X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Jak nauczyć się oszukiwać samą siebie?
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Jak nauczyć się oszukiwać samą siebie?
O mnie: Dwudziestosześciolatka z rocznym stażem ślubu. Niby wszystko jest ok a jednak nie wychodzi..
Czas starania się o dziecko: Pierwszy cykl starań - listopad 2021r. Aktualnie 6 cykl starań.
Moja historia: Ona i On. Wielka miłość i piękny ślub. Wykształceni, pracujący na dobrych stanowiskach, dbający o aktywność fizyczną i zakochani w podróżach. Tak mogłabym opisać Nas w idealnej rzeczywistości. Tak pewnie jesteśmy postrzegani przez większość znajomych. Co jeszcze widzą inni? Widzą, jak mamy czas dla znajomych na każdy szalony wypad. Widzą, jak krótko po ślubie kupiliśmy działkę i teraz coraz częściej przeglądamy projekty wymarzonego domu. Widzą, jak regularnie jeździmy na siłownie i basen. Widzą jak planujemy zagraniczną wycieczkę w okresie Naszych urlopów. Widzą jak oddajemy się swoim pasjom inwestując w nie część swoich wypłat. Widzą Nasze ciągłe podnoszenie kwalifikacji i związane z tym awanse w pracy. I co robią wtedy? Część gratuluje i cieszy się Naszym rozwojem. Część uśmiecha się, a za plecami komentuje, że przewraca Nam się w d*pach, że jesteśmy wygodni i czekamy nie wiadomo za co zamiast zabrać się za dziecko. Czego nie widzą? Nie widzą, gdy w gardle rośnie gula i walczę ze sobą aby nie rozpłakać się gdy podczas świąt lub urodzin życzą "w końcu tego dziecka, bo na co czekacie" a ja przecież oddałabym wszystko żeby je już mieć. Nie widzą jak co miesiąc płaczę w kącie łazienki ściskając test ciążowy, który pokazuje tylko jedną kreskę. Nie widzą, że od dawna mamy wybrane imiona dla dzieci, a w wyobraźni widzimy je biegające po wymarzonym domu. Nie widzą, jak po każdej wizycie u ginekologa patrzę w lustro i zadaje sobie pytanie "co jest k*rwa nie tak? czego Ci brakuje?", bo przecież lekarz powiedział, że fizycznie wszystko gra. Nie widzą, jak wracając z pracy zerkam w mijające mnie wózki z dziećmi bojąc się, że nigdy tego nie doświadczę. Nie widzą jak próbuje oszukiwać samą siebie, że przecież wcale tak bardzo nie chcę dziecka, bo ginekolog powiedział, że podstawa to wolna głowa. ALE JAK OSZUKIWAĆ SAMĄ SIEBIE? Ja jeszcze tego nie potrafię.
Moje emocje: Czuję złość i strach. Jednocześnie jestem pełna nadziei, że tym razem się uda i rok 2023 przywitam już z wymarzonym maluszkiem.

14 października, 12:42

10 cykl.
Nigdy nie podejrzewałam, że to będzie trwało tak długo.
Zerkam na swój początek na tym forum - minęło już pół roku..
Teoretycznie staramy się o ciążę dłużej niż trwa ona sama w sobie.

Czego nauczyło mnie te 10 miesięcy?
POKORY, bo już wiem, że nie na wszystko mam w życiu wpływ.
ZROZUMIENIA, bo doświadczyłam, że nic nie jest czarno-białe, a o problemach wielu ludzi nie mamy zielonego pojęcia.
WIARY, że uda się mimo przeciwności i będziemy najlepszymi rodzicami dla Naszego dziecka.
ZAANGAŻOWANIA w to co jest teraz, skupianiu się na bieżących sprawach, na małżeństwie dla którego starania również są próbą.
TWARDEJ DUPY, bo tylko ona uratowała mnie przed załamaniem się po comiesięcznych niepowodzeniach i komentarzach "radzących w dobrej wierze".

