X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Moja walka
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Moja walka
O mnie: Rocznik 95. W tym roku skończę 29 lat. Na forum jestem chyba od 2022 roku. Teraz wracam po ponad roku, chcę wierzyć, że w jakimś stopniu inna. Od prawie 3 lat po ślubie, mamusia dwóch kitków.
Czas starania się o dziecko: Ponad 3 lata minęły od kiedy przestaliśmy się zabezpieczać. Korzystam z metod wspomaganego rozrodu od 2 lat. Dotąd raz byłam w ciąży biochemicznej.
Moja historia: Moje życie było i jest pełne przebojów. Męża poznałam jeszcze w liceum, potem na jakiś czas nasze drogi się rozeszły - w końcu w 2019 roku znowu staliśmy się parą. Zaręczyny, ślub w 2021 roku... Od kiedy pamiętam marzyłam o zostaniu mamą, nie wyobrażałam sobie ogóle innego scenariusza, zawsze koleżanki traktowały mnie w związku z tym jak dziwaczkę. Mam troje młodszego rodzeństwa i zawsze chciałam mieć dużą rodzinę - aktualnie dwoje dzieci w zupełności, by mi wystarczyło ;) W zasadzie od zawsze czułam, że coś ze mną nie tak. Miałam bolesne, nieregularne cykle - moja matka mówiła, że "taka twoja uroda" i że "nastolatki tak mają". Miałam około 20 lat, gdy pierwszy raz coś zwróciło moją uwagę - miałam wysokie TSH. Ale musiał minąć okres studiów, perturbacji życiowych i rozjazdów zanim zaczęłam się tym zajmować. Za późno?!... Miałam ok. 24 lata, gdy względnie ustabilizowałam sytuację życiową, zarobkową i mogłam skorzystać z prywatnego lekarza. Chodziłam po różnych lekarzach ok. półtora roku zanim wychodziłam sobie niedoczynność tarczycy, insulinooporność, policystyczne jajniki. Z mężem - B zaczęliśmy starać się jeszcze przed ślubem - tzn. nie zabezpieczaliśmy się. Teraz "śmiech mnie ogarnia", trochę smutny, że on bał się, że "pójdę do ślubu z brzuchem". Nie poszłam, bo w naturalnej ciąży dotąd nie byłam nigdy. Jak mogłabym być skoro okazało się, że w ogóle nie mam owulacji, bywały miesiące że nie miałam też miesiączki. Pamiętam, jak jeden młody ginekolog zaniemówił po zrobieniu mi USG - miałam ok. 27 lat - "Pani w ogóle nie wydziela kobiecych hormonów". A miało być tak pięknie... "Wystarczy stymulacja owulacji", "Pani taka młodziutka". Do klinki leczenia niepłodności poszliśmy niemal od razu po ślubie (tak, z mojej inicjatywy - to mi zawsze zależało bardziej, ja naciskałam) - akurat po moich 26 urodzinach. I tak 2,5 roku później jestem teraz - za mną 3 cykle stymulowane letrozolem, 3 nieudane inseminacje, jedna procedura in vitro z trzema transferami - drugi transfer to był ten jeden jedyny raz, gdy zobaczyłam te wyśnione dwie kreski. Nie ważne, że biochemiczne, ważne, że były, choć na chwilę z nami. Zawsze będę je pamiętać. W międzyczasie niezliczone kryzysy małżeńskie, związane z seksem na zawołanie, związane z całym tym trudem, napięciem, koniecznością dostosowania całego życia do nowej, in vitrowej rzeczywistości. Przytyłam wtedy kilka kilo - straciłam wiarę, skończyły się pieniądze, zawalił się mój świat. Miałam 27 lat - koniec 2022 roku, ludzie w moim wieku zupełnie czym innym pochłonięci, a ja zdychałam w środku. Oczywiście, okazało się, że problem leży też po stronie męża - średniej jakości nasienie, niska ruchliwość. Musiałam przetrwać - obiecaliśmy sobie uzbierać środki na drugie podejście. A więc czekałam... Czekanie to coś, co my - staraczki bardzo dobrze znamy... I tak wracam w Nowym Roku - 2024 roku, już 28-letnia. Wracam wiedząc, że to moja ostatnia stymulacja. Wóz albo przewóz. Tydzień temu miałam punkcję. Na dzień dzisiejszy mamy 5 blastek, czekają nas badania genetyczne. Co będzie dalej, o tym w kolejnych wpisach...
Moje emocje: Jest ich bardzo wiele. Nie jestem optymistką. Miewam momenty totalnego załamania, braku chęci do czegokolwiek. Teraz jest moment, gdy wiara odżyła, obudziła się nowa nadzieja i mam nadzieję, że mnie poniesie. Ale kobieta, a zwłaszcza ja zmienną jest, więc zapewne płaczu i bólu będzie trochę też... Na pewno jest tęsknota i uczucie braku. I wielkie pragnienie, żeby ten rok był moim rokiem i nasze z B marzenie spełniło się.

