X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Pamiętnik, by nie zapomnieć
Dodaj do ulubionych
WSTĘP
Pamiętnik, by nie zapomnieć
O mnie: Mam 29 lat (jeszcze). Kocham swoją pracę, ale jeszcze bardziej uwielbiam, kiedy moje plany się spełniają. Czas jednak pokazał, że to, co planujemy rzadko spełnia się, bo tak chcemy. Trzeba pogodzić się z tym, co nam jest pisane. Do 01.2022 wyłącznie żona, córka, siostra. Od 02.2022 szczęśliwa żona, córka, siostra i mama ♥️
Czas starania się o dziecko: Od 06.2019
Moja historia: *początek może nie być o ciąży, ale na nią wpływa* Od zawsze byłam optymistką, która uwielbiała mieć wszystko poukładane, zaplanowane, na każdą możliwość i każdą ewentualność. Długi czas się to udawało. W liceum - uczyłam się, udzielałam korepetycji, spotkałam ze znajomymi. Podczas studiów - pracowałam, nadal udzielałam korepetycji i uczyłam się do egzaminów. Z czasem była to nie jedna praca, a dwie. Po studiach zajęłam się pracą - jedną, drugą i dalej pomagałam dzieciom w nauce. Wszystko to wyglądało tak, jakby moja doba miała co najmniej 48h. Dziś, jak patrzę z boku to zastanawiam się, jak to jest możliwe, że ja w tym wszystkim jeszcze tworzyłam związek z moim obecnym mężem! Chociaż teraz wcale nie jest lepiej - pracuję na etacie, mam swoją działalność, ciagle coś. Momentami zastanawiam się, czy ja po prostu nie umiem inaczej? Ale mniejsza o to.. Rok 2016 był dla mnie najgorszym rokiem, jak do tej pory. Pamiętam jak dziś, że miałam mieć egzamin z Funduszy Europejskich - 04.06.2016 - zanim wyszłam, stwierdziłam, że jeszcze skorzystam z toalety i będąc w łazience pomyślałam o mamie - w tym momecie zadzwonił mi telefon "madre :***". Nie wiem czemu, zanim odebrałam obleciał mnie strach, jakbym wiedziała, że ten telefon odbierze mi siły. Odebrałam i usłyszałam "tatę zabrało pogotowie, jadę do szpitala". Niewiele myśląc odpowiedziałam, że napiszę tylko egzamin i zaraz tam będę. Szybki telefon do kolegi - 20 minut później byłam na uczelni, kolejne 5 minut później po egzaminie. Dojechałam do szpitala, weszłam na drugie piętro i zobaczyłam mamę, czekającą z niecierpliwością. Spojrzała i powiedziała "lekarz mówił, że ma rozległy zawał". Zaraz po tych słowach w mojej głowie zaczęły kłębić się myśli "tato, nie odchodź. Boże, nie zabieraj go nam". Nie wiem ile czasu minęło, ale wyszedł lekarz i poprosił moją mamę, mnie nie pozwolił wejść. Usiadłam i czekałam, ale czułam, że nie będzie to dobra wiadomość. Przecież gdyby była to powiedziałby to na korytarzu, pozwolił mi go zobaczyć. Chwilę później słyszałam płacz (chociaż do dziś nie jesten pewna, czy to nie było złudzenie), a potem widziałam, jak korytarzem prowadzą moją mamę do pokoju, w którym znika, choć nie na długo. Wychodząc w moją stronę tłumiła łzy. Gdy podeszła, przytuliła, a ja zdążyłam tylko wydukać "nie mów mi tego, nie chcę tego słyszeć". Chwilę potem usiadłyśmy, czekając, co dalej. Zapytali, czy chcemy coś na uspokojenie, nie chciałyśmy. I w tym momencie odezwał się mój telefon "Fratello :***" i mówi "źle wsiadłem w autobus, jestem pod domem, zaraz mam następny", nie wiedziałam, co mu powiedzieć. "- Wróć do domu, zaraz będziemy z mamą, nie jedź. - Ale co się stało? - Proszę, wróć do domu. - Ale co się stało?! Powiedz mi! - Wróć do domu, proszę. Obiecaj, że będziesz tam na nas czekał (tak bardzo się o niego bałam, miał tylko 15 lat). - Ale powiedz mi co się stało? Dlaczego mam nie jechać? - Tata nie żyje." i w tym momencie telefon się urwał. Zapytałam mamy czy jest w stanie prowadzić samochód, odparła, że tak. Wsiadłyśmy i pojechałyśmy. Mogłabym opisywać dalej, co się działo, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że widziałam tatę dzień wcześniej, wszystko było w porządku, w niedzielę mieliśmy jechać oglądać samochód. Żałuję do dziś, że tak mi się wtedy spieszyło. A wszystko przez to, że ciągle coś robiłam - jedna praca, druga praca, korepetycje.. To był pierwszy raz, kiedy nie przewidziałam takiej możliwości. Zawsze byłam przygotowana na wszystko, na wszystko! Ale nigdy nie brałam pod uwagę śmierci taty, a już na pewno nie w wieku 48 lat. Od tamtej pory sypało się wszystko. Miałam wziąć ślub do 25 roku życia, zaraz potem zajść w pierwszą ciążę, a stało się zupełnie inaczej. Mój tata miał plany - zaprowadzić mnie do ołtarza, ciągle wypytywał o zaręczyny (mój obecny mąż nawet mu to obiecał, ale nie zdążył), chciał chodzić z wózkiem na spacery. Nic już nie było takie samo. I choć minęły 4 lata, ja już nie umiem NIC zaplanować, NIC już nie jest po mojej myśli, wszystko się pochrzaniło..
Moje emocje:

14 sierpnia 2020, 00:22

Sylwester 2016, 23:59
W głowie kłębiły mi się myśli "może się oświadczy, przecież obiecał tacie" - tak się nie stało. Ból, złość, smutek, sama nie wiem, co wtedy czułam. Wiedziałam tylko, że nie zdążę zrealizować planów, by wyjść za mąż do 25 roku życia.

Oświadczył się w kolejnym roku, sierpień 2017. Nie mogę powiedzieć, były to piękne zaręczyny. Pierwszy rok, kiedy mama została sama na wakacje. Postanowiliśmy, że pojedziemy wszyscy razem. I tak, mój obecny mąż, wpadł na to, aby iść ze mną na wschód słońca. Kupiliśmy kilka dni wcześniej białe wino, a potem wyczekiwaliśmy dnia. Pierwsza próba nieudana - za późno wstaliśmy, druga próba nieudana - chmury, pogoda nieciekawa (nawet wspominałam, że może darujmy sobie wschód, idźmy na zachód, ale obecny mąż się uparł, że wschodu nie widział), więc podejście numer trzy - zdążyliśmy. I tak leżymy na kocyku, pijemy wino, aż zza moich pleców słyszę "Wiesz kochanie, bo ja chciałbym mieć z Tobą dzieci, zostaniesz moją żoną?". I teraz wyobraźcie sobie, że się odwracam, a on klęczy z tym pierścionkiem. Mnie napłynęły łzy do oczu i zamarłam. W końcu pytanie:
"- odpowiesz mi?
- ale na co?
- no, zadałem Ci pytanie.
- jakie pytanie? yy."
Potem go już tylko przytuliłam, powiedziałam "tak" i tak leżeliśmy dalej. On szczęśliwy, a ja skonsternowana, jakie zadał mi pytanie (kompletnie nie umiałam tego sobie przypomnieć! Takie zrobił na mnie wrażenie.)
Dodam, że kilka dni go prosiłam, żeby mi przypomniał. Tego dnia, byłam szczęśliwa - podwójnie. Stałam się narzeczoną - to raz. A dwa.. W nocy obudziłam się z przyjemnym bólem, jakby ktoś mnie cały czas mocno przytulał, patrzę, ale mój narzeczony daleko, po drugiej stronie łóżka - teraz wierzcie lub nie - to był mój tata!

