Wielki TEST kobiecej płodności!

Sprawdź swoją płodność i otrzymaj spersonalizowane wskazówki

Rozpocznij test

Wielki Quiz na Dzień Ojca!

Co wiesz o plemnikach swojego partnera?

Rozpocznij
X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Nieciekawy przypadek w którym już raz się udało
Dodaj do ulubionych
1 2 3

14 sierpnia 2020, 14:49

32+5tc

Samopoczucie: ☺️

Wczoraj byłam na wizycie kontrolnej. Helena grzecznie ułożyła się głową w dół ☺️ Oby już się nie obróciła, chociaż dr mówi, ze wód jest dosyć dużo wiec ma jeszcze relatywną swobodę ruchu. Całe badanie usg mała spała wiec po raz pierwszy mam trochę zdjęć z badanie na których nie wyglada jak potwór bagienny, tylko jak mój maleńki dzidziuś 🥰 Wazy 1910g i to jest dokładnie w środku siatki centylowej. Powoli przestaje się martwić ze będzie bardzo duża. Ja wazę 64,2 od początku ciąży przytyłam niecałe 9kg i tez już nie świruję ze Nadmiernie przybiorę. Generalnie czuje się dobrze i nie oszczędzam się nadmiernie - na budowie, w ogrodzie - staram się jak najwiecej ruszać żeby urodzić w terminie.
Już się nie mogę doczekać, wiem ze jeszcze 5 tygodni, ale odkąd mam większość rzeczy kupionych to zrobiłam się niecierpliwa. W zasadzie kupione mam wszystko. Poprałam tekstylia w Loveli i wszystko pięknie pachnie dzidziusiem. Jeszcze zostało mi pranie moich ręczników i mogę się spakować na porodówkę. Zastanawiam się jeszcze nad kupnem:
- chusty-moja mama mnie ofkors skrytykowała ze jestem leniwa bo nie chce małej nosić na rękach- chce kupić używaną bo nie wiem czy mała się przystosuje wiec poluje na olx
- fotel uszak do karmienia- nie wiem czy to nie wymysł 🤷🏻‍♀️
- termoforek z pestek wiśni - szczerze to zapomniałam o nim wcześniej a chciałam zamówić a teraz się nie wiem czemu waham
- szlafrok do szpitala - mam jakiś domowy ale jest puchaty i nie wiem czy mi wejdzie do torby -
Kupiłabym cieńszy ale nie wiem czy mi się potem przyda
- ładowarka i szczoteczka do zębów do szpitala - bo ciagle z tego korzystam i wygodnie będzie mieć osobne żeby spakować i nie musieć szukać na ostatnią chwilę.
Udało mi się wczoraj umówić u Dominikanów na spowiedź osobistą - mąż się zgodził bo nie było innych ludzi w pobliżu, wiec nie było ryzyka 👑. Strasznie się cieszę bo nie byłam u spowiedzi od grudnia a na Mszy od lutego. Czułam się okropnie myśląc ze będę przeżywała poród i wejście w role mamy bez wsparcia w wierze, które jest dla mnie ważne bardzo. Teraz się uspokoiłam.
Z nowości jeszcze to przyszedł maltan i smaruje nim brodawki. Jeżeli chodzi o karmienie to w moim domu rodzinnym panuje przekonanie ze to jeszcze gorszy hardkor niż sam poród wiec staram się choć trochę do tego przygotować. No odkąd przeszło mi zapalenie pecherza to robię masaż krocza. Kupiłam już herbatkę z liści malin i olej z wiesiołka - bardzo jestem ciekawa czy to coś pomoże, ale zamierzam się dobrze do tego porodu przygotować 🥰