30 stycznia, 19:08

Najpierw trochę luźnych przemyśleń. Gdy zaczynałam na poważnie myśleć o dziecku - miałam 25 lat. Nikt w moim najbliższym otoczeniu nawet o tym nie myślał. Teraz - ponad 3 lata później młodsza koleżanka, która nie cierpiała dzieci i nigdy nie chciała ich mieć urodziła już drugie maleństwo. Na facebooku wciąż widzę zdjęcia zwykle młodszych znajomych ze swoimi niemowlaczkami. Wcześniej wstydziłam się w ogóle o tym mówić - teraz nie boję się powiedzieć znajomym, że nie jestem "bezdzietna z wyboru". Że ja chciałam dokonać innego wyboru, ale boleśnie przekonałam się o tym, jak bardzo życie weryfikuje plany i jak w sumie niewiele od nas zależy. Mimo wszystko wierzę w przeznaczenie. Chcę myśleć pozytywnie i dać z siebie wszystko, zrobić, co się da, żebym mogła spotkać moje dzieciaczki. Choć ich jeszcze nie ma, to mają już "prawie" imiona wybrane, w mojej głowie one istnieją, tylko czekam tutaj - w tym świecie, żeby je poznać.

30 stycznia, 19:38

Chciałabym jeszcze poruszyć temat ostatniej stymulacji. Wiem, że są babki-siłaczki, które mają za sobą kilka procedur in vitro, kilkanaście transferów, walczą, nie poddają się. Podziwiam ich wytrwałość, trzymam za nie mocno kciuki, ale ja... Ja jestem inna. Moja walka jest inna. To jest walka nie tylko z ciałem, które jest ułomne, nie tylko z głową, która czasem już wysiada, ale też walka z codziennością, z finansami. Walka o małżeństwo? Nie wyobrażałam sobie i dalej nie wyobrażam sobie, swojego świata bez dzieci. Ale może trzeba czasem zastanowić się, co jeśli jednak się nie uda. Można zwyciężyć wojnę, można bitwę. To też trochę walka o siebie samą. Czy w ogóle mam wizję życia, mojego małżeństwa, cele, marzenia inne niż ten świat, w którym razem będziemy rodzicami? Czas płynie, a z upływającym czasem ból tylko jest większy, lęk też... Życie w ciągłym napięciu, ciągłym oczekiwaniu, w ciągłej żałobie może być koszmarem. A przecież nigdy już nie będę młodsza. W zasadzie najpiękniejsze nasze lata poświęcamy temu tematowi, żyjemy (przede wszystkim ja) głównie nim. Ale ok - ja żyję nim całą sobą, B za to też się poświęca, bo wszystkie środki czasowe i materialne temu oddaje. Wiem, że nie potrafiłabym tak żyć przez kolejne lata - zbzikowałabym do reszty, albo może byśmy się rozeszli... Albowiem w chwilach słabości - jest po prostu źle, pusto, samotno, ponuro i cicho, ta cisza - krzyczy. Decyzję o tym, żeby drugie in vitro było moim ostatnim podjęłam też z uwagi na moje ciało i nie ma co się oszukiwać - finanse. Ale chciałabym po prostu móc pojechać na jakieś wakacje z mężem, kupić sobie coś fajnego, "żyć", nie odliczać tylko dni do kolejnej stymulacji, kolejnego transferu, kolejnej wizyty? To jest dylemat odwieczny. Coś kosztem czegoś. Więc nie byłabym sobą, gdybym nie miała gotowego planu. Teraz skupiam się tylko i wyłącznie na mrożaczkach, które, mam nadzieję, z nami zostaną. Jeśli to się nie uda, to w kolejnych krokach planuję rozważenie skorzystania z dawstwa gamet i jeśli to by się nie powiodło - rodzicielstwo adopcyjne/zastępcze. Na razie, aż tak daleko w przyszłość nie wybiegam, ale jestem taką osobą, która zawsze musi mieć jakiś plan awaryjny, bo inaczej... inaczej byłoby bardzo ciężko. Ciężko byłoby zaakceptować całkowitą bezdzietność. Wierzę, że nasze dzieci na nas czekają i spotkamy się w odpowiednim momencie. Mam nadzieję, że wiara potrafi czynić cuda i będzie dobrze.

