Pamiętniki Bezsilna
Dodaj do ulubionych
1 2
WSTĘP
Bezsilna
O mnie: Podobno nadzieja umiera ostatnia, boję się że ja razem z nią... Mam 36 lat, wciąż na mega huśtawce emocjonalnej... Liczba dzieci: 0
Czas starania się o dziecko: 4 lata
Moja historia: 4 lata temu postanowiliśmy z narzeczonym, że to już czas, aby dzielić się nasza miłością z kimś jeszcze... Niestety póki co miłość przelewamy na naszego psa... Każda owulacja to nowa nadzieja, każda miesiączka rozczarowaniem... Każdy ból piersi, każdy wzrost temperatury daje mi złudna nadzieję, razem z pierwszymi chwilami okresu gdy wierze jeszcze, że to może implementacja... U mnie wydaje się wszystko OK, mąż- bardzo słabe parametry nasienia. A winy szukam wciąż w sobie :(
Moje emocje: Strach, który paraliżuje. Zazdrość, która zabija. Bezsilność i smutek. Wiara i nadzieja, póki są ze mną to jeszcze trzymają mnie by nie zwariować.

12 października 2020, 21:46

Jestem.
Pierwszy dzień cyklu, pierwszy wpis do pamiętnika.
Emocje muszą gdzieś mieć ujście. Może tu?
Nie mam z kim porozmawiać, nie mam komu powiedzieć, co mnie zżera od środka. Co budzi mnie w środku nocy i co wylewa morze łez... Czemu nie mam siły na uśmiech, i tylko to jedno co czuję, że to nie ma sensu. Że moje życie jest go pozbawione.
Ale też znów wiara, że zaraz znów się staramy, że czekamy, że Bóg w końcu wysłucha...

16 października 2020, 21:04

Dziś kolejny ciężki dzień. Mąż odebrał wyniki badania nasienia i nic, tylko płakać mi się chce. Uznaliśmy że poszukamy innej kliniki. Invicta mam wrażenie nastawiona jest tylko na zysk. Mąż miał słabe wyniki już od początku plus zawyżona prolaktyna. Pani doktor powiedziała, że wyniki są tragiczne... Na pierwszej wizycie :( i... Skupiła się na mnie... Non stop USG, hormony, ostatnio monitoring cyklu - wszystko póki co OK. A o mężu ani słowa. Ostatnio już nachalnie się dopytywałam co z nim? A ona, że "sport, że dużo wody"... Ech... Przy takich wynikach :(
Zwlekaliśmy z tą decyzją. Cały czas nie dowierzałam, że to problem. Niepłodność? Nie, ona nas nie dotyczy... A teraz jestem na skraju załamania.
Mimo to działam. Jutro mąż ma endokrynologa, w środę androloga. Musi, musi się udać.
Mój nastrój wariuje- od pełnej mobilizacji, że tak, że teraz, że działamy do momentów gdy siedzę w łazience, puszczam wodę i wyję w głos.
Potrzebuje wiary, motywacji. Musi mi ktoś powiedzieć, że się uda. Że moje 36 lat to nie jest dużo. Że jest szansa.

