Walentynki w OvuFriend!

Jeżeli wykupisz abonament Premium w OvuFriend i zajdziesz w ciążę, będziesz mogła wykorzystać swój abonament w BellyBestFriend, w niesamowitym, w pełni spersonalizowanym, inteligentnym kalendarzu Twojej ciąży!

Promocja trwa do 21.02.2019 roku.

Wykup abonament Zamknij
Pamiętniki Nuuda
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Nuuda
O mnie: W tym roku skończę 30 lat, mężatka od roku.
Czas starania się o dziecko: Od 7/2017
Moja historia: W lipcu 2017 podjęliśmy z moim wtedy jeszcze chłopakiem, że chcemy mieć dziecko. Przestaliśmy się zabezpieczać. Po roku starań bez efektu wybraliśmy się do kliniki leczenia niepłodności.
Moje emocje: Na razie jeszcze dość pozytywne. Trochę jestem podekscytowana, trochę wystraszona, czasami dołuję.

29 stycznia, 12:54

Postanowiłam pisać ten pamiętnik głównie po to, żeby wyrzucać z głowy wszelkie przemyślenia związane z walką o ciążę.

Najśmiejszniejsze w mojej sytuacji jest to, że ja w sumie nigdy nie marzyłam o tym, że będę mieć dzieci. Nie chciałam być matką, a na pewno nie chciałam być w ciąży. Ciąża mnie przerażała. Odkąd pamiętam uważałam, że ciąża to stan nie dla mnie, a słysząc ludzi zachwycających się tym, że czuć ruchy dziecka przez skórę, wzdragałam się, bo dla mnie to było po prostu... straszne. Coś się w tobie rusza, coś w tobie rośnie, wysysa z ciebie energię i, hmm... wartości odżywcze. Wiadomo na koniec tego procesu dostajesz dziecko, więc nie jest to całkiem na darmo, ale nie chciałam przez to przechodzić. Byłam przekonana, że jeśli mi się odwidzi i zechcę jednak zakosztować macierzyństwa to w grę wchodzić będzie wyłącznie adopcja. Bo dzieci lubię i lubiłam zawsze, także to nie to było problemem. Tylko raczej... proces produkcji.

A później, jak każda głupia siksa ze sztampowych komedii romantycznych zakochałam się :) I nagle myśl o ciąży nie była już taka paraliżująca. Stwierdziłam, że w sumie fajnie byłoby stworzyć razem życie, jakkolwiek głupio to brzmi. I wtedy okazało się, że nie będzie zbyt łatwo.

Nawet nie zdziwiłam się, jak po roku starań dalej nie byłam w ciąży. W okresie dojrzewania borykałam się z torbielami na jajnikach, miałam jakieś wahania hormonalne i gdzieś tak w głębi czułam, że hipotetycznego zajścia w ciąże mi to nie ułatwi. Może stąd wziął się ten mój strach przed ciążą? Mój mózg chciał się bronić, tak żebym, gdy już nic mi z tego nie wyjdzie, poczuła ulgę, a nie rozpacz? Dorabiam sobie teraz teorie i ideologie zapewne, ale wolno mi, to mój mózg ;)

Po roku bezskutecznych prób poszliśmy do kliniki niepłodności. Badania hormonów, badania nasienia, badania drożności jajowodów (była przekonana, że okażą się pozapychane, a tu siurpryza - wszystko OK!). W normie, w normie, w normie... Tylko AMH=0,83. Czyli wg dowodu może mam niespełna 30 lat, ale moje jajniki mają inne zdanie. No ale teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie naturalnej ciąży.

Wszystkie badania mieliśmy porobione do końca października, a na wizycie na początku listopada mieliśmy obgadać dalsze kroki. Pani doktor stwierdziła, że możemy się starać dalej przez kilka miesięcy, a jak nie wyjdzie to in vitro. Tymczasem ja z, już na tym etapie, mężem podjęliśmy wspólnie decyzję, że nie chcemy marnować czasu na "być może" i "powinno się udać" - robimy in vitro.

