Pogoda idealnie oddaje mój nastrój, ba, nawet można powiedzieć że płacze za mnie żeby zaoszczędzić mi łez.
Smutno, smutno i ponuro, i w ciele i w duszy.
Nie wiem co napisać, chyba zwinę się dziś w kulkę, przetrzymam ten okropny ból, który mimo tabletek nie przejdzie do jutra, oswoję się z myślami, z cierpieniem i bólem.
Już kłuje mnie w sercu gdy pomyślę, że kolejny tydzień/miesiąc/rok/4 lata bezowocnych starań nie dają nawet cienia nadziei.
Straszne i wyniszczające kobietę uczucia, nie życzę nikomu.
Chore!!!
Pół nocy przepłakałam, pół nocy śniłam bardzo realnie, i wstałam rozczarowana.
Znów płaczę. Daję sobie rok.
Ciężko mi gdy jestem w takim wieku gdzie większość kobiet zakłada rodziny, a ja nie mogę

Mam nadzieję, widze siebie z brzuszkiem, z dzieckiem, chce wychowywać i dać mu miłośc, której mam bardzo dużo ...

Temperatura jest ciągle podwyższona, za 3/4 dni mam dostać okres, mam nadzieję nie przyjdzie!
Chociaż mam wszystkie objawy, podniesione libido, bolą mnie strasznie piersi, jestem płaczliwa (stąd moje desperackie wcześniejsze wpisy
).Staram się nie robić nadziei, ale po cichutku wierzę, jedna z dziewczyn doradziła mi żeby zaczęła medytować, podobna usprawnia to płodność, i pozwala znaleźć równowagę.
Jeśli dziś znajdę jakiekolwiek siły, to może spróbuje
)Temperatura spadła,jutro okres, nadzieją też się gdzieś się schowała.
Nie wiem co mam robić, mam taki mętlik w głowie, boję się że nigdy nie będę mogła dac mu rodziny jaką miał kiedyś, poczekam na badania i usg pęcherzyka. Zobaczymy co powie lekarz, poczekam na pierwszą inseminację.
Staram się nie dołować i nie myśleć bo będzie, nie pisać w przód czarnych scenariuszy, chociaz to trudne i chciałabym poczuć taki wewnętrzny spokój.
ZNALAZŁAM PRACĘ, po dwóch latach na bezrobociu, w końcu wyjdę do ludzi, oczywiście jest stres i niepewność, bo fakt faktem trochę "zdziczałam", ale ten stres jest pozytywny, nakręca mnie i mam nadzieję że szybko załapię o co chodzi

ODPUSZCZAM, nie będe się już katować, czas na mnie, pójde do kosmetyczki, ogarnę się, wyjdę do ludzi, może zacznę ćwiczyć?

Będzie dobrze, mam nadzieję że coś się w końcu uda !
W sumie nic do powiedzenia nie mam, badania do dupy, prawdopodobnie mam zapalenie tarczycy, więc szkoda sie rozpisywać, jak na razie nic nie idzie w dobrym kierunku.
(
Tak po za tym to nie wiem czy to juz moja paranoja, ale mam wrażenie że mój lekarz nie mówi mi wszystkiego, koleżanka zaszła w ciąze przy tsh na poziomie 5 i pcos, czuje sie fatalnie...
Hej, tak jak sądziłam lekarz chyba coś przede mną ukrywa, zapytałam czy nie mogę zajsc w ciąże tylko przez tarczyce, odpowiedziała zdawkowo, wymijająco, twierdząc ze nie ma jeszcze wszystkich badań.
Ostatnio rozmawiałam z mamą, powiedziałam jej że nie moge mieć dziecka, ale do niej to nie dociera, zadawała głupie pytania np.: możesz, a kochałaś sie juz bez zabezpieczenia?! ,;/ strasznie mnie wkurwiła , bo nie ja nie staram się miesiąc czy dwa tylko ponad 3 lata, ale do niej nie dociera, i zadaje mi pytanie jakbym wczoraj straciła dziewictwo, postanowiłam nie ruszać tego tematu przy niej i zaoszczędzić nerwów.
Powiedziałam również swoim przyjaciółkom, i to był błąd, jedna prawie rodzi, inne planują, zaczeły sie głupie żarty w moją stronę, nie będe pisać jakie ale kontakty z moimi 'przyjaciółkami' ograniczę do minimum, szkoda że niektórzy są tak głupi że nie zdają sobie sprawy jak to boli.
Powiedziałam też swojemu partnerowi żeby powiedziałam swoim rodzicom, bo naciskają, on jednak powiedział że lepiej będzie jak będą żyć w nieświadomości, bo i tak maja do mnie dystans (on ma juz dziecko, i mają lepszy kontakt z matką tego dziecka, w końcu dała im wnuczka), a jak sie dowiedzą, mogą w ogóle przestać mnie akceptować (mają bardzo staroświeckie poglądy), i tak kontakt z jego rodzicami naturalnie został ograniczony, ja postanowiłam oddsunąc sie od jego córki bo juz dorasta i jest zazdrosna, a ja nie chce żadnych kłótni czy rywalizacji i tak mam juz dużo problemów na głowie, jeszcze tego by brakowało, po za tym mój narzeczony sam powiedziałam ze mam się nie wtrącać i nie odzywać w kwestii jego dziecka. Więc tego nie robię.
I tak zostałam prawie sama... Paradoksalnie, ostatnio polepszył mi sie kontakt ze starą znajomą która 13 dni temu urodziła. Widziała tabletki i wiedziała ze mam problem. Jakoś chce mi pomóc, podpowiada lekarzy, i nie dogryza, od czasu do czasu rozmawiamy.
No i tak, w końcu wydusiłam to z siebie, Ci który mają wiedzieć wiedzą, jest mi lżej, chociaż niektóre reakcje zraniły.
Mimo wszystko wydaje mi się że teraz poczuję sie lepiej.
Gadałam z moim facetem, jeśli przez kolejny rok sie nam nie uda, wyjeżdżamy, piętno spojrzeń jest zbyt duże.
Po za tym wczoraj przeglądając gazetę natknęłam sie na artykuł o Filipińskich uzdrawiaczach, którzy leczą dotykiem, wiele ludzi zawdzięcza im zdrowie a nawet życie, dzięki nim cofają sie guzy, znikają torbiele, organizm wraca do normy, i tak sobie czytam i czytam iii ONI BĘDĄ W MOIM MIEŚCIE!!!
Ja wiem że to wszystko jest śmieszne i niedorzeczne ale wiadomo TONĄCY BRZYTWY SIĘ CHWYTA

