
Założyłam pamiętnik, żeby mieć miejsce, gdzie mogę napisać co mi leży na sercu, i żeby mieć dokąd wracać, przypominać sobie te przeżycia, kiedy już nam się uda i zobaczymy upragnione 2 kreski na teście

Od kilku dni (w zasadzie od dnia, w którym teoretycznie mogło dojść do zapłodnienia) mam dziwne objawy - ciągnie mnie lekko macica, mam wzdęcia i lekkie bóle podbrzusza, wczoraj nawet było mi niedobrze w samochodzie, co nie zdarzało mi się od lat. Tłumaczę samej sobie, że to niemożliwe, żeby objawy wystąpiły tak szybko, no i bardzo mało prawdopodobne, żeby udało się nam za pierwszym razem - przy moim PCOS, brzydkich wykresach, wzrostach i spadkach temperatury, przy stymulacji owulacji pewnie będzie nam dane poczekać na ciążę dłużej, niż muszą czekać zdrowe pary. Te objawy mnie dziwią, bo zwykle należę do osób mocno stąpających po ziemi i nie wkręcających sobie nie wiadomo czego - ale rzeczywiście, od kiedy podjęliśmy decyzję o staraniu się o dziecko, cały mój świat zaczął się kręcić wokół tego tematu. Słyszałam już wprawdzie o "odpieluszkowym zapaleniu mózgu", ale żeby dostać odstaraniowe zapalenie?
Widać ktoś musi być pierwszy 

W sobotę wracaliśmy z mężem z pogrzebu bliskiej mi osoby - mamy mojej przyjaciółki. Smutna sprawa, bo osoba ta wiele lat temu była dla mnie jak ciotka, nawet mówiła mi, że jestem dla niej jak trzecia córka, a potem stało się, jak się stało... W każdym razie pogrzeb się odbył, przyjaciółka i jej siostra w miarę się trzymają, więc wracamy. Jechaliśmy A4 z Katowic w stronę Krakowa, kiedy nagle widzę smugę ciemnego dymu nad drzewami. Mówię do męża: Kurna, żeby tylko nie paliło się na drodze, bo będziemy mieli spory problem. I co?
I oczywiście jarało się dokładnie kilometr dalej, zablokowane oba pasy ruchu. Stajemy w korku, włączamy awaryjne, pies jadący z tyłu zaczyna wariować (bo przecież powinniśmy jechać, a nie stać, nie?
). Wysiadam, idę ogarnąć sytuację - jeeeb, auto się jara. Stres mi rośnie, bo boję się palących się (albo nawet tylko dymiących) na drodze aut - mam jakąś fobię chyba, zawsze sobie wyobrażam, że za chwilę nastąpi potężny wybuch paliwa zgromadzonego w baku, a od wybuchu zajmą się auta stojące obok i że jak po sznurku wszyscy będziemy wybuchać 
W każdym razie podchodzę, pytam ludzi stojących bliżej co i jak, nikogo w środku nie ma, ale straży pożarnej też nie ma, ktoś już wezwał i czekamy. Co z dojazdem? Jest pas techniczny? Nie ma. To może trzeba zrobić miejsce? Już chciałam dyrygować ruchem i przestawiać kilkadziesiąt aut, żeby robić przejazd dla straży
Nie no, poczekamy, zobaczymy z której strony przyjadą. Wracam do auta, mówię mężowi co i jak, biorę psa na trawę między pasy, niech skorzysta ze świeżego powietrza i darmowej toalety. Stoimy, czekamy, zauważamy, że z naszego auta coś kapie - klękam, macam, wącham... woda. Już się zaczynam stresować jeszcze bardziej, bo cholera może to jakiś płyn hamulcowy, albo co? Nie wiem jaki one mają skład i jak pachną. Na szczęście obok przechodziła jakaś para i uspokoiła nas, że to woda skrapla się z klimatyzacji, że to normalne
Uff.Czekamy więc, przyjeżdżają 3 zastępy straży, za nimi policja, potem nie wiadomo skąd materializuje się samochód TVN24. Zobaczcie same:
http://www.tvn24.pl/Renault-stanal-w-plomieniach-na-A4--Utworzyl-sie-korek,465755,s.html
Taka przygoda spotkała nas w sobotnie popołudnie, w drodze do domu

