X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki A niech to...a jednak łatwo nie będzie...
Dodaj do ulubionych
1 2

25 sierpnia 2021, 14:29

Dostałam telefon z kliniki - z 6 zapłodniły się 6 komórek, superrr😁😁😁 Wiem, że wszystko jeszcze może się zmienić, ale na razie cieszę się bardzo. W 6 dobie (niedziela) dostanę ostateczną odpowiedź ile mamy zarodków.

29 sierpnia 2021, 11:47

Dostałam telefon z kliniki. Mamy ❄❄❄. Podobno to dobrze, że z 6 uzyskano 3 zarodki... Mamy 1 zarodek z 3 doby, osmiokomórkowiec, 8.2. Embriolog powiedziała że dobrze się rozwijał i zdecydowali, że nie czekają i mrożą. Mamy dwie blastocysty z 6 doby: jedna jest dobrej jakości to 4.2.2, druga słabsza, ale też nadaje się do transferu, chyba 3.1.3, ale mogłam coś pogmatwać z końcówką. Embriolog zapewniała, że jest dobrze, ale mam jakieś takie mieszane uczucia. Od razu mam jakieś czarne myśli...a powinnam się cieszyć, prawda?

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 sierpnia 2021, 11:51

5 września 2021, 19:19

3 dc
Tydzień po punkcji zaczęły się plamienia... cykl był krótszy niż zazwyczaj. Od dziś biorę Estrofem i czekam z niecierpliwością na transfer. Monitoring mam 15/09. Jestem podekscytowana, mam nadzieję, że nam w końcu się uda🙂

15 września 2021, 21:45

13 dc
Od 3 dc na Estrofemie 3x1.
Dzisiaj miałam monitoring, a więc endo ok, 9 mm, zrobiłam badania estradiolu i progesteronu. Czekam na wyniki, mają być jutro po południu. Wstępnie transfer ustaliłyśmy na 21/09. Dobrze że po 20, wtedy nie mam aż tak dużo pracy. Jak otrzymam wyniki mam przesłać do p. dr i jak będą dobre to 21/09. Od jutra wjeżdża dodatkowo Duphaston 1x1, a od pojutrza Duphaston 3x1 i luteina 3x1. No i co...będzie dobrze🙂 Dzisiaj nie widzieliśmy się z mężem cały dzień, on załatwiał ważne dla nas sprawy, ja też. Stres, zmęczenie i głód zrobiły swoje i się pokłóciłyśmy o jakieś głupoty. Zastanawiam się, iść spać czy się przytulić😁

17 września 2021, 09:00

15 dc
Strasznie długo czeka się na badania w diagnostyce. W 13 dc estradiol 236 pg/ml, prog 0,06 ng/ml. Coś mi się pochrzaniłow poprzednim wpisie odnośnie brania progesteronu, mam zacząć od jutra. Transfer 21/09🥳🥳🥳

Wiadomość wyedytowana przez autora 17 września 2021, 09:03

22 września 2021, 14:55

1 dpt
Wczoraj miałam transfer i wszystko się udało bez problemów. Trwało może ze 4 min + 10 min leżenia. Wszystko przebiegło w bardzo miłej atmosferze. Ale...później złapałam mega doła... za mało się chyba napiłam przed transferem i pani dr powiedziała, że pęcherz nie jest pełny, więc nic nie zobaczę. Jestem na siebie zła...Nie że nie zobaczyłam nic na usg, tylko dlatego, że mogłam utrudnić pracę. Poszło gładko, tylko w jednym momencie pani dr musiała się nagimnastykować, bo mam tylozgiecie macicy, ale poszlo. Przyjechałam do domu i się poryczałam, że może niedostatecznie się przygotowałam. Czytałam później, że przy tyłozgieciu właśnie robią też transfer na pusty pęcherz. W każdym razie i tak musiałam iść się wysikać po transferze, więc już nie wiem. Dobra, trudno... w każdym razie, mąż dojechał kiedy już wychodziłam z sali. Pogadał póki się ubierałam z panią dr, zapewniła go, że wszystko przebiegło tak, jak powinno być. 30/09 robię test.😁🍀