15 lutego, 21:38

Ostatnia punkcja... była inna niż wcześniejsza. Dłużej trwało usypianie - około kilkadziesiąt sekund, potem w porównaniu do innych osób długo nie mogłam się wybudzić, bolała mnie miednica, w moczu pojawiała się krew przez następne kilka dni. I tak ten ból "siedzenia" utrzymywał się ponad tydzień. Byłam zszokowana, bo poprzednia punkcja była jak marzenie - założyli mi maseczkę, odpłynęłam i w zasadzie dość szybko doszłam do siebie, traumatyczne było tylko zakładanie wenflonu.
W sali ze mną była babka, na oko sporo starsza. Okazało się, że ma 43 lat i to jej 3 punkcja. Było to dla mnie ciężkie doświadczenie, bo babka była mocno przygnębiona, wręcz zrezygnowana, nie wierzyła, że jej się uda... I oczywiście pytała, czemu tak młoda jak ja osoba w ogóle tu jest, na tej sali (nie wiem, czemu to budzi, aż takie zdziwienie - jestem w wieku, kiedy rodzi się statystycznie pierwsze dziecko). I narzekała, że za późno "wzięła się za macierzyństwo"... Strasznie było mi jej szkoda. Na to pielęgniarka wtrąciła się, że teraz do kliniki przychodzą coraz młodsze dziewczyny - często poniżej 30 lat z bardzo niskim AMH... Cieszyłam się, gdy zostałam wypisana do domu - na ten moment wiedziałam, że udało się pobrać 19 kumulusów.
Nasza hodowla potrwała 6 dni. Z 19 kumulusów 12 było prawidłowych. Tym razem zapładniane były wszystkie, 2 się nie zapłodniły. Z 10 zarodków w 5 dobie zostały zamrożonych 5. Nasze maleństwa: 5.1.2., 5.2.2., 5.2.2., 5.2.2., 5.2.3. Następnie przekazaliśmy je do badań genetycznych podstawowych, żeby upewnić się, że to nie jest przyczyna naszych niepowodzeń.
Wczoraj dostaliśmy najpiękniejszą na świecie Walentynkę (dzień był dla nas bardzo trudny, więc tym bardziej jego zakończenie było piękne) - wszystkie pięć przeszło badania genetyczne. Mamy 5 szans na szczęście, jestem niesamowicie szczęśliwa i chcę wierzyć, że tym razem wszystko zakończy się dobrze.
Nigdy nie badałam immunologii, a jednak musiała być jakaś przyczyna, z powodu której 3 transfery z pierwszej procedury zakończyły się niepowodzeniem, więc tym razem chcę zbadać choćby kiry - zobaczyć, czy może tu jest przyczyna naszych niepowodzeń. Oczywiście można by przyczepić się do klasy zarodków, nigdy nie mieliśmy zarodka klasy AA, a tych AB też za dużo nie mamy (2 w pierwszej procedurze, w tej - 1), ale podobno te gorszej jakości zarodki też mogą dać ciążę. Tym razem chcę zrobić, co w mojej mocy, żeby się udało.
W międzyczasie czeka mnie operacja usunięcia woreczka żółciowego, więc transfer planujemy na okolice kwietnia. Wczorajsza nowina tak mnie ucieszyła, że chwilowo przestałam się bać tej operacji, która mnie czeka za niespełna 2 tygodnie. Mam teraz po co to wszystko robić, odzyskałam nadzieję. Na koniec dnia zostaję z tym, że jestem bardzo, bardzo szczęśliwa z powodu naszych mrozaczków i z uśmiechem patrzę w przyszłość. Mam nadzieję, że takie podejście zostanie ze mną na dłużej.

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 lutego, 21:44

11 kwietnia, 09:15

Miał być mega optymistyczny wpis, ale oczywiście po drodze musiało się coś wydarzyć, co ten humor mi zepsuło.
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach...
Z rana pokłóciłam się z siostrą, rozmowa była bardzo nieprzyjemna i od razu cały poranek spaprany...A miałam napisać, że "po burzy zawsze wychodzi słońce". ...
Przed ponownym podejściem do transferu miałam mieć operację usunięcia pęcherzyka żółciowego. W marcu nie dopuszczono mnie do zabiegu. Był stres, łzy, myśli, że nic nie ma sensu.
Na szczęście w kwietniu udało się, mamy to. Dziś mija tydzień od operacji, pod koniec przyszłego tygodnia odbędzie się zdjęcie szwów. Teraz już nic nie stoi na mojej drodze do 1 transferu z 2 procedury. Teraz mam na co czekać - na maj, na pierwszy wiosenny transfer :)
A wczoraj jeszcze ogłoszono rządowy program dofinansowania in vitro i tak jakby radość wypełniła mnie całą, wiara że jeśli nie będzie lepiej, to na pewno łatwiej. Aż chciało mi się żyć :)
Co prawda, jestem teraz na l4 i to też sprawia że jestem bardziej zadowolona z życia, ale najważniejsze jest to że przeszkody zostały wyeliminowane, że jest nadzieja i realna szansa.
Świat jest taki piękny, wszystko budzi się do życia. Nie mogę się doczekać maja. Już niedługo będę znowu miała szansę zostać mamą.