Trzeba powiedzieć, że strażacy spisali się na medal, w 10 minut od ich przyjazdu wszystko było ogarnięte, ogień dogaszony, ruch wznowiony. Renault spaliło się doszczętnie. 3/4 auta poszło tak, że został sam szkielet, opony też się spaliły. Tylko tył został.
). Może to dobry znak? Tylko ta tempka...
Zaproponowałam więc rodzaj zabawy: Każde z nas wybiera po 3 imiona męskie i żeńskie, każde może "zawetować" 2 imiona drugiej strony. Te imiona, które są zawetowane odpadają, te które nam się powtórzą przechodzą do kolejnej tury zabawy
Wierzcie albo nie, ale tego samego dnia mieliśmy wybrane imiona dla córki i syna... I już przy nich zostaliśmy
Także jeśli się uda, to mamy wybrane: Lena Maria (ew. Lena Aleksandra) albo Jakub Antoni.A jak z wyborem imion u Was?
). Zastanawiam się, czy ta owulacja rzeczywiście miała miejsce - przy PCOS organizm ma to do siebie, że w cyklu potrafi kilkukrotnie robić "podejścia" do owulacji, które mogą dawać fałszywe skoki (zakończone spadkami), fałszywe szczyty śluzu (po których wraca z powrotem śluz płodny), może nawet fałszywe testy owu? Tego nie wiem. Będę obserwować się dalej i testować, bo a nuż prawdziwa owulacja przyjdzie później? Z moim organizmem nigdy nie wiadomo
Ale jestem dobrej myśli, w zasadzie od chwili podjęcia starań czuję się mamą... Priorytety się zmieniły, zmieniło się podejście i już wiem, że czekam na najwspanialszą istotę, na moje dziecko
i warto czekać 
Tylko co z tymi moimi objawami? Skoro nie są objawami zapłodnienia, to muszę pognać do lekarza, bo w tym okresie cyklu nigdy nic mi nie dolegało, a w tym miesiącu codziennie coś odczuwam. Może to po Clostilbegycie? Biorę go pierwszy miesiąc i jeszcze nie znam reakcji organizmu.
w obrazie USG dominujący pęcherzyk w lewym jajniku 19mm 
W piątek mam powtórzyć progesteron i zbadać estadiol i prolaktynę, a w sobotę rano kolejne USG i będziemy patrzeć co i jak
Wygląda na to, że te moje objawy, to faktycznie po Clo - jajniki ruszyły i produkują, więc boli. Tylko jak to jest, że Clo brałam 5-9dc a w 22 dc mam pęcherzyk 19mm?Niepokojąca jest tylko nadżerka, tzn. ektopia na szyjce macicy, nabłonek walcowaty wychodzi na szyjkę, zamiast siedzieć w macicy
Ale podobno te zmiany zwykle nie są groźne i jeśli cytologia będzie dobra, to nie wymagają leczenia - zobaczymy, wymazy pobrane, w sobotę się okaże.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 września 2014, 11:06
Takiego oczywistego niby, ale jednak nie do końca oczywistego dla psychiki takiej "nakręcary" jak ja
Mianowicie wniosek jest taki, że już kurna NIC nie mogę zrobić teraz. Leki stymulujące już brałam, badania zrobiłam i mam zlecenie na kolejne, seks jest i jeszcze będzie (nie zaznaczam wszystkiego na wykresie, głównie temperaturę ostatnio tylko) - pozostaje tylko przestać myśleć o owulacji, ciąży, dziecku (no dobra, o dziecku nie mogę przestać myśleć
) i czekać. Moje rozmyślania o tym, kiedy pęknie pęcherzyk, który wczoraj miał 19mm, absolutnie NIC nie zmieniają. Nadal chciałabym poznać dokładny termin owulacji, ale tak naprawdę to też nie robi żadnej różnicy. Ważne, że owulacja jest na dobrej drodze, a my mamy siebie w dobrym terminie (bo nie zawsze mąż jest na miejscu). Stres tylko podnosi poziom prolaktyny, która hamuje owulację, więc pieprzyć wyliczenia, daty i temperatury - teraz już zostało nam tylko iść na żywioł
I po co to?
Pewnie faktycznie jestem nietaktowna, że to w ten sposób oceniam, ale trudno.
Dzisiejsze badania - estrogen, prolaktyna i znowu progesteron. Prolaktyna fajna, bo 7 ng/ml, progesteron się podniósł, we środę był coś koło 1,25, dzisiaj 3,65 ng/ml, co łapie się już na normę dla fazy lutealnej, ale jest za wysokie dla folikularnej, więc wg poziomu progesteronu prawdopodobnie owu już była. Zobaczymy, co będzie jutro na USG, czy faktycznie pęcherzyk pękł
Oby tak, bo dziś wieczorem były ostatnie przytulanki i na weekend zostaję bez męża 
Estradiol 96 pg/ml, co jest chyba trochę niskim wynikiem, ale na normę się łapie. Podobno w trakcie owu poziom estradiolu spada, więc może udało się akurat uchwycić na papierku ten dzień?