30 września 2021, 15:58

9 dpt
O 7:20 stawiłam się na badania, zrezygnowana, nawet nie chciało mi się jechać. Od kilku dni mam delikatnego doła, że się nie udało. Dziś od rana okresowe bóle i czuję to, nie jest to mój wymysł. Delikatnie mnie muskają. Zrobiłam betę, proga, estradiol i kontrolne tsh i ft4. O 11:30 przyszedł SMS o wynikach. Serdecznie zabiło szybciej, a ja mówię do siebie "nie nastawiaj się..., nic nie czujesz". No i co. Wiem tyle, że wszystko się może zdarzyć w najbliższych dniach...beta w 9 dpt wynosi 32,29 U/l. W pierwszej chwili się ucieszyłam, a później zdałam sobie sprawę, że jest dość niska jak na 9 dpt blastocysty. Kurwa...wiem, że nic nie wiem. Będąc realistką ( według mojego męża pesymistką) mogę powiedzieć, że słabo to wygląda...No chyba że trafił mi się wyjątkowy leń, który dług się rozglądał za odpowiednim miejscem... Jestem w pracy i tylko dlatego jeszcze nie ryczę...może będzie dobrze, ale dziewczyny na tym etapie mają wyższe bety, niż moje marne 32 (tak,tak, wlazłam w internety i pochłonełam każde forum związane z betami w 9 dpt). Wiem, że głupio robię, ale cóż, pozwolę sobie dziś na to...Na proga i E2 jeszcze czekam. Tsh skoczyło mi z 0,57..coś na 1,790 mU/l. Mężowi nie mówiłam jeszcze, leży w domu cały zaflukany. Niezły czas na chorobę... chcę wierzyć, że będzie dobrze, ale w moim życiu raczej cuda nie goszczą. Napisałam od razu do mojej pani dr i odpisała że mam kontynuować leki i powtórzyć badanie za 2 dni. Nic nie odpisała na moje skomlące pytanie "czy wynik bety nie jest za niski na ten dzień?". Wiem, co ma odpisać...Przyjadę do domu i oddam się porządnemu użalaniu się nad sobą. Podejrzewam, że przekroczę próg ze łzami w oczach, a później już pójdzie szloch, pęcherzyki smarków od płaczu i mokre ramienie mojego męża...plan na wieczór mam! Sorry, pod wpływem szoku piszę totalne bzdury, ale trudno.
Progesteron : 21, 83 ng/ml
Estradiol : 1604,4 pg/ml

Wiadomość wyedytowana przez autora 1 października 2021, 06:52

2 października 2021, 21:07

Nie wiem jak w słowach ująć to co czuję...znów bóg ze mnie zakpił... dał mi nadzieję, którą za chwilę rozdeptał...został mi ból, czekanie i świadomość, że byłam tak blisko...