Dostaliśmy skierowania na kolejne badania, w tym kariotypy, na które sporo się czeka, ale rzutem na taśmę, jeszcze w grudniu 2018 rozpoczęłam stymulację do in vitro. Nie było fajnie. Ja igieł nie lubię, nie mogę patrzeć, jak wbijają się w skórę, a tu tyle zastrzyków do zrobienia. Miesiąc później i jestem fachura w iniekcji samodzielnej (co prawda dalej wbijam igłę w ciało z zamkniętymi oczami). Efekt stymulacji: 8 pęcherzyków. Szału nie ma, ale spodziewałam się gorszej lipy. Efekt punkcji: 5 dojrzałych komórek. No i fajnie, cytując klasyka. Wszystkie się zapłodniły, więc cudownie. Jedna podana na świeżo, w trzeciej dobie, reszta hodowana dalej. Do piątej doby przetrwały dwie: 3.2.2. i 3.2.3.

I teraz zaczęło się to, o czym aż tak się nie myśli, przygotowując się do in vitro - czekanie. 2 tygodnie czekania na test ciążowy.

Emocje skrajne, wsłuchiwanie się w swoje ciało, bo a nuż usłyszę, jak się zarodek zagnieżdża. To nic, że to nie ma sensu, może akurat. Tak mnie coś boli w podbrzuszu, a dzisiaj jakby mnie mdli, a jakoś spać mi się chce bardziej niż zwykle, a może jednak... Dupa. Beta nawet nie drgnęła. Noż cholera jasna, czemu to nie może za pierwszym razem wyjść, tylko zawsze pod górkę. W głowie pojawiają się myśli, że dlaczego my, dlaczego innym wychodzi a nam nie, inni mogą naturalnie, a my nie, innym wychodzi pierwsze in vitro, a nam nie... TRZASK! Mentalny policzek. A przypomnij sobie głupia babo historie tych wszystkich lasek z ovu. Jak długo one walczą, starają się, próbują, a ty byś chciała za pierwszym razem. Nie ma tak! Walcz dalej, pokaż, że ci zależy, że to nie tylko jakiś przelotny kaprys. Co ciekawe dopiero po tym pierwszym negatywnym wyniku po raz pierwszy w życiu śniłam o dziecku. Widziałam najpierw pozytywny test ciążowy, później ciążę, poród, biedne dzieciątko z nosem po tatusiu... I głupio to zabrzmi, ale chyba dopiero po tej pierwszej nieudanej próbie ja naprawdę poczułam, że chcę być w ciąży, chcę mieć dziecko, doczekać się wręcz tego nie mogę.

Także najszybciej, jak to było możliwe poleciałam na wizytę i zaczynam przygotowanie do cirotransferu. Tym razem zabieramy obie nasze śnieżynki i wierzymy, że się nie uda.

Ale jak się nie uda, to spróbujemy jeszcze raz, i jeszcze raz. Bo kiedyś udać się musi, nie? :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego, 15:54

30 stycznia, 11:17

3 dc przygotowań do criotransferu
Ciężki dzień w pracy. Od czasu, jak zaczęliśmy in vitro mam problemy ze skupieniem się. W pracy zamiast myśleć o swoich obowiązkach siedzę na ovu (case in point: ten wpis). Przez to popełniam błędy. Nie lubię popełniać błędów. Ludzie się wkurzają, ja się wkurzam, generuje to niepotrzebne negatywne emocje.

