Pamiętniki Ile jeszcze??? - IN VITRO - CZAS START:)
Dodaj do ulubionych
1 2
WSTĘP
Ile jeszcze??? - IN VITRO - CZAS START:)
O mnie: Gdyby nie ten jeden maleńki drobiazg, mogłabym napisać prze-szczęśliwa żona cudownego męża... Lat 26... Nie uznaje szarości, dla mnie coś jest albo czarne albo białe. Jak się cieszę to euforycznie jak rozpaczam to każdą komórką ciała...
Czas starania się o dziecko: 3,5 roku
Moja historia: PCOS stwierdzone 10 lat temu, później niedoczynność tarczycy i z najnowszych danych hashimoto i tarczyca w zaniku. Cykle naturalnie bezowulacyjne, choć w listopadzie "wyprodukowałam" swoją pierwszą owulację z której nic nie wyszło:( Rozpoczynamy nowy etap - IN-VITRO
Moje emocje:

7 grudnia 2018, 13:16

Od kiedy pamiętam moje największe marzenie to rodzina, dom... Szczęśliwy mąż, rozbrykane maluchy, pies, dom z ogródkiem, biały płotek... taaaak... błogie marzenia... nigdy nie byłam typem karierowiczki, nie uważam żeby to było coś złego ale dla mnie to zawsze rodzina była priorytetem... bardzo wcześnie wszystko zaplanowałam. Imiona dla dzieci, jak będzie wyglądał pokoik, wszystko. Kiedy jak echo zaczęła do mnie powracać diagnoza PCOS wiedziałam z czym to się wiąże ale słuchałam lekarza... "Spokojnie jak będzie Pani planować dziecko podamy CLO i będzie owulacja i ciąża i wszystko będzie ok"
No niestety nie... Poza PCOS mam insulinooporność, hashimoto, tarczyca jest już w zaniku... trochę to trwało zanim lekarze zdążyli mi to wszystko zdiagnozować... zaczęłam walkę kiedy kilogramy zaczęły na mnie same "wchodzić" zanim dobrze dobrali mi leki zdążyłam zbudować spory nadbagaż. Teraz już jest lepiej, waga pomalutku schodzi, lepiej się czuje ale o swój mały skarb nadal walczę...

Starania zaczęliśmy 3,5 roku temu. Pierwsza ginekolog, która mnie prowadziła kompletnie się na tym nie znała... ja też byłam w temacie "zielona" więc się jej trzymałam. Cykle bezowulacyjne... stymulacja CLO... i za każdym razem te same słowa podczas USG "no znowu nic". Przywykłam do tego, wchodząc na fotel wiedziałam co zaraz usłyszę... zaciskałam zęby, brałam kolejną receptę i płakałam w samochodzie... trzymałam się jej 2,5 roku... badania? sama szukałam informacji jakie i w jakim dniu cyklu i jak interpretować wyniki... Dziękowałam że istnieje coś takiego jak internet, fora i grupy takie jak ta, które stały się moją skarbnicą wiedzy... otrząsnęłam się ze ślepego zaufania Pani Doktor kiedy poprosiłam po chyba 8 cyklu z CLO o inny lek, a ona usilnie mnie przekonywała że nic takiego nie ma... zmieniłam lekarza... to był strzał w 10... od początku badania, badania, badania... kupa kasy ale myślę że w końcu to przyniesie rezultaty. Drożność, badania męża, wszystkie hormony, później ich stabilizacja...
pierwsze 3 stymulacje na CLO, nadal nic się nie zadziało, poprosiłam o inny lek... nie było problemu. Dostałam letrozol. Pierwszy cykl znowu nic... Drugi - 2 tab - DRGNĘŁO - płakałam jak małe dziecko kiedy lekarz mi powiedział że mam aż 2 pęcherzyki które rosną - do tej pory nic się nie działo więc to był ogromny sukces... jednak zatrzymały się, owulacji nie było... kolejny cykl - znowu 2 pęcherzyki - jeden dominujący - była owulacja - niestety ciąży brak. zaczęłam 4 cykl z letrozolem... dziś 5dc - pierwsze dawki przyjęte.. samozwańczo sączę sobie do tego ziółka ojca sroki - wiem że nie powinno się ich łączyć ale nie potrafię sobie odpuścić.

