Dopisek wieczorny. Wczorajsza wizyta.
Musiałam się wcisnąć między pacjentkami, czekałam godzinę, mąż był ze mną, ale poprosiłam by usiadł dalej, bo patrzenie na niego wywoływało u mnie łzy. W poczekalni akurat same ciężarne z partnerami, zadowolone miny, ściskane karty ciąży i ja... czekająca na wyrok: puste jajo, wywołujemy poronienie. Tak wiem, konieczne byłoby potwierdzenie przez innego lekarza, ale to miała być tylko formalność.
Od razu wskoczyłam na fotel, znów usg przez brzuch i tym razem lekarz zobaczył coś w środku. Obraz nie był idealny, jak to usg przez brzuch i jeszcze u takiego grubasa, jak ja. No, ale nawet ja widziałam "fasolkę" i mrugające piksele serca. Następną wizytę lekarz wyznaczył za 4 tygodnie... dokładnie, jak w styczniu tego roku, kiedy w międzyczasie poroniłam czekając na wizytę, bo serce przestało być i ponad 2 tygodnie nic o tym nie wiedziałam i tak sobie chodziłam snując marzenia, rozmawiając z mężem i córką (!) o imionach, koniecznym przemeblowaniu itd. Uparłam się na wcześniejszą wizytę i ma być ona 25 października, czyli za 3 tygodnie. Do tego czasu trzy razy wpadnę w rozpacz, będę miała czarne myśli i morze obaw, co z dzieckiem. Dlatego nie wykluczam wizyty "kontrolnej" u innego gina w międzyczasie.
Nie muszę mówić, jak wielka była radość męża, kiedy wyszłam z gabinetu i powiedziałam, że jest dziecko, serce bije.
Nie mogę nie wspomnieć o ogromnym wsparciu, jakie płynęło do mnie ze strony forumek z wątku po poronieniu "Zaczynamy znowu starania". To mnie naprawdę wzruszyło. Przez tydzień im się wypłakiwałam z rozpaczy, że koniec ciąży, że znów poronienie. One były wspaniałe.
Na razie jestem uspokojona, ale powolutku zaczyna mnie podgryzać niepokój, niepokoik... wiem, mnie już nie opuści, aż do końca. Oby to był tylko strach bez podstaw. Jedna z moich owufriendowych przyjaciółek, która też jest po przejściach, pisała o tzw. domniemanej niewinności ciąży. Czyli, że nie należy zakładać, że jest źle, skoro jest dobrze. Postaram się o tym pamiętać.
Obecnie martwi mnie niski progesteron, który jak wiadomo jest kluczowy dla ciąży. W połowie września wynosił 27-24, a tydzień temu tylko 14, co jest zdaniem gina niskim wynikiem. Zapisał mi luteinę, 2 razy dziennie po 2 tabletki dopochwowo. Czytałam, że taka luteina to "uspokajacz" dla ciężarnych, bo faktycznie nie ma wielkiego wpływu na utrzymanie ciąży, która się utrzyma, jeśli ma się utrzymać, a jeśli nie to poleci. No i takie są te moje obawy. Czemu nie może być tak beztrosko, jak z córką?
Wtedy 2 razy robiłam betę, 3 razy w ciągu całej ciąży morfologię i mocz, miałam 2 usg na nfz i mam takie wspaniałe dziecko. A teraz... stres, strach, obawy.
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 października 2016, 18:55
Dziś chciałam po pracy podzwonić po gabinetach i umówić się gdziekolwiek na uspokajające usg (mam nadzieję, że uspokajające), ale tylko zrobiłam obiad i zjedliśmy z rodziną zasnęłam na kanapie i spałam 2 godziny i już mi się nie chciało wieczorem dzwonić. Teraz też bym najchętniej szła spać, ale muszę sprawdzać klasówki, zaszyć córce spodenki na wf, wydrukować coś do pracy.
