Pamiętniki Kolejna historia starającej się, po prostu. (PCOS, Hashimoto)/ JESTEM W CIĄŻY :)
Dodaj do ulubionych
1 2

12 lipca 2017, 20:36

33 dc/ 5dpo
MAŁY UPDATE:
Pęcherzyk z 11dc nie urósł, a przynajmniej nie do kolejnego monitoringu (14dc). Byłam załamana. Koleżanka poleciła mi innego lekarza z Gamety w Gdyni - dr Śliwińskiego. Stwierdziłam, że może warto zasięgnąć porady, nim dostanę kolejne końskie dawki CLO. Co się okazało? Ano okazało się to, że Estrofem przyjmowany przede mnie od 1 do 14 dc hamował owulacje. Działał jednym słowem antykoncepcyjnie. CLO w dawce 1x1 nie miało prawa zadziałać.
Zalecenie lekarza? Odstawić absolutnie wszystko. Od leków, po internety. Wyluzować (uwielbiam to zalecenie...). Postarać się kolejnych 6 miesięcy i ewentualnie wrócić. Kilka następnych dni trawiłam to dosyć mocno. Nie lubię bezczynności. Ale postanowiłam skorzystać z rady, tym bardziej, że podobną usłyszałam od 2 poprzednich lekarzy, a więc trzech na jedną, która przypisała mi CLO. No, ale wracając do meritum: postanowiłam WZIĄĆ SIĘ W GARŚĆ. Zająć się czymś, odnaleźć SIEBIE. Tydzień później podjęłam decyzję o kursie florystycznym, który zaczęłam w ten poniedziałek. :) Jestem zachwycona, czuje, że w końcu coś ma sens. Uwielbiam to robić. Rośliny, bukiety, dekoracje weselne, natura - wszystko co kocham.
Dodatkowo w zeszły wtorek gdzieś śmignął mi, zapewne na Pintereście, super malutki tatuażyk. Zainspirowana zaczęłam wpisywać różne frazy w wyszukiwarkę, odnajdując coraz więcej wzorów, które mi się podobały. Koniec końców wybrałam dwa, zadzwoniłam do studia, umówiłam się i... od piątku jestem szczęśliwą posiadaczką nowych 'dziar'. Stara a głupia... :D

Jednak nie o tym chciałam. A może i trochę o tym. Otóż zajęta snuciem nowych planów i marzeń LEDWO odotowałam, że w moim organiźmie cooooś zaczyna się dziać. Początkowo trochę to zignorowałam, w końcu dwa tygodnie wcześniej też pojawił się śluz wodnisty, po czy rozciągliwy, nawet czułam leciutki ból owulacyjny. Temperatura jednak ani drgnęła, a monitoring rozwiał wszelkie wątpliwości. Ale nic, czekam sobie więc dalej, wciąż zajęta, wciąż wyluzowana, aż tu nagle pojawia się ból jajnika. Jeden dzień, i drugi i trzeci. Myślę sobie: co jest? Okres się zbliża? Tak szybko? (to był zapewne jakoś 22 dc). Zaraz potem doszła szyjka macicy - jak nic zwiastująca zbliżającą się owulację. A do tego bóle owulacyjne. Nie jakieś tam pitu pitu. Bóle z prawdziwego zdarzenia. Najważniejszym objawem dla mnie był jednak BÓL SUTKÓW (pojawiał się u mnie zawsze na 2 dni przed owu). Równie okropny jak ten owulacyjny, który w piątek (28dc) promieniował do lewej pachwiny. Ledwo się ruszałam. Miałam wrażenie, że przy każdym ruchu moje przydatki obijają się o siebie, ścianę brzucha i wszystkie flaki. W sobotę tempka ładnie skoczyła. ;) Aż nie mogłam w to uwierzyć. 3 dni po owulacji zaczęłam brać duphaston, z racji mojego cienkiego endo (a nóż coś jeszcze podrośnie), oraz acard. Baaardzo staram się nie nastawiać, ale kurcze... MOŻE? Może tym razem? Moja tarczyca w końcu się uspokoiła, tsh wynosiło w zeszłym tygodniu 0,58, więc kurcze... oby. Trzymajcie za mnie kciuki kochane!

18 sierpnia 2017, 23:41

Cześć dziewczyny! Ostatni cykl (czerwcowy) nie zakończył się pozytywnie, ALE... właśnie zakończyłam 5 cykl starań zieloną kropką. :) Co pomogło? Zabrzmi to śmiesznie, banalnie, niewiarygodnie, ale... ODPUŚCIŁAM! Nie czytałam, nie doszukiwałam się żadnych symptomów, odstawiłam ziółka, dongi, CLO, WSZYSTKO co było niepotrzebne, i nagle przyszła owulacja, o dziwo w 17/18 dc (zwykle miało to miejsce między 23, a 28). No i co? Pojechaliśmy z góry:) Codziennie chodziliśmy po 30 km, zdobyliśmy 4 dwutysięczniki, pokonaliśmy nowe, bardzo wymagające trasy, było cudownie. Ostatniego dnia dopadło mnie straszne zmęczenie, które tłumaczyłam oczywiście długimi wycieczkami. To samo dotyczyło utrzymujacej się wysokiej temperatury. Kilka razy zrobiło mi się niedobrze - to w samochodzie, to niby z głodu, ale te symptomy również zignorowałam. Wróciliśmy w środę - calutką przespałam. Tego dnia, przy badaniu szyjki zaobserwowałam na palcu nitkę krwi. Nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło. Wtedy już coś podejrzewałam, ale NIEEEE, nie mogło się udać. ;) Dziś rano zmierzyłam temperaturę - no niższa. Ale od niechcenia zrobiłam test. Wyszłam z łazienki, powiedziałam do męża, że zdziwię się, kiedy w końcu ujrzę dwie kreski na teście. Po 2 minutach wróciłam, chwyciłam za test, żeby go wyrzucić i jakież bylo moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam dwie kreski... :))))

Wiadomość wyedytowana przez autora 19 sierpnia 2017, 05:51

Przejdź do pamiętnika ciążowego i czytaj kontynuację mojej historii
1 2