Terapia z psychologiem była dla mnie w pewnym momencie koniecznością. Płacz na widok wózków, obsesyjne oglądanie rzeczy dla dzieci i później dwa ciosy ciąża jednej młodszej siostry a niedługo później drugiej... wyłam z rozpaczy... nie miałam siły wstawać z łóżka, spotykać się z kimkolwiek, zerowa koncentracja, zaczęłam się odsuwać od rodziny... postanowiłam że muszę zawalczyć o siebie, o swoją psychikę... znalazłam psychologa zajmującego się leczeniem przy niepłodności i choć miałam wątpliwości to teraz już ich nie mam.. nie jest mi lekko, nadal pragnę dziecka ponad wszystko ale łatwiej mi radzić sobie z własnymi emocjami. Kolejne załamanie pewnie przyjdzie kiedy siostra urodzi ale mam nadzieję że albo ja do tego czasu będę w końcu w ciąży albo będę miała w ręku umiejętności na tyle dobre że poradzę sobie...

Czytając pamiętniki na tej stronie już od jakiegoś czasu przychodziło mi do głowy żeby zacząć swój, ale jakoś nie miałam pojęcia od czego zacząć i w ogóle po co... ale tak siedząc teraz i pisząc stwierdzam, że ma to taki mega oczyszczający wpływ i słowa same płyną...
Myślę że to bardzo potrzebne.. każda z kobiet starających się o dziecko jest wojowniczką... przychodzi nam walczyć ze wszystkim: z własnym organizmem, z systemem, z lekarzami, z przeciwnościami losu... czasem walczymy o każdą złotówkę na leczenie bo nie ukrywajmy ciężko się leczyć na NFZ a kasa płynie i płynie... niejednokrotnie walczymy ze swoimi drugimi połówkami bo oni nie zawsze są z nami w tym leczeniu... Tu akurat nie mogę na swojego M narzekać bo bez mrugnięcia okiem chodzi na badania, nawet sam dopytuje co jeszcze może zrobić chociaż wyniki ma super... robi co może żeby pomóc i ogromnie wspiera.

Nie wiem czy ktoś kiedyś to przeczyta, ale jeśli tak to proszę trzymajcie kciuki aby to moje przebudzenie jajników po ponad 3 latach przyniosło nareszcie upragnione dwie kreski a najlepiej jeszcze jako prezent świąteczno-noworoczny :)



10 grudnia 2018, 10:31

Abilify05 - zbieram się do tego ale jakoś nie mogę sobie z tym poradzić. Chyba brakuje mi kreatywności i nie potrafię tego pozbierać w całość. Obiecałam sobie, że od nowego roku postaram się patrzeć pod tym kątem na swoje menu:)Korzystasz może z takiej diety? Może mogłabyś mi podpowiedzieć od czego w ogóle zacząć?

A ja znowu na letrozolu, dwie tabletki raz dziennie, w czwartek wizyta i tak bardzo bym chciała żeby coś tam się działo a najlepiej żeby grudniowy cykl okazał się tym szczęśliwym. Skupiam się już powoli na świątecznym wyjeździe. Liczę że trochę odpocznę od ciągłego myślenia o ciąży, o dziecku. Kiedyś żyłam od weekendu do weekendu bo mąż głównie pracuje w delegacjach i wraca właśnie na weekendy. Teraz żyje od cyklu do cyklu... zawsze tak samo... strasznie to męczące, a już zwłaszcza ta comiesięczna rozpacz kiedy przychodzi @. Jeszcze trudniej jeśli w tym momencie patrzy się na młodsze siostry, jedną już z dzieckiem a drugą w ciąży... w weekend byłam na takiej małej rodzinnej imprezie i oczywiście temat number one to ciąża siostry... a jak się czujesz? a ile przytyłaś? a jak ci się śpi? a jak przygotowywanie wyprawki? a wiesz czy chłopiec czy dziewczynka? Siedziałam i zaciskałam zęby żeby się nie rozpłakać. Cieszę się że jej się udało, ale jednocześnie taka ogromna zazdrość... trudne emocje, ciężko się tak żyje... I codziennie zastanawiam się jak długo jeszcze przyjdzie mi czekać na nasze małe szczęście...

12 grudnia 2018, 11:58

10dc. Jutro pierwszy monitoring w tym cyklu, wyjątkowo 2 dni później niż zawsze ale to i tak nie szkodzi bo cykle mam dość długie. Już zaczynam odczuwać stres, robię się nerwowa, byle impuls i wybuch gwarantowany. Najgorsze jest to życiowe "fuj", które odczuwam... Wszystko jest niedobre, niefajne, nie warte uwagi. W pracy nie mogę się skoncentrować. Wizytę u psychologa też odwołałam i dopiero po świętach pójdę. Doszłam do wniosku że przecież i tak to spotkanie nie miałoby sensu. No bo jedyne co mogłaby mi doradzić to żeby zająć głowę czymś innym... Ale jak to zrobić? Jak nie myśleć o tym że być może zbliża się czas owu i że to będzie szansa? Jak wyłączyć myślenie, kiedy czeka się już tak długo?