3 września 2020, 17:48

35+4tc

Samopoczucie: 😒

Byłam dzisiaj na wizycie kontrolnej - niby wszystko oki: mała leży dalej głową w dół, wazy około 2600 i to jest bardzo dobrze, póki leży główką w dół to ma małe szanse żeby się oplątać pępowiną. Na zdjęciach już wyglada dosyć pulchniutko 🥰 wody płodowe ok, przepływy ok. Niestety szyjka moja nadal długa i zamknięta a zatem pewnie nieprędko się zobaczymy 🤷🏻‍♀️ Doktore niezbyt zadowolony z tego faktu. Kazał kochać się z mężem 2 razy dziennie. Mąż przerażony. Oprócz seksu doktor kazał się nie oszczędzać - moja durna szyjka robi ze mnie jakiegoś leniwca a ja ruszam się bardzo dużo - jeżdżę z mężem na budowę, sprzątam, schylam się, kucam, pracuje w ogrodzie, nawet jeden raz na tej budowie się wywaliłam bo się potknęłam nieszczęśliwie, ale nic się wielkiego nie stało bo upadłam na ręce. 🤷🏻‍♀️ Zaczynam wiec intensywnie od dzisiaj pic napar z liści malin i 3x2 kapsułki oleju z wiesiołka. Oprócz tego codziennie więcej ćwiczeń na piłce no i pewnie tez spacery jakieś dłuższe. Nie wiem co jeszcze mogłabym zrobić. Tak bardzo nie chciałabym przenosić ciąży 😿 mała ładnie rośnie a im później urodzę tym będzie cięższa i będzie mi trudniej 😿 dostałam już skierowanie do szpitala w razie W, ale doktor raczej powątpiewał w to W. Ja z resztą widzę po zdjęciach jak wysoko mam brzuch i czuję małe piętki w dolnych partiach żeber, wiec zdaje sobie sprawę ze chwile jeszcze w ciąży pochodzę.
Dokupilam już brakujące rzeczy: chustę znalazłam za 40zl na olx, zupełnie prawie nieużywaną, zamówiłam lżejszy szlafrok i ładowarkę, wyparzylam i spakowałam laktator który dostałam od kuzynki- tak, ze torbę mam gotową. Termoforek Z pestek wiśni dostałam za darmo w paczce ze szkoły rodzenia. Moi rodzice wpadli kilka dni temu- przywieźli wózek i fotelik, wiec to już tez mam na miejscu. Mama się nie mogła powstrzymać i kupiła trochę ciuszków dla małej, pewnie będę ją musiała przebierać 5 razy dziennie żeby wszystko wykorzystać 😉 Na poród rodzinny nie mam zupełnie co liczyć, okazuje się również ze w szpitalu który wybrałam nie ma możliwości wykupienia prywatnej opieki położnej. Tak ze będziemy musiały sobie poradzić same z Helenką, czuje już teraz przez skórę ze może być ciężko, ze ta moja szyjka może być twarda i oporna, ale nie mam wyjścia, muszę się dobrze nastawić. Teraz w te ostatnie tygodnie jeszcze wyskoczył mi audyt w pracy - niby jestem na zwolnieniu, ale wiadomo ze co chwile do mnie dzwonią bo coś ode mnie potrzebują - audyt jest w moim obszarze wiec muszę im pomóc - mam nadzieje ze uda się to w miarę szybko rozwiązać i będę mogła się skupić na byciu zen oraz skracaniu i rozwieraniu szyjki....

18 września 2020, 12:00

37+5tc

Samopoczucie: 🤷🏻‍♀️

Byłam wczoraj na wizycie i wyglada na to ze moje wysiłki zupełnie nie przynoszą rezultatów. Mała według pomiarów ma 2700g, czyli niby od dwóch tygodni przybrała jakieś 100g, ale wyglada mi to na gruby błąd pomiaru, bo przez wcześniejsze 3 tygodnie przybrała niby aż 700g. Tak ze nastawiam się ze wazy około 3 kg. Jest nadal bardzo dużym wiercipiętkiem i przez to cały czas się boje ze się okręci pępowiną. Potem jak się chwile nie rusza i śpi to specjalnie ją budzę bo się boje ze coś jest nie tak. Chciałabym bardzo już się rozpakować ale niestety szyjka wciąż długa i zamknięta, skurczów na ktg ani pół cienia, brzuch chyba minimalnie opadł, ale jeżeli tak to szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego. W każdym razie nic się nie dzieje wiec wyglada na to ze posiedzimy jeszcze w dwupaku. 🤷🏻‍♀️ Widocznie brak jest w moim ciele gotowości na oksytocynę - nie ma receptorów, co sprawia ze nawet gdyby mnie zalało falą oksytocyny - nie wywoła ona żadnej reakcji, bo nie ma się z czym związać. No i nie ma tez niestety sposobu żeby jakoś zwiększyć ilość receptorów na oxy, można tylko zwiększać wydzielanie oxy, co jest w takim przypadku zupełnie bezcelowe. W takiej sytuacji przez następny tydzień mocno luzuję i po tym czasie jak znowu wrócę do starań o intensyfikację wyrzutu oksytocyny - może będzie lepsza odpowiedz organizmu. 🤷🏻‍♀️ Pożyjemy, zobaczymy. Pocieszam się tylko tym ze tak czy inaczej do porodu dojdzie - naturalnie lub pójdę na wywołanie, w ostateczności na cc - oczywiście najbardziej bym chciała żeby poród rozpoczął się samoistnie, ale to nie koncert życzeń - jak będzie tak będzie. Staram się teraz bardziej wyluzować - idę się teraz przejść na dłuższy spacer a potem upieke szarlotkę i może poczytam coś niezwiązanego z ciążą i porodem. Gdybym nie urodziła do 1 października to mam jeszcze jedną wizytę i ktg i będziemy się już umawiać na wywołanie do szpitala.