14 sierpnia 2020, 00:52

Minął miesiąc, usiedliśmy i zaczęliśmy snuć plany o ślubie. Zawsze, jak rozmawialiśmy to wiedzieliśmy, że chcemy pobyć w tym narzeczeństwie dwa lata.
Zaczęliśmy więc od zaplanowania daty - i tu wracamy do moich dziwnych planów, które się nie spełniają - otóż od zawsze wiedziałam, że chcę wziąć ślub w czerwcu. Ale.. No właśnie! Ponieważ rok był juz po moich 25 urodzinach, to ani 8, ani 15, ani 22 czerwca mi się nie podobał. Nie umiem tego wytłumaczyć, te daty po prostu do mnie nie przemawiały. W głowie miałam tylko dwie daty czerwcowe - 26.06 (ale to już minęło) i nieszczęsny 04.06. Ostatecznie mój ówczesny narzeczony powiedział "to zobacz sierpień, może tam Ci się coś spodoba" i to był strzał w dziesiątkę! Dokładnie 2 lata od zaręczyn, sobota, co do dnia! Uznaliśmy to za przeznaczenie i taką datę wybraliśmy.

Potem były już tylko przygotowania do ślubu i wyczekiwanie, na ten pierwszy raz, bez zabezpieczeń, swobodnie. Bo choć nie jestem super-ekstra-wierząca to zawsze powtarzałam, najpierw ślub, potem dziecko, powoli.

Nie obyło się przez te dwa lata bez płaczu, sam ślub wywoływał tyle emocji, że niewiele z niego pamiętam. Tata nie zaprowadził mnie do ślubu, nie było oficjalnych podziękowań dla rodziców, nie było tańca ojca z córką, nie było do końca tej radości, która miała być, ale przetrwaliśmy - mówię my, bo mam na myśli mnie, moją mamę i mojego już męża, bo jego tata zmarł, kiedy miał 15 lat, zatem mój tata był dla niego też tatą - to z nim uczył się kłaść kafelki, rozmawiał o samochodach. Tak czy siak, cieszę się, że dziś już wiem, że byliśmy rodziną przed ślubem, że mój tata był dla niego tatą, a mój mąż dla taty zięciem.

I po ślubie się zaczęło, najpierw powoli, bez stresu, cieszyliśmy się sobą, swobodą, miłością. Chociaż sama podróż poślubna była znów nie moim planem. Wszystko planowałam zawsze z dużym wyprzedzeniem, wakacje, prezenty - często już w marcu wiedziałam, co kupię każdemu pod choinkę! Ale cóż.. Znów przeżyłam i stwierdziłam, że może w końcu się to zmieni. Może ti tylko pasmo zdarzeń, które w końcu wrócą na swoje właście tory.


Mamy zatem nowy plan - zajść w ciążę do roku po ślubie. No cóż.. Mogę powiedzieć, że teoretycznie mam kilka dni jeszcze, ale.. Nie oszukujmy się! Dziś wiem, że to kolejna rzecz, która się nie spełni. I tu pojawia się już problem, dochodzimy do dziś dnia.

Choruję na autoimmunologiczną chorobę, wiem z czym się mierzę, że może to mieć wpływ na poczęcie dziecka. I pewnie, między innymi, dlatego się stresuję i denerwuję, że nie wyszło zgodnie z planem.
Żeby jednak nie było tak źle, powiem, że od 01.08.2020 przestałam tyle pracować, zwolniłam się z pracy, aby zmniejszyć stres (utrzymam się z dzialalności), muszę tylko wytrzymać do końca sierpnia, aby pozamykać wszystkie tematy i zacząć żyć. Dosłownie żyć! Ostatnio, gdy mąż zadał mi pytanie "Misiu, żyjesz?" to odpowiedziałam, zgodnie z tym jak się czułam "nie, tylko egzystuję" - i to był przełom!

Zobaczymy, co będzie dalej. Pomyślę nad nowym planem (moglibyście teraz powiedzieć, że mam przestać planować i po prostu żyć, ale nie potrafię. Ja się po prostu źle z tym czuję), ale może spokojniejszym, bardziej elastycznym.

Właściwie jeden już jest - zostać mamą do 30. Nie jest chyba źle? Mam jeszcze 2 lata 😊

Wiadomość wyedytowana przez autora 14 sierpnia 2020, 00:53

11 lipca 2021, 21:08

11.07.2021 - dzień, który ja i mój mąż zapamiętamy na zawsze. Dzień, w którym pierwszy raz na głos powiedziałam, że "jestem w ciąży". Dzień, w którym on dowiedział się, że będzie tatą.

To był dziwny cykl - zaczął się 13.06.2021, przewidywana wstępnie owulacja 25.06.2021 (dzień wesela). Zaczęłam robić testy owulacyjne trochę wcześniej, nic nie pokazywały - w dniu wesela, nie zrobiłam (miałam zwyczaj robić je późnym wieczorem). Potem kolejne dni i kolejne. Testy owulacyjne rano coraz bliższe pozytywnego, wieczorem blade jak śnieg. Uznałam, że chyba będzie to cykl bezowulacyjny, ale na szczęście miałam wizytę u ginekologa 01.07.2021 - wtedy tak myślałam. Niestety w dniu wizyty, odwołano ją - wróciłam do testów. 19dc - test w końcu pozytywny! Czyli owulacja jutro (02.07.2021) - można działać. Pojechaliśmy do Zakopanego. Będąc tam i spacerując po Krupówkach powiedziałam: "wiesz Misiu, nie będzie prezentu na urodziny, ale może uda się na rocznicę? A jak nie to na moje urodziny? A jak nie to na jakąś inną okazję." Wróciliśmy do domu i 05.07.2021 kręciło mi się w głowie. Kolejny dzień - to samo. Pomyślałam sobie wtedy, w trakcie dnia: "zrobię z siebie wariatkę, ale ch*j tam - zrobię test. I tak nie wyjdzie, w końcu jestem 4dpo". Jakie było moje zdziwienie, kiedy pojawiła się druga kreska. Druga kreska, której nie musiałam się doszukiwać! Siadłam i stwierdziłam, że to przecież niemożliwe. Test musiał się pomylić. Powtórzyłam kolejnego dnia - delikatnie ciemniejsza. I właśnie wtedy - 06.07.2021 poszłam zrobić beta-HCG. Kiedy dostałam wynik, łzy napłynęły mi do oczu, a ja zaczęłam się cała trząść - 43,9! Kolejny dzień - zawroty głowy nie ustępują, wieczorem w toalecie zauważyłam śluz - myśl: "czyli po wszystkim..". Jednak kolejnego dnia, gdy przez całą noc więcej plamienie się nie pojawiło, poszłam powtórzyć badanie. Na wyniki czekałam ok. 2h, przyszły - 144,8!

Jeszcze w piątek, poszłam na zakupy - kupiłam, co trzeba i czekałam do niedzieli.

11.07.2021

Mąż pojechał do pracy, a ja zabrałam się za sprzątanie. Umyłam włosy, ubrałam sukienkę i czekałam aż wróci. Na stole leżała torebka z prezentem (dla zmyłki kupiłam mu pasek do spodni). Odpakował, podziękował, dał buzi. Kiedy posprzątałam po kolacji, w drodze powrotnej wstąpiłam do swojego gabinetu po właściwy prezent. Weszłam do salonu, położyłam go przed nim na stole i powiedziałam: "żartowałam z tym prezentem. Tutaj masz właściwy prezent na urodziny".

33b07de22bd8.jpg
Nie byłby sobą, gdyby nie zaczął trząść pudełkiem :D, więc powiedziałam by tego nie robił, tylko delikatnie rozpakował. Tak zrobił. Otworzył pudełko, przybliżył je do siebie i się zaczęło:

K - no co ty gadasz? Nie gadaj, że jesteś w ciąży!
P - tak Misiu, jestem w ciąży. *ze łzami w oczach i łamiącym się głosem*

Wstał z kanapy, podbiegł do mnie, mocno przytulił i powiedział:
K - naprawdę jesteś w ciąży? Nie żartujesz?
P - nie Misiu, naprawdę jestem w ciąży. Pokazać Ci wyniki badań?
K - tak, pokaż. *chwila namysłu* Tyle mówiłaś, że chciałaś mi dać taki prezent na urodziny. Udało Ci się, wymarzyłaś go sobie. To najpiękniejszy prezent, jaki mogłem dostać! Dziękuję. Kocham Cię.