No właśnie: praca. Kiedy zaczynaliśmy starania uprzedziłam mojego szefa, że mogę wkrótce zajść w ciążę i nie będzie mnie w pracy. Chciałam być fair, tak jak on zawsze był fair. Tymczasem rok minął i nic. Oczywiście szef nie dopytuje, to kulturalny człowiek jest ;)

W momencie ruszenia całej machiny in vitro zastanawiałam się, jak wpłynie to wszystko na moją pracę. Czy będę musiała brać wolne, chodzić na zwolnienia, itp. Zwolnień ani urlopów na razie nie brałam (oprócz dnia punkcji), chociaż może powinnam. Niemniej jednak moje skupienie na pracy nie jest takie, jak powinno. Wystarczy luźniejsza chwila i moje głowa momentalnie obraca się na kwestię starań. Czy pamiętałam o wszystkich lekach, który to dzień cyklu, kiedy następny krok, jaki jest następny krok... Nie odpoczywam od tego. Na szczęście od mojej pracy nie zależą życia, bo miałabym dużo większe wyrzuty sumienia. Próbuję to zmienić, ale nie mogę, to jest silniejsze ode mnie. Źle mi z tym, bo ludzie na mnie liczą, a ja lekko zawalam.

W pracy wiedzą, że jestem w trakcie leczenia. Nie wiedzą jakiego, ale powiadomiłam ich, że biorę leki, mam problemy zdrowotne i mogę być odrobinę bardziej rozkojarzona niż przywykli. To trochę pomaga. W moim przypadku urlop jest bez sensu - trudno mnie w pracy zastąpić i nawet jeśli pracuję na pół gwizdka to lepiej, żebym była na miejscu. Dla mnie urlop też byłby raczej męczarnią, bo bym całymi dniami siedziała z telefonem służbowy pod ręką i zastanawiała się, czy wszystko jest OK. Cierpię na delikatny pracoholizm, niestety.

Niemniej wszystkim tym, którzy się zastanawiają, czy w trakcie trwania procedury powinni chodzić do pracy powiem: jeśli możecie sobie odpuścić, jeśli da Wam to spokój - weźcie urlop. Przynajmniej na pierwszy raz (i oby więce razów nie bylo trzeba). Nadgońcie zaległości czytelnicze, obejrzyjcie całego Netflixa, pobawcie się z psem/kotem/fretką. In vitro nie boli, leki z reguły nie mają obezwładniających efektów ubocznych, ale głowa jest w innym miejscu, niż zwykle. I to miejsce niekoniecznie sprzyja obowiązkom służbowym.

Wiadomość wyedytowana przez autora 30 stycznia, 11:17

1 lutego, 11:24

Kolejny dzień przygotowania do criotransferu. Ten etap jest niezmiernie nudny. Kurczę nie sądziłam, że będę tęsknić za zastrzykami, ale chyba robienie ich daje mi jakieś takie poczucie, że coś robię, przygotowuję się, daję coś od siebie. Łykanie tabletek nie ma takiego samego efektu psychologicznego. Za każdym razem muszę przeliczać opakowanie, żeby upewnić się, że o niczym nie zapomniałam. Jestem beznadziejna w pamiętaniu o lekach.

Okres już dzisiaj na końcówce. Muszę przyznać, że dał mi popalić w tym miesiącu, wczoraj musiałam nawet wziąć coś przeciwbólowego. Ma to sens, skoro musiało się ze mnie wymyć spasione endometrium. No ale teraz już oczy na front, 11/2 wizyta monitorująca i oby endo było ładne i hormony w normie.

Wczoraj mąż przyznał, że właśnie do niego dotarło, że oto nadchodzi nasza druga i ostatnia próba (bo bierzemy od razu obie śnieżynki) i jak nie wyjdzie to od nowa taniec pingwina. Zabrzmiało to tak ostatecznie. Moje myśli tymczasem od razu powędrowały do pytania: kiedy należy powiedzieć dość? Wiadomo - my jesteśmy teraz na początku tej drogi, pierwsza stymulacja, drugi transfer, zaledwie czwarty miesiąc "życia z in vitro", jeszcze mamy dużo sił. Ale ja dla własnego zdrowia psychicznego muszę mieć już plan B, C itd. Umówiliśmy się z małżem, że pełne próby zrobimy maksymalnie 4. Lekarze i tak są zdania, że po czwartej nieudanej stymulacji skuteczność spada, więc będziemy się tego trzymać. A później może 2 albo 3 próby z komórką dawczyni - to jeszcze punkt do obgadania, bo mąż jest nieprzekonany do dawstwa. I jak to się nie uda to koniec - kupujemy psa;) W naszym przypadku adopcja społeczna odpada; raz, że on nie chce, dwa, że wiek i staż małżeństwa nas dyskwalifikują.