Nie chciałam żeby wyszedł taki smęt-post, u góry to jedynie refleksje :)
Co u mnie?
Wróciłam do regularnych ćwiczeń i jazdy na crossie - jaram się tym, że wracam do "dawnej siebie".
Uczę się siebie - mierzę temperaturę już drugi cykl :)
Po pozytywnym owulaku mam zamiar zrobić proga 7dpo, a na początku listopada TSH aby mieć "świeże" badania do klinki.
19.11 pierwsza wizyta - czekam na nią by "mądra głowa" powiedziała mi co dalej.
Nienawidzę stać w miejscu, a czas w tej sytuacji nie działa na moją korzyść.
Także czas zakasać rękawy i ustalić plan działania do końca roku (wtedy głowa jest spokojniejsza).
Zatem:
PAŹDZIERNIK 2022r.:
- mierzenie temperatury i prowadzenie wykresu,
- dalsze testowanie owulki,
- łykanie Ovarinu,
- progesteron 7 dpo.

LISTOPAD 2022r.:
- badania TSH,
- mierzenie temperatury + wykres,
- łykanie Ovarniu,
- testowanie owulki,
- wizyta w klinice i temat badania drożności jajowodów (podejrzenie wodniaka).

GRUDZIEŃ 2022:
- mierzenie temperatury i prowadzenie wykresu,
- dalsze działania pod zalecenia profesora.

A co w Nowym Roku? :)
Mam nadzieję, że nie będzie aktualne i potrzebne ale jeśli tak to na samym początku 2023 chciałabym mieć już za sobą drożność i badanie nasienia.
A i rozmowę z mamą. Może w końcu uda mi się powiedzieć wprost, że mam problem z zajściem w ciąże.

25 października, 09:41

7 dpo - 10cs.
Według moich obliczeń, testów owulacyjnych i wykresu temperatur dzisiaj jest idealnie 7 dni po owulacji.
Z racji tej okoliczności z sama rana pobiegłam spuścić krew na proga i teraz będę siedziała do 16tej jak na szpilkach w oczekiwaniu na wynik. Mam nadzieję, że będzie zadowalający, bo miałam dość specyficzne objawy i moje myśli biegną po dwóch torach - albo owulacja odbyła się i stąd ten pulsujący ból przez 3-4 dni od owulacji albo to kwestia tego wodniaka..

Niby nie nakręcam się ale mimo wszystko znowu zaczynam negocjować z losem.
Coraz częściej wyciszam się, wizualizuje sobie tą małą kruszynkę z czarnymi włoskami i proszę chociaż o jedno dziecko.
Później już nie poproszę o nic więcej. Nie będę oczekiwała niczego, a jego potencjalne rodzeństwo zostanie najwyżej w sferze marzeń.
Brzmi trochę jak modlitwa, a ja od tak dawna nie rozmawiałam już z Bogiem. Na razie nie potrafię.

Niecały miesiąc do wizyty w klinice - trochę się jej boję.
Ale nie ma tego złego.
Dobrze, że trafiłam tutaj. W realu nigdy nie znalazłabym tylu wspierających osób - szczególnie w tak delikatnej materii.

26 października, 10:49

Od wczoraj wiem jak to jest unosić się ze szczęścia kilka centymetrów nad ziemią.
Podejrzewam, że po ujrzeniu dwóch kresek już całkiem wyrastają skrzydła i człowiek wręcz lata :)

Odebrałam wyniki proga i są piękne - najpiękniejsza owulka w tym roku <3
Zazwyczaj wyniki plasowały się na poziomie 3,9-4,5, raz jedyny raz pokazały 9 z hakiem, a wczoraj ponad 12 :D
Chociaż przed otwarciem dokumentu z wynikami zamknęłam oczy - tak bardzo bałam się zawodu to później zaszkliły się ze szczęścia :))
I chociaż staram się nie nastawiać, bo po prawie roku starań wiem, że owulacja to nie gwarancja sukcesu to jednak nieśmiało zaczynam marzyć, że może jednak tym razem uda się, że może w końcu mój organizm "zaskoczył" i teraz będzie już tylko lepiej?
Póki co zostawiam testowanie na niedzielny termin, Mąż wróci już z poligonu więc będzie przechodził ze mną przez to wszystko - niezależnie od wyniku.