11 listopada 2020, 12:16

Huśtawka nastrojów trwa. Wczorajszy dzień przepłakałam, dziś natomiast rozmyślam, planuje i rozpisuję sobie wszystko co nas czeka.
Po ostatnich wynikach nasienia mąż umówił się do endokrynologa. Otrzymał skierowania na dużo badań, wszystko prócz prolaktyny wyszło OK. Następnie umówił się na wizytę do androloga. Tutaj natomiast lekarz przepisał mu tabletki na prolaktynę, ale także Clostylbegyt i kazał powtórzyć badanie nasienia za 2 m-ce. Nie rzucał słów takich jak "tragicznie" czy "bez szans" jak to słyszałam w Invikcie (tylko ja, bo przecież nie kazano mi tam z mężem przychodzić...). Trochę nadziei we mnie wstąpiło. Uznałam też, że poddam się HSG (którego co prawda nikt mi nie zalecał z lekarzy), aby zobaczyć czy wszystko OK. Taka oto byłam pełna nadziei. Umówiłam się więc na wizytę kwalifikacyjną do HSG w Invikcie. Tym razem poszłam do innego lekarza niż zwykle, biorąc pod uwagę, że nic się ze mną nie działo przez ostatni rok tylko ładowałam kasę w badania i USG, które zawsze wychodziły dobrze... A tu nagle lekarz mi mówi w sumie konkretnego- bez sensu robić to HSG-w grę wchodzi tylko IVF- bo mój wiek, bo niskie HBA. Wszystko opisał, zalecił badania dla mnie i męża. Wjaśnił jak to wygląda. Zaprowadził do opiekunki klienta, która mi wszystko opowiedziała, wyszczególniła, opisała, podała ceny etc. Wszystko na jednej wizycie. Więc na co mi były poprzednie? Ech, ale czy dobrze, że nie uparłam się, aby zrobić to badanie drożności mimo wszystko? I z drugiej strony... To już koniec marzeń o naturalnym poczęciu? Zdałam sobie sprawę, ze bardzo się boję, że mimo iż mam to gdzieś, to siedzi mi w głowie, że IVF jest nieakceptowalne przez kościół... I wiecie co mnie najbardziej męczy? Że jestem w tym sama... Nie mam komu o tym powiedzieć, nie mam komu się zwierzyć... Rodzicom nie mówię, nigdy nie było między nami stosunków przepełnionych uczuciem... Koleżankom nie mówię- bo akurat teraz wszystkie w ciąży lub z dziećmi- nie zrozumieją... Zresztą... wszyscy mnie mają za twardą sztukę i sądzą raczej, że nie mamy dzieci z wyboru... Nikt nie wie, że to trwa tyle lat, ze wylałam już może łez... Strasznie, naprawdę strasznie mnie to boli.
NO ale- plan mam taki: do końca roku mąż walczy z tabletkami i witaminami, potem badanie nasienia. W międzyczasie oboje robimy kariotyp, a on dodatkowo USG jąder i prostaty. Jak się nie zdarzy CUD, to od stycznia rozpoczynamy przygodę z IVF.
Nie wiem jak to będzie, nie wiem ile jeszcze łez wyleję. Jeśli macie jakieś dobre rady- chętnie poczytam. Jeśli ktoś chciałby podzielić się ze mną swoimi emocjami co do IVF- zapraszam.
Miłego święta Niepodległości :*

9 maja, 08:54

Dawno mnie nie było. Wzięłam się w garść. Decyzja o IVF podjęta- a ze mnie jakby cały stres zszedł. Co prawda na początku roku nas Covid zatrzymał w domu, ale na szczęście dobrze się skończyło, no i od lutego zabraliśmy się do dzieła. W związku z czym jestem już na końcu stymulacji, 11 mają mam pick up a jak będzie ok to 15 mają mam transfer. Czemu nie podjęłam tej decyzji wcześniej? Nie wiem. Tak bardzo wierzyłam, że musi się udać naturalnie, że IVF nie brałam pod uwagę. A teraz? Robię sobie zastrzyki (a tak się tego bałam), uspokoiłam swoją głowę i jestem pełna wiary że będzie dobrze. A wystarczyło tylko zmienić lekarza... Ale skąd miałam to wiedzieć? Zresztą- nie ważne- ważne, że działamy i idziemy do przodu :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 9 maja, 08:55

10 maja, 20:36

Jutro punkcja. Na zewnątrz jestem spokojna, wewnątrz- szał. Ciężko mi dziś było skupić się na pracy. Myśli natrętnie krążyły po głowie. Dopiero dzis tak naprawdę uświadomiłam sobie, że to się zaczęło. Że to nie tylko punkcja, ale już zaczyna się cały proces. Czy się uda, czy komórki się zapłodnią, czy dotrwają do piątego dnia? Wcześniej byłam bardziej optymistycznie nastawiona, a dziś mam wrażenie, że się nie uda, że to bez sensu, że nie dotrwamy do końca. Dawno nie czułam takiego strachu. Naprawdę.
Jeszcze muszę przygotować najważniejsze rzeczy, wykąpać się i spróbuję zasnąć.
I postarać przestać się bać. Będzie dobrze.

11 maja, 16:29

I już po. Punkcja nie była taką straszna, jak to sobie wyobrażałam Bardzo miła atmosfera wśród pracowników jakoś pomogła mi to znieść :) I ogólnie, wszystko było fajnie, jednak na spotkaniu z lekarzem przy wypisie jakoś tak zostałam ściągnięta na ziemię. Okazało się, że pobrano tylko trzy komórki... Załamało mnie to strasznie :( Kurcze, naczytałam się wszędzie, że od każdej dziewczyny pobieranych jest tyyyle komórek... A u mnie tak mało się okazało. Tak jak wcześniej czułam strach, to teraz czuję przerażenie. Właściwie to jestem załamana. Myślałam, że największy strach to transfer i nadzieja- przyjmie się czy się nie przyjmie. A teraz boję się czy w ogóle do tego dojdzie. Tylko trzy sztuki? Póki coś jest, to jest nadzieja. Ale bardzo mi źle :(