Gdybym była religijna, powiedziałabym: modlę się, żeby z dzieckiem było wszystko dobrze, żeby zleciał ten I trymestr, żeby badania prenatalne wyszły dobrze, i żebym mogła pomachać L4 w szkole i zająć się sobą. No, ale do tego czasu jeszcze trochę i sporo pracy, między innymi 2 imprezy szkolne na mojej głowie. Dziś wypada 8t1d. Jeszcze choć 4 tygodnie wytrzymać.
Druga sprawa to wkurw na pracę. Tych małych i większych niedogodności jest trochę, ale ogólnie, jak nie widzę dyrekcji, to da się znieść.
Ostatnio moim "pain in the ass" są niektórzy rodzice. Zaczęło się od bójki na przerwie jednego dnia. Dwie płaczące uczennice zgłosiły, że zostały skopane przez chłopaka. Poinformowałam wychowawców (chłopaka i dziewczyn), napisałam wiadomości do rodziców dziewczyn, wychowawca chłopaka zaprosił rodziców, by stawili się w szkole dnia następnego, bo tego dnia, jak mi to dziewczyny zgłosiły, była to ostatnia lekcja, a wychowawców już nie było w szkole. Na drugi dzień okazało się z monitoringu, że chłopak owszem kopnął jedną w brzuch (druga ściemniała, by poprzeć koleżankę), ale on sam był przez jedną z dziewczyn zaczepiany. Sytuacja się wyjaśniła. Każdy był tam trochę winny. Ale potem zaczęłam dostawać na dziennik wiadomości od matki chłopaka, że zafundowałam mu stres, że wymiotował z nerwów, że powinnam sama przeprowadzić śledztwo, ściągnąć go z lekcji z drugiego końca szkoły i wyjaśniać, nie informować wychowawców, ani rodziców itd, itp. Tłumaczyłam grzecznie dwa razy, że nie mogłam ściągnąć go z lekcji, bo raz, że to drugi koniec budynku, dwa - nie mogę wyjść z lekcji i zostawić całą klasę bez opieki, 3 - nie jestem wychowawcą, 4 - sprawę należało wyjaśnić z udziałem wszystkich dzieci i rodziców (nie pierwsze zarzuty wobec tego chłopaka), a że wówczas była to ostatnia lekcja to nic by się tego dnia nie załatwiło, bo ani wychowawców, ani rodziców by się już tego dnia nie ściągnęło. Sprawa została wyjaśniona następnego dnia rano i o to chyba chodziło. No, ale mamy to nie przekonało. Tyle, że ja już nie odpisywałam. Postąpiłam zgodnie z przyjętymi procedurami, nikt nie ucierpiał, była reakcja na agresję.
Druga sytuacja, wczoraj dzwoniła do mnie mama jednej z uczennic (mam jej numer w telefonie), ale nie mogłam odebrać, bo byłam w drugiej pracy. Drugi raz nie dzwoniła. Zdarzyło się również w tym roku szkolnym, że dzwoniła w sobotę rano (spałam jeszcze) i jeszcze kiedyś jak byłam na zwolnieniu, czułam się podle, nie odebrałam wówczas. Generalnie, po tych wszystkich zmianach w szkole (na gorsze) stwierdziłam, że nie mam obowiązku odbierać telefonów od rodziców po godzinach, nie mam służbowego numeru, szkoła nie dokłada mi się do abonamentu, podałam telefon w dobrej wierze, że będzie wykorzystywany w nagłych wypadkach, a nie np. w niedzielę wieczorem matka (ta sama) dzwoni, że Mateuszka nie będzie jutro, bo ma czerwone gardło. Albo dzwoni i gada pół godziny swoje żale na nauczyciela biologii. Stwierdziłam, że muszę postawić granice i nie będę odbierać, kiedy nie mam czasu/ siły, ani oddzwaniać. Jest tyle form kontaktu: e-dziennik, zeszyt korespondencji, konsultacje, telefon w szkole, a nikt w pracy nie docenia tych telekonferencji z prywatnego telefonu, więc czas trochę ludzi oduczyć. Nie mówię, jakby była wycieczka, czy choroba dziecka w szkole. Generalnie nikt poza tą jedną panią do mnie tak nie wydzwania.