Kiedyś myślałam sobie że jak już będą rosły pęcherzyki to będę najszczęśliwsza na świecie - bo przecież coś się będzie działo. Jednak u mnie tak to nie działa niestety. U mnie albo wszystko albo nic. Jeśli nie zajdę w tym cyklu w ciążę, to po co mi owulacja... wiem... chore myślenie...

Mam nadzieje że to już ostatni cykl starań, że w końcu się uda... jeśli nie, to już sama nie wiem co robić. Uderzać dalej i ciągnąć to dalej, czy dać sobie trochę czasu i odpuścić na jakiś czas? Tylko czy będę potrafiła odpuścić? Coś muszę zrobić bo czuje się zmęczona tym życiem od cyklu do cyklu. To taki wieczny rollercoaster... Z euforii do depresji i na odwrót. Czasem to już sama siebie mam dość i tylko współczuję mojemu M że musi to znosić. Jeszcze tylko 28h i 45 min i się dowiem co dalej... Jeśli nie oszaleję do tego czasu z nerwów

13 grudnia 2018, 19:38

11 dc.

Już po wizycie. Pęcherzyk w prawym jajniku 12mm ale za to słabe endo bo tylko 0.34mm. Faktem jest, że zawsze na pierwszym monitoringu endo mam słabe a później przyrasta. Porównałam też wielkość pęcherzyków z dwóch poprzednich cykli i nawet wniosek jest pocieszający bo w tym dniu cyklu jeszcze nie miałam takiej wielkości pęcherzyka. Jednak nie potrafię się cieszyć. W pierwszym cyklu, którym cokolwiek urosło w prawym jajniku pęcherzyk po prostu zniknął. W drugim pęcherzyki były tylko w lewym jajniku i z nich była owulacja... Dlatego boję się że ten prawy jajnik jest za słaby i że nic z tego nie będzie. Chyba zabrakło mi pozytywnego myślenia...

No i dobił mnie mąż... Przywykłam że każdą wizytę odbębniam sama, nie powiem że nie jest mi czasami przykro jak patrzę na te wszystkie pary, na wspierających mężów, bo jest mi wtedy potwornie ciężko. Tym bardziej że każda wizyta to dla mnie ogromny stres. Po dzisiejszej wizycie zadzwoniłam do niego z zamiarem przekazania mu tego co lekarz powiedział na wizycie ale nie mógł rozmawiać bo jakieś problem y mają z hotelem, powiedział że oddzwoni. No i oddzwonił ale nie zapytał, zapomniał... Wiem, że jemu nie jest łatwo, że chce tego dziecka, cieszę się bardzo że on nie ma problemu i ma dobre parametry i nie musi się leczyć... Cieszę się że w tych najgorszych momentach mnie tuli, pociesza i zapewnia że będzie dobrze, że nawet jeśli nie będziemy mieli dziecka to będziemy razem i będziemy szczęśliwi we dwoje. Czasem po prostu czuję, że jestem sama w tym leczeniu. Potrzebuje w tym wsparcia. Rodzina i najlepsi przyjaciele wiedzą o moim problemie, ale nie chce im opowiadać o wizytach i ewentualnych postępach lub ich braku. Nie chce za każdym razem tłumaczyć że znowu nic z tego nie wyszło. Tak to błędne koło się zamyka... Bo jeśli nie mąż, nie rodzina to kto mi zostaje? Mogę tu przelać swoje smutki i żale i problemy. Daje to niewątpliwe ulgę, ale to nie to samo co żywa osoba, która przytuli, pocieszy czy pozwoli się wypłakać.

Nie potrafię zrozumieć siebie. Ten pęcherzyk naprawdę powinien mnie cieszyć. To już trzeci cykl pod rząd kiedy coś rośnie a drugi w którym pęcherzyk jest dość obiecujący. Tymczasem siedzę, piszę tutaj i łzy lecą jak oszalałe bo każdą komórką ciała czuję, że nic z tego nie będzie... Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje... Każdy pęcherzyk, nawet ten najmniejszy był dla mnie olbrzymim powodem do radości... A teraz? Co się ze mną dzieje? Najchętniej zakopałabym się pod kocem obejrzała najpierw Tytanica, potem Pearl Harbor a na końcu Armageddon i wylała morze łez ale jutro wyglądałabym jak zoombie a rano do pracy więc odpada... Swoją drogą zawsze mnie to dziwi, że w chwilach największego doła zamiast oglądać komedie na poprawę nastroju to ja mam ochotę na takie wyciskacze łez...