I nawet jeśli znowu zobaczę tylko jedną kreskę to wiem, że w tym miesiącu i tak wygrałam.
Mimo, że październik przeczołgał mnie psychicznie konkretnie (najpierw zdrowie taty, później nawrót nerwicy mamy) to jednak będę wspominać go z pewną satysfakcją. :)

Teraz unoszę się nad ziemią, ostrożnie wyobrażam sobie, że może w tym miesiącu Kropek rozgości się na dobre to jednak staram się ostudzić swój zapał, nie wyolbrzymiać, nie doszukiwać się - tak aby później nie zaliczyć twardego lądowania.
Jednocześnie zastanawiam się czy jeśli niedzielne testowanie (12dpo) nie przyniesie dwóch kresek to może jednak 31.10 skoczyć na betę - sprawdzić czy może zadziało się coś magicznego tylko po prostu nie miało szans utrzymać się?
Jednocześnie przygotuje mnie to na miesiączkę 1.11.
Jak widać, nie umiem jeszcze odpuszczać :))

1 listopada, 17:05

11 cs.
Od wczoraj rozpoczął się 11 miesiąc starań o spełnienie największego marzenia. 🐒 przyszła nieproszona, o jeden dzień szybciej niż zwykle jakby nie mogła doczekać się ponownej wizyty.

10 miesięcy walki za mną. Za Nami.
Mąż próbuje rozładowywać presje rodzicielstwa i udaje, że przecież nic takiego się nie stało ale ja wiem jak bardzo zależy mu na dziecku. Z resztą czasami też przypadkiem wygada się i utwierdza mnie w przekonaniu, że czeka na II kreski tak samo mocno jak ja.

A ja? Czuję się zmęczona tym wszystkim. Czuję się pokrzywdzona, gorsza, niekompletna. Dzisiaj na cmentarzach widziałam odwiedzające groby rodziny z małymi dziećmi i walczyłam ze łzami. Mam wrażenie, że rodzicielstwo to jakaś gra, w której kompletnie nie rozumiem zasad. Coraz bliżej do przeoczenia tej "magicznej granicy" 12 miesięcy starań.. Chyba przestaje wierzyć, że Nam się uda.

W tym miesiącu wizyta w klinice. Już się jej nie boję, raczej chce mieć to już za sobą. Mam zamiar skupić się na drożności i badaniu nasienia.

Losie, skąd brać siłę 🙏🏻🤷🏻‍♀️

5 listopada, 09:26

Zostało równo 2 tygodnie do wizyty.
Za 14 dni o tej porze pewnie będę już powoli dojeżdżała do kliniki.
Nie czuję strachu, raczej potężną motywację do podjęcia nowych działań, ruszenia z miejsca.
Chciałabym mieć to już za sobą i wiedzieć na czym stoję, mieć ułożony dokładny plan działania. :)

Gorszy czas minął, poleżałam trochę "na glebie" ale wstałam, otrzepałam się i czas ruszyć dalej :)
Funkcjonuje na zasadzie akcja - reakcja, więc dłuższe użalanie się nad obecną sytuacją raczej nie jest w moim stylu.
Poza tym bardzo mocno pomaga mi Mąż - żartuje sobie, że w październiku nie udało się, bo był na poligonie i miał mało okazji do działania ale nadrobi w listopadzie ;)

Powoli skupiamy się również na planach na przyszły rok (zawsze przy końcówce roku robię się bardziej sentymentalna ;)).
I Nasze cele nie dotyczą wyłącznie spraw prokreacyjnych ;) zastanawialiśmy się nawet czy jeśli nie uda się do końca roku z ciążą czy aby nie zrobić przerwy w staraniach na rok (bo planujemy naprawdę tzw. życiowe rewolucje ;) ). Jednak zgodnie stwierdziliśmy, że skoro przez 10 miesięcy się nie udaje to nie jest powiedziane, że nagle wyjdzie gdy tylko zajmiemy się czymś innym :) dlatego będziemy starać się wytrwale, a co będzie to będzie ;)

19 listopada, 16:55

19 XI 2022
Nasza pamięć jest niesamowita. Zapamiętuje poszczególne zapachy, temperaturę, kolory - ułamki sekund, które później odtwarzane będą w stanie przenieść Nas do minionych wydarzeń niczym podróż w czasie.
Przykładowo - do dzisiaj pamiętam smak gumy do żucia, którą miał w ustach mój Mąż gdy pocałował mnie po raz pierwszy. I chociaż później i on i ja żuliśmy milion takich gum, a od tamtego wydarzenia minęło kupę czasu to idealnie potrafię odtworzyć te wspomnienie. Tak samo jak zapach ciasta z jabłkami mojej babci, gdy odwiedzaliśmy ją co weekend. I mimo, że mojej Buni nie ma już od x lat z Nami to ja nadal pamiętam te beztroskie chwile.