A dziś dzwoni inna mama (miałam czas, odebrałam) i mówi do mnie, że tamta mama jej się pożaliła na mnie, że jestem niekulturalna, bo nie oddzwaniam, że nie odbieram rozmów, że jak jeszcze raz nie odbiorę to... ona idzie prosto do dyrektorki. HA! HA! HA! Kurwa, koń by się uśmiał! Już widzę rozmowę na dywaniku z dyrektorką, chyba bym ją postraszyła sądem pracy! Podziękowałam tej pani za uprzejme doniesienie i nadmieniłam, że nie posiadam służbowego telefonu, że kiedy mogę to odbieram, a kiedy nie mogę to nie. A jeśli komuś bardzo zależy na kontakcie, to jest wiele możliwości kontaktu i polecam e-dziennik, ew. można nawet wysłać sms.
Generalnie można powiedzieć, że mam wylane na to, ale wciąż jeszcze potrafi mnie zaskoczyć bezczelność niektórych ludzi! Co sobie ta baba (urzędniczka nota bene) myśli! Czy ona też daje swój numer petentom i odbiera od nich telefony z zapytaniami, jak tam ich sprawa się toczy? I jeszcze mnie dyrekcją straszy! Nosz kuźwa!
Tak mam tego wszystkiego DOSYĆ, że po prostu marzę, by spierdolić na L4. Oby tylko ta ciążą nie zrobiła mi brzydkiego numeru!! Miałam się umówić na wizytę do byle jakiego gina w tym tygodniu, ale postanowiłam przetrzymać atak paniki. Może nie będę żałować.
Boję się. Nawet nie umiem zwizualizować mojego dziecka.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 października 2016, 14:31
Mam zwolnienie do następnej wizyty, powiedziałam dziś w dwóch pracach, została jeszcze trzecia. Nawet gładko to przełknęli. Trochę obawiam się totalnego spadku notowań i wypadu z obiegu, ale... rodzina jest w tej chwili dla mnie najważniejsza.
Chwilowo jestem uspokojona, ale pewnie za kilka dni zacznie wkradać się niepokój. Cóż, norma.
Mam iść do gina po skierowanie do poradni diabetologicznej i na badania prenatalne, bo z racji ukończonych 37 lat należy mi się na nfz. Umówiłam się do gabinetu, który specjalizuje się w badaniach prenatalnych.
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 października 2016, 07:12
Dziś rano zrobiłam pierwszy zastrzyk. Bałam się, ale jakoś poszło. Igła na szczęscie cieniutka i tylko ok 1-1,5 cm długości.
Wczoraj miałam gorszy dzień. Od rana wymioty. Potem jakoś udało mi się utrzymać w żołądku lek przeciwwymotny i koło południa odżyłam, choć z bólem głowy.
Dziś czuję się dobrze.
Rano padał śnieg, ale już stopniał. Idę na spacer, bo wreszcie wyszło słońce. Ostatnie kilka dni ciągle padało.
Dawno nie miałam tak miłej wizyty na NFZ. Lekarka przemiła. Dała mi glukometr, wypisała receptę na paski do glukometru i do badania ciał ketonowych w moczu i zaleciła dietę. Dostałam książeczkę - dzienniczek do pomiarów, książeczki z informacjami o cukrzycy ciężarnych i z planem diety, termometr dla dziecka z miękką końcówką, wszystko w pięknej torbie z logo producenta glukometrów. Normalnie wyszłam, jak z butiku.
Mam mierzyć cukry na czczo i po 3 głównych posiłkach i za dwa tygodnie do kontroli. No i mam odstawić metę. Na szczęście lekarka nie straszyła mnie ogniem piekielnym, że to brałam. Powiedziała, że moja dawka jest tak mała, że ani pomaga ani szkodzi, więc mam odstawić i zapewne wrócę do niej, ale w wyższej dawce po porodzie i karmieniu.No to dieta, ale od jutra

Dziś w 4 aptekach nie dostałam zapisanych na receptę pasków, albo wcale nie mieli, albo za mało, a recepta jedna. Już je zamówiłam w naszej wiejskiej aptece.