Mam wrażenie, że to, że widzę przed sobą wyraźną drogę z wyraźnym końcem (czy też dwoma, bo jeden - zdecydowanie preferowany - to ciąża, a drugi to niestety bezdzietność po wielu próbach) pomaga mi zachowywać optymizm w tych staraniach. Pomaga mi to zachować spokój, nie załamywać się. Czy będzie to kosztowało kupę kasy? Oczywiście. Czy pójdą na to siły psychiczne, fizyczne i kupa zdrowia. Jak najbardziej! Ale jest plan! Wiem, co się będzie działo krok po kroku, wiem, że ewentualna porażka to tak naprawdę nie porażka, tylko przejście do kolejnego etapu!

Oczywiście wiadomo, jak to jest z planami - my swoje, życie swoje. Ostatnio śmiałam się do męża, że z naszym szczęściem to jak weźmiemy 2 śnieżynki to wyjdą nam z tego czworaczki, na co on odparł: "W sumie nie wiem, jakie my mamy szczęście".

"Zezowate" - odpowiedziałam bez chwili namysłu. Bo jak coś może nie wyjść to nie wyjdzie, ale sobie zawsze z tym jakoś radzimy i ostatecznie wychodzi na nasze. I tego się trzymamy!

2 lutego, 14:13

Jejeje weekend! Mozna siedziec caly dzien w pizamie przed telewizorem i ogladac Punishera albo grac na konsoli. Czasami mysle sobie, ze powinnam zrobic cos produktywnego w tym czasie, moze rozwijac sie, znalezc jakies hobby, nie wiem - szydelkowac, czy cos w tym stylu. Ale koniec koncow mi sie nie chce. Jestem strasznym leniem :/

Z drugiej strony w zyciu chyba chodzi tez o to, zeby byc szczesliwym. A bycie leniem mnie uszczesliwia, przynajmniej na razie. Takie samo podejscie mam do diety. Ostatnio przytylam i chce schudnac, ale ledwo po tygodniu odmawiania sobie slodyczy mam dosc i postanawiam byc gruba i zadowolona. Rozdwojenie jazni :)

A mimo tego, ze nic ze soba nie robie, czekam na weekend z utesknieniem. Bo wreszcie nie trzeba wstawac o 4.30, tylko mozna sie powylegiwac do 7. Bo nigdzie sie nie spiesze, niczym nie musze sie zajac. Reset kompletny. Mentalne oczyszczenie, jakkolwiek krotkie.

A z drugiej strony chcialabym to wszystko wywrocic do gory nogami. Bardzo bym chciala, zajmuje to kazda moja mysl. Chcialabym byc wiecznie zmeczona, niedospana, skupiona tylko na dziecku. Nie spodziewam sie, ze macierzynstwo to tecze i jednorozce. Wiem, ze byloby ciezko, prawdopodobnie ciezej niz mi sie wydaje. Ale kurcze, jak bardzo chcialabym juz moc przekonac sie o tym na wlasnej skorze.

4 lutego, 08:11

Czasami człowiek nie ma siły na nic. Dzisiaj mam taki dzień, że nie mam siły na moją firmę. Normalnie lubię swoją pracę, lubię ludzi, z którymi pracuję i generalnie pasują mi moje obowiązki, ale to, jak bardzo kierownictwo nie rozumie swoich ludzi boli. Zwłaszcza, że sama stoję niejako w rozkroku między pracownikami produkcyjnymi a kierownictwem.