I tak staliśmy w tym uścisku, ze łzami w oczach, uśmiechami na twarzy jakąś chwilę. Gdy już pierwsze emocje opadły powiedział, że więcej na brzuszku mi leżał nie będzie. Dopytywał o każdy szczegół, kiedy zrobiłam badanie, jak wyglądały testy, po co dzwoniłam do lekarza - układał w puzzle to, co ja przez 6 dni przed nim ukrywałam - jak widać - udało się.
Jak zapytałam, czy się domyślał to odpowiedział: "jestem tylko facetem". Śmiałam się, że sam wiózł mnie na badania i nie był tego świadom.

Jako ciekawostkę dodam, że gdy przyszedł do nas kot, wziął go na kolana i powiedział: "Kot, będziesz spał z młodym?"
Przypadek, czy nie?

Gdy położyliśmy się spać, przytulał się. Czułam, jak mocno mnie łapie, tylko po to, żeby za sekundę dotykać mnie delikatniej. Boi się. Powiedziałam, że nie musi się martwić, może mnie mocno przytulić. Tak zrobił. A to był uścisk, który pamiętam z dnia, kiedy pierwszy raz zasnęliśmy w swoich ramionach. Cały czas się uśmiechał, ja zasnęłam. Z uśmiechem na twarzy i dobrą myślą.

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 lipca 2021, 15:24

12 lipca 2021, 15:41

Wstaliśmy późno, wczorajszy dzień był bardzo emocjonujący.
Gdy tylko się obudziłam, mąż spojrzał na mnie i powiedział: "śniło mi się, że jesteś w ciąży".
Nie Misiu, nie śniło Ci się.

Wczoraj długo rozmawialiśmy o tym, kiedy mogło dojść do zapłodnienia. Analizował ze mną wykres, testy owulacyjne, ciążowe. Powiedział, że nie patrzył na napis na koszulce, bo widział test. Pytał, jak sobie poradzę z pracą, co z klientami. Co, jeśli będę musiała iść na zwolnienie lekarskie, bo przecież ciąża zagrożona. Dopytywał, czy mogę pić kawę, że powinnam dobrze jeść, sypiać. Pytał, kiedy idę do lekarza, kiedy powiemy mamom. Jak o tym powiemy. A najsłodsze było pytanie, czy będziemy robić co tydzień zdjęcia brzuszka. 🙈
Jeeju, do niego chyba to też dociera tak samo powoli, jak do mnie.
Jeszcze przed snem powiedział, że ubierze tę koszulkę do pracy. Na szczęście w porę się opamiętał, bo pracuje w jednej firmie z moim wujkiem, a tam wieści szybko się rozchodzą (a podobno kobiety to plotkary).
Kładąc się wczoraj spać powiedział: "Kocham Was", a mnie łzy stanęły w oczach.

Z biegiem czasu myślę sobie, że ostatni czas mnie nie rozpieszczał. Tyle chorób wynalezionych, same przeszkody, słowa lekarza "w Pani przypadku starania na ten moment są zabronione, bo zagrażają życiu i zdrowiu". Ale zwalczyłam to wszystko! Udało się. I zostało mi to wynagrodzone. Nam zostało wynagrodzone.

Wiem, że te ostatnie wpisy są chaotyczne, ale nie umiem tego zebrać w jedną całość - wyszłoby z tego opowiadanie 🙈

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 lipca 2021, 15:42

13 lipca 2021, 17:42

4+3
Wizyta na NFZ u ginekologa - tragedia. Pogadał, zapisał wszystko, wypisał receptę i kazał przyjść za 2 tygodnie. Absolutnie żadnego badania.

Wyszlam stamtąd taka zniesmaczona. Wiedziałam, że może nie być widać nic, ale może widać byłoby endometrium, cokolwiek!
Wróciliśmy do domu i siadłam na łóżku jak zbity pies. W końcu mąż zapytał, czy będę tak ciągle myśleć. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że tak.

"Zamawiaj wizytę i zawiozę Cię do Katowic". I pojechaliśmy. Pani Doktor bardzo miła, uprzejma, wyrozumiała (trochę się bałam, bo powiedziałam jej, że chodzę do innego ginekologa), ale mimo wszystko wykonała USG. Najpierw powiedziała, że jest bardzo wcześnie i może nie być nic widać, ale oczywiście badanie zrobi. Patrzyła, patrzyła, aż w końcu powiedziała, że jednak coś widzi. Włączyła mi monitor i pokazała moje szczęście!

Pęcherzyk ciążowy, w macicy - 2,1mm ❤️
Łzy napłynęły mi do oczu, ale jestem już spokojna. Teraz cierpliwie zaczekam na swojego lekarza, to będzie już 7tc.

A tu moje malenstwo:

f934f55d6c3a.jpg

29 lipca 2021, 19:10

6+4

W międzyczasie byłam na wizycie u innego lekarza prywatnie oraz na NFZ. Ta ostatnia wizyta wprawiła mnie w ogromne poczucie strachu - widać było WYŁĄCZNIE pęcherzyk ciążowy, bez żółtkowego.

Dziś jednak mialam wizytę u swojego ginekologa. Nie obyło się bez płaczu - łez radości. Zobaczyłam swojego maluszka. Ma już 0,5cm! Wszystko jest w porządku, a serduszko bije. ❤️
Wracając, cała drogę płakałam. Tak bardzo jestem szczęśliwa. Jeszcze rano tak bardzo się bałam.

Kamień spadł mi z serca. Mogę w końcu odetchnac, choć nie obiecuje, że obędzie się bez paniki 🙈
Mam zakaz stosunków, lotów samolotem. Mam na siebie bardzo uważać. Nie muszę brać żadnych innych wspomagaczy, bo wszystko jest prawidłowe i nie ma konieczności dodawania mi kolejnych leków, bo i tak mam ich już sporo.

Boże! Jak ja Ci dziękuję, że przy mnie jesteś ❤️

Poznajcie naszego maluszka 🥰
99f2bdf28d03.jpg

11 sierpnia 2021, 23:55

8+4
Poprzedni tydzień był bardzo intensywny. Byliśmy na działce. Mąż miał pomóc przy remoncie, a ja odpoczywać. Generalnie tak było, ale nie mogło obyć się bez strachu..

W sobotę wujek stwierdził, że umili mi pobyt i zamontuje kokon, żebym się pobujała. I tak się pobujałam, że spadłam.. Łańcuch się chyba przesunął i runęłam na tyłek. Na szczęście jakieś 30cm.
W pierwszej kolejności zaczęłam się śmiać, ale gdy emocje opadły zaczęłam się martwić, czy na pewno wszystko jest okej.. W końcu to jeszcze zagrożony czas, do tego zagrożona ciąża 😔 do końca wyjazdu nie robiłam nic, kazali mi uważać na wszystko, łącznie z emocjonalnymi ruchami rękami.

Wczoraj byłam na wizycie NFZ - wszystko w porządku.
Dziś prywatnie - maluszek ma 2.16cm, ma się świetnie, a serduszko puka jak należy ❤️ kamień spadł mi z serca, że nic mu nie jest.
Co prawda według rozmiarów ma dwa dni więcej, ale to nic takiego, nie ma się czym przejmować 😊

Najgorsze jest tylko to, że mam podwyższone ciśnienie (wraca to, co było przed ciąża) + to, że nie tyję. Moja waga wynosi 45,5kg przy wzroście 154cm. Uwierzcie mi, nie głoduje, jem to, na co tylko mam ochotę i nic 😔
Ale nie będę się tym narazie przejmować, bo maluszek rośnie, czyli jest dobrze odżywiony. Może on zjada to, co ja powinnam przytyć? 🙈

Do tego od wczoraj męczy mnie migrena.. Przed ciąża też się zdarzała, ale nie była tak silna. Kończyła się na swiatlowstrecie, ogólnym rozdrażnieniu. Wczoraj i dziś przeszła sama siebie.. Mdli mnie, płaczę z bolu i bezsilności. Cała noc przespałam w plastrze chłodzącym, wzielam 2 tabletki apapu, ale on pomaga na pół godziny. Jak sobie radzić, gdy wcześniej sięgałam po ketonal albo nimesil? Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Hej ciocie! Mam już rączki, nóżki, a moje serduszko bije 178 razy na minutę. ❤️ Pozdrawiam Was serdecznie!