Od początku opowiem: Bez przygód się nie obyło, bo zerwałam się raniutko, żeby zdążyć się wykąpać porządnie przed samą wizytą u lekarza i ogólnie ogarnąć, a ostatniej nocy nie mogłam spać (co zresztą widać po mojej aktywności na owu forum
), więc niewyspana, połamana i generalnie zmęczona pojechałam do lekarza. Mąż mnie tylko podrzucił do lekarza i już musiał jechać dalej, więc podchodzę do drzwi - zamknięte. No ale czasem u lekarza bywa zamknięte, dzwonię do niego i mówię, że jestem, a on mnie przeprasza, że jego nie ma, bo siostra mu zachorowała i musiał do niej jechać, że zapomniał w tym całym chaosie odwołać wizyty itd. No dobra, nie ma problemu, jak nagła choroba w rodzinie, to ja doskonale rozumiem, że czasem człowiek jest roztargniony i zapomina
No ale zostałam w polu - dosłownie i w przenośni, bo gabinet lekarski daleko od mojego domu i od sensownych linii autobusowych (wszystko jedzie nie tam, gdzie trzeba
), więc włóczę tymi nogami w upale i się zastanawiam co robić. I nagle mnie olśniło - przecież przy Tesco jest placówka Luxmedu!
A Tesco bliżej, niż dom. No to poszłam tam, umówiłam się i czekam. Zjadłam śniadanie w knajpie, wypiłam kawę, kupiłam gazetę i czytam... Połaziłam po sklepach, zrobiłam zakupy i nadal czekam... W końcu zbliża się umówiona godzina, idę na badanie, a tam bardzo miły, młody pan dr oznajmia mi, że jest piękne ciałko żółte! I to w prawym jajniku, a nie w lewym! W lewym nie ma ani pęcherzyków dominujących, ani ciałka żółtego, więc mój lekarz musiał się w środę pomylić w opisie... Grrr... Próbowałam dopytać kiedy mogła być owu, ale podobno nie da się tego określić po samym USG 
ALE BYŁA!!! Między środą a dziś na pewno
)) Strasznie się cieszę, bo to znaczy, że reaguję na leczenie, że nie trzeba pregnylu ani innych zastrzyków, że jest nadziejaaaa
chciałabym, żeby zwiastowała ciążę, ale rozum podpowiada, że chodzi o choróbsko
Od tego smarkania napinam co chwilę mięśnie brzucha i ciągnie mnie strasznie macica
w ogóle w tym cyklu chyba nie było dnia, żeby mnie podbrzusze nie bolało, od samego okresu, masakra jakaś. Pewnie po tym Clo boli, w końcu zaczęło pracować - a moje leniwe jajniki i macica są nieprzyzwyczajone do pracy
JAAA PRDL... Nie mogę tak żreć po nocach, bo będę gruuuubaaaa
Idę sobie zrobić jakiejś herbaty czy kawy i koniec z żarciem!!! (dalej mnie ssie ;/)
Faktycznie nos jak wiśnia
tylko niezbyt zmysłowa..

Choróbsko dalej smaga, katar odpuszcza, ale teraz włączył się kaszel, czyli u mnie klasyka - z gardła zapalenie schodzi na oskrzela, a potem albo przechodzi, albo zaognia się na tyle, że wymaga antybiotyku. Zobaczymy, jak będzie tym razem - mam nadzieję, że przejdzie bez antybiotyku, szczególnie, że czuję się już całkiem dobrze
Tylko wyglądam jeszcze jak mały potwór.Wyspałam się dzisiaj do granic możliwości, nawet przesunęłam fachowca od lodówki na jutro, żeby tylko nie musieć zrywać się rano
Czasem taki długi sen wiele daje, szczególnie w chorobie.Ciekawa jestem, czy skok na wykresie jest rzeczywistym skokiem, czy został zafałszowany przez podgorączkę, która też nie chce na razie odpuścić. Jaka temperatura powinna być w ciągu dnia pod pachą w fazie lutealnej? Normalnie 36,6 czy może być wyższa? Ja mam 37,0-37,5 ale to pewnie przez chorobę. Niczym nie zbijam podgorączki, bo dopóki temperatura nie przekracza 38 stopni, to jest korzystna dla organizmu - pomaga mu zwalczyć zarazki
"Leczę" się jedynie długimi, gorącymi kąpielami, moczeniem nóg w gorącej wodzie i ogólnie staram się wypocić ile się da. Piję dużo płynów, nadal jem witaminki ciążowe. Miałam włączyć wit. C, ale muszę doczytać, czy to bezpieczne w razie czego.
Tak, tylko jedna - prawa. Lewa nie boli.
Kurrrwa, Sigma, tylko się nie nakręcaj.
próbowałam się dodzwonić na infolinię axa, ale cholera nie odbierają, "prosimy o kontakt w dni robocze". grrrrrr
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 września 2014, 17:23


trzymam kciuki żeby jednaj szybko się wam udało:) i witam w świecie fisiujących i wsłuchujących się w swoje ciało babeczek :)
Dziękuję roletko! :) :)
Hej Sigma:) będę zaglądać do Twojego pamiętnika, ja jutro też zacznę pisać własny bo myślę że trochę mi to pomoże. Powodzenia i oby niedługo udało się zobaczyć dwie kreseczki.
sorrki ale nie umiem się jeszcze dobrze posługiwać OvuFriend:) hehe sorki;]
Spoko Olusia, pousuwałam wszystkie "kopie zapasowe" i zostawiłam jeden post :) czuj się tu jak u siebie :*