28 stycznia, 15:59

Dawno mnie tu nie było. Musiałam odpocząć. Czytając swoje ostatnie posty, mogę tylko gorzko się uśmiechnąć...nie wiedziałam jeszcze,że może być gorzej, nie wiedziałam co mnie czeka, że będę wyła z bezsilności, że nikt nie chce mi pomóc, że moja własna matka mnie nie wesprze i stanę na skraju depresji. Drogie dziewczyny, piszę to dla was, abyście nigdy nie traciły nadziei...początek października to był początek mojego koszmaru...druga beta pokazała, że beta nieznacznie urosla, w końcu odstawiłysmy leki podtrzymujące. Po kilku dniach dostałam krwawienia i miałam bóle brzucha dość mocne. Trudno, przeżyłam to bardzo. Za kilka dni miałam powtórzyć betę, czy spadła do zera. Jeśli tak, to możemy startować w następnym cyklu z drugim transferem. Byłam w szoku, jak zobaczyłam wartość bety ok. 320. Poplakalam się, wiedziałam że jest za mała i wtedy przyszło mi do głowy przerażające pytanie, czy nie za wcześnie odstawiłysmy leki. Szybki kontakt z p. Dr, była zdziwiona, decyzją-powtarzamy betę. Spadła za dwa dni do 70. Uffff.... super. Musialam robić betę do skutku, póki nie zobaczę zero, gdyż ta sytuacja jest dziwna. Zrobilam betę za 8 dni i była ok 500. I tak zaczęła rosnąć. Była już na pewno połowa października. Na usg nic nie można było jeszcze zobaczyć. I tak robiłam te betę do 20 października. Rosła, do szpitala na Starynkiewicza zgłosiłam się z betą 1800. Bałam się pozamacicznej. Po zrobieniu usg podejrzewano zasniad albo pozamaciczną. Zostawili mnie w szpitalu, moja p. Dr była na urlopie. Przeżyłam w tym szpitalu horor, koszmar mojego życia. Poczynając od pustego oddziału, gdzie dali mnie na salę z dziewczyną w ciąży że słowami pielęgniarki, że jesteśmy młode i świetnie się dogadamy. Kobieta oczekujaca dziecka w zdrowej ciąży z kobietą z ciążą z której nic nie będzie w strachu że zagraża jej życiu niebezpieczeństwo, z kolejnym niepowodzeniem. Dziewczyna faktycznie była ok, a ja się zachowywałam normalnie, czułam się jakby całą sytuacją dzieje się gdzieś obok i mnie nie dotyczy... codziennie słuchałam jak tę dziewczynę wołali na usg zobaczyć "dzidziusia". A ja leżałam bez dzidziusia i modliłam się aby to się skończyło. Co drugi dzień robili mi usg przy tabunie znudzonych studentow, pytając o miesiączkę, nie interesując się odpowiedzią. Z uśmiechem na twarzy pytali mnie która to ciąża i na pewno będzie dobrze. A ja mówię, nie będzie, transfer był ok 21.09, a jest koniec października, beta 2200, litości. Zróbcie mi zabieg i chcę o tym zapomnieć. Lezalam tam ok 10 dni. Milam parę historii, gdyż 7 dnia pobytu na obchodzie Pani na usg zobaczyli ciałko żółte, a ja mówię, jakie ciałko żółte , to był cykl sztuczny.A ta pizna po 7 dniach z rozbrajającą szczerością...ah, to ciąża z in vitro, tak? Nie kurwa, z dupy... mówię cymbałom na każdym obchodzie, że to z in vitro i nie ma siły że minęło tyle czasu ,a oni mi pierdola że coś z tego będzie. Wyłam