7963eb568879.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 sierpnia 2021, 14:25

9 września 2021, 20:12

12+5 - prenatalne I trymestru

Dzień zaczął się nie najlepiej. W nocy koszmary dotyczące poronienia, ból kręgosłupa (to z mojej winy, bo za dużo pracowałam), a w efekcie niewyspanie. Poszliśmy z mężem na 14:40 do przychodni. Tam wypełnienie ankiety i bla bla bla.
O naszej godzinie weszła jakaś inna para, więc summa summarum weszliśmy o 15.
Bardzo miły Pan doktor zaczął podglądać maluszka i pokazywać wszystko po kolei - buzia, rączki, nóżki, żołądek, mózg, serce itd. Najbardziej stresowałam się ryzykami - chyba każda z nas tak ma.

W każdym razie przezierność karkowa, kość nosowa - w porządku! Co za ulga - kamień z serca, według USG bardzo niskie ryzyko wad genetycznych. Dodał, choć maluszek nie współpracował mimo zjedzenia ptysia i wypicia pół szklanki coli, że prawdopodobnie będzie dziewczynka (na 80%) - zobaczymy, co będzie dalej. Jeszcze chyba nie przywiązuję się do tej myśli, ale to bardziej ze względu na to, że jednak nadal nie wierzę, że to się dzieje.
CRL odpowiada OM. USG różni się od OM o jeden dzień - także jak to Pan Doktor stwierdził "lubimy takie sytuacje, bo nie mamy wtedy wątpliwości" :)

Mąż zadowolony wyszedł z gabinetu i powiedział "no, teraz coś widziałem, a nie tak na zdjęciach". :)

Reasumując, zdrowe dzieciątko, a mamusia może być spokojniejsza. <3

c15593c80516.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 9 września 2021, 20:13

21 października 2021, 23:53

18+5

Niby zwykła wizyta kontrolna. Nie okazała się jednak zbyt zwykła. Lekarz po zadaniu podstawych pytań, chwili rozmowy o objawach ciążowych zaprosił mnie na fotel ginekologiczny. Tam sprawdził, co i jak - wszystko okej.
Kolejne - USG przezpochwowe - długa chwila konsternacji i słowa "krótka szyjka macicy - mocno się skróciła - ma 24mm, jest na granicy".
Kolejne - USG normalne - maluszek waży 238g, serduszko bije mu 148 razy na minutę, według rozmiaru 18+3, więc różnica żadna, jest idealnie. ❤️

I to niby była dobra wiadomość. Tzn., nie niby - ona była bardzo dobra, ale głowę zaprzątała mi szyjka. Przecież ja nic takiego nie robiłam 😔
Lekarz pobrał wymazy na infekcje, przepisał luteinę 2x1 i czekamy do 04.11., wtedy zobaczymy, co dalej.

Jestem przerażona! Ale nie tym, że szyjka się skróciła, lecz tym, że w tak krótkim czasie skróciła się z 41mm do 24mm 😭

Jednak koniec dnia przyniósł mi niesamowitą rzecz! Leżąc w wannie czułam jak maluszek się rusza i spojrzałam w to miejsce, a on kochany kopnął mnie tak, że nie tylko to czułam (jak do tej pory), ale również to zobaczyłam! Mało tego, dałam radę nakręcić film dla męża ❤️

Chyba mój skarbuś chciał dać znać "mamusiu, ze wszystko okej, nie martw się" 🥰 a ja nie umiałam przestać płakać 😭 to takie wspaniałe zakończenie dnia!

PS. Lekarz próbował ustalić płeć, ale maluszek usadowił nisko miednicę i nijak nie dało się podejrzeć 😉 uparty po mamusi!

Wiadomość wyedytowana przez autora 22 października 2021, 00:00

28 października 2021, 21:49

19+5 USG połówkowe

Dzisiaj nadszedł ten dzień, w którym miałam się wyłącznie cieszyć, a nie stresować. Niestety we wtorek usłyszałam od lekarza, że moje dzieciątko ma niemiarową akcję serca i wypisal skierowanie, aby to sprawdzić. Możecie sobie zatem wyobrazić, co myslalam sobie przez te dwa dni - zamiast się cieszyć, że zobaczę na lepszym sprzęcie swoje dziecko, to ja znów się martwiłam, czy wszystko będzie dobrze.

Na badanie weszliśmy chwilę po czasie, ale nic nie szkodzi. Lekarz przeczytał skierowanie i przystąpił do badania. Nie omieszkał pomarudzic na moją wagę (+1,5kg od początku ciazy), ale się tym nie przejęłam. 😉

Okazało się, że serduszko jest idealne! Wszystko mieści się w normach, żadnych odchylen. Pan Doktor powiedział, że rzadko zdarza mu się zebrać tak dokładnie, wszystkie pomiary serca, ale z racji mojej budowy było to możliwe 😉. Dodał też, że mogę po porodzie spodziewać się szybciej owulacji, bo Panie "takiej urody i budowy" tak mają.
Zaśmiałam się, że wcale mi to nie przeszkadza.

Reszta badania - w porządku. Wszystko super 😍 nie mogło obyc się bez rozluźnienia atmosfery (UWAGA! żart polityczny) :
- a tutaj mamy szparkę,
- czyli mamy dziewczynkę?
- nie spotkałem nigdy żadnego mężczyzny ze szparka. No może poza "prezesem", ale o chorych ludziach nie mówi się źle 😂

W ten oto sposób dowiedzieliśmy się, że pod moim sercem mieszka sobie mała Zuzanna, która dzisiaj ważyła 275g, a jej serduszko biło 145 razy na minutę, co jest pięknym wynikiem ❤️

Teraz jestem już spokojna o jej serduszko, została tylko ta moja skracająca się szyjka, ale przy zdrowym dziecku, to będzie już pikuś - wiem to!

A tutaj zdjęcie dla cioć:
0082ad31bd84.jpg

30 października 2021, 23:19

Półmetek 😍

Dokladnie dziś mija połowa mojej ciazy. Pierwszej, długowyczekiwanej ciazy, która przyszła do nas w 25cs. 140 wspaniałych dni, pełnych wiary i nadziei, że za drugie tyle spotkamy się z maleńka Zuzią po drugiej stronie brzuszka ❤️

Pierwsza połowa ciazy była zadowalająca - jedyne objawy to senność, zmęczenie i zawroty głowy (to chyba zamiast mdłości, bo nie ustąpiło po 1 trymestrze 😅). Ale tak czy siak.. Nie mogę narzekać.
Do tego dochodzą bóle kręgosłupa, ale nie traktuje ich jako objaw ciazy, bo zawsze miałam z nim problem, więc walczę nadal 😊

125 zastrzyków.
1,5kg dodatkowej wagi.

I dwa problemy..
- nierówna akcja serca małej,
- skracającą się szyjka.

O ile tym pierwszym się bardzo nie przejmuje, bo wszelkie zastawki, aorty itd. są w porządku, a mała oglądało już dwóch lekarzy i wszystko jest okej, to profilaktycznie zrobimy jeszcze echo serca.

Ten drugi jest już gorszy.. Męczy mnie, ale wiem, że nic na ten moment nie mogę zrobic, poza czekaniem i modleniem się, żeby ta szyjka wytrzymała. Miesiąc temu miała 41mm, dziś ma już 21mm, a infekcja trwa.