P.S. Mam mózg jak orzeszek - narobiłam trochę słoików na połóg i oczywiście co? Bigos i ciecierzyca po bretońsku - w sam raz żeby wzdęcia zabiły mnie albo moje dziecko - wiem, ze nie istnieje coś takiego jak dieta mamy karmiącej, ale pasowałoby jednak minimalnie chociaż uważać i nie napychać się od razu najbardziej ciężkostrawnym żarciem jakie istnieje 🤦🏻‍♀️
P.S.2 Zostawiłam wczoraj mój najulubieńszy sweter w gabinecie u lekarza 😿

2 października 2020, 11:58

39+5 tc

Finiszujemy 🥰 już tak bardzo chciałabym urodzić! Jestem gotowa od przeszło miesiąca, wiec zdecydowanie zbyt wcześnie zaczęłam się przygotowywać. Przez to może tak bardzo nie mogę się doczekać. Ale teraz dodatkowo wszystko komplikuje sytuacja epidemiologiczna 😔 na ten moment porodówka przyjmuje, ale zachorowań jest coraz więcej, od jutra miasto jest żółtą strefą i tak naprawdę wystarczy przecież ze wykryją jeden przypadek na porodówce to ją zamkną 🤷🏻‍♀️ Tak ze do tego stresu czysto porodowego dochodzi jeszcze stres związany z niepewnością przyjęcia na oddział 🤷🏻‍♀️ Chciałabym w związku z tym urodzić jak najszybciej. Termin mam na poniedziałek 5 października. Wczoraj miałam ostatnią już wizytę - doktore zrobił masaż szyjki- twierdzi ze nadal zamknięta ale chociaż zmieniła już trochę konsystencję na bardziej miękką. Czyli jest jakiś postęp, uf. Mała nadal leży dosyć wysoko- można jej jeszcze spokojnie robić zdjęcia buźki na usg. Szacunkowa waga wyszła trochę ponad 2800 czyli mało, ale wiadomo - błąd jest około 400 g, czyli pewnie wazy około 3 kg. Maleństwo. Doktor twierdzi ze powinnam urodzić SN bez problemu. Ze względu na to ze Helenka jest mała to dostałam skierowanie na wywołanie dopiero tydzień po terminie - lepiej żeby poród zaczął się sam, wiadomo ze wtedy dużo lepiej postępuje, a nie ma dużego ryzyka ze mała będzie zbyt duża żeby ją urodzić SN. Na KTG zapisał się jeden skurcz o mocy 60, ale po tym całym masażu szyjki dzisiaj nad ranem obudziły mnie skurcze okresowe - mała bardzo się ruszała wiec tez je czuła. Teraz już nie odczuwam tych skurczy, ale trochę kłuje mnie w pochwie. Liczę ze wszystko jakoś powoli się rozkręci. Tak czy inaczej liczę mocno ze za tydzień już będę tulić moją córeczkę w ramionach a nie w brzuszku 🥰

5 października 2020, 16:51

40+0

Bang! Dziś termin porodu. Wspomnienie św Faustyny, wiec idealny dzień żeby Helena się urodziła. Ale ona ma to gdzieś i wyglada ze nie zamierza wychodzić. Przekręca się tylko z boku na bok w moim brzuchu. 🤷🏻‍♀️ Objawów żadnych nowych nie mam, nadal jakieś kłucia w pochwie i słabiutkie skurcze przepowiadające. Poza tym spokój, cisza, niczym niezmącona tafla jeziora. To jest to o czym mówił doktore - niby znamy dokładny dzień zapłodnienia, ale jest jeszcze względność trwania ciąży... cóż - moja widocznie musi potrwać trochę dluzej niż 40 równych tygodni 🤷🏻‍♀️