Ehhh... Czas kończyć.. W poniedziałek kolejny monitoring a do tego czasu trzeba się jakoś zorganizować.

Miłego wieczorku wszystkim

17 grudnia 2018, 10:48

15dc

Dzisiaj kolejny monitoring. Cały weekend pobolewał jajnik i ogólnie całe podbrzusze. Gdzieś tam tli się nadzieja, że coś się dzieje ale nadal nie mogę pozbyć się tego nieznośnego uczucia, że to nie jest ten czas, że to nie ten cykl i nic się nie wydarzy nawet jeśli dojdzie do owulacji.

A tak z innej beczki to cały weekend pomagałam mamie w opiece nad moim 8-miesięcznym siostrzeńcem, bo siostra była na zajęciach, egzaminy itp. Mały niestety chory, więc płacz, krzyk i w ogóle masakra. Po dwóch dniach padam na twarz, wczoraj zasnęłyśmy z mama na podłodze, ona oparta o ścianę a ja leżąc na kocu z zabawkami. Mąż przejął opiekę nad młodym. Zdałam sobie sprawę, że kurczę jeśli w końcu kiedyś będziemy mieli dziecko i będzie chore to nie będzie miał mi kto pomóc w tygodniu... Mąż na delegacji a ja będę musiała sobie radzić, ale powiem wam, że to nie zmieniło mojego "chcenia". Nadal pragnę tego naszego okruszka każdą komórką ciała, najbardziej na świecie i zgadzam się na wszystko, absolutnie na wszystko. Brak snu, jedzenia, czasu dla siebie... Oby tylko ta maleńka kruszynka w końcu się pojawiła...

17 grudnia 2018, 18:54

Szlag by to wszystko trafił... Cały dzień stresu, nerwów, oczekiwania na monitoring. Najpierw zadzwonili i przełożyli wizytę o 10 minut, później o 2 godz a 5 minut przed wyjściem zadzwonili że Doktor jednak dzisiaj w ogóle nie dojedzie bo jakieś komplikacje w szpitalu były. No i siedzę wściekła, nadal nic nie wiem.
Ten cykl jest jakiś taki od początku "bleee"... Pęcherzyk jeden, niby spory jak na mnie na tym etapie, ale z prawego jajnika, jeszcze teraz ten odwołany monitoring... Masakra...
Jutro od rana muszę jechać i zapytać czy mogę się wcisnąć na wizytę i zobaczymy. Coraz mniej mi się ten cykl podoba... Ale może będzie na przekór moim przeczuciom? Oby oby...

Dobrej nocki Wam kochane:*

18 grudnia 2018, 09:51

16dc
Dzisiaj z samego rana Doktor mnie przyjął na monitoring i jest!
PĘCHERZYK 23mm, endo też już lepsze bo 9mm, od razu z rana miałam zastrzyk z ovitrelle no i wieczorkiem zaczynamy maraton <3
Nie wiem co mi przyniesie ten cykl, nie nastawiam się na nic ale cieszę się że znowu coś się dzieje. Ponad 3 lata nie miałam reakcji na leki, nareszcie karta się odwraca. To już 3 cykl w którym coś się dzieje... Teraz tylko czekać na 2 kreski.
W sobotę już wyjeżdżam na święta w góry, cieszyłam się bo w naszym pensjonacie jest sauna a ja uwielbiam się wygrzewać w niej no ale będę musiała sobie odpuścić żeby nie przegrzać organizmu, tym bardziej że to będzie czas implantacyjny. Winko też sobie odpuszczę, tak na nie czekałam, czekałam na reset psychiczny a tu taka niespodzianka. No ale dla kruszynki wszystko... Jeśli będzie owu to testowanie wypadnie w styczniu, więc mielibyśmy piękny prezent na rocznicę ślubu. ALE... prrrryyyy... nie nakręcaj się kobieto. Pojadę i będę się cieszyć mężem, świętami, śniegiem i wycieczkami w góry. Postaram się nie myśleć o tym co się dzieje i cieszyć życiem. Tak zwyczajnie...