Trzymajcie proszę kciuki, żeby szyjka wytrzymała jak najdłużej, a malutka została w brzuszku, dopóki sytuacja nie zostanie opanowana. ❤️

15 listopada 2021, 23:32

Ten wpis będzie dość długi, bo obejmie ostatnie 11 dni mojego życia. 11 dni, które spędziłam sama, w szpitalu, mając nadzieję, że trafię na lekarzy, którzy się mną zaopiekują tak, aby Zuzia została w brzuszku do czasu aż będzie bezpieczna.

05.11.2021 - dzień 1 (piątek)
Tego dnia, wstaliśmy o 7 rano, aby wyruszyć do szpitala, gdzie miałam się zgłosić w związku z podejrzeniem niewydolności szyjki macicy. Przed 8 byłam już na izbie przyjęć. Miła Pani Doktor zebrała wywiad, przejrzała dokumentację i przystąpiła do badania. USG wykazało, że szyjka ma długość 19mm. Skierowanie - oddział ginekologiczno-położniczy, bo na patologii ciąży nie było miejsc. Pani położna pobrała krew, założyła welflon i zaprowadziła do sali, gdzie miałam czekać na obchód. Poranny obchód mnie ominął, więc lekarz przyszedł do mnie sam i zaprosił na badanie. Ponownie przeprowadził wywiad i zrobił USG (jedynie zapytał, czy nie mam nic przeciwko studentom, ale na izbie przyjęć podpisywałam zgodę, że mogą uczestniczyć jako obserwatorzy w moim leczeniu). Pan Doktor dzielnie tłumaczył studentom moje choroby, ich wpływ na ciążę, instruował o lekach, procedurach i zasadności wszystkich działań. Co ciekawe, gdy zmierzył szyjkę miała ona wg. niego 28mm 🙈. Nie pytajcie jakim cudem, bo sama w to nie wierzyłam. Pobrał wymazy w celu weryfikacji moich badań. Po wszystkim kazał wrócić na salę i czekać. Nic więcej tego dnia się nie wydarzyło (jak zapewne wiecie, wieczorne obchody są raczej proforma, aby mieć pewność, że nic nikomu nie dolega).

06.11.2021 - dzień 2 (sobota)
Tego dnia na porannym obchodzie kolejny lekarz zdecydował o kolejnym badaniu USG. To badanie wykazało szyjkę długości 21mm (pomyslalam: no dobra, to ma sens). Powiedział, że mogę wrócić na salę, będziemy obserwować i czekamy na wyniki. Po około pół godziny przyszedł, że on jednak przemyślał sprawę i w związku z tym, że na moich wymazach (choć niekompletnych) są bakterie to on nie będzie ryzykował, że poronię i przepisze mi antybiotyk od razu. Tłumaczył to tym, że woli cokolwiek zacząć działać, niż żebym straciła ciążę i miała do niego pretensje, że nic nie zrobił (słuszne podejście w mojej opinii).

07.11.2021-09.11.2021 - dzień 3-5 (niedziela-wtorek)
Przez te dni miałam tylko wykonywane USG, przyjmowałam leki i czekałam na wyniki. Szyjka (w zależności od tego, kto ją mierzył) miała od 19mm do 25mm. W poniedziałek dotarły wyniki na mój portal pacjenta, jednak szpital ich nie widział. We wtorek poinformowano mnie, że są bakterie i mam zostać dalej, bo nie mają antybiogramu i wymaz jest do powtórki. Dorzucono mi tego dnia nowy antybiotyk. Tego dnia straciłam siły, płakałam, mialam dość. Poprosiłam o to, czy może mnie ktoś odwiedzić, w końcu nie było planowane tak długie przetrzymywanie mnie - lekarz się zgodził.

10.11.2021 - dzień 6 (środa)
Tego dnia zostały mi pobrane ponownie wymazy i zrobione USG - szyjka 25mm. Mama razem z mężem napisali maila z prośbą o wyrażenie zgody na odwiedziny (zgodnie z rozporządzeniem szpitala, w dzień roboczy poprzedzający dzień odwiedzin należało napisać prośbę i uzasadnić kimś się jest dla pacjenta). Jednak wydarzyło się coś dziwnego - zgodę dostałam ja, dla jednej osoby, która sama mam wybrać. Dziś, między 15 a 16, na pół godziny. Pomyślałam sobie: kuzwa, naprawdę ktoś każe mi wybierać między mama a mężem? Bez sensu.
Ostatecznie zadzwoniłam do obojga, bo problem polegał na tym, że w Katowicach teraz są ogromne korki, a mój mąż był w pracy do 14. Mama do 15, ale miała możliwość się zwolnić. Po rozmowach mąż stwierdził "niech przyjedzie mama, bo ja nie dojadę i w końcu nikt z Toba się nie zobaczy. Ja wytrzymam. Kocham Cie." No to zadzwoniłam do mamy i była u mnie juz o 14:50. Korzystając z tego, że nikt nie zwraca na nią uwagi, została do 16. To było mega podnoszące na duchu.

11.11.2021 - dzień 7 (czwartek)
Tego dnia nie działo się nic! Zupełnie nic. Nawet obchodów nie było. W końcu święto..

12.11.2021 - dzień 8 (piątek)
Przewidywany dzień uzyskania wyników. Na porannym obchodzie Pan Profesor powiedział - ściągniemy wyniki, założymy pessar i wyjdzie Pani dziś do domu.
Wszystko pięknie, tylko.. wyników nie było. Około godziny 14 przyszła do mnie Pani Doktor z pessarem zapakowanym (wyobraźcie sobie, co kotłowało się w mojej głowie jak to zobaczyłam), po czym usłyszałam "Bardzo mi przykro, ale nie ma wyników i nic dziś nie zrobimy. Ja już byłam gotowa, nawet poszłam po pessar dla Pani, ale nie mogę go założyć, bo nie będę ryzykować, że dostanie Pani sepsy. Wina będzie moja, bo nie sprawdziłam wyników. Musimy czekać, może będą jutro." Łzy stanęły mi w oczach, łamiącym się głosem zapytałam, czy jest szansa, że wyniki będą w sobotę, że jest długi weekend. Odpowiedź była twierdząca. Na odchodne zapytałam, czy mogę się zobaczyć z mężem - nie musi wchodzić na górę, ja zejdę do kawiarni wypić z nim kawę. Zgodziła się. Zadzwoniłam do mojego męża, który prosto z pracy przyjechał. Jednak potem przyszła położna - ja już mialam wizję, że zmienili zdanie - ale na szczęście powiedziała, że jestem zakwalifikowana do zabiegu i po przemyśleniach lepiej, żeby mąż kupił kawę i przyszedł na górę. Zwłaszcza, że na sali byłam sama. I tak się stało. Siedział ze mną 2,5h. Smutny, uśmiechnięty, pełny skrywanych emocji, tak samo jak ja. Było mi dobrze, a na pewno lepiej.

13.11.2021 - 14.11.2021 - dzień 9-10 (sobota - niedziela)
Znów nie działo się nic. Od środy nie wiedziałam, czy coś z moją szyjką się zmieniło. Nikt już niczego nie badał. Decyzja była, gotowość lekarzy była, tylko wyników nie było.