8 października 2020, 16:59

40+3

Nope, nadal nie urodziłam. Te 3 dni spóźnienia trwają już dluzej niż cała wcześniejsza ciąża. Niestety objawów brak, wiec nie zapowiada się żeby poród miał się rozpocząć naturalnie i samoistnie. Wkurzam się bo od 35 tygodnia robię wszystko żeby urodzić o terminie - nie oszczędzam się, spaceruje jak debil codziennie tak ze znam już wszystkich ludzi którzy na moim osiedlu wyprowadzają psy (ja na spacer wyprowadzam brzuch), hopsam na piłce, zażywam ten pierdzielony wiesiołek, pije paskudną herbatkę z liści malin, molestuję męża (chyba nawet ma już traumę), jem ananasy - a szyjka nadal zamknięta na 4 spusty 🤷🏻‍♀️ Tak ze czeka mnie najwidoczniej wywoływanie na oksytocynie i narzędzia tortur w postaci balonika rozwierającego szyjkę - jak gdyby poród sam w sobie nie był wystarczającą traumą. Takie miałam dobre nastawienie, tak dobrze się do tego porodu przygotowałam - i przez te 3 dni opóźnienia całe moje nastawienie w głowie runęło - spokój gdzieś uleciał - teraz nie wierze ze sobie poradzę a już na pewno nie wierze ze odczaruję w mojej rodzinie krwawe historie porodów które opowiada się żeby nastraszyć młode dziewczyny 🤷🏻‍♀️ Niby to tylko 3 dni a rozsypało się wszystko co sobie ułożyłam w głowie przez ostatnie 9 miesięcy. Koszmar - gorsze od któregokolwiek momentu procedury - nawet od oczekiwania jak się rozwijają zarodki. A czuje ze to nie koniec i jeszcze sobie solidnie na rozwiązanie poczekam...

11 października 2020, 10:54

40+6 tc

Nadal nie urodziłam. Rano przyjęli mnie do szpitala na planowe wywoływanie. Wszyscy się dziwią ze przyszłam w niedziele (Tak mi lekarz kazał) ale na izbie spokój i cisza, szybciutko mnie przyjęli, pobrali badania i wymazy na covida i teraz leżę na sali przedporodowej i czekam pewnie do jutra żeby zaczęli coś robić. W badaniu usg wyszło mi skrajne malowodzie - wczoraj miałam taką sytuacje ze rozmawiałam z mężem, śmiałam się i jednocześnie myłam okna. W pewnym momencie miałam uczucie ze mała mi naparla na pęcherz i się posikałam. No nic, poszłam się przebrać i nawet przeszło mi przez myśl ze to wody odeszły ale ani nie odchodził mi czop wcześniej ani nie zaczęły się żadne skurcze wiec spokojnie poszłam spać. A wyglada ze to jednak wody były 🤷🏻‍♀️ W każdym razie na razie nic się nie dzieje. Leżę i czekam, a ze jestem na sali przedporodowej to słucham jednej rodzącej Pani. Trzymam za nią kciuki ☺️ W badaniu lekarka była sceptyczna co do porodu drogami natury - mała leży bardzo wysoko, nawet się mnie nie da porządnie zbadać bo kość krzyżowa jest mocno wsunięta w miednice 🤷🏻‍♀️ Nie wiadomo czy finalnie nie skończy się na cesarce. No nic. Pozostaje tylko czekać 🤷🏻‍♀️

25 października 2020, 16:25

Epilog
12.10.2020 r. Na świat przyszła moja córeczka Helena 🥰

Nie wszystko odbyło się po mojej myśli, ale życie uczy mnie wciąż na nowo, ze my sobie możemy planować, a wydarzenia biegną dokładnie tak jak same chcą.