18 kwietnia, 16:43

Here we go again.
Dziś była wizyta przed cyklem trasferowym... W sumie po samej wizycie byłam w miarę zadowolona, teraz zaczęłam mieć różne wątpliwości.
Pamiętam początek mojej przygody z in vitro. Pierwsza punkcja w kwietniu 2022 - minęły już 2 lata, pierwszy transfer odbył się w maju. Czyli historia się powtórzy - teraz też będzie majowy transfer. Ten jedyny raz, gdy zobaczyłam moje dwie "biochemiczne" kreski na teście - to był czerwiec 2022 roku. Wtedy IVF poprzedziły cykle stymulowane, 3 IUI, teraz jest inaczej - jakby od nowa muszę się oswajać z wizytami w klinice. Klinika też się zmieniła, inny lekarz.
I tu chyba mam problem. Chciałabym umieć zaufać lekarzowi, ale po moim wcześniejszym in vitro jest mi diabelnie ciężko. Wszystko poddaje w wątpliwość, sprawdzam, zastanawiam się. Co jeszcze mogę zrobić, żeby tych dzieciątek nie stracić.
Wychodzę z założenia, że tak jak tak naprawdę tylko mnie obchodzi moje zdrowie, tak samo tak naprawdę ja jestem w jakimś sensie odpowiedzialna za moje mrozaczki- chcę zrobić, co w mojej mocy, żeby nie zakończyło się tak jak poprzednio. Smutkiem i pustką... Której nomen omen na początku się nie spodziewałam. Więc im dalej w las, tym strach był większy. Tym razem chcę patrzeć przed siebie z nadzieją.
Mamy na ten moment 5 zarodków - 5.1.2, 5.2.2, 5.2.2, 5.2.2, 5.2.3. Zostały przebadane genetycznie pod kątem długości chromosomów - są zdrowe. Dziś lekarz powiedział nam, że wszystkie są super jakości i to już dla mnie było dziwne, bo na ile ja się orientuję to mamy 1 bardzo dobrej jakości morfologicznie, 3 ok i 1 średni/słaby. No, ale co ja tam wiem :D Co ważne i bardzo emocjonalne dla mnie wiem, że czeka na mnie 3 chłopców i 2 dziewczynki. Jak dla każdej staraczki każde z maleństw jest mi drogie i jest wyjątkowe.
W poprzedniej procedurze uzyskaliśmy 3 zarodki: 4.1.2, 5.1.2, 2.2.3, ale wtedy zapładniane było 6 komórek, a w tej procedurze zapładnialiśmy 10, więc w zasadzie wynik jest podobny - za każdym razem przeżyła połowa blastek. Gdybym miała snuć moje rozważania to zastanawiałabym się, z czego wynika to, że nie możemy uzyskać blastki typu 5.1.1, 4.1.1, 3.1.1 - mieliśmy dwie stymulacje, obie przed 30-tką, raz protokół długi, raz krótki i w zasadzie klasa zarodków podobna. No, ale może za bardzo drążę. Czuję się bezpieczniej, gdy rozumiem co z czego wynika.
Co tym razem planuję zmienić. Chciałabym, żeby najpierw podano mi teoretycznie najsłabszą blastocystę - 5.2.3. Po pierwsze, ponieważ potencjalnie miałaby najmniejszą szansę na adopcję w hiper optymistycznym przypadku, gdy zachodzimy dwukrotnie w donoszone ciążę i mamy nadmiar zarodków, po drugie, dla swojego spokoju ducha i świadomości, że przy kolejnych transferach mogę wprowadzić jakieś modyfikacje i czekają na mnie jeszcze dobrej jakości zarodki. Plan jest taki (oczywiście optymistyczny - udaję się i jestem w ciąży <3): robimy 2 transfery i jeśli nie będzie efektu, to chciałabym wykonać histeroskopię/laparoskopię, ewentualnie dalszą diagnostykę. I wtedy będę miała spokój ducha, że dla pozostałych 3 zarodków zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pomóc przyjść im na świat.
Co u mnie: jutro zdejmuję szwy po operacji pęcherzyka żółciowego. Trochę martwią mnie bóle w łydkach, ale mam nadzieję, że to po prostu mięśnie i potrzebuję więcej aktywności fizycznej. 2-3 lata temu robiła USG Dopplera żył i wszystko było w porządku, więc mam nadzieję, że to tylko moje schizy. A może kręgosłup? Ale jednak gdzieś z tyłu głowy mam swojego tatę, który zmarł w zeszłym roku i miał problemy m.in. z podagrą, obrzękami na nogach, pod koniec życia nie mógł już chodzić. Wiem, że takie myślenie do nikąd nie prowadzi, ale muszę mieć się na baczności. Poza tym jestem dość zadowolona i zdrowa, staram się odpoczywać i zrobić coś dla siebie :)
Co mnie zdziwiło - przy poprzednich transferach lekarz zawsze wypisywał mi acard, teraz dostałam sam estrofem i mam nadzieję, że to nie wpłynie negatywnie na transfer.
Jutro zaczynam brać duphaston, po miesiączce estrofem i mam się pokazać w maju w 10dc. Także czas start - ahoj przygodo:) Miejmy nadzieję, że bez niespodzianek w maju będzie ze mną Kropuś. Nie mogę się doczekać, niech będzie dobrze. I oby 2024 był naszym rokiem.

30 kwietnia, 08:17

Chciałabym napisać, że z niecierpliwością odliczam dni do transferu i częściowo tak jest, ale tylko częściowo...

Dziś 3 dc - od wczoraj biorę estrofem 2xdziennie dopochwowo. W tym cyklu nie miałam w ogóle zleconego acardu, dopytam przy okazji lekarza, dlaczego. 9 maja mamy podpisać dokumenty i pewnie w kolejnym tygodniu transfer. Tymczasem ja jestem w kiepskim stanie, bo nic nie wygląda tak, jakbym chciała na tym etapie. Dopadła mnie seria niefortunnych zdarzeń i zły nastrój...