Jakoś nie panikuję z powodu diety, bo choć słodycze kocham, to w ciąży mam średnią ochotę na nie. No i po przejrzeniu przykładowego menu stwierdziłam, że to strasznie dużo jedzenia. Ja nigdy nie jem tyle chleba, ani tylu posiłków. Będzie trzeba trochę to dopasować do siebie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 listopada 2016, 18:41
Jutro jadę na usg prenatalne, pobiorą mi też krew na test podwójny, czyli tzw. PAPPA. Jestem zestresowana dziś, co widać po podwyższonym ciśnieniu (140/90), a mierzę je codziennie (zalecenie lekarza) i już dawno takiego nie miałam.
Z mierzeniem cukrów nawet mi idzie. Nie przekraczam norm, jem dość często, sporo węglowodanów, ale tylko te złożone. Nie słodzę, czasem łyżeczka ksylitolu, nie jem słodyczy, dżemów i tym podobnych. Dobrze się czuję.
Kurczę, martwię się, co jutro usłyszę na usg, czy z dzieckiem wszystko dobrze, nie widziałam go 3 tygodnie już. Czy parametry budowy będą w normach. Czy może usłyszę jakieś sugestie odnośnie płci. A może czekają mnie niepomyślne wieści. Jakoś staram się nie nastawiać, ale jak już się nastawiam, to raczej negatywnie. Przez to poronienie nie umiem cieszyć się tą ciążą. Nie głaszczę brzucha, nie mówię do dziecka, nie wyobrażam sobie, jako ono będzie. Żyję tu i teraz. Od wizyty do wizyty. Szkoda mi, że tak się dzieje. Jakbym szła ciemną ulicą pełną dziur i cały czas obawiała się, że w którąś wpadnę i skręcę nogę.
Może jutro napiszę nowy post i będzie on optymistyczny? Chciałabym. Choć usg jeszcze o wszystkim nie mówi, pozwala wykluczyć te najoczywistsze wady. PAPPA, na którą będę czekała ok 10 dni oszacuje tylko ryzyko wad z pewnym prawdopodobieństwem, ponoć usg+PAPPA daje pewność 90%.
Mogę zrobić również test NIFTY, koszt 2500 i też jest to określanie ryzyka, a nie diagnoza, jak w przypadku amniopunkcji. Amnio to z kolei ryzyko poronienia, krwawienia, zakażenia, niewielkie (1-2%), ale zawsze. No i wskazaniem do niego są kiepskie wyniki po usg + PAPPA. Więc tak czy inaczej, muszę czekać.
W dokumentacji napisał, że na tym etapie ciąży budowa płodu nie wskazuje na możliwość wystąpienia aberracji chromosomalnych, ani wad budowy. Dzieć ma 78mm od czubka głowy do pośladów. Widziałam, jak machał/a rączką, wyginał/a się itd. Ale zdjęcia, jakie mi dał lekarz to porażka, jakieś fragmenty tylko. Nie ma się czym tu pochwalić.
Po badaniu pobierałam krew na PAPPA i ten lekarz ma dzwonić z wynikami za tydzień. Postaram się zachować spokój, jak najdłużej dam radę.
Dziś zaliczyłam też dentystę. Babka zmieniła mi plombę i zdjęła kamień.
I także dziś zadzwonił lekarz od badań prenatalnych z informacją odnośnie ryzyka ZD i dwóch innych trisomii. Akurat płaciłam w sklepie za bułki, więc przeprosiłam i wyleciałam na dwór, by móc swobodniej porozmawiać. Lekarz poinformował mnie, że ryzyko wyszło niskie, więc nigdzie mnie więcej nie kierują (w domyśle na amniopunkcję). Zapytałam, jakie zatem jest to ryzyko, a on mi powiedział, że około 1:2500, dokładnie nie pamięta, bo nie ma wyników przed sobą, bo dzwoni z innego miejsca. Ale wyniki prześlą mi pocztą. Ja nawet dopytywałam tydzień temu o możliwość odbioru osobistego, ale powiedział, że będzie dzwonił, a wyniki wyśle. No cóż, mam nadzieję, że się nie pomylił i ryzyko nie wynosi np. 1:250.