19 grudnia 2018, 12:02

Powtórka z rozrywki... Po wczoraj podanym ovitrelle znowu spadek mocy. Mogłabym spać całymi godzinami i ten ból głowy... Podbrzusze lekko pobolewa ale chyba jeszcze ovu nie było. W poprzednim cyklu odczułam dokładnie moment pęknięcia pęcherzyka. To był ból koszmarny. Nie mogłam się w ogóle ruszyć, usiąść, położyć czy zrobić nawet kroku. Mąż przerażony nie wiedział co się dzieje a ja zgięta w pól stałam i płakałam z bólu więc chyba nie przegapię tego momentu.
Myślę o tym czy będzie ovu, czy ovitrelle nie było za późno podane, czy w ogóle coś z tego będzie...
Dzisiaj powoli zaczynam pakować walizki i szykować się do wyjazdu bo ruszamy w sobotę nad ranem. Pewnie ok 3-4. Liczę na całkowite odmóżdżenie i pełen relaks. Już się nie mogę doczekać. Jeszcze trochę się oszukuję że z tego cyklu nic nie będzie, że nadal to czuje, że myślę już tylko o świętach ale... oszukuje sama siebie... zaczyna we mnie narastać coraz większa nadzieja... coraz mocniej liczę że coś z tego będzie... ale nie mogę dać się zwariować, muszę trzeźwo myśleć, nie nakręcać się... ale jak to zrobić ... no jak... boje się rozczarowania...
Mam nadzieje że ten wyjazd trochę mnie zajmie. Wrócę, sylwester, do pracy i testowanie... no i się okaże...

20 grudnia 2018, 10:08

Wydaje mi się, że wczoraj była owulacja... Wieczorem dopadł mnie ból prawego jajnika, dość intensywny i dzisiaj jajniki siedzą cicho... <3 było od razu jak pojawił się ból i dzień wcześniej również więc jeśli to było ovu to powinniśmy trafić z działaniami w odpowiednim czasie. Teraz już pozostaje nam tylko to co najgorsze... Czekanie...

Wiadomość wyedytowana przez autora 20 grudnia 2018, 11:50

22 grudnia 2018, 21:30

20dc, 3-4 dpo
Jeśli w poprzednim cyklu myślałam ze bolą mnie piersi to nie wiem jak nazwać to co dzieje sie teraz. Sam fakt ich istnienia już boli... Nie wiem jak mam to rozumieć i skąd to sie wzięło. Na skok progesteronu który mógłby to tłumaczyć wydaje mi sie ze jest za wcześnie bo to przecież dopiero dzieje sie ok 7 dpo...
Masakra... chciałam nie myśleć i cieszyć sie po prostu z wyjazdu ale sie nie da w takiej sytuacji... Mimo wszystko staram sie nie nakrecac...

28 grudnia 2018, 16:05

Święta, Święta i po Świętach... Z wyjazdu niestety wróciliśmy dzień wcześniej bo mój Mężuś skręcił kolano na nartach... na całe szczęście niezbyt mocno więc już dochodzi do siebie i Sylwester będzie taneczny:)

To co zakładałam udało się, nie myślałam o tym jaki dzień cyklu, co się dzieje... Wiadomo że trzymałam się zaleceń i saunę odpuściłam, zero alkoholu i ogólnie uważałam na siebie ale nie myślałam natarczywie "co w trawie piszczy". W sumie to nawet nie wiem dokładnie który dzień cyklu dziś mam:D

W środę/czwartek miałam zrobić progesteron żeby sprawdzić czy było owu bo tak wypadał tydzień po teoretycznej owulacji ale w środę były jeszcze święta a wczoraj pojechałam do szpitala w Zakopanem i okazało się że zrobią badanie ale próbki wysyłają do Krakowa i wynik byłby dopiero 2.01, więc nie miałabym już jak odebrać. Wróciłam do domu i zrobiłam dzisiaj, jutro powinien być wynik ale jestem jakoś dziwnie spokojna... Nie panikuje, nie oczekuje, w ogóle ten cykl jest inny...

Od samego początku to poczucie że nic z niego nie będzie... Działa to tak że nic sobie nie obiecuje, nie wmawiam objawów... Jedyne co to bolą mnie piersi co świadczy TYLKO o tym że jest progesteron i tego się trzymam:)

Jeśli @ się nie pojawi to za jakiś tydzień testowanie.

Wam wszystkim Kochane życzę przede wszystkim życzę 2 kreseczek, nudnych 9 miesięcy i dużo szczęścia w nowym roku:*


Wynik progesteronu 5.21 ng/ml ok 8-9 dpo

Wiadomość wyedytowana przez autora 29 grudnia 2018, 07:53

3 stycznia, 06:53

32dc...
@ nie przyszedł. Zrobiłam dzisiaj test i standardowo negatywny. Powiem szczerze ze już przywyklam do widoku jednej kreski do tego stopnia,że nie potrafie sobie wyobrazić dwóch kreseczek.

Niby ten cykl był taki na luzie ale rozczarowanie jest ogromne. Chyba nie mam już siły na wiecej... może tak właśnie ma być? Może nie jest nam pisane mieć dziecko...