W dniu przyjęcia do szpitala na wywołanie, około 14 założono mi cewnik Foleya. Po założeniu zaczęły się dosyć mocne skurcze - najpierw leżałam na KTG, potem KTG odłączono a skurcze się nasiliły tak, ze nie mogłam wyleżeć, wiec chodziłam, kolysalam się, kręciłam biodrami - wszystko byle ta szyjka moja trochę puściła. Kiedy skurcze były już dosyć mocne położna znowu podpięła mnie pod ktg i zapis zaniosła lekarce. Lekarka postanowiła mnie zbadać i okazało się ze odchodzą wody - w takiej sytuacji wyjęli cewnik i przenieśli mnie na salę porodową. Rozwarcie 1,5 cm 😔 przez cała noc miałam regularne skurcze, które jednak nie chciały się rozkręcić. Trochę drzemałam pomiędzy skurczami bo wiedziałam ze rano dostanę oksytocynę i chciałam mieć siły żeby dać rade urodzić. Dostałam tez antybiotyk, ponieważ najprawdopodobniej właśnie w sobotę odeszły mi wody wiec istniało ryzyko zakażenia. Rano lekarze zbadali mi szyjkę i wyszło naciągane 2 cm rozwarcia 😔 Dostałam wlew z oksytocyną. Najpierw leżałam pod ktg ale później mój lekarz zezwolił żebym trochę chodziła i kołysała się na piłce, póki oksytocyna nie pójdzie z pompy pełną dawką, żeby wspomóc rozwieranie tej szyjki. W międzyczasie przyszli studenci 6 roku medycyny żebym im opowiedziała o tym jak przebiegało moje ivf. Również w międzyczasie przyszła Pani doktor, która próbowała przerwać worek owodniowy, ale niestety był za mocno opięty na główce i nie dało rady 😔 około 12 przyszedł mój lekarz, zbadał rozwarcie, które wynosiło 1,5 cm i w takiej sytuacji stwierdził, ze najlepiej by było jednak zakończyć ten poród cesarskim cięciem. Przez ponad 20 godzin porodu moja szyjka zupełnie się nie rozwierała, w pewnym momencie rozwarcie nawet zaczęło się cofać, co oznaczało obrzęk szyjki. Z bólem serca, ale zgodziłam się na tą cesarkę. Bardzo chciałam urodzić SN, bardzo mocno i pilnie się do tego przygotowywałam 😔 strasznie mi przykro, ze jednak się nie udało 😔 ale wiem ze mój lekarz nie jest chętny do cc bez potrzeby, rozmawiałam z nim później i mówił ze w zasadzie pracuję nad ta szyjka od 35 tygodnia ciąży i ona naprawdę nie zaczęłaby nagle współpracować 😔 w każdym razie 10 minut później już byłam na stole, ledwo dałam rade męża poinformować - wszystko działało się niesamowicie szybko - położne przebrały mnie w koszulkę, założyły cewnik, dostałam znieczulenie, straciłam czucie od piersi w dol... cały zabieg miałam zamknięte oczy - strasznie się bałam ze zobaczę w lampach nad stołem odbicie wnętrza własnego brzucha. Po chwili usłyszałam kwilenie i już moja córeczka była na świecie - doktor pokazał mi ją przez parawan, a potem przynieśli mi ją na chwilkę do przytulenia. Oczywiście płakałam. Byłam w jakimś totalnym szoku - wydaje mi się ze jak człowiek się nastawia ze ta cesarka będzie to inaczej do tego podchodzi - dla mnie to była trauma - nie przygotowałam się do tego psychicznie - byłam za bardzo nastawiona na poród SN a dodatkowo wszystko działo się szybko i gwałtownie, nie miałam czasu się ze wszystkim oswoić i przepracować w głowie. Malutka urodziła się o 12.25, ważyła 2990 i miała 56cm długości. Miała opuchnięte oczko z powodu ucisku gdzieś w miednicy. Ale to zeszło zaraz za parę dni. Zaraz po przewiezieniu na salę położna przyniosła mi ją i pomogła nakarmić, bo ja byłam praktycznie bezwładna. Jestem jej bardzo wdzięczna bo dzięki temu laktacja ruszyła. Potem jak mała zasnęła to wzięły ją na sale noworodkową. O północy położna przyszła pomoc mi się spionizowac i wziąć prysznic - nie było tragicznie, tylko rana bolała - nie mam takiej typowej blizny po cesarce tylko cięcie od pępka w dol - po bliźnie z poprzedniej laparotomii. Probowalam do rana jeszcze drzemać ale około 6 już poszłam po małą - podobno całą noc bardzo płakała - w ogóle pierwsze 2 dni w szpitalu bardzo płakała - chyba ta cesarka tez była dla niej wielkim szokiem. Te 4 dni które spędziłyśmy z szpitalu w ogóle pamietam jak przez mgłę - chyba byłam na oksytocynowym haju - wiem ze bardzo probowalam karmić i piersi bardzo mnie bolały - po karmieniu mała nadal ssała rączki wiec pielęgniarki kazały dokarmiać mm ale mała ksztusila się pijąc z butelki a potem wszystko zwracała. Pamietam ze bardzo mnie bolała rana i spuchły mi nogi od niewygodnej siedzącej pozycji na łóżku, a łóżko było tak wąskie że bałam się małą polozyc obok siebie. Pamietam tez ze bardzo tęskniłam za mężem i jak dowiedziałam się ze musimy zostać jeszcze jeden dzień ze względu na moje duszności to przepłakałam całą noc. Pamietam tez bezradność bo nie wiedziałam jak zajmować się malutką, jak karmić a każda położna mówiła coś innego. Naprawdę przeżyłam ciężki czas w tym szpitalu - nie ze względu na to ze szpital był do dupy, nie mam do nich jakichś większych zastrzeżeń, ale cała ta sytuacja z covidem - ze mojego męża nie mogło być przy nas, ze jeszcze wtedy byłam mocno obolała fizycznie i psychicznie po tej nagłej cesarce.
Kiedy w końcu wyszłyśmy do domu to pierwsza noc tez była ciężka - mała odblokowała się po szpitalu i po tym dopychaniu mm i zaczęła brudzić pieluchę za pieluchą. Ledwo nakarmiłam i usnęła natychmiast się przebudzala bo pielucha pełna. Chyba kilkanaście razy przebieraliśmy ją i odkładaliśmy do łóżeczka. Mąż był przerażony ze tak to wyglada a u mnie rozpoczął się baby blues, wiec cały następny dzień przepłakałam. Ciekawe ze mimo ze człowiek tak bardzo pragnie tego maleństwa to ta burza hormonów po porodzie jest niesamowicie intensywna i nie do powstrzymania. Zastanawiałam się wtedy czy moje życie będzie jeszcze kiedyś wyglądać normalnie, czy moje małżeństwo wytrzyma tą zmiane sytuacji, czy jeszcze kiedyś wyjdę na zewnatrz, i co właściwie mi nie pasowało w moim poprzednim życiu ze zdecydowałam się na dziecko? Straszne myśli, okropne uczucie, ale na szczęście to mija. Z dnia na dzien jest coraz lepiej i sytuacja się normuje. Oczywiście zdarza mi się jeszcze ryczeć ale teraz już ze wzruszenia - jak mój mąż śpiewa małej piosenki, albo jak ona śmieje się przez sen. Karmie na razie cały czas piersią, ale okropnie się boje ze coś pójdzie nie tak i będę musiała małą przestawić na butelkę. Ładnie przybiera na wadze, nawet troszkę ponad normę. Trochę się martwię bo pępuszek odpadł ale został taki strupek który podkrwawia. Miałam nadzieje ze położna środowiskowa to obejrzy ale niestety ma covida 🤷🏻‍♀️ Tak ze takie czasy niestety