W poniedziałek dzwonie żeby dowiedzieć sie o szczegółach, jestem pełna nadziei
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 grudnia 2014, 17:16
Można pomyśleć że histeryzuje bo mam przecież dom, na łeb mi nie kapie, ale dom to nie wszystko, chciałabym mieć do czego wracać, miec stałą pracę, poczucie bezpieczeństwa...
Czy to tak dużo?!?!
Pięć dni temu byłam u lekarza, jak zwykle, WSZYSTKO W NORMIE, kolejna wizyta dopiero w marcu, bo lekarz na razie nie wie co ma więcej badać, kazała przebadać się w końcu facetowi, no ale mój D. jest strasznie oporny, po pierwsze ma już swoje dziecko, więc i presja mniejsza, po drugie boi się, zwyczajnie boi się usłyszeć gdyby coś było nie tak.
W lutym chce wysłać go na badanie nasienia, i nie ma że boli.
Jeśli chodzi o moje samopoczucie to raczej nic się nie zmieniło,jestem zmęczona, zakompleksiona i nie czuję się dobrze psychicznie, jestem przed okresem (już nawet nie łudzę się że go nie dostanę) co pogłębia mój zły humor, bolą mnie piersi, jajniki i jestem napuchnięta.
Wieczorami łzy popijam winem, bo mam problemy z zaśnięciem, zbliża się czwarty rok bezowocnych starań, straszne uczucie...
Muszę poczytać trochę o inseminacji, jestem zdeterminowana, jeśli po dwóch próbach sie nie uda to będę chciała iść na in vitro, do 35 roku życia można starać sie o dofinansowanie na zabieg.
Problemem jest znowu mój D., on jakby w ogóle nie przyjmował tego do wiadomości, ostatnio nawet powiedział że według niego "jeśli kobieta nie może zajść w ciąże, to nie powinno się jej pomagać, bo to selekcja naturalna", dostał ode mnie w twarz i miałam poważny kryzys, myślałam nad sobą, i doszłam do wniosku, że zawsze bałam się tego, że zostaną taką kobietą jaką jestem teraz, inaczej sobie to wyobrażałam, tą dorosłość, i nawet w najgorszych myślach, nie sądziłam że moje życie będzie takie do dupy.
Dwa dni z rzędu zapomniałam leków na tarczycę.... Wzięłam ale później po jedzeniu, może wchłoną się chociaż w małym stopniu, wiem że po tylu latach powinno mi to wejść w nawyk, jednak czasem trudno jest spamiętać.
U mnie po staremu, nic się nie zmieniło, ciągle intensywnie szukam lepszej pracy, bliżej mojego miejsca zamieszkania, myślę nad wzięciem drugiego psa ze schroniska, wstrzymywałam się z tą decyzją z racji tego że miałam nadzieję że w roku 2014 uda mi się zaciążyć, jak widać nie udało się , już prawie 2015 więc moja nadzieja i wiara w to że się uda słabną, a instynkt mam nadal duży, więc przeleję do na kolejnego zwierzaka
Cała wypełniona jestem macierzyńską miłością 
No nic uciekam, weszłam tylko zajrzeć na forum czy któreś sie udało, ale widzę że cisza


:******************