Co zapamiętam z pierwszej wizyty w klinice?
Chłód.
Chłód w temperaturze, gdy od rana padał śnieg przykrywając otoczenie białym puchem.
Chłód na policzkach, gdy mróz szczypał w twarz, a ja szłam z Mężem do kliniki i znowu zapomniałam szalika.
Chłód w sercu, gdy usłyszalam od profesora "prawdopodobnie Pani jajowody są w tak kiepskim stanie, że nie będzie Pani w stanie zajść naturalnie w ciążę. Musimy zrobić zabieg a jeśli potwierdzą się moje przypuszczenia to zostanie zapłodnienie pozaustrojowe".
Zaszkliły się oczy, a przecież obiecałam sobie nie płakać. Szybko wdech i wydech. Proszę o konkrety. Po 15 minutach jest już po wizycie.

W ręku ściskam skierowanie do szpitala.
Kod ICD-10 N.97 kłuje w oczy. Kłuje w serce.
Znowu szklą się oczy.

Czekamy w szpitalnej rejestracji na ustalenie terminu zabiegu. Mąż siedzi obok, czuję jego ciepło, non stop zagaduje - opowiada o mało istotnych sprawach. Udaję, że słucham ale myślami jestem daleko, bardzo daleko..
W końcu wymykam się do toalety - słyszę jak dziewczyna w kabinie obok płacze. Nie dam rady przejść obojętnie więc czekam aż wyjdzie. Stoję przy umywalce i czekam. Po chwili wychodzi unikając kontaktu wzrokowego, więc nie zważając na żadne powitania pytam "wszystko w porządku?". Chociaż widzę, że nie. Jednak czekam, daje jej możliwość zbycia mnie lub swojego bólu. Wybiera drugą opcję i cicho mowi "ja.. Ja chyba właśnie poroniłam". Wtedy ją przytulam. Przytulam obcą kobietę której pewnie nie zobaczę już nigdy na oczy. Nie wiem co powiedzieć więc klepie coś bez sensu - że jest mi przykro, że ma prawo wyrzucić z sobie emocje i żeby pamiętała, że jest silna..
Parę minut później siedzimy w tej samej rejestracji - kilka krzeseł od siebie. Ona wbita w ekran telefonu pewnie czekająca na wyrok bety. Ja wbita w oczy męża czekając na ustalenie terminu zabiegu, który będzie moim być albo nie być.
Otaczają Nas kobiety w ciąży, których brzuchy dumnie opinają koszulki - i nie wiem, która z Nas jest bardziej zagubiona...

Wiadomość wyedytowana przez autora 19 listopada, 17:01

29 listopada, 09:51

2 dni do @, 1 dzień do testowania.

Testowanie w tym miesiącu to tylko formalność - temperatura spadła do podstawowego poziomu, dodatkowo ciągnie podbrzusze i plecy, a piersi przestały boleć. I chociaż staraczkowe motto brzmi "póki nie ma @ jest nadzieja" to jednak po 11 miesiącach starań jakoś ciężko jest w to uwierzyć.

Dzisiaj rano widząc znaczny spadek temperatury nie poczułam bólu ani złości.
Przyjęłam to dość spokojnie - z lekkim zawodem, który utwierdza w przekonaniu, że droga do Mojego dziecka jest jeszcze daleka. Dopiero jadąc do pracy zaczęłam zastanawiać się ile jeszcze jestem w stanie przejść, ile wytrzymać i co zrobić aby osiągnąć to, co innym ludziom przychodzi tak naturalnie.

W grudniu odpuszczam całkowicie - "ostatniomiesięczne" badania proga potwierdziły, że owulacja jest i to wcale nie najgorszej jakości. W grudniu skupię się na rodzinie, na Mężu, na sobie.
Poczucie niesprawiedliwości rozsadza mnie od środka, a przed lustrem zaczynam już ćwiczyć sztuczny uśmiech, który będzie mi potrzebny podczas składania świątecznych życzeń - uśmiech, który nie obejmie oczu ale będzie na tyle wyćwiczony by zamaskować ból w sercu.

Boję się, cholernie boję, że nigdy nie będę Mamą.
A przecież od długiego czasu mamy już wybrane imiona dla Maluszka..