Chciałabym zrobić badanie typu NIPT (Nifty, Harmony czy inne), ale to kosztuje 2500 zł. Może lepiej już nie drążyć. Chciałabym poznać płeć. Może poznam na usg połówkowym.
A najbliższa wizyta u mojego gina już w piątek rano. Poproszę go o dalsze zwolnienie, mam nadzieję, że da bez problemu. W robocie, z tego co słyszę, nic lepiej, a tylko gorzej. Z resztą czytam w e-dzienniku wiadomości od dyrektorki skierowane do ogółu i aż skóra cierpnie.
Musiałam powiedzieć o ciąży córce, bo już w szkole usłyszała pytania, czy jej mama jest w ciąży. Kurczę, a chciałam powiedzieć w grudniu, po połówkowym usg.
Córcia bardzo się ucieszyła, pokazałam jej zdjęcie usg. Później je wkleję.
Jestem w 20 tygodniu ciąży. Mdłości nadal mi dokuczają rano, czasem puszczę pawia, ale tylko na czczo. Na szczęście siedzę w domu i mogę sobie pozwolić na gorszy dzień, na leniuchowanie, odpoczynek. Mąż i córka są dla mnie bardzo troskliwi, pomagają, wyręczają.
W 16 tygodniu zaczęłam czuć delikatne ruchy maluszka, jakby mi pływała rybka. Obecnie czuję rozpychanie, ale mam za dużo tłuszczu na brzuchu, żeby to można było zobaczyć na zewnątrz.
Jestem na diecie cukrzycowej, powoli jednak przestaje wystarczać, bo cukry coraz wyższe. Po posiłkach przeważnie trzymają się normy, ale na czczo już zbyt wysoko. 3 stycznia mam wizytę u diab i zobaczymy, co mi powie, może już zacznie się insulina. Na razie jeszcze nic nie przybrałam na wadze.
Przed świętami, w 19 tc miałam usg połówkowe, w tym samym gabinecie, co "genetyczne", ale lekarz umówił mnie za wcześnie, bo nie dał rady zbadać kilku rzeczy. Maluszek był odwrócony kręgosłupem do mojego kręgosłupa, ważył ok 300 gramów. Na razie jakoś się nie martwię, bo lekarz powiedział, że z tego, co widzi nie pokazuje się nic niepokojącego, wszystko wygląda dobrze, ale jeszcze nie chciał wystawiać mi dokumentu, bo nie sprawdził wszystkiego. 11 stycznia jadę tam ponownie, to będzie 22 tc.
Dobijając do połówki poczułam się wreszcie dość spokojnie, minęła większość obaw o ciążę. Nie pozwalam sobie na czarnowidztwo. Wczoraj kupiłam symbolicznie dwa pierwsze ciuszki dla Ktosia. Na razie nie zamierzam kupować więcej, mam jeszcze sporo rzeczy po córce, większość uniseks, bo do porodu nie wiedzieliśmy, jaka będzie płeć. Ciekawe, czy teraz poznamy wcześniej.
Co jakiś czas rozmawiam z mężem i córcią o możliwych imionach dla nowego członka rodziny. Wybór jest trudny, te imiona, które córka proponuje są dla nas nie do przyjęcia. Ona nie chce słyszeć o tych, które nam się podobają. Dla chłopca mamy z mężem typ, który wykluł się nam jeszcze jak byłam w poprzedniej (straconej) ciąży, z córeczką byłby większy kłopot. No, ale mamy jeszcze dużo czasu

Edytuję ten post, bo właściwie zaczynałam go pisać z myślą, że napiszę coś na koniec roku. Ale ja jakoś nigdy nie robiłam sobie podsumowań, ani planów na następny rok, żadnych postanowień noworocznych. Z resztą, od zawsze nowy rok kojarzy mi się z rokiem szkolnym. I w związku z wykonywanym zawodem też tak mi się utrwaliło, tym bardziej, że urodziny mam we wrześniu, więc nowy rok to jednocześnie kolejna cyferka wieku.