14 maja, 17:10

Jestem tak zestresowana jak nigdy. Ostatnie dni żyje jakby w letargu i nie kontaktuje co się dzieje dookoła. Świadomość trzech pobranych komórek nie daje mi żyć. Telefon milczy. Nikt się nie odzywa. Rozmowy z lekarzem po punkcji zupełnie nie pamiętam, więc nie wiem jak to ma wyglądać. Jutro spotkanie z lekarzem i jak będzie ok to transfer. Ale nic poza tym nie wiem... Czy ten transfer w ogóle będzie? Czy coś tam się wykluło z moich trzech komóreczek? Nie wiem, nic nie wiem. Czy może być tak, że dopiero jutro mi powiedzą, że z transferu nici? Boje się, tak bardzo się boje. Popadam w paranoję, szukam znaków... Wczoraj w tramwaju znalazłam książkę fot funkcjonowania ciała człowieka... I otworzyła mi się na stronie pierwszych objawów ciąży ;) znak? Wkręcam sobie?
Stres, stres przeogromny. Dosłownie słyszę jak zżera mnie od środka...

15 maja, 07:47

Dziś planowany dzień transferu. Czy będzie? Nie wiem, nikt do mnie nie dzwonił, nie mówił, czy się udało czy nie. Jest po siódmej a ja mam za sobą rower i długi spacer z psem, aby jakoś ten stres rozładować. Trzymajcie kciuki 🙂

16 maja, 21:12

W dniu transferu zadzwoniła do mnie Pani embriolog z informacją, że 3 pobranych komórek, dwie były dojrzałe, obie się zaplodnily, ale przetrwała jedna- bardzo ładna ;) tak się bałam, że nic tych moich jajek nie będzie :) transfer nie był za przyjemny ;/ pełen pęcherz, i samo wprowadzanie... Ech... Od wczoraj modlę się tylko, aby się wszystko udało. Spędza mi to sen z powiek. Oby była implementacja, oby wszystko potoczyło się dobrze, co zrobić aby sobie pomóc? We wtorek pierwsza weryfikacja. Nie wiem za co się zabrać, najchętniej wyjeździłabym ten stres na rowerze, ale chyba nie mogę :/

17 maja, 10:34

Piszę tutaj, bo tysiące myśli wypełnia moją głowę i staram się nad tym zapanować próbując zapisać tutaj kilka zdań. Przy okazji dziękuję za każde mile słowo i miły komentarz. Jestem bardzo wdzięczna, bo jesteśmy z tym z mężem zupełnie sami i miło mieć świadomość, że gdzieś są osoby, które trzymają za mnie kciuki, z którymi nie znam się osobiście.
Mam teraz 3 dni wolnego i staram się jakoś zapełnić sobie czas. Trochę sprzątam, zaraz lecę do sklepu i co jakiś czas łapie się za brzuch i proszę mojego okruszka aby się rozgościł i został ze mną.
Mija druga doba po transferze.

18 maja, 11:51

Dziś pierwsza weryfikacja. Wyniki krwi już dostałam, telewizytę mam o 18.
Wróciłam właśnie że spaceru. Tak się trochę zastanawiam, czy robię wszystko prawidłowo. Chodzę na zakupy i dużo spaceruje i dopiero dziś się zastanawiam czy nie przesadzam za bardzo. Może lepiej się bardziej oszczędzać? Nie wiem, zapytam dziś lekarza.
Coraz więcej myśli kotłuje mi się w głowie... Czy się uda, czy to już? Czy dałabym radę podjąć kolejną próbę?
Ok, póki co nadal wierzę.

19 maja, 09:23

Wczoraj i dziś to jakaś masakra. Poddałam się jakiemuś załamaniu i non stop chce mi się płakać, na co sobie w sumie pozwalam. Do tej pory jakoś podchodziłam do tego na spokojnie, a od wczoraj totalna załamka. Doszukuje się rzeczy, które robię nie tak, że podniosłam coś za ciężkiego, że za długo byłam z psem, że za bardzo pies mnie pociągnął, że zakupy, że porządki... Wczoraj rozmawiałam z lekarzem. Progesteron i estradiol są ok. Druga weryfikacja w piątek.
Mam wrażenie że jest źle, że się nie udało, że nie dam rady.
Nie wiem co że sobą zrobić. Nie wiem jak sobie pomóc. Nie wiem jak się uspokoic.
.