15.11.2021 - dzień 11 (poniedziałek)
Godzina 8:00 - telefon do laboratorium, kiedy można spodziewać się wyników? Odpowiedź : do godziny 14 będą na platformie.
Myślę sobie super i sprawdzam co chwilę. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy robiłam betę.
Obchód - nie ma wynikow, czekamy. Ordynator powiedział, że jak będą wyniki to zakładamy pessar i wypis do domu. Jak będę widziała, że są to mam się zgłosić.
Godzina 13:15 - komunikat na stronie: przerwa techniczna. Nosz ku*wa!
Dzwonie znów do laboratorium, pytam, co mam robić. Każą czekać do 14 i dzwonić ponownie.
O 14:10 dzwonię znów, że nie mogę się zalogować. Pan nie widzi problemu, on może, ale wyników nie ma. Każą czekać.. (labo do 15).
Zdenerwowana, niecierpliwie sprawdzam wyniki na trzech urządzeniach, nigdzie nie da się zalogować. W końcu się udaje, na jednym.. Nie wiem, co by było, gdybym go nie wzięła.
14:40 Są! Są wyniki i są idealne! Posiewy jałowe całkowicie!
Lecę jak na skrzydłach do położnych, żeby powiedziały lekarzowi. Każą iść do dyżurki. Tam nikogo nie ma..
Okazuje się, że jest zmiana i mają odprawę. Muszę czekać.
W końcu przychodzi lekarz, mówię, co i jak, a on mi na to "ale my Pani nie zrobimy dzisiaj zabiegu. Mamy inne zaplanowane zlecenia, a Pani tam nie ma."
Mówię, że miałam obiecane już od piątku, że jeśli będą wyniki, mam mieć założony pessar i wypis do domu. Mają porozmawiać z kierownikiem dyżuru.
Chwała Bogu, że kierownikiem dyżuru był lekarz, który był przy porannym obchodzie. Potwierdza, że miałam obiecane. Zapraszają na zabieg.
USG - szyjka ma 19mm, a od ujścia 15mm.
Zabieg trwa 5 minut. Sugerują, zeby zostać na obserwacji do rana. Nie chcę. Mam już dość, nie tak miało być. Informują o tym, że pessar nie daje 100% pewności, że trzeba to kontrolować i muszę mieć jeszcze w tym tygodniu wizytę.
Ostatecznie mówią "skoro ma Pani takie życzenie to zgodnie z obietnicą Panią wypiszemy, ale niech Pani poczeka 2-3h na obserwacji, żebyśmy mieli pewność, że się Pani dobrze czuje". Okej.
18:10 - dostaje wypis do ręki!
19:30 - dom ❤️

A teraz.. Zjadłam pizzę z mężem, pijemy wino 0% i wspólnie cieszymy się kopniaczkami małej Zuzi 😍.
Teraz jest mi dobrze!

Może jestem histeryczką, może przesadzam, ale uwierzcie mi, kto nie miał styczności, że 11 dni w zamkniętej sali, bez możliwości spaceru, odwiedzin, bez telewizora, kiedy ostatni raz byliście w takim miejscu 7 lat temu, w stanie zdrowia dla Was zupełnie niezrozumiałym, nowym to powoduje to stany depresyjne. Jestem rodzinna, emocjonalna, czuję się bezpiecznie tylko w otoczeniu bliskich mi osób i rzeczy.
Na szczęście już wszystko wróciło do normy ❤️

Teraz trzymajcie kciuki, żeby pessar wystarczył 🍀

17 grudnia 2021, 13:37

26+6

Ostatnio ciągle coś się dzieje. Naprawdę zastanawiam się, czy ja będę miała choć chwilę w tej ciąży, kiedy usiądę i tak po prostu pomyślę z uśmiechem na twarzy "dziewczyno! Jesteś w ciąży! Jesteś szczęśliwa".

Oczywiscie, jestem przeszczesliwa, ze sie udalo, ale ciaza spokojna nie jest. Jak nie trud starań, to zagrożenie ciazy, to potem niewydolnośc szyjki, szpital, podejrzenia stanu przedrzucawkowego itd., itd.
Żyje tylko wizytami, badaniami, wynikami, kolejnymi wizytami.. Nie jest mi z tym zle, bo zrobię wszystko dla tego maleństwa, ale czasem mi po prostu przykro, ze ciągle coś, a ja mogę tylko zazdrościć tym nieświadomym kobietom, które po prostu są w ciazy 9 miesięcy i niczym się nie martwią.

Po wyjściu ze szpitala mialam kilka wizyt, na jednej z nich okazało się, ze mam białko w moczu i wysokie ciśnienie - do obserwacji. Na szczęście stan przedrzucawkowy na ten moment wykluczony! 😊
W międzyczasie było też echo serca Zuzi - tutaj też wszystko dobrze 😍

Wczoraj byłam u swojego ginekologa na wizycie, wynik: bakterie od pessara. Kolejny antybiotyk, ale mam się nie martwic, bo objawów infekcji brak - chociaz tyle.
Dostałam kolejne info o tym, ze mamy następny czynnik, który może być wskazaniem do CC (tak bardzo chciałabym rodzic naturalnie, ale wiadomo, zdrowie dziecka jest najważniejsze, więc jeśli trzeba będzie to nie będę wymyślac).

Dziś byłam w poradni patologii ciazy w Krakowie, badanie prawidłowe, nic nie wskazuje, zeby coś było nie tak. Nie mniej jednak, mamy obserwować przyrost małej 🥺 kruszynka ważyła dziś 843g, przybiera prawidłowo, ale jest malutka i doktor kazał to obserwować (ryzyko hipotrofii wynikające z Gravesa-Basedowa). Dodatkowo zalecił (jako już kolejny lekarz) III badanie prenatalne z naciskiem na tarczyce dziecka.

Wiem, ze wszystko będzie dobrze. Malutka jest zdrowa na ten moment, to jest najważniejsze. Tylko ja, jak zawsze, o wszystko się martwię i po prostu boję 🥺 to wszystko powoduje, ze nie potrafię się przemoc, by kupić coś dla dziecka. By zacząć wyprawkę, choć czasu coraz mniej, a ja nie mam nic.
Mąż mnie pociesza, ze zaczniemy w styczniu. Wiem, ze to zrobię i zdążę. Jestem zorganizowana, zadaniowa, ale nie wiem czy będę umiała znaleźć radość w tym. Serce mi podpowiada, ze spokoj i radość znajdę dopiero wtedy, gdy przytulę te mała istotkę do piersi, zdrowa!

Jedno mnie cieszy i pozwala na odciągnięcie myśli w dobra stronę. Ta mała istotka, która pozdrawia wszystkie czytające pamiętnik marudnej mamy ciocie 😍

233e69531f8f.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 13:49

19 marca, 09:29

Długo zwlekałam z tym wpisem, bo sama nie wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co wtedy czułam.

11.02.2022 miałam 3 badanie prenatalne. Z mała wszystko było dobrze, ale przepływy pępowinowe oraz ilość wód płodowych pozostawiało pewny niesmak. Jednak lekarz od prenatalnych zostawił do decyzji mojego prowadzącego, co dalej. I wtedy wszystko się zaczęło..

Na wizycie u prowadzącego okazało się, że istotnie przepływy są nieciekawe, wód też jest sporo (na granicy), ale z uwagi na to, że miałam parę dni później wizytę w poradni patologii ciazy, chciał poznać ich zdanie.

No to wybrałam się do tej poradni, to był 17.01.2022.. Dzień, który zapamiętam. Na badaniu okazało się, że przepływy są fatalne, wielowodzie spore, a Zuzia jest za mała. Wtedy usłyszałam od lekarza "kieruję Panią do szpitala, może trzeba będzie rozwiązać ciążę". Te dwa ostatnie słowa dźwięczały mi w uszach.. Po wyjściu z gabinetu nie umiałam mężowi nic powiedzieć, łzy leciały mi po policzkach, a ja byłam przerażona. To był 32 tc. Wiem, że młodsze dzieci się rodzą, walczą i wszystko jest okej, ale dla mnie wtedy to była tragedia. Kolejna szpilka w serce w tej ciąży. Do domu wracaliśmy w ciszy.

Nie byłam przygotowana. Nie miałam spakowanej torby (przecież mialam urodzić w terminie, a przynajmniej po 38tc). Nie moglam się skupić, myśleć. Sięgnęłam do szafki po listę do szpitala, spisałam listę zakupów. A w sklepie chodziłam między tymi samymi regałami 5 razy, nie wiedziałam, co mam ze sobą wziąć. Wybór samych podkładów sprawiał mi trudność. Ostatecznie, cała się trzęsąc wkładałam do koszyka co popadnie, nie patrzyłam na firmę, cenę, tylko na to, że muszę to mieć.. W domu wszystko naszykowałam, ale totalnie nie umiałam się spakować. Moje myśli były zupełnie gdzieś indziej. Błąkałam się po całym mieszkaniu jak w jakimś amoku. W końcu poprosiłam mamę, żeby przyszła i mnie spakowała, bo ja nawet nie wiem, jak to ułożyć. A potem wybrałam się do szpitala.. Tam na szczęście trafiłam na fantastycznych lekarzy, którzy po kilku dniach badań spokojnie wytłumaczyli mi, że owszem przepływy są złe, wielowodzie spore, a waga niska, ale! Dziecko jest zdrowe, rośnie, nie ma żadnych torbieli na mózgu, więc wystarczy to obserwować. W ten sposób dostalam wypis ze szpitala, z nakazem obserwacji i cotygodniowych kontroli.