Ale jakbym miała jednak zrobić jakieś podsumowanie, to był ciekawy rok. Trudny, ale miał jasne momenty. Zaczął się pozytywnym testem ciążowym w połowie stycznia, na początku marca poronienie i szok. Potem zajęłam się swoim zdrowiem, zaczęłam obserwować cykle, zdiagnozowałam niedoczynność tarczycy i insulinooporność. Zaczęliśmy (w sumie ja zaczęłam) starać się o kolejną ciążę, we wrześniu dzień po moich urodzinach okazało się, że się udało. Początek ciąży to mega stres, podejrzenie pustego jaja, potem problemy zdrowotne (wymioty!!), L4 i wreszcie spokój. W pracy było dużo stresu, w nieciekawej atmosferze odszedł wieloletni, lubiany przez zdecydowaną większość grona, dyrektor. Na jego miejsce powołano wredną babę, o której poczynaniach nie mam chęci pisać.
W tym roku wielką dumą napawa nas córka, która odnosi swoje małe sukcesy w szkole i generalnie nie sprawia nam żadnych kłopotów. Śmieję się, że skoro mamy jedno dziecko - aniołka, to drugie może dla równowagi będzie diabełkiem

W małżeństwie harmonia, zwłaszcza od kiedy zaszłam w ciążę, bo na etapie starań były tarcia (i nie mam na myśli pozytywnego "tarcia"). Mąż to też dla mnie powód do dumy, poprawiła się jego sytuacja zawodowa, co przekłada się na jego lepsze samopoczucie. Patrząc na to, co się wydarzyło przez ten rok, nie mogę mieć pretensji. Swój pamiętnik nazwałam "W poczekalni do pełni szczęścia" i czuję, że bardzo mocno posunęłam się w tej kolejce. Już, już prawie jestem u drzwi do szczęścia, czuję się tak, jakbym już trzymała rękę na klamce.
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 grudnia 2016, 12:48
Czas na mały update. Tygodnie lecą, jak szalone. W tę środę miałam drugie usg połówkowe i na szczęście udało się zbadać maluszka. Nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości, malec rośnie zgodnie z wiekiem ciąży. Pokazał nam, co ma między nóżkami. Zdaniem lekarza, chłopiec.

Rodzina się cieszy, oni ze wszystkiego się cieszą, najbardziej, że zdrowe, ale mąż i dziadkowie wiadomo, chłopak... Nasza córka też szczęśliwa, że wreszcie wiadomo.
Ja jeszcze wyprawki nie szykuję, najpierw wielkie odkopywanie rzeczy po córce, bo właściwie wszystko, co najważniejsze jest: wózek, łóżeczko, pościel, foteliki samochodowe, ciuszki, wanienki, wiklinowy kosz na kółkach (do spania na początku przy naszym łóżku). Wszystko uniseks, bo do samego porodu nie znaliśmy płci córki.
Ale po środowym usg kupiłam body i półśpiochy typowo chłopięce. To dla mnie taki symboliczny gest. Oswajanie lęku związanego z ciążą, z obawami o komplikacje. Muszę przyznać, że odkąd czuć ruchy dziecka, obawy zmalały. Codziennie daje mi o sobie znać. Następną wizytę u swojego gina nam 25 stycznia. Chyba zagadam go o poród.
I jeszcze dodam, że od początku stycznia biorę insulinę na noc. 4 jednostki, bo dieta co prawda działała i cukry po posiłkach trzymały się norm, ale nie miałam wpływu na cukry na czczo, a te były za wysokie. Ta insulina, malutka dawka, działa do 20 godzin, spadły mi cukry nawet po posiłkach, mogę jeść trochę więcej. Przestałam chudnąć, a waga się trzyma.
Jestem w 29tc. Nic ciekawego się nie dzieje. Siedzę w domu, nic nie mam jeszcze przygotowanego dla malucha. Ale marzec to jest ten miesiąc, kiedy przycisnę męża by wziąć się za przewalanie pudeł w garażu, gdzie jest spakowane wszystko po córce, trzeba wszystko przejrzeć, ocenić co się nada, wyczyścić, wyprać itd, itp... Do tego potrzeba dłuższych dni, trochę słońca, a tak cały styczeń i luty albo śnieg i mróz albo odwilże i deszcze.