z bezsilności, każdy komentarz mnie ranił, np. że mam leżeć i dojrzewać...do czego...bylam w tak złym stanie psychicznym, że nie byłam w stanie o się walczyć. Miałam myśli, o których nawet nie chcę mówić. Nikt kurwa mi nie chciał pomóc. Ja usłyszycie kiedyś nazwiska prof. Pietrzyk, taka starsza baba, saulicha jakąś tam ( w życiu tego nie wymowie) wiejcie jak najdalej. Wiem dlaczego tam oddział ginekologiczny jest pusty, bo skład lekarzy który leczy tam na codzień to tragedia. Kobieto, jeśli masz problem w ciąży poronienie, pozamaciczną itd., czyli taką, z której nic nie będzie, proszę nie idź do szpitala na Starynkiewicza, zniszczą ci tam psychikę i nie pomogą, chyba że trafisz na anioła, dr Iwonę Szymusik, ale to graniczy z cudem. Wypisali mnie z betą 3200 do domu, że sama poronię. Uciekałam stamtąd nie oglądając się. Nie muszę dodawać że w tym szpitalu, że na każdym kroku są ciężarne kobiety. Nie mam nic przeciwko ciężarnym, ale kiedy siedzą i gadają o ich wspaniałej ciąży, a ty w środku wyjesz, bo kolejny raz straciłaś tę szansę... Wracając, do wypisania ze szpitala 29/10, jak nie poronie w domu miałam stawić się na zabieg 5/11. Nie muszę mówić, że nie poroniłam w domu... stawiłam się, na IP przyjmowal dr Fałęcki, tak ten, ten uwielbiany przez kobiety. Tego osobnika zapamiętam do końca życia.... jak doczekałam się wejścia do zabiegowego, to pobrali mi krew na betę i miałam czekać czerpiąc wątpliwą przyjemność z zmieniających się pań z brzuszkami z uśmiechami od ucha do ucha. Męza wyrzucono z poczekalni. Zaproszono mnie na usg po 2 godz. I mówię do Faleckiego że dziś chcę zabieg, a on żartując, że na zabieg trzeba sobie zasłużyć. Kobiete która wie że na 100% ciąży nie będzie z tego, bolą wszystkie takie stwierdzenia, bardzo...męczyłam się z tym od 30/09 wiedząc że coś mam w środku, zlep komórek, ale dziecka nie ma i mam sobie kurwa zasłużyć na zabieg....napomknę że w tym i tylko w tym szpitalu pobierano mi krew z żyły w powietrzu, tak baba wkluwa ci się wielka gruba żyła, a ty masz trzymać rękę w powietrzu. Pobiera strzykawke, a później wyciska że strzykawku krew do fiołek. Kabaret. Niegdzie mi tak nie bolało pobranie krwi ja tam, horror. Za pół godziny poprosił mnie i mówi przy studentkach, że oni dziś nie zrobią zabiegu, bo beta się podwoiła. Drogie Panie, podwoiła się... po tygodniu!!!!rozpłakałam się, pytam się na co jeszcze czekają? A on do mnie mówi robiąc wielkie oczy "to proszę sobie poszukać innego szpitala". Mowie D niego, że już of niego usłyszałam, że mam sobie zasłużyć na zabieg. A on do mnie, że kłamie i nie będzie że mną rozmawiać...lekarz nie będzie z pacjentka rozmawiać, przypomnę że to mówi wielki wychwalany dr Fałęcki, o którym wszyscy piszą że to lekarz z pasją i w ogóle miod cud, kolejki się do niego ustawiają. A ja siedzę przy tych wszystkich ludziach i ryczę. Nie mogę pojąć, jak kobieta która stawia się w 9 tc z betą 6000, która