Nie wiem czy to w zasadzie dobre miejsce na historie porodową, ale chciałam ją bardzo gdzieś odtworzyć, muszę jakoś ten temat przepracować a nie mam z kim o tym pogadać. Poza tym tez tak myśle ze warto napisać ze nawet jak już bierze się w ramiona to wyczekane maleństwo to nie jest tak, ze nagle wszystko układa się jak w bajce, to ze człowiek starał się o to szmat czasu i wyobrażał sobie miliony razy jak to będzie nie sprawia ze jest na to w pełni gotowy. Wiadomo ze wstajesz o 4 nad ranem z większą cierpliwością ale to nadal boli. Boisz się ze pieluch jest za mało albo za dużo chociaż dokładnie wiesz ile powinno być. Dokładnie wiesz jakie mogą być problemy przy laktacji wiec diagnozujesz je u siebie wszystkie na raz. Nie wiesz czy dziecko jest głodne czy już przekarmione. Boli Cie jak je dotykasz z czułością a ono w pierwszych dobach nie zna Twojego dotyku wiec wzdryga się i Cię odpycha rączkami. Niewiele osób o tym mówi - mnie w każdym razie nikt o tym nie powiedział, a to właśnie - w połączeniu z burzą hormonów sprawia, ze te pierwsze dni są trudne.
Za to wszyscy mówili ze jak wezmę swoje dziecko w ramiona to wszystko inne przestanie mieć znaczenie - wiem, ze każdy ma inaczej, ja kocham moją córeczkę bardzo bardzo, jest najpiękniejsza na świecie i zrobiłabym dla niej wiele, ale to nie tak, ze nagle wszystko inne przestało się liczyć. Nadal zależy mi przede wszystkim na moim małżeństwie, ale tez na fajnym spełnionym życiu, na pracy, na zdrowiu, na ładnych kwiatach w ogrodzie i wyprawach w góry jesienią.