Miałam podejść na luzie a siedze i łzy lecą na grochy... ile jeszcze mamy czekać? Dlaczego ci którzy tak bardzo pragną dzieciątka nie mogą go mieć a ci którzy nie chcą, którzy później krzywdzą te maleństwa mnożą się jak króliki... Gdzie sprawiedliwość na tym świecie?

8 stycznia, 10:00

4dc

Małpa przyszła w sobotę i zepsuła cały weekend... Rozmawialiśmy z Mężem na temat przerwy w staraniach bo ostatnio nie najlepiej na nas działają. Mam wrażenie że presja jest na tyle duża, że w jakiś sposób oddalamy się od siebie. Takie kilkuletnie bezoowocne starania to wielka próba dla związku. Nie obwiniamy się niby o to dlaczego i z kogo winy nam nie wychodzi, ale mimo wszystko czuje się winna. Sama siebie nakręcam a to nie jest zdrowe. Szukam problemu tam gdzie go nie ma. Mąż mówi, że jeśli się nie uda to trudno, będziemy we dwoje i będziemy się cieszyć sobą, ale ja wiem że przyjdzie taki moment kiedy to we dwoje mu nie wystarczy, że będzie chciał czegoś więcej... Paraliżuje mnie strach że wtedy odejdzie, że znajdzie sobie kobietę, która da mu dziecko... Choć wiem, że mnie kocha...

W każdym razie postanowiliśmy nie odpuszczać... 3,5 roku leczenia dopiero teraz zaowocowało owulacją. Dwa ostatnie cykle owulacyjne były pierwszymi i jedynymi w całym okresie leczenia, więc stwierdziliśmy że szkoda zaprzepaszczać tyle czasu i poświęceń... Jeszcze trochę wytrzymamy.

Póki co wracam na terapię, bo głowa zaczyna się znowu sypać, znowu robię się płaczliwa z byle powodu i ogarnia mnie wielkie życiowe "fuj". Mam nadzieję że moja Pani psycholog znowu postawi mnie do pionu. No i oczywiście monitoring w przyszłym tygodniu w poniedziałek i czwartek i zobaczymy co z tego będzie.

15 stycznia, 09:41

11dc

Wczoraj miałam monitoring. JEDNA WIELKA D**A!!!!

Ani jednego pęcherzyka za to śluzówka tym razem piękna. Tylko po co mi ta śluzówka ja się pytam?!

Tak bardzo wierzyłam, że ostatecznie będzie już dobrze, że owulacja będzie się pojawiała, że będzie ciągłość. Nic bardziej mylnego. Znowu nic...

No i największy szok wczorajszej wizyty. Inseminacja. Myślałam że nie dotknie mnie to, że jak już będzie owulacja to szybko "zaskoczę". Pomyliłam się.

Decyzje w sumie już podjęte. W następnym cyklu inseminacja. Tylko że leki stymulujące będzie trzeba zmienić. CLO nie dało rady, Letrozole też nie... Teraz to już tylko chyba gonadotropiny zostały.

Kochane powiedzcie, czy któraś z was miała inseminację, z jakim skutkiem i przede wszystkim jakim lekiem byłyście stymulowane?

Ja muszę to sobie wszystko poukładać, zapisać pytanie jakie się nasuną i na czwartkowej wizycie wypytać lekarza co i jak żeby później nie szaleć...

17 stycznia, 10:24

13dc

Dzisiaj kolejny monitoring... Sama nie wiem co myśleć o tym cyklu. Tak jak nic mnie nie bolało do ostatniego monitoringu, tak od tego dnia pobolewa mnie podbrzusze, czuje ból jajników... Czyżby cykl się wydłużył? Może dzisiaj zobaczę jakieś dorodne pęcherzyki... Tak czy inaczej zdecydowaliśmy, że w kolejnym cyklu podchodzimy do inseminacji.

Przez ostatnie dwa dni przeczytałam wszystko co możliwe na ten temat, ułożyłam w głowie listę pytań do mojego gina i dziś będę go męczyć o wszystkie odpowiedzi, żeby później nie było niewiadomych. Boje się kolejnych rozczarowań, boję się że ten kolejny krok naprzód też niczego nie rozwiąże... Boje się że nie jest pisane mi stworzenie takiej pełnowartościowej rodziny. Czasem mam po prostu taką straszną ochotę odpuścić. Nie odmawiać sobie niczego. Nie uważać na to co jem, pozwalać sobie na wino albo drinka. Po prostu cieszyć się tym co mam, a nie żyć od cyklu do cyklu... Takie błędne koło... Miesiączka, leki i wielkie nadzieje, stres, oczekiwanie i wielki płacz bo znowu przyszła ta małpa... Cykl od nowa...

