Dzisiejsza prolaktyna - 17,07 (norma) ale już progesteron 7,30 (dla fazy lutealnej normy 1,2-19,40 a ja mam 7,30 niby w normie i jest ok, jednak zaznaczone jest H, rozumiecie coś z tego?). Moja grupa wsparcia działa opornie - mąż już postawił na mnie krzyżyk i myśli o adopcji, a ja ciągle mam nadzieję, że mój lekarz, który zajmuje się wszelkimi barierami płodności coś wymyśli:)
sama nie wiem, czy się jeszcze łudzić, czuję się tak, jakbym była na karuzeli, raz się cieszę, bo w końcu trafiłam przecież do specjalisty, który naprawdę cieszy się dobrymi opiniami, po drugie mam wspierającego mnie męża i stać nas na leczenie. Bo przecież ile jest takich par, które tylko mogą pomarzyć o profesjonalnym leczeniu niepłodności. A z drugiej strony ogarnia mnie lęk, pojawia się pytanie, co jeśli nigdy nie zajdę w ciążę? Ta myśl mnie prześladuje i nie daje spokoju. Zaczęliśmy z mężem zastanawiać się nad in-vitro, ale gdy napisałam do lekarza, co o tym myśli i czy na naszym miejscu rozważałby już taką opcję, odpisał: In-vitro to przesada... mam jeszcze jednego asa w rękawie:). Kolejna wizyta 29. kwietnia. Wiem, że dołowanie się i zamartwianie nic nie da. I w niczym też nie pomoże. Sama mówiłam tak koleżance, która po dwóch inseminacjach, jednym nieudanym in-vitro i kolejnym, tym razem udanym, zaszła w ciążę. Teraz ona powtarza mi moje słowa sprzed dwóch lat. Ironia losu. W 10 dc robiłam betę, wynik 2,7. Dopisane przez kogoś z laboratorium: Wynik po dwukrotnej analizie, wymaga kontroli. Miałam powtórzyć badanie w innej placówce, ale zbytnio się nie łudzić. Zobaczymy, jaki wynik będzie jutro...
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 kwietnia 2016, 12:41
zastanawiamy się nad adopcją. Doszliśmy do wniosku, że może tak nam się uda zostać rodzicami. Ale nie będziemy rezygnować z leczenia... Zadziałamy dwufazowo - może w ciągu dwóch lat doczekamy się dziecka albo dzięki leczeniu albo adopcji.
Książka nosi tytuł ,,Nadzieje na nowe życie" i zakupiłam ją na stronie empiku. Koszt 34,90. Dla niezdecydowanych i szukających haczyków dodam, że nie napisała tego żadna moja ciocia, ani nikt mi nie płaci za reklamę. Gdybym mogła, przeczytałabym ją w ciągu dnia, ale muszę sobie dawkować tę przyjemność. Gdy ją czytam mam wrażenie, że w końcu ktoś potrafi opisać to, co czuję, przedstawić to w przystępny sposób i pokazać sposoby na radzenie sobie z trudnościami. W książce znajdziecie m.in. porady i rozdziały odpowiadające na pytania:- dlaczego niepłodność jest trudna,
- jak wykorzystać trudne uczucia w staraniach o dziecko ( która z nas przez to nie przechodzi?)
- jak sobie radzić w sytuacjach społecznych,
- jak zachowywać się w czasie spotkań z małymi dziećmi,
- jak poradzić sobie ze stratą,
- jak czerpać radość z oczekiwania na poczęcie i jaki to ma sens,
i wiele innych. Pisana jest takim językiem, że czyta się ją w oka mgnieniu. Mam nadzieję, że przeczyta ją też mój mąż jak wróci, bo wtedy lepiej zrozumiałby to, co się ze mną czasami dzieje - m.in. niechęć w odwiedzeniu jego siostry w zaawansowanej ciąży bądź też w spędzeniu wakacji, które miały być romantyczne, z jego sześcioletnią siostrzenicą.
Z innej beczki. Dowiedziałam się dzisiaj, że jestem egoistką, która nad myśli o założeniu rodziny stawia własne wygody i pławienie się w bogactwach (gdyby oni wiedzieli jaką mam pensję...). Kurcze, jak ludzie potrafią być wredni i niedelikatni.
chyba to, że dał plamę w takiej chwili jest dla mnie bardziej bolesne, niż kolejne niepowodzenie...
Boję się, że się nie uda...
lekarz stwierdził, że to ostatnia inseminacja. Zrobiliśmy wszystko, co można było i nic więcej w kwestii iui wymyślić się nie da, zostaje in-vitro. I tu zaczynają się schody. Otóż mój mąż, który cały czas nalegał na in-vitro nagle zmienił zdanie. Uznał, że wszystkiemu winne jest odmrażane nasienie i że moje dalsze leczenie nie ma już sensu. To, co wymyślił, stało się rysą na naszym małżeństwie... Dlatego bardzo bym chciała, by się udało...Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie dzisiejsza inseminacja. Niedziela, nikomu się nie chce pracować - wiadomo. Myślałam, że będzie nas więcej, jak zwykle - spora ilość kobiet, każda umówiona na konkretną godzinę, minutę wręcz. Byliśmy z mężem pierwsi, nawet nie przypuszczałam, że jedyni! Wcześniej lekarz opowiadał nam o tym, że wszystko już zorganizował itd. Dyżur przypadł akurat na niego, ale nie spodziewałam się, że zrobił to wszystko dla jednej, głupiej inseminacji. Zasadniczo to, czy zabiegi będą w niedzielę zależy od chęci i intencji lekarza, raczej robi się je w sobotę lub poniedziałek. To miłe wiedzieć, że komuś zależy na efektach i nie kieruje się finansami tylko dobrem pacjenta. Zdobył za to u mnie dużego plusa:)
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 sierpnia 2016, 20:58
jak się okaże, że wszystko poszło na marne, to się chyba załamię.


A może warto spróbować tej metforminy... Ja też 2 razy poroniłam, nie do końca znane były tego przyczyny. Od maja przyjmowałam metformine (dokładnie Glucophage XR 1500) - po badaniach wykluczono u mnie PCOS, ale stwierdzona została isulinooporność. Nie wiem czy to to, bo też włączono mi lek na tarczycę, ale dziś jestem w 19tc i póki co maluszek ma się dobrze :-)