Myśle ze na jakiś czas przestanę tutaj zamieszczać wpisy. Ten post na pewno będzie ładną klamrą - bo ostatecznie rzeczywiście wszystko się udało. Nie tak jak planowałam ale to chyba nie ma żadnego znaczenia. To nie jest miejsce na wpisy o macierzyństwie a o czym innym miałabym teraz pisać? Teraz jest ten czas który mogę i chce poświecić dla mojej córeczki.
Ale na pewno tutaj za jakiś czas wrócę, bo przecież kiedyś znowu będę staraczką - zostały nam w końcu jeszcze 4 mrozaki wiec to co było to dopiero początek ☺️

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 października 2020, 16:39

31 marca, 13:33

No dobra, decyzja podjęta, wracamy po mrozaki.
Plan jest taki żeby do końca kwietnia odstawić Helenkę od piersi (to będzie wyzwanie), w przyszłym tygodniu zrobić sobie kontrolnie badania krwi, tarczycy, wyrównać co się da, zacząć brać znowu kwas foliowy, który jakiś czas temu olałam, zacząć znowu jogę w wolnym czasie zamiast scrollowania niusów o wojnie na Ukrainie. Przygotować ile się da ciało i głowę. Umówić się na wizytę w klinice na przełomie maja-czerwca, jak już będę mniej więcej wiedziała który mam dzień cyklu (żyłam przez ostatni czas w błogiej niewiedzy, ale czas z tym skończyć).

Stresuje mnie to wszystko. Chyba nie czuję się jeszcze gotowa. Na pewno nie czuję się jeszcze gotowa. Czuję i wiem że Helena potrzebuje dużo mojej uwagi. Że chce mieć dużo mamy. Czuję że moje ciało jest zmęczone, nie ma wystarczającej ilości snu, karmione niezbyt dobrym i regularnym żarciem, bez odpowiedniej ilości ruchu, jest zaniedbywane na wszystkich frontach. Czuję się ja wewnętrznie niegotowa na nowe dziecko, nie mam w sobie jeszcze tej przestrzeni do wypełnienia, nie wiem jeszcze jak mogłabym pokochać kogoś innego, nowego tak bardzo jak kocham Helenkę. Nie wiem też czy kiedykolwiek w najbliższym czasie poczuje się wewnętrznie gotowa czy bardziej wypoczęta. Ale zbyt dużo czasu na czekanie nie mam. Mam 35 lat i endometriozę. Lekarz położnik po 8 miesiącach od porodu badał mnie i mówił że daje zgodę na dużo wcześniejsze staranie się o dziecko, najlepiej JUŻ bo po CC wszystko się zagoiło a endometrioza z czasem będzie się tylko rozwijała i zabierała szansę na rodzeństwo dla Heleny. I tak już trochę przeciągnęłam. Mamy jeszcze 4 zarodki i chcę je przyjąć póki szanse są relatywnie duże. A to oznacza brak luksusu czekania na gotowość mojej głowy i ciała. A zatem decydujemy się na działanie teraz licząc że ten krótki czas który pozostał wystarczy żeby się przygotować do ewentualnej ciąży. Lub porażki. Na to też nie wiem czy jestem gotowa. Jak to przyjmę, jak zareaguję. Teraz kiedy jeden z tych bezimiennych zarodkow stał się najukochańszą córeczką posyłającą buziaki i uciekającą przed zmianą pieluchy, nie wiem jak będę przeżywała niepowodzenia.
Trudno, są ludzie którzy mieli mniej czasu niż ja i dali radę, są super rodzicami, poradzili sobie ze stratami. Mnie muszą wystarczyć te prawie 4 lata przed urodzeniem Helutki i teraz te krótkie momenty które sobie wyszarpnę. Dam radę. Zepnę się i zmobilizuję. Zrobię miejsce w serduszku dla nowego człowieka. Ułożę w głowie plany postępowania w razie niepowodzenia. Zabdbam o siebie na tyle na ile to możliwe w tej sytuacji. Może po prostu się tego boję, bo zanim urodziłam Hele to było takie ciężkie to wszystko, te starania, zmagania, ciągle rozczarowania, a teraz będzie inaczej, jak już zacznę to jakoś pójdzie i nie będę tego przeżywała tak jak wtedy? Tak będę się trzymać tej myśli. Musi być jakiś optymistyczny akcent chociażby na sam koniec wpisu bo wyszedł smutno-depresyjny wpis pod tytułem "nie chce dziecka ale muszę". A ja bardzo chcę mieć więcej dzieci. Nie wiem czy TERAZ ale jak powiem PÓŹNIEJ to mogę się ich nie doczekać, a chcę dać im szansę. Więc zamykam oczy i mówię TERAZ i robię krok naprzód nie wiedząc czy napotkam stały grunt czy będzie tam przepaść.