Jak zaczynaliśmy się z mężem starać o dziecko myślałam, że po porodzie i macierzyńskim chętnie wrócę do tej firmy. Teraz coraz częściej myślę, że jeśli do ciąży dojdzie to może to być idealna okazja, żeby zmienić pracę. Bo po prostu mam dość. Zwłaszcza, że zainwestowałam w tę firmę siebie, dałam od siebie sporo, to nie jest tylko praca - może nie powiedziałabym, że jak druga rodzina, ale zależy mi. Ech, szkoda nerwów. Może czas po prostu zacząć myśleć o tej pracy właśnie w takich kategoriach - praca i nic więcej. Nie angażować się za bardzo, bo po co?

A tymczasem lekowanie do criotransferu przebiega chyba dobrze. Co ciekawe, gdy miałam stymulację do IVF ostrzegano mnie, że mogę czuć się pełna i mogą boleć jajniki - nic takiego nie czułam. A teraz, jak niby tylko hoduję endo mam wrażenie, jakbym miała brzuch jak balon. I niedługo chyba będę musiała zrezygnować z przytulanek z mężem, bo normalnie boli :/ Oby to znaczyło, że macica będzie pięknie przygotowana na przyjęcie śnieżynek.

5 lutego, 08:19

Miewam bardzo niewłaściwe myśli ostatnio. A przynajmniej niewłaściwe w okresie starania się o dziecko. Myślę sobie o tym, że może my z mężem nie powinniśmy mieć dzieci. Natura ma jakiś konkretny sposób działania i jednym z jego objawów jest eliminowanie z puli genów nic nie wnoszących lub wręcz wadliwych. W naszym przypadku prawa doboru naturalnego wskazały, że gatunek ludzki nie potrzebuje tego, co my wnosimy. Nasze geny zostały uznane za te do wyeliminowania. A my (jakie to typowe dla homo sapiens) się z tym nie zgadzamy. I robimy po swojemu. I walczymy z prawami natury. Bo to my będziemy stanowić o naszej przydatności, a nie jakiś tam dobór naturalny.

Tylko czy powinniśmy? Może należało zaakceptować prosty fakt wyższości potrzeb gatunku nad potrzebami jednostki. Ale tak naprawdę nie chodzi mi o takie altruistyczne umartwianie się nad dobrem ogółu ludzkości. Tak naprawdę boję się, że karą za tę naszą butę, za tę walkę z naturą będzie dziecko obciążone wadami genetycznymi. Boję się , że w swoim dążeniu do rodzicielstwa zapominamy o dobrobycie tego hipotetycznego dziecka. Czy będzie chciane, wymarzone, kochane? Oczywiście, bez dwóch zdań. Ale czy mogę być pewna, że będzie zdrowe, że nasze problemy z zajściem w ciąże nie odbiją się na nim? No właśnie nie. Trochę mi to spędza sen z powiek, przyznaję. Nie dość, żeby odpuścić, jeszcze nie na tym etapie, ale podejrzewam, że z każdą kolejną porażką (oby ich więcej nie było) te myśli będą coraz silniejsze.

Tak mnie na filozofowanie wzięło przy wtorku, pardąsik :)

6 lutego, 06:52

Zwykle mam dość grubą skórę, nie biorę do siebie bzdur gadanych na mój temat, czy tematy mnie dotyczące. Niemniej jednak wczoraj byłam bliska płaczu. Z wściekłości, żalu, upokorzenia.

Oglądałam któreś wiadomości - akurat omawiali odebranie finansowania in vitro w województwie łódzkim. Przewodniczący sejmiku z ramienia PIS stwierdził, że finansowanie in vitro to sprawa czysto ideologiczna, bo to nie jest metoda leczenia niepłodności. In vitro nic nie leczy, tylko omija niepłodność, występującą W WIĘKSZOŚCI PO STRONIE KOBIETY! Naprawdę jak to usłyszałam, to prawie się poryczałam.