Pierwsza kontrola - okej, obserwujemy dalej,
Druga kontrola - jest dobrze, przepływy prawidłowe, wielowodzie minimalne (to był pierwszy raz, gdy wyszlam od lekarza i czułam spokoj, ale nie na długo),
Trzecia kontrola - przepływy się pogorszyły, AFI znów wzrosło, dziecko spadło w centylach dość sporo, zatem znów.. szpital.

Wchodząc do tego szpitala czułam się już swobodnie, znałam lekarzy, pielęgniarki, położne. Szpital nie robił juz na mnie wrażenia. Kolejny raz spotkałam tych samych lekarzy, którzy znów po kilku dniach obserwacji uznali, że dopóki mała jest w normach centylowych, rusza się, zapis KTG jest prawidłowy, to nie ma konieczności mnie stresować, trzymać w szpitalu, bo jestem obstawiona lekami i oni nic nowego by mi nie podali. Lekarz stwierdził, że sama waga nie jest wyznacznikiem (bo patrząc na mnie, nie spodziewałby się olbrzymiego dziecka, a cała reszta jest do zaakceptowania, ale ścisłej obserwacji). Ale.. to nadal nie był koniec.

21.02.2022 kolejna kontrola u prowadzącego. Przepływy tragiczne, AFI ponad 32, mała rosła coraz wolniej, a do tego kolejna choroba do kolekcji - nadciśnienie. Decyzja - szpital. Od razu dostalam instrukcje, że skoro jestem w 36tc to w zależności od wyników - albo będzie rozwiązanie ciazy od razu, albo poczekają tydzień i wtedy podejmą decyzję o indukcji.

No więc kolejny raz pojechałam do tego szpitala. Już nawet położne niczego nie tłumaczyły, bo tylko się uśmiechały i mówiły "Pani już zna procedury, prawda?".
Był późny wieczór, położyli mnie na salę i poszłam spać.

Kolejnego dnia, lekarz zaprosił na badania. Po 40 minutach stwierdził "Szanowna Pani, przepływy są tragiczne, wielowodzie jest spore, ma Pani nadciśnienie, a dziecko spadło w centylach. Mamy FGR. Ma Pani wąska miednicę, ale z pomiarów wynika, że dziecko ma ok. 2400g. Czy zgadza się Pani na indukcję porodu naturalnego?". Bez zastanowienia odpowiedziałam, że tak. Wytłumaczył mi jak będzie to wyglądać, że oksytocyna będzie podawana bardzo powoli, w pompie, a ja będę cały czas podpięta pod KTG, bo jak się zacznie coś dziać to będzie trzeba podjąć decyzję o CC. I tak trafiłam na blok porodowy.

3 trymestr przeorał mnie psychicznie. Nie był dla mnie okresem przygotowań, zakupów, radości. Był dla mnie czasem, w którym ja z wizyty na wizytę martwiłam się jeszcze bardziej. Czasem, w którym wyliczałam, ile kolejnych problemów napotkałam. Nie umiałam cieszyć się z brzucha. Jedyną radość sprawiała mi Zuzia, która kopała mamę tak mocno, że nie mogłam mieć wątpliwości - czuła się dobrze i wszystko było z nią okej.

28 marca, 13:05

22.02.2022

Na blok porodowy trafiłam niemal natychmiastowo po słowach lekarza. Rzutem na taśmę zdążyłam zadzwonić do męża i powiedzieć mu, żeby czekał w gotowości oraz do mamy, żeby się nie martwiła.
Dostałam salę, przyszła położna ze studentką i zapytały czy wyrażam zgodę, aby to one uczestniczyły w moim porodzie (swoją drogą, co za pytanie 🤷‍♀️ przecież i tak było mi to obojętne). Po wszystkich przygotowaniach, zapytała mnie, jaki mam plan na ten poród - w skrócie odpowiedziałam "przyszłam tu w konkretnym celu, będziemy rodzić". Na jej twarzy pojawił się uśmiech, po czym podłączyła mnie pod KTG monako oraz pompę, która miała dawkować oksytocynę. W tym samym czasie przyszła jedna z Pań Doktor i chwilę dyskutowała z kilkoma innymi położnymi, czy poród SN w moim przypadku jest dobrym pomysłem - dla nich przeszkodą była wąska miednica. Nie mniej jednak te dyskuje dla mnie były nieco zbędne, bo razem z lekarzem ustaliliśmy, że dziecko jest małe, więc podejmiemy próbę, a jak się nie uda to zrobimy cięcie cesarskie - wiedziałam na co się piszę. Z tego też powodu wtrąciłam się w rozmowę i powiedziałam, że chcę spróbować.
Potem przyszło dwóch lekarzy i jeszcze jedna położna (razem było ich czworo). Każde z nich przeprowadziło badanie rozwarcia - rozwarcie na 4cm, szyjka zgładzona, możemy zaczynać.