Jak długo można żyć w takim napięciu? Każda część mojego życia na tym cierpi, moje małżeństwo, najbliższa rodzina, znajomości, praca - bo jak tu się skoncentrować kiedy moje myśli krążą wokół jednego. Siedzę na ovu, na różnych grupach na facebooku, na forach internetowych... Nie potrafię się od tego uwolnić i jednocześnie nie chce tego robić. To że wiem, że mogę doczytać wiele rzeczy, douczyć się i nie jestem ciemną masą nie mającą pojęcia o tym co mi dolega to bardzo pomaga. Poznałam swojego wroga a nadal nie potrafię z nim wygrać... I to właśnie jest najgorsze...

18 stycznia, 10:31

Dziękuje dziewczyny za wszystkie słowa wsparcia:*

Niestety inseminacja przechodzi do historii. Na wczorajszej wizycie okazało się że nic dobrego się nie dzieje. Moje jajniki uodporniły się na działanie letrozolu i nic już nie wskóramy.
Doktor powiedział, że musimy zacząć rozmawiać o in-vitro. Mam bardzo oporne jajniki, szybko się uodparniają na leczenie i w tej chwili najlepszym rozwiązaniem będzie uderzenie mocną stymulacją do in-vitro i pobranie jak najwięcej komórek. Oczywiście możemy spróbować inseminacji ale w tej sytuacji nie poleca ponieważ skoro na letrozole już nie reaguję musiałby zastosować gonadotropiny. Problem wygląda tak że jeśli się nie uda w pierwszych cyklach to jajniki na gonadotropiny również się uodpornią i wtedy już nawet in-vitro nam nie pomoże. Najpierw świat mi się usunął spod stóp... Wyłam cały wczorajszy wieczór. Wiem że to nie koniec świata, ale nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś coś takiego mnie spotka.

Tyle kasy, czasu, dojazdy... Plus jest taki, że jak wspomniałam że będe miała problem z dojazdami to dał mi wyjście alternatywne. Musiałabym jechać na konsultację do kliniki z którą współpracuje, tam jeśli mnie zakwalifikują mogłabym się dogadać w ten sposób że to mój Gin na miejscu by mnie przygotowywał a ja pojechałabym tam tylko na punkcję i transfer. Pasuje mi to wyjście, nie musiałabym zmieniać lekarza a to dla mnie dużo bo do swojego mam pełne zaufanie.

Martwi mnie mój Mąż.. nie najlepiej zniósł informację o tym co prawdopodobnie nas czeka. Boję się że to dla niego będzie za dużo, że nie jest gotowy na takie kroki. Niestety jest w delegacji i wróci dopiero dzisiaj, więc mogliśmy tylko rozmawiać przez telefon, a właściwie to nie bardzo chciał rozmawiać. Wiem że to dla niego był duży szok, ale boje się teraz dzisiejszego wieczoru, rozmowy, nie wiem kompletnie czego mam się spodziewać. Nie wiem jak ja zareaguje jeśli powie mi, że nie jest gotowy na in-vitro i na razie chce odpuścić. Sama chciałabym odpuścić, ale wiem że nie potrafiłabym. Nie potrafiłabym przestać myśleć o tym że zrezygnowałam ze swojego, z naszego dziecka... Poza tym ten strach.. In-vitro to już ostateczność. Dalej już nic nie ma... Tzn jest adopcja... Ale to nie jest rozwiązanie dla mnie... Szanuje wszystkich którzy zdecydowali się na ten krok, podziwiam ich naprawdę... Ja jednak wiem, że do tego się nie nadaje. Mamy w rodzinie kobietę, która adoptowała 2 dzieci. Widziałam co przechodzili, ile problemów... Nie potrafiłabym... Do adopcji trzeba być przekonanym na 1000000%, ja nie jestem. Nie chciałabym skrzywdzić dziecka.

Tak więc in-vitro to już nasza ostatnia deska ratunku. W przeciwnym razie możemy liczyć tylko na cud.
Pozostaje tylko pytanie co Mąż na to :(

21 stycznia, 09:50

Od wczoraj próbuje dodać wpis i ciągle mi go skraca. Zostaje tylko pierwsze zdanie...
Mam nadzieję że teraz już pójdzie dobrze.