To cholernie boli, kiedy słyszy się gadające głowy, wypowiadające się takim tonem eksperta na temat tego, jak in vitro to jest zachcianka i to jeszcze moralnie niegodna i zła. Tak. Jest moją wielką przyjemnością katować organizm milionem leków, robić sobie po kilka zastrzyków dziennie (jak któregoś dnia musiałam zrobić 4 zastrzyki na raz, to zemdlałam w trakcie - taka to przyjemność), rozkładać nogi przed kolejnymi obcymi ludźmi i dawać sobie wkładać różne instrumenty medyczne w najbardziej intymne części ciała. To jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej. Dobrze, że mamy władzę, która stoi na straży mojej moralności, bo sama bym się pogubiła.

Od lat mowa jest o tym, że problem niepłodności rozkłada się w zasadzie 50-50 między mężczyzną, a kobietą. Ale nie w Polsce! Nie, u nas mężczyźni są jurni i płodni, zapładniają żony i narzeczone w zasadzie samym spojrzeniem. To te złe baby nie chcą w ciążę zachodzić! Bo nie chcą być matkami! Bo kariera, bo figury szkoda, bo nie chcą odpowiedzialności! Jak można gadać takie bzdury. Jak można wypowiadać się na tak delikatny temat z takim tonem lekceważenia. Niepłodność jest w niechlubnej czołówce najbardziej niszczących psychicznie chorób (zaraz po raku i AIDS). A tu wychodzi taki buc i mówi, że woli dać 2 miliony na naprotechnologię, bo to nie jest kwestia medyczna, tylko ideologiczna?! Nie hejtuję naprotechnologii - jak komuś pomaga to super. Ale to podzielcie chociaż środki po równo, żeby skorzystali zarówno ci, którzy do in vitro nie podejdą z różnych względów, a liczą, że naprotechnologia im pomoże, jak i ci, którzy bez in vitro o dziecku nie mogą nawet marzyć.

No i oczywiście wieczny argument, że można adoptować. Można - jeśli się kwalifikujesz. Kiedyś sprawdzałam w ośrodku adopcyjnym, jakie trzeba spełniać warunki, żeby adoptować dziecko. Wyłożyłam się w zasadzie na samym początku, bo trzeba mieć poniżej 40 lat i co najmniej 3-letni staż małżeński. Na nasza trzecią rocznicę to mój małż będzie już miał 41 lat. Zresztą adopcja jest dużo trudniejsza, niż się wydaje, nie każdy się do tego nadaje.

Ale dzięki panu wszystkowiedzącemu z telewizji podjęłam jedną ważną decyzję - nie będę nigdy wstydzić się tego, że podchodzę do in vitro. Czy się uda, czy się nie uda - nie zamierzam tego ukrywać. Niepłodność to problem, ale nie jest to powód do wstydu dla mnie, czy męża. Jeśli ktoś powinien się wstydzić, to ludzie stojący u władzy, którzy nie potrafią i/lub nie chcą pomóc obywatelom, w których imieniu występują.

Nie to nie, bujajcie się, sami sobie poradzimy!

8 lutego, 07:35

Dzisiaj mój mężu ma urodziny. Kończy 39 lat. Za tydzień z kolei urodziny mają moja mama i babcia. Jak podchodziliśmy do pierwszego transferu to wyliczałam sobie, że jeśli by się udało to mniej więcej teraz bylibyśmy w stanie pierwszy raz usłyszeć serduszko naszego dziecka. No ale z tych wyliczeń nic nie wyszło, więc musiałam rozejrzeć się za innym prezentem ;)

Po pracy zamierzam zabrać męża na jakiś obiad, kupić torta i spędzić wieczór na wymyślaniu marzeń na następny rok. Wiem, co będzie na pierwszym miejscu, ale na tym jednym pragnieniu życie się nie kończy. Ja miałam plan zostać mamą przed 30stką - nie wyjdzie nam to, niestety. Ale może uda się do 40stki męża. A poza tym może jakieś wakacje? Dziwnie to brzmi, ale my nigdy nigdzie razem nie wyjechaliśmy. Poznaliśmy się, po dwóch miesiącach już razem mieszkaliśmy a po niespełna roku zaczęliśmy starania o dziecko, ale nigdy nie byliśmy razem na wakacjach. Ba - nawet nie zaliczyliśmy żadnego wypadu weekendowego! Trzeba to kiedyś nadrobić. W kwietniu chcemy pojechać do Poznania na Pyrkon. Znaczy - bardziej ja chcę, a on musi XD Zawsze to jakiś początek.