rośnie nieprawidłowa, w karcie stwierdzono dwa punkty bezechowe, ma jeszcze sobie poczekać, bo tak. Mowie do niego, że nic z tego nie będzie i stawiłam się na zabieg ile mam w tym jeszcze stanie trwać, a on że cuda się zdarzają i nie ma co tak histeryzowac, przecież nie jestem w 20 tygodniu. No debil, ryczałam jak bóbr. Jak tak można? Powiedział że jestem niewdzięczna, bo on dla mnie serdecznie na dłoni, a ja...mówię,że chce rozmawiać z ordynatorem, a on, no to tylko czekałem na to pytanie. Dzwoni D ordynatorki, a ona mówi że nie ma czasu i nie zejdzie, mam stawić się za 2 dni na kolejną betę i zobaczymy...wybiegłam że szpitala że spazmami i rykiem, wyłam w samochodzie, mąż był przerażony. Od 30/09 żyliśmy w ogromnym stresie, strachu, jak nie daj bóg tę komórki się rozrosną i coś się zadzieje to nikt mi w Polsce nie pomoże. Umierałyśmy że strachu, że w końcu dostanę zakażenia i nikt nie chce nam pomóc. Stwierdzilam że dzwonię do swojej kliniki i jeśli moja dr wróciła chce natychmiast z nią porozmawiać. Zorganizowano mi wizytę na już. Przyjechalam i opowiadam jej historie. A moja dr mówi że przecież im wszystko napisała że to było do usunięcia na już. Zadzwonila do tego chuja i pyta się czym się kierował odsyłając pacjentki w takim stanie z kwitkiem. A on na to że dostał taki rozkaz i już. A to że zachowała się jak ostatnia mendą to już nie wspomniał. Moja p. Dr zrobiła mi usg i złapała się za głowę, że to dawno trzeba wyczyścić. Nie wiedziała w którym szpitalu tym na pewno się zajmą, bo teraz to różnie. Moglam jechać do szpitala gdzie usuwali mi pozamaciczna, ale już się bałam wszystkiego, że znów zostanę potraktowana jak śmieć. Pani doktor mi powiedziała że jeśli zaczekam do 11/11 to ona ma dyżur w tym szpitalu i jeśli przyjadę, to ona sama tym się zajmie. 11/11 uwolniłam się od strachu, Pani dr zrobiła mi zabieg łyżeczkowania. Pamiętam, że w tym dniu spadła mi góra z serca, a mój biedny mąż zaczął znów oddychać. Bylam szczęśliwa, tak byłam bardzo szczęśliwa. Wyobraźcie sobie, będąc w szpitalu w stresie i strachu, że w tej sytuacji moja mama życzyła mi miłego dnia....twoja córka jest w szpitalu, mówi ci z jakiego powodu, że ona ci pisze miłego dnia. Nie zadzwoniła do mnie ani razu, tylko pisała część kochanie, miłego dnia. A jeszcze było powodzenia. Nie mogę tego przepracować, ja jakbym moja córkę spotkała taka sytuacja, koczowalabym pod szpitalem. A moja mam mi życzy miłego dnia. Nie szkodzi, poroniłam ale na pewno kurwa mam miły dzień. W czasie kiedy ja roniłam, moja siostra rodziła kolejne dziecko i moja mama była z nią. Jakby nie mój mąż, nie podnioslabym się z tego. Było wiele sytuacji jeszcze bardzo przykrych, ogólnie październik i pół listopada pamiętam że swojego życia tylko łzy, strach i bezsilnosc. Apropo co mi się stało, miałam poronienie po odstawieniu leków, a resztki kosmowki które zostały zaczęły się mnożyć. I to koniec smutnej historii.