20 maja, 13:54

Dziś już trochę lepiej, może dlatego, że wróciłam do pracy i mam czym się zająć. Dół miesza się z silną wiarą i przeglądaniem forów internetowych- czy coś się czuje podczas implementacji... Paranoja. Jutro druga weryfikacja- jak o tym myślę to od razu widzę oczyma wyobraźni niski poziom bety i już w uszach słyszę słowa lekarza, mówiącego, no, że tym razem się nie udało... Ach, sio czarne myśli, sio! Trzeba mieć pozytywne nastawienie.
Ogólnie to czuję się ok, wczoraj trochę mnie ciągnęły jajniki i trochę bolało. Dziś mam wrażenie, jakbym zaraz miała dostać okres. Okropne uczucie. Boje się chodzić do łazienki, że zaraz zobaczę krew :/ do zrobienia testu mnie w ogóle nie ciągnie. Boje się, że tego nie udźwignę.
Aby mniej myśleć zaczęłam czytać dość fajny kryminał. Wczoraj się rozkręcił, dlatego przeplakalam do południa, a po południu już książka mnie pochłonęła.
Boje się jutra.

21 maja, 17:41

Dziś dzień drugiej weryfikacji. Ostatnio moje wyniki progesteronu i estradiolu były ok, natomiast b-hcg była na poziomie 19- ale to wynik zastrzyku z pół ampułki ovitrelle w dniu transferu. Dziś - estradiol i progesteron nadal ok, ale beta spadła do 5,4... Ostatnio lekarz powiedział, że powinna wzrosnąć, a teraz tak spadło ... Po przeczytaniu wyników dopadł mnie ogromny stres. Dosłownie, czułam jak zżera mnie od środka.... Kilka godzin później miałam telefon z lekarzem i mówił, że takie spadki są możliwe i że to nie jest póki co powód do martwienia się. Trochę podniosło mnie to na duchu. Ale dalej czuje się fatalnie. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Nie mogę spać, skupić się na czymkolwiek. Kolejna weryfikacja we wtorek. Nie wiem jak to wytrzymam.
Tak bardzo się boje, że się nie uda. Nie wiem czy dam radę przejść przez to jeszcze raz. I psychicznie i finansowo.
25 maja się okaże.

24 maja, 10:08

Jutro trzecia weryfikacja. Jak to powiedział Pan doktor - dowiemy się czy jestem w ciąży, jutro mija 10 doba po transferze.
Na weekend wyjechaliśmy z domu, aby trochę odetchnąć i nie myśleć tyle, choć to trudne. Pospacerowaliśmy trochę, odpoczęliśmy w otoczeniu przyrody. Fajnie.
Jutro rano jadę na krew, telewizytę dopiero na 18, no ale wyniki będą wcześniej więc się do południa okaże. Nie mam dobrych przeczuć. Nie czuję nic. Ciągną mnie czasem jajniki, a tak poza tym nic. Oczywiście nie chodzi mi o jakieś objawy ciążowe, ale coś co dałoby mi znać, że coś się dzieje...
Cóż, trzeba jakoś to wszystko przeżyć. Jutro się wszystko wyjaśni.

25 maja, 17:12

Wynik nie pozostawił złudzeń - beta 0,8 w 10 dni po transferze. Moja jedyna komoreczka, która udało się zapłodnić nie przetrwała... Rozmawiałam z lekarzem, powiedział, że od 2 dnia miesiączki mam znów brać antykoncepcyjne tabletki, potem znów zgody, początek stymulacji .... W sumie powiedział, że uważa, że wg niego powinniśmy zrobić badania genetyczne zarodka, bo przyczyną może być genetyczna... A że było mało komórek z punkcji to sugeruje trzy stymulacje z badaniem zarodków... To prawie 50 000 :( czyli coś, co jest dla nas zupełnie nieosiągalne... Nie wiem w sumie dlaczego to zaproponował... Kariotypy były dobre, to dopiero piersza próba... No ale ogólnie załamka. Płaczę i niedowierzam na zmianę. Postanowiłam, że podejdę do drugiej procedury oczywiście bez tych badań genetycznych... Ale nie wiem jak to zniosę. Póki co muszę jakoś wziąć się w garść i przestać płakać. Potem działamy dalej.