W kwestii cukrzycy nic się nie zmienia. Dalej ta sama dawka insuliny nocnej, cukry w normie i po posiłkach i na czczo. Waga ostatnio ruszyła w górę, no ale czemu się tu dziwić, najpierw spadła, potem stała i stała, ale teraz 1 kg na plusie. Na ostatniej wizycie (tydzień temu) wszystko wyszło dobrze, a dzieciaczek został oszacowany na 1300 g. W ogóle czuję się duża. Brzuch mi urósł ostatnio, już to widać, nawet mąż mi dziś powiedział, że grubo wyglądam, ale nie mówił tego złośliwie, bo widzę, że bardzo hołubi moje kształty. Tak, że to raczej było stwierdzenie zmiany, bo mam wrażenie, że wywaliło mi ten brzuch skokowo. I mi zaczął dopiero przeszkadzać. I tak chyba dość późno, w porównaniu do większości dziewczyn.
15 marca mam ostatnie badanie prenatalne w gabinecie badań prenatalnych, tam gdzie miałam usg genetyczne i połówkowe.
Rety, nawet pisać mi się nie chce. Plecy mnie zaczęły boleć. Najlepiej mi, jak leżę na lewym boku. A noce są kiepskie... ciągle się budzę, nie mogę spać na brzuchu, a to moja ulubiona pozycja. Na wznak się duszę i drętwieją mi nogi, a oba boki na zmianę są odgniecione i co 2 godziny wstaję na siku.
Może następny wpis zrobię wcześniej niż za miesiąc

Ciąża zaczyna... ciążyć. Ale odkrywcze!
Mam wielki brzuch, ciężko mi siedzieć zgiętej na kanapie i pisać na kompie. Najlepiej się czuję wywalając brzuch do góry lub na lewym boku.
Często, jak wstanę to odczuwam duży ucisk na pęcherz, jakbym z 12 godzin nie sikała i jeszcze ktoś naduszał pęcherz. Oczywiście leci odrobina. Czasem idę zgięta do ubikacji.
Moja waga rośnie, właściwie zaliczyłam skok +2 kg i od tygodnia stoi, ale skok był wyraźnie odczuwalny, nagle pod koniec 7 miesiąca nie mogłam już nosić spodni sprzed ciąży i w każdej bluzce zaczął wystawać brzuch, a ja nigdy nie noszę dopasowanych w talii i biodrach bluzek, bo mam duży brzuch i bez ciąży.
15 marca miałam usg III trymestru w pracowni badań prenatalnych i Tadek potwierdził, że jest chłopcem. Zdaniem lekarza waży(ł) 2 kg, czyli duży. Zważywszy na cukrzycę ciążową radził pochylić się nad tym, bo szybujemy w centylach, jeszcze nie makrosomia, ale dziecko duże. A przecież jestem na diecie, badam cukry i trzymam się norm. Może to po prostu urok dziecka, a może cukrzyca podstępnie wpływa na jego wzrost, mimo że nie dowalam mu skoków cukrów.
Jutro wizyta u diabetologa, zobaczymy, co mi powie.
Martwi mnie moje ciśnienie, które badam codziennie od końca I trymestru, bo mam tendencję do wysokiego. Było ładne, 120parę/ 70parę, tylko w gabinetach u lekarzy za wysokie, ale tak reaguję na stres związany z wizytą, dosłownie czuję "pompę" i rytmiczne huczenie w głowie, jak tylko zakładają mi mankiet.
No ale niestety, od 2 tygodni zaczynają się przekroczenia powyżej 130/80, a dziś nawet 145/84. Coś będzie trzeba z tym zrobić. Nadciśnienie jest groźne w ciąży i bez ciąży. A w ciąży przyspiesza starzenie się łożyska. W ciąży z córką miałam nadciśnienie pod koniec, zatrucie ciążowe, straszne obrzęki... Boję się powtórki z rozrywki.