Zaczęło się od kłótni z mężem podczas jego delegacji - właśnie o te delegacje. Potem okazało się, że wrócił kolejny raz chory z wyjazdu i wściekłam się jeszcze bardziej - podchodzimy do transferu pierwszy raz po tak długim czasie a on wraca chory i zaraz ja też będę chora. I właśnie gdy to piszę boli mnie już gardło, śluzówka przesuszona i ogólnie mam objawy przeziębienia. Nie wiem, czy z majówkowego wypoczynku cokolwiek wyjdzie... A co gorsza moje małżeństwo się sypie. I ja ewidentnie nie radzę sobie z tym wszystkim, nie widzę rozwiązań, gdy wokół same niesprzyjające okoliczności.

Jutro mieliśmy pojechać do mojej babci, a teraz będę musiała to odwołać, bo ją też zarażę. W kwietniu miałam operację i jestem jeszcze na zwolnieniu - wracam w czwartek do pracy ani zdrowa, ani zadowolona. Raczej w lęku co się stanie, jak po tak długiej nieobecności zacznę wychodzić na wizyty lekarskie związane z transferem oraz będę miała sam transfer. Boję się powrotu do pracy i tego co mnie czeka. Najbardziej tego, że ją stracę i wiadomo czego...

A więc najpierw kłótnie z mężem, które nie wiem po co były - bez sensu, potem on wraca chory - tu już jestem serio wściekła, potem miesiączka przychodzi w trakcie brania duphastonu - chcę mi się płakać, bo nie mam porobionych wymaganych badań. Na usg wyszła mi torbiel, będę robić test ROMA, jak rozumiem by ustalić jej charakter, ale to też mnie przeraziło. Dalej złamałam jeden z dopiero zrobionych, wymarzonych paznokci, ze względu na okres nie poszłam do sauny, co planowałam od miesiąca, musiałam zapłacić za dodatkową konsultację z lekarzem, który w sumie nie powiedział mi niczego nowego, musiałam umówić dodatkowe badania na po miesiączce - 4 maja, a więc zamiast spokojnie wypoczywać będę musiała w trakcie majówki udać się do kliniki. A na koniec wczoraj chciałam sobie zrobić szynę relaksacyjną - dentystka wzięła 300 zł, ale nie zgodziła się na szynę: kazała iść napierw do higienistki, potem do specjalisty od stawu żuchwowego, a potem zakładać aparat ortodontyczny... Przy okazji powiedziała mi o stanie zapalnym dziąseł, możliwych problemach z dwoma zębami, konieczności zajęcia się ósemkami i wyrwania dwóch zębów w przypadku aparatu, krzywym zgryzie itd. Czas, koszty tego wszystkiego - nie muszę pisać, jak się czułam... Na domiar złego relacje z ludźmi ostatnio też średnio mi wychodzą.

Dziś w nocy prawie nie spałam. Za to znowu pokłóciłam się z mężem, bo jest chory i o 4 rano ogląda seriale, jeszcze przy otwartym oknie. Ja też już zaczęłam mieć problemy spać w nocy ze względu na objawy przeziębienia, np. ciężko się oddycha. Mam wrażenie, że z każdej strony wiatr w plecy i że się rozpadam od środka. Nie chcę tego cyklu spisywać na straty, ale obsesyjnie o tym myślę, że tak to się może skończyć.

Muszę się uspokoić - jeszcze może zdążę wyzdrowieć przed transferem. Chciałabym poukładać siebie od środka. To miał być taki fajny czas oczekiwania, a na razie widzę, że siebie samą muszę doprowadzić do porządku i nie zwalać wszystkiego na los. Muszę się ogarnąć i rzeczywistość przyjąć na klatę - podobno pragnę zostać matką.

PS Podczytuję wątki staraczakowe i z jednej strony cieszę się, że tylu dziewczynom w kwietniu udało się zobaczyć dwie kreski i pozytywną betę :) a z drugiej... nie umiem pozbyć się tego uczucia - "to znowu nie ja", "czy kiedykolwiek będzie mi to dane". I serio dochodzę do miejsca, w którym ciężko mi samą siebie znieść. Zdecydowanie czas wreszcie na jakieś zmiany - ja muszę się zmienić.

12 maja, 20:25

No i jesteśmy w maju.
Już za 3 dni przytulę do serca blastusia 5.2.3. Ze statystycznego punktu widzenia szanse są niewielkie, ale tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo. Wszystko się okaże.
Na razie przyjmuję 3xdziennie estrofem i luteinę dopochwowo + biorę witaminki. We wtorek wybieram się na usg, które ma ocenić, czy moja macica kurczy się ponad miarę i jeśli tak - dostanę na to wlew z Atosibanu. Tego jeszcze nie próbowałam, więc w sumie czemu nie? Zawsze to jakaś informacja, gdzie szukać przyczyn problemu.
Po transferze ma wjechać acard, heparyna, metypred, no i oczywiście progesteron. Pewnie dorzucę nospę i magnez.
Szczerze mówiąc mam w sobie różne emocje - od entuzjazmu po obawę. Nie chcę kolejnej punkcji. Chcę, żeby któryś z tych obecnie 5 maleństw dał upragnioną ciążę, a najlepiej żeby urodziła się z nich dwójka maluchów. Ale wiadomo, jak to jest. Zrobię, co w mojej mocy, żeby to się udało.
Choć na razie siebie zawodzę. Zamiast trzymać wagę to ją zyskuję - prawie 2 kg na plusie, jeszcze powalczę przed samym transferem żeby był max 1 kg na plusie. Wcześniej chorowałam, z nosa lub z oka mi w zasadzie stale cieknie. Dziś jeszcze pożar w Warszawie i nawdychałam się niezdrowego powietrza. Mogłam jeszcze więcej zrobić, ale jest jak jest.
Teraz najważniejsze że w środę będziemy razem - ja i blastuś. Na razie chcę skupić się na tym co tu i teraz, ale gdzieś z tyłu głowy mam myśli, że jeśli ten transfer się nie powiedzie zostaną dwaj oni i dwie one.
Na razie wszystko jasne: zabieram blastusia i zostaje ze mną. I choć już pojawiają się myśli, co jeśli się nie uda, to chcę je powstrzymać - na razie będę się cieszyć tym czasem, który będzie nam dany.