Czas jest bardzo dziwnym zjawiskiem przy okazji starań o ciążę. Z jednej strony pędzi niesamowicie - no bo przecież dopiero mieliśmy 18 lat, a tu BACH - jesteśmy za starzy na wpadkę. A z drugiej strony każdy dzień trwa tydzień. Odmierzany 8 godzinnymi okresami między przyjmowanie kolejnych leków. Każdy miesiąc odmierzany okresem i owulacją. 2 tygodnie czekania na wizytę monitorującą przed transferem ciągną się już trzeci miesiąc ;) Ale jak spojrzeć na kalendarz -kurczę, kiedy minął styczeń?!

Takie są efekty skupiania uwagi na tylko jednej rzeczy, jednym aspekcie życia. Zatracamy się w staraniach a w międzyczasie życie przecieka nam przez palce. A przecież posiadanie (lub nie posiadanie) dzieci nie powinno nas definiować całkowicie. Powinnam mieć jakieś swoje zainteresowania, pasje, marzenia, taki stary dobry bucket list - wszystko, co chcę zrobić do 30, 40, 50. Podróżować, skoczyć na bungee, pojechać na safari, zobaczyć piramidy - gdzie się podziały te wszystko plany? Ostatnie miesiące to takie kompletne zafiksowanie się na ciąży, że już nawet nie pamiętam kim chciałam być, jak dorosnę.

Próbuję sobie powtarzać, że muszę się wyluzować, odpuścić, skupić trochę na sobie, na tym kim ja jestem i chcę być w oderwaniu od marzeń o ciąży. To wszystko pięknie brzmi w mojej głowie, ale później i tak spędzam dnie przeglądając forum, czytając porady na polepszenie stanu organizmu i wspomaganie implementacji, itd. itp. I wiem, że mój mąż ma podobnie.

Czasami zastanawiam się jednak w jakim stopniu jego marzenie o dziecku jest tak naprawdę odpowiedzią na moje pragnienia. Ja chcę mieć dziecko, a on - ponieważ chce żebym była szczęśliwa - też bardzo chce je mieć. Dla mnie. Przychodzi mi czasami do głowy, że może tym swoim dążeniem (naszym dążeniem, ale jednak jakoś rozpoczętym przeze mnie) coś mu odbieram, jakąś beztroską radość życia. Czy to bez sensu, gadam bez sensu? Może. Wiem, że on chce mieć dziecko, nie jest mu ta sprawa obojętna. Ale wiem też, że to jak bardzo ja chcę mieć dziecko jakoś wzmacnia jego dążenie do tego, skupienie na tym. Boję się, że odbieram mu jego wolną wolę, jego samego i robię z niego takie przedłużenie siebie. Kurczę, ale bredzę.

Mam totalny mętlik w głowie, za dużo tych hormonów, robią mi wodę z mózgu :/

11 lutego, 12:34

Uff, nareszcie monitoring za mną. Na szczęście wszystko jest OK, transfer śnieżynek ustalony na 18/2. Zostałam obstawiona kolejną monumentalną ilością leków. Od Walentynek zaczynam przyjmowanie wszystkiego. Bo nie ma nic bardziej romantycznego niż robienie sobie zastrzyków. Ale tak naprawdę jestem bardzo zadowolona - nie trzeba nic odkładać, wszystko idzie zgodnie z planem, organizm reaguje na leki tak, jak powinien. Skutki uboczne, które miałam jeszcze tydzień temu (okropne bóle żołądka) minęły, mam przypływ energii i wzrost optymizmu.