W środę (pojutrze) wizyta u mojego gina, muszę z nim poważnie pogadać i o tej wielkości Tadka i o tym nadciśnieniu. Mam nadzieję, że mnie nie zdołuje. Bo robię, co mogę, żeby było zdrowo. Dieta, umiarkowany ruch, dużo snu, unikam stresu.
Ostatnio strasznie wkurzają mnie zastrzyki z Clexane, które biorę. Ciężko chwycić skórę na brzuchu, albo trafiam na bolące miejsce, albo na takie, w które nie mogę się wbić, bo twardo, albo poleci krew. Biorę też małą dawkę nocnej insuliny, co też mnie wnerwia, bo igła czasem wchodzi bezboleśnie, a czasem, jakby się wściekła i boli.
Rzeczy dla dziecka niegotowe. Cisnę męża o urlop, ma wziąć za tydzień. Ostatni dzwonek! Straszę go, że będzie sam wszystko urządzał, bo ja mogę z dnia na dzień położyć się do szpitala. Chciałabym uniknąć stresowej końcówki ciąży. Stan moich skórek dookoła paznokci świadczy o tym, że jednak jest stres.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 marca 2017, 23:38
Ps. nika, płeć poznaliśmy na połówkowym usg, teraz to się potwierdziło.
Ps2. Nie miałam do tej pory leków na nadciścienie. Diabetolog już wczoraj chciała mi przepisać, ale ponieważ dziś idę do swojego gina, to powiedziała, żeby on sam dobrał lek i dawkę.


O rany, jak super ekstra. Witamy małego "Ktosia", który Mamuśce przysporzył tyle nerwów już na samym wstępie. Jeszcze raz ogromne gratulacje. Cieszę się razem z Tobą
Musi być dobrze :)
Ufff Elario :-D Cudnie!
Witaj na fioletowej stronie! Trzymam kciuki za ciebie i maleństwo!
Elaria, gratuluje!!! Cudowne wieści :) ta ciąża nie będzie beztroska po Twoich doświadczeniach, ale uwierz, z każdym kolejnym przekroczonym etapem będzie łatwiej. Załatw sobie tyle USG ile czujesz, że Ci potrzeba. Myślałaś o detektorze tętna? Mi on niejeden raz ratował psychikę póki nie poczułam ruchów.
Elario jak to cudownie, że już tutaj jesteś i pozostaniesz tutaj na dłuuuugie miesiące pewnie aż do maja?Teraz już musi być dobrze, a ten Twój dzieć, to niezły dowcipniś:)Teraz Kochana, czekaj nam na mnie, tak bardzo chciałabym tam przeskoczyć, a zarazem tak mało mam w to powodzenie wiary...
Pozdrawiam:-*
Dopiero dzisiaj przeczytalam ostatnie wpisy z rozowej strony. Alez przezywalas chwile grozy. Na szczescie juz slonce wychodzi zza chmur:-) Tak bardzo Ci kibicuje. Wierze, ze w przyszlym roku zostaniemy mamusiami pieknych, zdrowych bejbikow:-)
Elaria, wczoraj po przeczytaniu twojego wpisu znalazłam swój zeszłoroczny kalendarz. Mój progesteron miał w granicach od 9-14. Grzecznie brałam luteine i duphaston a ciąża rozwijała się prawidłowo ale brałam ja aż do 18 tyg. Później tzn. Jakoś około 12 tc już nikt tego nie sprawdzał.
Jak ja czekałam na taki wpis :-) cieszę się ogromnie :-) teraz mama nie może denerwować dzidziusia, więc relax....nie wiem może joga dla ciężarnych, albo medytacja? ;-)
Uffff!:))) Bardzo się cieszę, że serduszko kropkowi bije!!! Z tym dodatkowym ginem to jest bardzo dobry pomysł. Stres tylko ciąży szkodzi, a jakbyś częściej podglądała, że wszystko u malucha ok to łatwiej byłoby Ci przetrwać. Ja bym pewnie latała co tydzień, a i tak coś czuję, że ciężko byłoby mi wytrzymać... Zaciskam dalej kciuki! Dbaj o siebie!