15 maja, 13:55

Dzień transferu.

Rano czułam się jakby to był mój pierwszy raz, a jest już czwarty. Tyle emocji, mimo wszystko była też nadzieja.

Trochę technikaliów:
Dostaliśmy informację, że zarodek 5.2.3 został rozmrożony - nasz najsłabszy. Było wykorzystane Embryoglue, AH wg embriologów nie było konieczne.
Zbadany progesteron w dniu transferu - 15,97, więc chyba nie jest źle. Będę próbowała podbić poziom do ponad 30 najlepiej.

Po czym przyszedł moment transferu i zaczęły się schody. Najpierw czekanie i problemy z powodu nadmiernego napierania na pęcherz moczowy, prawie nie mogłam myśleć. Potem lekarz nie chciał przepisać mi Prolutexu, którego zapas jeszcze miałam, upierał się na progesteron besins lub cyclogest/luteinę dopochwową. Nie podał powodu, dlaczego tak, więc od razu zrobił na mnie słabe wrażenie. Następnie głupie żarciki zamiast skupić się na samym transferze, który okazał się trudny - próby umieszczenia zarodka w macicy trwały dobre kilka minut (jak nie więcej). Najprawdopodobniej była bariera w postaci wąskiego ujścia szyjki macicy. Oczywiście mimo bólu związanego z trzymaniem moczu w głowie pojawiały się myśli, czy zarodek w ogóle dotrwał. Lekarz skomentował również że transfer powinien już był się odbyć, więc zakładam że moje endometrium było już pokaźnych rozmiarów, ale żadnych szczegółów nie poznałam. Nie dostałam zdjęcia (nie spytałam o nie, ale nie przewidziałam po prostu że go nie otrzymam).

Wyszłam stamtąd zniesmaczona, raczej z czarnymi myślami, niepewna, czy w ogóle ten transfer od początku miał szansę się powieść. To chyba moje najgorsze doświadczenie transferu.

Weryfikacja w 6 dpt, czyli we wtorek. Planuję brać następujące leki: 2xprolutex, 3xprog besins, 3xestrofem, 3xmetypred, 1xclexane, 1xacard, 2xkwas foliowy, 1xeuthyrox. Na podstawie usg z wtorku oceniono że Atosiban nie jest mi potrzebny. W sobotę chciałabym sprawdzić progesteron.

Z jednej strony specjalnie wybraliśmy najsłabszy zarodek i trochę cieszy mnie, że akurat teraz miała miejsce taka sytuacja, z drugiej strony - zawsze chciałoby się, żeby to był ten raz i żeby się udało.

Co jest najważniejsze - blastuś i ja jesteśmy razem. I bardzo mocno, mimo wszelkich przeciwności, wierzę, że tak już zostanie.

Nauka, którą wyciągnęłam - oprócz zachwiania wiary w działania tej kliniki - nie wypełniać pęcherza na maxa, lepiej zdecydowanie mniej wypełnić a za to móc myśleć trzeźwo i zadawać na bieżąco pytania.

Teraz czekanie. To prawda, że nastrój miałam mocno kiepski po powrocie do domu, ale powoli się ogarniam - jeszcze będzie dobrze, zrobię co w mojej mocy żeby Kropkowi było u mnie w brzuszku dobrze. Chcę wierzyć, że zostaniemy razem już na zawsze <3

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 maja, 13:56

18 maja, 13:00

3dpt.

Klinika zleca badania w 6dpt, czyli u mnie to będzie we wtorek - 21.05. Sama dla siebie pomaszerowałam dziś rano do laboratorium. Poniżej moje wyniki:
estradiol - 508 pg/ml
progesteron - 48,62 pg/ml

Szczerze mówiąc wartość estradiolu trochę mnie zastanawia. Biorę 3x1 estrofem dowcipnie, a nie jest to zbyt wysoki poziom, no ale pocieszam się, że w jedynym cyklu, w kórym był biochem na tym etapie estradiol był jeszcze niższy. Natomiast progesteron mam rekordowy - dotąd najwyższy, jaki udało mi się osiągnąć na cyklu sztucznym to 35,5 przy biochemie. Oczywiście wynik jest spory, ponieważ dużo suplementuję. Do weryfikacji we wtorek planuję kontynuować 3xbesins, 2xprolutex 1xcyclogest. Więc w sumie jestem zadowolona z wyniku proga :)

Odnośnie odczuć. Czuję stres i czas niesamowicie się dłuży. Początek nie był zbyt optymisyczny, ale jednak jest we mnie ta wiara, że może tym razem, może teraz, może to już. Przedwczoraj i wczoraj złapało mnie spanko po pracy (to zdecydowanie odróżnia ten cykl od wcześniejszych transferów), raz na jakiś czas odczuwam delikatne ćmienie w okolicy brzucha, ale choć chciałoby się uwierzyć, że może to coś znaczy, to najprawdopodobniej jest to zasługa wysokiego poziomu progesteronu.

Także pozostaje czekać. A póki czekam mogę mieć nadzieję. I to jest piękne. Tak jak jest piękny świat dookoła, który chciałabym Kropusiowi pokazać. Cieszę się, że wciąż jestem razem z Kropusiem <3 Niech ta bajka trwa.

26 maja, 08:58

Została wasza czwóreczka małych wojowników.

Transfer pierwszy z drugiej procedury, a więc mój czwarty w życiu zakończył się niepowodzeniem. Dziś - Dzień Mamy. To po prostu boli. Boli ta świadomość, że być może nigdy nie będę tego dnia świętować.

Beta w 6dpt - ujemna. Klinika mimo wszystko poleciła brać leki do 10dpt, który był wczoraj - beta niby 1,3, ale oczywiście to również oznacza że ujemna, jedynie są teraz wątpliwości czy to był brak implantacji, czy jakaś bardzo słaba próba jednak była...

Cieszę się, że już nie muszę brać leków i karmić się fałszywą nadzieją, że "a może jednak będzie pozytywną niespodzianka". W zakresie starań - czekam na okres oraz w poniedziałek mam wizytę u nowej pani doktor (mój lekarz nie jest dostępny) "po nieudanej procedurze", na której planuję podzielić się moimi wątpliwościami odnośnie tego, czy moje endometrium nie było już przerośnięte lub był z nim inny problem w dniu transferu ,(lekarz wyraził się że transfer powinien był już się odbyć), a przede wszystkim - czy nie rozważyć w moim przypadku próbnego transferu, bo nie pierwszy raz był problem z jego przeprowadzeniem. Był to transfer z problemami.
Przyczyna nie jest jasna, ale zapewne jest to zbyt wąskie ujście szyjki macicy, być może jej kurczliwość (którą na specjalistycznym badaniu USG niby wykluczono) a może jednak w macicy coś jest co przeszkadza w przeprowadzeniu transferu - histeroskopię planowałam zrobić po drugiej nieudanej próbie... Na razie trzymam się tego, że teraz robimy drugi transfer (chyba że lekarz coś innego zaproponuje) a jeśli i ten się nie powiedzie będę przekonywać lekarza do histeroskopii z biopsją endometrium i być może jeszcze scratching dodatkowo. Zdaję sobie sprawę że to na jakiś czas wyłączy mnie z walki, dlatego teraz - w czerwcu chcę jeszcze raz spróbować. W końcu tak długo jak nasi 4 malcy są z nami nadzieja nie umiera.

Emocje. Hm, może najpierw odnośnie starań. To jest taka pustka, którą próbuję wypełnić. A ponieważ w życiu i zawodowym i prywatnym mi się nie układa jest mega ciężko. Dziś się zmuszę do złożenia życzeń mojej mamie (nie mamy za dobrej relacji) i zachowywania się jakby wcale przed chwilą nie wydarzyło się coś co znowu brutalnie uświadomiło mi o tym, jaka jest rzeczywistość. Poza pustką główna emocja, która przeważa to lęk, co jeśli odbędą się kolejne transfery i będą nieudane. Co jeśli... Co jeśli np. to ze mną jest jakiś problem i po prostu nie mogę zostać matką, bo np. jestem nosicielką jakiejś trudno wykrywalne mutacji... Wkurza mnie i zbiera się na płacz jak po raz kolejny ktoś w klinice czy w życiu, wiedząc o staraniach, patrzy na mnie raczej pobłażliwie - "taka młoda, co ona tu robi, na pewno jej się zaraz uda, mamy trudniejsze przypadki". Czy to moja wina że jeszcze nie wyglądam staro mimo prawie 29 lat na karku... Przeżyłam już naprawdę dużo w swoim życiu - w ciągu ostatniego roku, np. operację i śmierć taty. W takich chwilach chce mi się krzyczeć - "wiek o niczym nie świadczy, też mam prawo, żeby zająć się na poważnie moim przypadkiem". Chciałabym nie być stygmatyzowania że względu na niby młody wiek (że niby młodsze dziewczyny nie rodzą...) a znaleźć kogoś kto rzeczywiście pochyli się nad naszym problemem i pomoże odnaleźć naszą drogę do macierzyństwa. Ale coraz częściej obwiniam się że to moja wina, ze mną jest coś nie tak, w moim organizmie maleństwo nie chce się zagnieździć... Czuję ból.

Życie. Jak już wspomniałam i ma to wpływ na wymowę tego wpisu - jest dalekie od kolorowego. Nie wiem od czego zacząć... W tym miesiącu ogłosili u mnie w firmie zwolnienia grupowe, wszyscy jak na szpilkach czekają co się wydarzy. Nie muszę chyba dodawać, że atmosfera w pracy za dobra nie jest, stres i napięcie to moja codzienność. Małżeństwo moje chyba mogę oficjalnie powiedzieć, że drży w posadach. Jeszcze nie wali się, ale drży tak silnie że ewidentnie trwa trzęsienie ziemi. Wczoraj mieliśmy z mężem trudną rozmowę podczas której wyszło że żadne z nas nie jest do końca szczęśliwe i mieliśmy inne oczekiwania. On nie spodziewał się że ja wszystko poświęcę dla dziecka, że ten temat zdominuje naszą codzienność, a ja myślałam że z wiekiem "on się zmieni", zluzuje z samorozwojem i pochłonięciem pracą i będzie chciał ze mną budować spokojny, kochający dom. Tymczasem mój M ma sporo delegacji, mnie to boli, czuje że on coraz częściej po prostu ode mnie ucieka, bo już nie może tego wytrzymać. Uważa że go nie doceniam, że przecież się stara żeby wciąż mogli walczyć. No i tak... W sierpniu będzie 3 rocznica ślubu. Całe te 3 lata poświęciliśmy, oddaliśmy. Finansowo, życiowo, emocjonalnie - ciągle pod kreską, w ciągłym napięciu, chwytając się nadziei. On kończy niedługo 30 lat. Nie płaczę, jak to piszę, ale czuję że nie jestem wobec niego sprawiedliwa - on daje z siebie, ile może, ale ja ... Ja nie wyobrażam sobie życia bez dzieci, nie umiem odpuścić, jestem rozstrojona przez hormony czego on nie rozumie, czuję niesprawiedliwość, że ja ciągle lawiruję między pracą a kliniką a on jeździ sobie po świecie i się rozwija. A teraz to już w ogóle jestem w dołku. Chciałabym, żeby to był sen i jak się obudzę to wszystkie problemy rozwiążą się same.

Gdzie moje życie... Gdzie nasze życie... Już na poważnie rozmawiamy o tym, ile tak naprawdę będzie nas to wszystko kosztować. Niepłodność jest okropna, nie bierze jeńców, tylko jeśli nie jesteś wystarczająco silny - niszczy wszystko na swojej drodze.

Czuję się dziś emocjonalnie wypluta, z poczuciem wartości ujemnym, dlatego ten wpis to raczej wyraz czarnej rozpaczy i krzyku o ratunek, o jakieś antidotum na piętrzące się trudności. Ani on, ani ja nie przewidywaliśmy że znajdziemy się kiedyś w tym miejscu. Takie jest życie.

Pozostaje przeryczeć noc, pozbyć się w dowolny sposób nagromadzonej energii i emocji, zmyć z siebie ból, lek, samotność, obawy, przykleić na usta uśmiech i znowu w poniedziałek wyruszyć do pracy tak żeby nikt niczego nie zauważył. Tak żebysmy tylko my wiedzieli, jakie koszty ponosimy. Trzeba stawiać czoło życiu, na tym polega dorosłość.

Chcę wierzyć, że kolejny wpis będzie pełen wiary w powodzenie kolejnego transferu, że wizyta lekarska sprawi że radość znowu zakwitnie w moim serduszku, że z moim M odnajdziemy się w końcu i on też będzie radosny. Tak bardzo bym tego pragnęła.

Wszystkim mamusiom, tym obecnym, tym które oczekują na maleństwo i mamusiom aniołków - każdej jednej z Was życzę wszystkiego najlepszego w dniu Waszego święta - przede wszystkim szczęścia i spełnienia w życiu ❤️

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 maja, 09:12

27 maja, 18:06

I chyba rzeczywiście doczekałam się dobrego dnia. Po burzy wychodzi słoneczko... ⛅☀️

Już po wizycie po nieudanej procedurze u mnie w klinice. Pani doktor zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i zaproponowała (przy pomocy moich małych sugestii) zrobić w następnym cyklu- w czerwcu histeroskopię, biopsję endometrium z oceną receptywności.

Niby kolejne tysiące do wydania, ale cieszę się jak głupia, bo może wreszcie zrozumiem, dlaczego wciąż się nie udaje. Może np. mam zapalenie endometrium po przeleczeniu którego moi 4 wojownicy będą mieli realne szanse.

Także czekam na małpę🙉 i to, co będzie się działo. Z tego co zrozumiałam najpierw robimy histeroskopię, a w drugiej części cyklu receptywność endo.

Mam wielką nadzieję, że te dwa badania przyniosą konkretne informacje, które pozwolą naszemu następnemu Kropeczkowi zagnieździć się w mamusi.

Będę dawać znać, jak wrażenia po zabiegach i jakie wyniki. Na kolejny transfer trzeba będzie poczekać zapewne do końca wakacji. Ale mimo to uśmiecham się od ucha do ucha i wierzę że będzie dobrze. 🥳😉💃

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 maja, 18:08