Za 3 tygodnie wszystko będzie jasne - w te albo we wte.

14 lutego, 08:06

Ech, jak mi się to wszystko dłuży. Jest już ustalony dzień transferu, urlop wzięty, psychicznie przygotowana jestem a wręcz doczekać się nie mogę, a tymczasem ten tydzień dłuży się niesamowicie.

Dobrze chociaż, że od dziś włączam kolejne leki - jakkolwiek dziwnie to brzmi daje mi to poczucie, że coś się zmienia, coś się dzieje, idzie do przodu. Kurczę te dwa tygodnie między transferem a testem ciążowym będą straszne :) Jak się podchodzi do in vitro nikt nie uprzedza, że najgorsze w tym wszystkim jest czekanie. Spodziewałam się niewygody z powodu ciągłych dojazdów do lekarza i konieczności organizowania kolejnych urlopów, spodziewałam się bólu z powodu zastrzyków, badań, zabiegów, itd., spodziewałam się nawet smutku po ewentualnych niepowodzeniach. Nie spodziewałam się nudy i tego, że każdy tydzień będzie trwał w nieskończoność. Mam wrażenie, że przez miesiąc postarzałam się o trzy lata :) Próbuję zajmować głowę czym innym, ale jakby na dodatek, dla utrudnienia życia, mam niespotykany przypływ energii (od tego estrofemu). W pracy kocioł, w głowie kocioł, powinien mi czas uciekać jak głupi.

No ale uff, jeszcze tylko jutro, weekend i odbieramy śnieżynki.

18 lutego, 16:02

No i jakos dozylam do dnia transferu. Wszystko poszlo gladko, oba zarodki rozmrozily sie bez problemow i wznowily podzial, takze podano mi oba.

Oczywiscie calkiem bez przebojow byc nie moglo. Ostatnio na transfer jechalam swoim samochodem, ale jako ze rzadko jeszcze do duzego miasta i poruszanie sie w duzym ruchu odrobine mnie stresuje stwierdzilam, ze tym razem sobie tego oszczedze. Do kliniki pojechalam busem i taksowka, a z powrotem stwierdzilam, ze koniecznie wracamy pociagiem, bo w busie za bardzo trzesie. I nie wiem, czy to wynikalo z tego, gdzie siedzielismy, czy po prostu sklad mial gorsza amortyzacje, ale przy kazdym zwalnianiu do stacji trzeslo niemilosiernie. A ja cala sztywnialam, zaklinajac te nieszczesne kropki, zeby sie mocno trzymaly i nie daly sie wytrzasnac.

A teraz siedze sobie spokojnie i odpoczywam po dniu pelnym wrazen. Jest piekny dzien, bezchmurne niebo, slonce swieci - wezme to za dobry omen.

Dzisiaj, 11:39

1 dzień po transferze: blastocyst wychodzi z otoczki.

To znaczy w teorii powinien wychodzić. Mam nadzieję, że oba moje kropki wprowadzają teorię w praktykę.

Czuję się normalnie, nic nie boli, nic nie ciągnie, żadnego dyskomfortu. Jednak transfer crio jest pod tym względem fajniejszy - poprzednim razem jeszcze odczuwałam ból po punkcji na tym etapie. Chciałabym móc poczuć albo podglądnąć jak tam sobie te zarodki radzą. Są jeszcze? Próbują wyłazić z otoczki? Nie obumarły? Strasznie wnerwiające jest to, że nie mogę już nic zrobić, by im pomóc. Jasne - łykam przepisane mi leki, oszczędzam się i staram się z całej siły pozytywnie myśleć, ale tak naprawdę wszystko w rękach natury. Oszukaliśmy ją, ile mogliśmy, graliśmy znaczonymi kartami, ale koniec końców od niej wszystko zależy. Mam nadzieję, że ma dobry humor :)
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)