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego, 06:55

31 stycznia, 07:06

Przeczytałam swój poprzedni post, w pośpiechu wkradly się byki, ale wybaczcie nie poprawię, nie znoszę pisanie na telefonie. No dobrze, co się działo u mnie po 11/11/2021. Dałam sobie chwilę na pozbieranie się do kupy. Mieliśmy zrobić przerwę od zabiegu 3 miesiące. Cieszyłam się wręcz, bo miałam dosyć starań. Chciałam po prostu cieszyć się swoim życiem. Myślałam co mogę zrobić dla siebie. Nigdy nie uprawiałam sport, od czasów szkolnych go nienawidzę. A tu stwierdziłam, że dam nam szansę się polubić i od grudnia do świąt ruszało wezwanie na jednym z blogów fit. Myślę, dobra, przyda mi się ruch, jestem szczupła, ale ciało zdradza że raczej nie ćwiczę. Stwierdzilam, zaczynam po mału, kondycja poniżej zera, więc ćwiczenia tylko dla początkujących. Robilam beż ciśnienia, wagi i jakichś konkretnych założeń, 3-4 razy w tygodniu po 30 min. Zaczęłam czuć, że mi się podoba. Pewne ćwiczenia, które nie mogłam wykonać na początku grudnia, przed świętami już potrafiłam zrobić. To było super. Bylam z siebie mega dumna. Przed świętami mielismy tydzień urlopu. Było super, wyluzowalismy, nie było ani razu tematu starań, spaliśmy ile chcieliśmy, chodziliśmy na spacery, uprawialiśmy seks kiedy nam się chciało, a nie kiedy trzeba, raz się nawet upiłam, co mi się nie zdarza. Ostatnie 2 lata nie piłam alkoholu prawie w ogóle. 16/12 w końcu rozpoczęła się miesiączka. Była trochę bardziej obfita, ale ok. Święta spędziliśmy w naszym domku. Mojej mamy nie było w kraju, był z nami mój brat, a na następny dzień pojechaliśmy do matki mojego męża. Nie widziałyśmy się z 8 lat, kiedyś zdarzyła się sytuacja , która przekreśliła nasze relacje. W wielkim skrócie dałyśmy sobie szansę odbudowania relacji i było nawet miło.
Jakieś dziwne rzeczy mi się dzieją z pamiętnikiem, nie mogę dodać posta. Nie wiem o co chodzi. Dziś jest 16.02.2022. Kontynuując historię, którą skończyłam na świętach. Sylwestra spędziliśmy we dwójkę w domy i było super. Po sylwestrze umówiłam się do dentysty na 26.01.2022, aby wszystko zrobić przed transferem. Termin miesiączki na 16.01.2022. Parę dni przed 16.01 czułam już zwiastuny nadchodzącego okresu w postaci bólu głowy. No ale nie ma małpy w terminie -dla mnie to norma bez Duphastonu, więc spoko. Czekam, czekam, jestem już wściekła, bo myślałam, że na początku lutego już zrobię badania do transferu, a tu okresu brak. Miałam jakieś przeterminowany test ciążowy, pomyślałam, że 26/01 rano zrobię przed wizytą u dentysty. W nocy z 25 na 26 strasznie bolała mi głową i zaczął pobolewać brzuch, więc wstałam i wzięłam przeciwbólowe zapobiegawczo. Rano wstaję i nie ma okresu. Idę po ten nieszczęsny test, robię i wychodzą dwie grube kreski. W tym momencie pomyślałam "kurde, właśnie dlatego nie uzywa się testów przeterminowanych". Idę po drugi. Robie...i co...dwie tłuste kreski. Myślałam, że oszaleje, że to są jakieś jaja, to niemożliwe i milion innych myśli. Szybkie zdjęcie testów. Poszlam do pracy. Poczekałam do 8:30 i wysłałam mojej pani dr. Szok. Koniecznie beta i Duphastonu nie bierzemy. Wysłałam mężowi zdjęcie testów, dzwoni i mówi po co mu wysyłam czyjeś testy😁 myślał, że wysłałam mu mema, ale nic z tego nie rozumiem. Mowie, ze to moje, a on, że aha, jasne...No i trochę czasu minęło, póki dotarlo😁 w tym dniu beta wyniosła ponad 20 tyś., a liczą od okresu był to już 6 tydzień. Po wynikach p. dr napisała, aby szybko umówiła się na usg do kliniki tylko do innej p. dr. Przylazłam na usg. p. dr stwierdziła, że beta bardzo wysoka i patrzymy co tam się dzieję. JESTEM W CIĄŻY!!!! Wiek ciąży wyliczono na 5t5d. Różnica z datą od okresu 4 dni, co by się zgadzało, gdyż będąc na wizycie 3/01/2022 byłam w 19 dc tuż po owulacji...uwaga...z prawej strony, tej beż jajowodu z endo 7 mm. Wszyscy lekarze w szoku, w karierze mojej p. dr jestem 3 przypadkiem zajścia w ciążę z owulacja po stronie bez jajowodu. Mało tego na pierwszym usg były widoczne dwa pecherzyki" jeden z tętnem, a drugi pusty. Ten drugi się