26 maja, 12:55

Ciężko mi. Rano wsiadłam na rower, aby jakoś wyjeździć ten smutek. Nic to nie dało, jechałam i płakałam więc poprawy nie ma. Teraz ogarnia mnie jeszcze większy strach. No bo skoro raz się nie udało, to drugi raz może też nie... Lekarz nic nie mówił, czy wprowadzimy jakieś zmiany, czy nie, tylko o tych badaniach genetycznych... Ani nie powiedział dlaczego tak uważa, skąd takie wnioski, ani aby zbadać coś dodatkowego... A ja nie miałam siły o nic pytać, już łzy miałam w oczach, głos się łamał i chciałam szybko zakończyć tę wizytę. W pracy ledwo się trzymam. Jeszcze dziś miałam szkolenie i non stop były nawiązania do dzieci, macierzyństwa, bo wszystkie uczestniczki są mamami... Wyciszylam się i wyłam jak bóbr. Taki to mam dziś dzień.
Nie wiem czy zrobić sobie teraz miesiąc przerwy, czy iść za ciosem i zaraz znów zacząć brać tabletki anty i za miesiąc rozpocząć kolejna stymulację... Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Nie wiem jak wziąć się w garść.

27 maja, 16:33

Plan jest taki : skorzystam z wizyty u psychologa, bo muszę to co czuje jakoś przepracować. Biorę się w garść i przerzucam sie na jakąś zdrowa, lekka dietę, ograniczam kawę i słodycze. Staram się też myśleć pozytywnie, bo jak miało się udać, skoro ostatnio myślałam tylko o tym, że się nie uda. Bo po prostu bałam się myśleć pozytywnie i asekuracyjnie uznałam, że jest źle i tak pozostanie. Obliczyłam także nasze oszczędności co do drugiego podejscia do procedury ivf. Jakoś to ogarniemy, ale za to teraz się musi udać, bo już nic ponad to nie mamy... I jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - zapisałam się na szczepienie przeciwko covid, aby nie płacić już za testy przed punkcja i transferem- zawsze 600 zł zostaje w kieszeni ;) wybrałam j&j, bo to jedna dawka i z głowy, no i akurat na jutro byłby termin... Teraz przeszukuje internet w poszukiwaniu jakichś ciekawych, pomocnych podcastów. Coś co mnie zmotywuje, zainteresuje, dokształci, więc jeśli ktoś to czyta a może coś polecić to poproszę :)

30 maja, 18:33

Odchorowałam to szczepienie na Covid :) Jakoś już doszłam do siebie, ale głowa boli mnie okrutnie. Spędziłam dziś też trochę czasu na słońcu, bo w końcu w 3miescie ładna pogoda.
Zgodnie z zaleceniami lekarza już drugi dzień biorę tabletki anty. Więc znów miesiąc trucia, aby przystąpić do przygotowań (nie znoszę tabletek anty, nie wiem czemu). W połowie miesiąca więc znowu podpisanie zgód i zaczynamy dalej. Kosztuje mnie to nadal dużo stresu, ale muszę iść dalej. Najbardziej przeraża mnie to, że jest jakaś niezdiagnozowana przyczyną, a my podchodzimy do drugiego IVF bez innych, konkretniejszych badan. Gdy sama podpytalam lekarza czy zrobić jakieś dodatkowe badania to wspomniał coś o trombofilli. Czekamynadzidzie zaproponowała jeszcze badania NK i Kir, ale nie za bardzo się w tym orientuje, czy rzeczywiście warto to teraz robić czy najpierw zrobić te trombofillie i podpytać lekarza o resztę.
Umówiłam się też na wizytę u psychologa. Może pomoże mi jakoś poradzić sobie z tym stresem i da jakieś złote wskazówki.

9 czerwca, 23:33

Mam akurat kilka dni urlopu. Wyciszam się i trenuje pozytywne myślenie :) wyjechaliśmy sobie z mężem świętować rocznicę ślubu - na 4 dni na południe PL. Było całkiem fajnie, udało mi się prawie w ogóle nie myśleć o nieudanym IVF i śmiałam się więcej niż zwykle. W piątek w invikcie spotkanie z Panem doktorem i za jakieś 3 tygodnie zaczynam znów stymulację. Póki co łykami te beznadziejne anty.
Śmieje się do męża, że teraz musi się udać. Podczas naszego krótkiego wyjazdu wszędzie widziałam kobiety w ciąży, z małymi dziećmi... Po drodze natykaliśmy się co rusz na bociany, a na szlaku spotkaliśmy taką malutką sarenkę, ale taką naprawdę malutką, naprawdę cudo 😍
Mimo, że się staram to zdarza mi się smucić, ale przecież muszę się jakoś trzymać, wmawiać, że będzie ok, że w końcu się uda i że to ja będę w końcu spacerować najpierw z brzuszkiem, a potem maleństwem.
1 2
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego