone - wieczorem po 20-21 już bardzo chce spać. Sam, nawet jeżeli w pokoju jest trochę jasno i słychać jakieś dźwięki. Staramy się być cicho dla niego, ale nawet jak się zdarzy fakap, to on się nie wybudza - z reguły śpi do 7-8 rano. Wtedy zaczyna się kręcić w łóżeczku

Blizna po cc już zagojona. Jeszcze raz pójdę na fizjoterapię do mojej osteopatki, ale chyba potem już nie będzie trzeba. Szwy długo wyczuwałam, ale już najwyraźniej się rozpuściły. Nareszcie...
Mówią, żeby z kolejnymi staraniami poczekać rok-dwa po cesarce. Chwilę poczekam... choć wolałabym nie czekać z następną ciążą do 50-tki
na szczęście u mnie dopiero połowa lat 40-tych, więc nie jest źle. I pomyśleć, że jako młoda dziewoja miałam takie negatywne nastawienie do ciąży i macierzyństwa... nie wiedziałam, co tracę. Pewnie gdybym miała wtedy taką wiedzę, jaką mam dzisiaj, byłabym już matką kilkorga.
Nachodzi mnie zwłaszcza kiedy obejrzę sobie zdjęcia z zeszłej jesieni-zimy. Takie na etapie kruszynki i pierwszego "a gu".
Może dlatego, że mój stan po cesarce, psychiczny też, nie pozwolił mi w pełni się cieszyć noworodkiem, wytulić go (bolące piersi, boląca rana na brzuchu, zakaz dźwigania...). Tak trochę od naszego dzieciaczka uciekałam początkowo, głównie myłam i przygotowywałam butelki + działałam z laktatorem, a rolę kangura przejął mąż. Staram się nie kopać siebie za to, inaczej wtedy po prostu nie byłam w stanie; jednak trochę się czuję obrabowana przez los z tego etapu bliskości z maleństwem.
CC było dla mnie przeżyciem cięższym niż się spodziewałam, i dopiero teraz to lepiej widzę z perspektywy czasu. Śmieję się trochę, że płakałam nad swoim rozkrojonym brzuchem tak jak kiedyś dziewczyna nad dziewictwem - coś w tym jest; nigdy wcześniej żadnej operacji, nawet pobytu w szpitalu, nic... a tu nagle zwaliły mi się na głowę same "pierwsze razy" - pierwsza udana ciąża, pierwszy poród, szpital, operacja, pierwsze dziecko... Trochę dużo do udźwignięcia na jeden raz.
Czy żałuję, że miałam CC? - nie. Ja wiedziałam, że poród i tak musi być przeżyciem w jakimś stopniu bolesnym, i słuchałam głosów innych młodych mam z mojego otoczenia, które doradzały mi cięcie, żebym nie miała traumy takiej jak one po nieudanym SN.
W każdym razie nie było to łatwe, zwłaszcza kiedy na stole operacyjnym zabrali mi maluszka i poszedł się kangurować do swojego taty, a ja zostałam sama wśród niezbyt miłej ekipy znieczulającej, zszywana przy pełnej świadomości tego, co się dzieje...
A, nie wiem po co to rozdrapuję akurat teraz. Może chcę jakoś zamknąć ten etap?
Mój 9-miesięczny Łukaszek leży teraz koło mnie, nadrabiam bliskość kiedy się tylko da. Właśnie skończył ssać i zasnął 🥹 trzeba go przenieść do łóżeczka.