wchłanął. Od 6 tc zaczęłam miewać poranne nudności. Ciężko było otwierać rano lodowke, zresztą mam tak do dnia dzisiejszego, a jest dziś 18/02. Swoją drogą nie wiem co się dzieje, że nie mogę dodawać posty🤔 U mojej p. dr byliśmy na wizycie wg usg w 7t. 2d. Wszystko dobrze, słyszeliśmy bicie serca naszego dziecka. Maż stwierdził, że wygląda jak larwa, z czym ochoczo się zgodziła p. dr😁 p. dr stwierdziła, że ten cud się zdarzył w rekompensacie za ten koszmar w szpitalu. Teraz jestem w 8t5d wg usg i dzisiaj wzięłam sobie wolne, od wczoraj mam okropny bol głowy, a dziś doszły wymioty rano i dopiero teraz, a jest godz. 13:00 jakoś dochodzę do siebie. Oswajam się z sytuacja, jest dziwnie, martwię się czy wszystko będzie dobrze. Kolejna wizyta u mojej p. dr jest 21.03, a 14.03 mam prenatalne. Powiem wam, że jakby ktoś mi powiedział, że w 2022 roku będę w ciąży, to bym tylko powiedziała "aha...jasne". Odpuściłam, nie spodziewałam się, nie nastawiałam się, zrezygnowałam...chciałam się przygotować do transferu, ale bez johuuu, napewno się uda...Nie. Ostatnio siedzieliśmy z mężem i się zastanawialiśmy, kiedy to się stalo. Zapewne w sylwestra mieliśmy szybki numerek, ale ręki nie damy uciąć. I tak się zastanawiamy do dziś. Siedzi mi w głowie "nigdy nie trać nadziei". Gdzieś ją na moment straciłam i wtedy nasz dzieć stwierdził, że nadszedł czas i jakoś sobie poradzi bez tego jajowodu😁😁😁 często chce mi się płakać ze szczęścia i strachu jednocześnie...ale mam wspaniałego męża, który o mnie bardzo dba. Czasem sama siebie bym udusiła, a on nic, robi wszystko o co poproszę, cały czas jest przy mnie, nawet jak jestem niemila🤣 że względu na wcześniejsze niepowodzenia nasze rodziny nie wiedzą i się nie dowiedzą aż do prenatalnych. Wiedza tylko nasi pracodawcy. Ciekawe, że do dnia testu nie miałam żadnych objawów. Po zrobieniu, zaczęły się lekkie objawy w postaci niechęci do śniadań i bezsennosc, co dla mnie jest czymś nowym. Nigdy nie wyjdę z domu rano bez śniadania i śpię jak suseł. Okromnie mnie wysypało na twarzy. Zaliczyłam już żarcie o 3 w nocy. Wstaje dwa trzy razy w nocy na siku. I co chwila zmienia mi się smak, przed południem w życiu bym czegoś nie zjadla, a wieczorem o tym marzę. Mysli po południu tylko o jedzeniu. Od dwóch tygodni rano jem tylko chleb z serkiem typu Twój smak z pomidorem i herbata z cytryna. Rano jednocześnie jestem głodna i mnie mdli. Więc zajadam to moim zestawem poranym i dochodzę do siebie. Później jestem tylko głodna, do tego stopnia, że muszę jesc co godzinę. Wszystko jak leci, masakra. Moje postanowienie : jeść zdrowo w ciąży...ta...jasne...w ciągu dnia zjem wszystko, co napotkam na swojej drodze. Ale nie mam chęci na słodkie, co mnie ogromnie cieszy, ale nadrabiam innymi rzeczami. Nie poznaję siebie. Wxzoraj wychodząc z pracy zjadłam kiwi, do domu mam jakieś 30 min samochodem, myślę wezmę jabłko i zjem po drodze. Zapomnialam i to był wielki błąd. Tak mnie ssało w żołądku, że myślałam, że zemdleje. Wpadłam do domu, myślałam zagrzeje zupe, bo mąż na zakupach, nic innego w domu nie ma. Patrze, prądu nie ma. Dzwonilam do męża z histeria, że prądu nie ma, a ja jestem głodna😁😁😁 nie będę mówiła co jadłam, póki mąż nie przyjechał. Wieczorem bol głowy tak mi się rozkręcił, że wiedziałam, że rano będzie źle. W nocy myślałam, że umrę. Doszly6dk tego mdłości i o pierwszej w nocy wstalam i musiałam wziąć tabletkę apapu i zajesc mdłości. Meczylam się okrutnie do samego rano. Rano mąż poszedł do pracy, a ja wzięłam wolne (kiepski okres na wolne w księgowości, ale trudno). Wstalam rano jakoś aby pójść siku i ledwo zdążyłam dobiec do łazienki. Zwymiotowałam i ledwo doczołgałam się do łóżka i tak gnije już pół dnia.
Dziś jest 16.03.2022. Przedwczoraj byłam na prenatalnych i wszystko jest dobrze. Dziecko moje rośnie, a ja jestem szczęśliwa jak nigdy. Pozdrawiam was serdecznie.

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 marca, 15:47

31 stycznia, 07:06

Ciąża rozpoczęta 16 grudnia 2021
Przejdź do pamiętnika ciążowego i czytaj kontynuację mojej historii
1 2