P.S.1 wyszło dramatycznie, tak naprawdę to na codzień jestem bardziej stabilna ale jestem chyba przed okresem
P.S.2 nie mam komu opowiedzieć o swoich wątpliwościach więc muszę się tu uzewnętrznić
P.S.3 zdecydowaliśmy z mężem że jeżeli nie uda sie transfer tych 4 zarodkow to nie podchodzimy do kolejnej procedury. Będziemy pewnie przez jakiś czas próbować jeszcze naturalnie, ale jeżeli się nie uda to zostaniemy we 3. Przynajmniej taki mamy plan.

21 czerwca, 22:14

Jutro wizyta w klinice. Czuję że wrocil ten dobrze znany stres. Chodze nerwowa już od paru dni i warczę na wszystko dookoła. Paznokcie obskubane. Wróciły stare paranoje: boję się że dostanę okres chociaż mam dostać dopiero za 2 dni, boję się ze się spóźnimy na wizytę, boję się że doktor będzie niemiły, albo Pani w recepcji będzie niemiła, boję się że wymazy wyjdą źle, boję sie ze się uda i będę w ciąży i znowu ten stres i bol niewyspania a Hela już taka fajna odchowana, boję się że się nie uda i znowu ta rozpacz i pustka, boję się kłótni z mężem a to już nasza tradycja że w drodze powrotnej z kliniki jest zawsze kłótnia, boję się że wyczerpaliśmy już nasz limit szczęścia i teraz coś złego sie wydarzy, boję się bo nie wiem jak sobie dam radę z dwójką dzieci... Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam te starania o rodzeństwo- nie spodziewałam się tak wielu wątpliwości I strachów. No ale to nie jest koncert życzeń- starania o pierwsze dziecko też sobie inaczej wyobrażałam. Teraz nie cofnęłabym niczego, NICZEGO, tak niewyobrażalnie kocham Helenkę że nie zamieniłabym jej na żadne inne dziecko, nawet za cenę tych starań. I wiem że znowu tak będzie. Jestem silniejsza niz mi się wydaje, dam radę ze wszystkim, cokolwiek będzie się działo. Wdech, wydech i do przodu.

22 czerwca, 22:51

No więc jestem po pierwszej wizycie.
Anuśla w nowym miejscu jest dziwnie 😅 Doktor zupełnie nic się nie zmienił, wizyta wygląda dokładnie tak samo. Jedynie dekoracje inne. Dla nas trochę lepszy dojazd z Rzeszowa bo nie trzeba się przebijać przez niemożliwie zakorkowaną obwodnicę. Więcej miejsc do parkowania przed budynkiem. Jak się wchodzi to zaraz jest wielka wyspa biurowa przy której siedziało 5 (!) Pań recepcjonistek. W środku sterylnie biało-szaro, bardzo jasno, dużo więcej miejsca niż w poprzedniej siedzibie. W poczekalni Play nie ma zasięgu 😑 więc człowiek jest zmuszony siedzieć i konfrontować sie ze swoimi myślami, zamiast czytać Pudelka.
Wizyta krótka i konkretna, doktor wypytał jak przebiegła ciąża, jak się czuję tak ogólnie, zbadał usg, powiedział że blizna po CC sie pięknie zagoila, praktycznie nie ma śladu. Na lewym jajniku mam w tym cyklu torbiel z niepękniętego pęcherzyka, co w zasadzie potwierdziło tylko ze raczej będziemy podchodzić na sztucznym cyklu. Poza tym wczesniej też sie udał transfer na takim cyklu, więc po co zmieniać cos co już raz zadziałało?
Tsh mam nie zbijać, 2,2 to dobry wynik.
No i co dostałam karteczkę z badaniami, receptę na estrofem i jak się wyrobię to możemy w następnym cyklu transferować. Uspokoiła mnie ta wizyta, jakoś tak czuję że mam plan to już bardziej zadaniowo podchodzę. Jak jutro dostanę okres to raczej nie zdążę zrobic wymazów i poczekam do następnego cyklu, na spokojnie wszystko. Jak nie dostanę a może tak być że ta torbielka mi trochę wydłuży cykl to podjadę jutro po pracy na wymazy i przy okazji zrobię badania krwi. Cholera teraz sobie przypomniałam że kwasu foliowego to tak nie zażywałam za bardzo regularnie. Teraz to po 3 dziennie będę brała w takim razie.
Aha no i nie pokłóciliśmy się z mężem w drodze powrotnej ale mało gadaliśmy i póki co omijamy temat. Może tak lepiej będzie, niech emocje opadną.
1 2 3