Trudne rozmowy za mną, wiedziałam że nie będzie łatwo ale nie sądziłam że Mąż aż tak będzie to przeżywał. W momencie, w którym z oczu popłynęły mu łzy, serce pękło mi na milion kawałków i płakaliśmy sobie razem, ale to był bardzo oczyszczający płacz. Potem poszło z górki, decyzje podjęte, kasa zorganizowana i tym sposobem jestem już umówiona na pierwszą wizytę w klinice 1 marca.
Nowy rok, nowe rozdanie, nowe szanse i nowe nadzieje.
Teraz pozostaje nam tylko ruch, zdrowe życie, łykanie witaminek i ostre zaciskanie pasa w celu zgromadzenia jak największej ilości gotówki... No i najważniejsze: zaklinanie rzeczywistości w nadziei na spektakularny sukces. Oby tak się właśnie stało...

1 lutego, 12:05

Został mi miesiąc. Za miesiąc wizyta w klinice...

Miesiąc spokoju...
Początkowo informacja o in-vitro załamała nas oboje, ale teraz... Dawno nie czułam takiego spokoju. Cieszymy się sobą... Ostatni weekend spędziliśmy na kanapie, oglądając filmy. Nawet sex nabrał innego wymiaru. To już nie było tylko narzędzie do stworzenia dziecka, ale czas przyjemności dla nas. Bardzo mnie to cieszy.

Nie faszeruje się lekami. Zostały w moim jadłospisie tylko te na tarczyce, siofor i podstawowe witaminy. Czuje się lepiej...
A co najważniejsze jestem całkowicie spokojna... Nie myślę nałogowo o dziecku, nie pamiętam dni cyklu. Teraz już nic więcej nie zrobię, dbam o siebie, łykam witaminki i tyle. Reszta będzie w rękach lekarzy. Chciałabym znaleźć się chociaż raz w gronie wielkich szczęściarzy i zafasolkować się przy pierwszej próbie.. Mam nadzieje że najpóźniej latem będę mogła wam napisać że się udało:)

15 lutego, 09:13

Za równe dwa tygodnie wizyta w klinice. Czuje względny spokój. Dobrze mi z tym... Po raz pierwszy od prawie 4 lat nie liczę, nie czekam, nie wkręcam sobie objawów urojonej ciąży... Żyję i cieszę się życiem.. No prawie bo zmogła mnie koszmarna grypa ale już powoli dochodzę do siebie... Cieniem na mojej wizycie kładzie się tylko jedno... Brak okresu... Spóźnia się już 9 dni. Oczywiście test zrobiłam, oczywiście negatywny więc ciąży na 100% nie ma. Boję się że @ dostanę na czas wizyty. Tłukę się z myślami czy nie zrobić samowolki i nie wziąć luteiny żeby wywołać okres. Nie wiem co z tym zrobić... Nie chce później przekładać terminu w klinice bo czekałam 1,5 miesiąca... Kochane może wy doradzicie? Co byście zrobiły na moim miejscu?

4 marca, 12:21

IN-VITRO - CZAS START!!!

W piątek naładowani ogromnym stresem po nieprzespanej nocy i z zaciśniętymi z nerwów żołądkami pojechaliśmy na pierwszą wizytę do kliniki. Doktor, który się nami zajął okazał się przesympatycznym człowiekiem, bardzo ciepłym, miłym delikatnym i empatycznym... Obejrzał moje wyniki badań, zrobił USG - jajniki są pięknym przykładem PCOS, całe w groszki...
Ogólnie rzecz biorąc nie ma tragedii, hormony w miarę unormowane, jedynie progesteron bardzo niski mam w drugiej fazie cyklu. Wyniki męża bardzo dobre, więc właściwie możemy działać.

Dostałam luteinę na wywołanie @ bo już mam 59dc, więc małpa trochę się spóźnia a po USG lekarz stwierdził że wcale się nie spieszy. Jak już wywołamy @ to od 1 dc czekają mnie 2 cykle z lekiem o nazwie cyclo progynova, ma on trochę wyrównać mi cały cykl.

Kolejna wizyta 17 kwietnia, do tego czasu musimy zrobić wszystkie badania, wypełnić dokumenty i wtedy też dostanę już recepty z lekami do stymulacji. Muszę jeszcze powtórzyć wynik AMH, żeby był nie starszy niż 3msce to leki będzie mógł mi przepisać refundowane:D

Wszystko się super poukładało bo lekarz z kliniki będzie mnie prowadził we współpracy z moim dotychczasowym ginekologiem, więc wszystkie monitoringi będe miała u swojego gina a do kliniki wrócę na punkcję i transfer a całą resztę oni załatwią między sobą. Taki układ mi bardzo pasuje.

Ogólnie wróciliśmy z wizyty z pozytywnym nastawieniem, zmotywowani, uspokojeni. Wierzę, że wszystko będzie dobrze :) Musi być :)
1 2
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)