Oglądamy z mężem po raz drugi film „Photon”. To artystyczno-naukowa wizja tego, jak powstało wszystko – od materii po człowieka i jego wytwory. Kolejny raz coś we mnie uruchamia – inny rodzaj perspektywy na życie. Tu jest ono sprowadzone do spotkania „nitek” i „kapsuł”. Powstaliśmy z materii nieorganicznej i po wielu, wielu latach zyskaliśmy samoświadomość. Dla kontrastu myślę też o przyszłości AI jako tworu, który jest kolejnym rodzajem bytu.
Ale wracając do nitek (DNA) i kapsuł (błon komórkowych) – to, że powstaje zarodek, jest łutem szczęścia w pracy maszynerii, która ewolucyjnie robi rzeczy losowo, popełnia masę błędów, by po czasie, przypadkowo, stworzyć coś, co ma potencjał rozwojowy. I ten proces jakoś mocno się nie ulepszył do dziś. Jedyne, co mamy, to stos mechanizmów naprawczych, ale nie zawsze dają radę. W moim wieku około 1/3 badanych blastocyst wykazuje nieprawidłową liczbę chromosomów. Tak mówią dane z badań genetycznych w ramach IVF, ale trzeba brać poprawkę na zjawisko mozaicyzmu. Często za euploidalny uznaje się zarodek, w którego badaniu PGT-A mozaicyzm wynosi mniej niż 30%. Ma on największe szanse na prawidłowy rozwój. Wciąż jednak poruszamy się w obrębie statystyki i niewiadomej, jak dalej przebiegnie rozwój zarówno tego zarodka, którego wynik sugeruje 29% mozaicyzmu, jak i tego, u którego sugeruje 50% – oba mogą dać zdrową ciążę lub nie. Podejmujemy decyzje na podstawie szans.
Inna rzecz, która przychodzi mi na myśl, to nowe wyzwanie kulturowe, jakim jest planowanie ciąży. Od kiedy nasze społeczeństwo „umówiło się”, że tak powinno się robić? Wydaje się, że całkiem niedawno. Jak na tempo ewolucji ludzkiego mózgu można powiedzieć, że dziś rano. Tymczasem pociąga to za sobą ogromne wyzwania psychiczne. Nigdy w historii ludzkości nie było takiego poziomu kontroli nad rozrodem. Proces IVF jest z nami od kilkudziesięciu lat i tak naprawdę dopiero uczymy się radzić sobie z sytuacją narażenia na przeplatające się stany ogromnej nadziei i straty. Narracje opracowujące ten temat dopiero powstają. W obliczu tego reakcje depresyjne, lękowe, ogólnie załamania psychiczne wydają mi się normalne, bo presja kontroli rzeczywistości jest ogromna, a wynik naszych zabiegów mocno niepewny. Sposób obsługiwania pragnienia rodzicielstwa wplata się w kapitalistyczny dyskurs wydajności, ale nie wytrzymuje jego sztywnych reguł. Na nas jako jednostki spada ciężar radzenia sobie z tym. Nie ma co więc mieć do siebie żalu, gdy to radzenie sobie przechodzi okresowo w nie-radzenie.