Położna zapytała czy może włożyć mi inny wenflon, bo ten, który mialam był w trudnym miejscu. Zgodziłam się - zatem miałam dwa. Podłączyła pod sprzęty i zaczęłyśmy.
KTG miało monitorować stan Zuzi przez cały poród, pompa podawała oksytocyne bardzo powoli, aby w razie potrzeby można było zareagować. Bujałam się na piłce, oddychałam, tańczyłam przy barierkach, spacerowałam, właściwie wszystko, co mialam możliwe, byle tylko coś ruszyło - choć mialam ograniczone możliwości z tymi sprzętami.
Około 12 położna przyszła z zupą - wiedziała, że nie jadłam nic od poprzedniego popołudnia. Wiedziała, że istnieje możliwość CC, ale uznała, że jak chcę rodzic naturalnie, muszę mieć siły i bierze to na siebie.
W ten oto sposób jadłam zupę na stojąco 😅. Oksytocyna nadal powoli szła, a ja ciągle zastanawialam sie, co jeszcze mogę zrobić. Położna nie była zadowolona z zapisów KTG. Niektóre pozycje wywoływały brak ruchów małej albo dziwne zapisy, więc też musiałam uważać, co robię. Co chwilę skakałam, ruszałyśmy brzuchem, nawet próbowałyśmy słodyczy, ale uparciuch nie chciał kopać. 🤷‍♀️
Chwilę później znów przyszli lekarze i położna, znów przeprowadzili badanie - bez zmian, ale może iść powoli, bo oksytocyna w pompie. Główka się odbija. I tak było do 15.
Od 15 skurcze były już mocniejsze, zdecydowanie mocniejsze, ale nieregularne. Położna przypominała o oddechu, wygodnej pozycji. Szczerze? Brakowało mi trochę sił, ale wynikało to wyłącznie z braku jedzenia. Nie poddawałam się, podłączyli druga dawkę oksytocyny. Położna powiedziała, żeby dzwonic do męża, niech przyjeżdża. Zanim zrobi test na covid, dojedzie to akurat się może zacznie.
O 16 przyszła zmiana lekarzy.. I tu się wszystko zaczęło. Pan Doktor pełniący dyżur kierownika wszedł na salę w asyście znajomej mi już Pani Doktor oraz położnych - po tym jak otrzymał informacje na mój temat powiedział "proszę odłączyć pompę i odesłać Panią na oddział. Niech wróci jutro" i wyszedł. A mnie stanęły w oczach łzy. Spojrzałam na położną i powiedziałam, że nie rozumiem, przecież nie tak miało być i chcę rozmawiać z lekarzem, który mnie skierował na blok. Odparła, że porozmawia z Panią Doktor. Pani Doktor przyszła sama.. Powiedziała "nie zgadzam się z decyzja Pana doktora, ja nie puszczę Pani na oddział. Zapisy są złe, skurcze się rozkręcają. Nie daj Bóg odejdą Pani wody na oddziale, ja nie zdążę Pani przetransportować na blok. Nie będę ryzykować". Sprawdziła jeszcze stan rozwarcia i wyszła. I w tym momencie mój strach się spotęgował - zaczęłam krwawić. Nie wiedziałam, co robić. Położnych nie było, bo skończyły zmianę, lekarka wyszła, a ja stałam.. na dywaniku płacząc, bo nie wiedziałam, czy ktoś mnie usłyszy. Wtedy przyszedł już mój mąż na salę. Z łzami w oczach powiedziałam mu, co się dzieje. Nie miałam już siły, bałam się. Chciałam urodzić.
Gdy Pani Doktor wróciła powiedziałam jej, że ja wyrażam zgodę na kolejną oksytocyne, że się boję o stan dziecka i chcę urodzić, choćby to miało trwać do jutra. Niestety, ani ona, ani jej przełożony nie mogli podważyć decyzji lekarza dyżurującego. Jedyne, co udało jej się uzyskać to to, że zostaje na bloku porodowym.
O 18 przyszła zmiana, a więc nowa położna. Przedstawiła się i powiedziała, że bardzo mnie przeprasza, bo wie, że byłam badana już kilka razy, przez kilku lekarzy, ale ona ma taką praktykę, że sama musi po swojemu sprawdzić wszystko, żeby mogła potem porównać. Zbadała szyjkę, spawdziła krwawienie, znów podłączyła KTG i wyszła do gabinetu zobaczyć zapis. Nie minęła chwila jak wbiegła do sali, kazała obrócić się na lewy bok, na prawy bok, na plecy, na brzuch, na pieska, głowa w dół, znów na plecy.. W końcu krzyknęła - wezwijcie lekarza! A ja.. nie wiedziałam, co się dzieje. Pani Doktor przyszła już ze zgodą na wykonanie cięcia cesarskiego, podpisałam. Położna zapytała męża, czy widzi co się dzieje na monitorze, czy widzi te niskie wartości. Zapytała mnie i jeszcze jedną położną o to samo.. Wszyscy potwierdzili. Pokierowała mojego męża, co i jak ma spakować, jeśli chodzi o moje rzeczy. Zapytała, czy chcę coś wiedzieć. A ja, chyba nie do końca świadoma, powiedziałam tylko, że nie, bo przecież byłam przygotowana, że może być CC. Spojrzała na mnie i powiedziała "a ja nie". Przez cały ten czas, który płynął, była obok mnie i uspokajała. Mówiła mojemu mężowi, zeby zadbał o mój spokój i przytulał, gdy ona musiała wyjść.
Przyszła Pani anestezjolog - zebrała wywiad, zapytała, czy mogę mieć wenflon w prawej ręce - zgodziłam się - wtedy mialam już 3. Położna przyniosła koszulę, pomogła się przebrać i tak wylądowałam na sali operacyjnej. Mnóstwo ludzi, a ja w amoku.. Anestezjolog, który mnie znieczulał, wszystko tłumaczył dokładnie, za każdym razem pytając, czy się dobrze czuje. Pielęgniarki trzymały za rękę, a Pani anestezjolog tłumaczyła, co będę czuć i jak będzie to wyglądać. Zabieg się zaczął o 20:08. W tym czasie Pani anestezjolog glaskała mnie po głowie, a pielęgniarki przykrywały mnie, gdzie mogły, zebym nie zmarzła. Aż usłyszałam płacz - ten wspaniały krzyk, który spowodował, że poczułam ulgę. O 20:20 uszło ze mnie całe powietrze i sama zaczęłam płakać. Chwilę później usłyszałam tylko "10/10!".
Położna, która przy mnie była powiedziała do lekarzy "pokażcie Pani dziecko, bo ona nam się tu zapłacze, a chcemy, żeby była już spokojna". Pokazali mi ją, a chwilę później ona przyniosła moją, naszą Zuzię zawiniętą i powiedziala "zrobię Pani zdjęcie na pamiątkę". ❤️
Pani anestezjolog nadal glaskała mnie po głowie, pytając czy łzy są ze szczęścia, czy coś się dzieje. A ja wtedy byłam po prostu szczęśliwa. Szczęśliwa, że ten koszmar się skończył, a ja mogę być spokojna o swoje dziecko.
Po zakończeniu całej operacji, wywieźli mnie z sali i pozwolili jeszcze chwilę porozmawiać z mężem. Potem trafiłam już na oddział położniczy. Tam położna przyniosła wełniany koc, przykryła mnie, położyła butelkę wody obok głowy oraz telefon. Tak skończył się mój dzień. Dzień, w którym zostaliśmy rodzicami.

ab4a66d7e615.jpg

I muszę to dodać, choć działo się to dzień później. Obie te położne, które brały udział w moim porodzie przyszły do mnie następnego dnia zapytać jak się czuję. Położna z drugiej zmiany zapadła w mojej pamięci już na zawsze. Po krótkiej rozmowie spojrzała na mnie i powiedziała "kochanie, jesteś mamą. Urodziłaś, rozumiesz? Nie wyjęli jej z Ciebie, ty urodziłaś! I przytulaj ją, próbuj karmić, a jak trzeba będzie to walcz, żeby Ci ją dali kangurkować". Te słowa okryły moje serce ciepłem, będę o nich pamiętać. ❤️

I na zakończenie.. Nie tak wyobrażałam sobie swoją ciążę, nie tak wyobrażałam sobie swój poród, ale cieszę się, że ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, a ja mogę być już spokojna, że nic nie zagraża mojemu dziecku w moim brzuchu.

22.02.2022 o 20:20 przyszła na świat nasza Zuzanna.
Ważyła 2270g, mierzyła 48cm i otrzymała 10/10 punktów w skali Apgar. Nasz kochany, wyczekany, silny wczesniak. ❤️

Wiadomość wyedytowana przez autora 19 września, 22:29

3 kwietnia, 21:33

Następnego dnia po CC, z samego rana, jeszcze przed pionizacją, przyszła do mnie młoda położna i zapytała, czy wyrażam zgodę na pobranie siary celem podania dziecku. Bez zastanowienia się zgodziłam. Uciskała piersi, zbierała każdą kroplę do strzykawki. Ostatecznie uzbierała 4ml, podziękowała, poinformowała, gdzie można rozmawiać z doradcą oraz w którym miejscu znajduje się laktator, sterylizator i prosiła, zeby dzwonic, jak tylko uda mi się coś odciągnąć. Zaraz po pionizacji, choć nie było to takie łatwe, ruszyłam po strzykawki, laktator, wszystkie potrzebne akcesoria i zasiadłam do odciągania.. o ile można to tak nazwać. Udało mi się ściągnąć kolejne 4ml. Biorąc pod uwagę, że mogłam się już ruszać, poszłam w stronę oddziału noworodkowego, zeby przekazać pokarm i zobaczyć się z mała. Gdy weszlam na oddział, zobaczyłam te moja malutka iskierke, łzy stanęły mi w oczach. Ona tu jest! Oddycha! Jest taka malutka 🥺 moja radość bardzo szybko przerodziła się w ból.. Chciałam tam stać i stać, a nie moglam. Rana rozrywała mnie od środka, po 15 minutach czułam, że zaraz się przewrócę. Powiedziałam Zuzi, że bardzo ją kocham i wyszłam.
W 2 dobie po CC dostalam informacje, że mogę już dostać wypis. Z uwagi na to, że mijała ona po 20, na wypis mogłam liczyć dopiero kolejnego dnia. Od 6 rano do południa, ściągnęłam 2ml - piersi mnie już bolały, łzy napływały do oczu. Poszłam znów na oddział do malej, zeby zanieść to, co miałam. Stałam nad inkubatorem i nie moglam się napatrzeć. Nie moglam uwierzyć, że ja mam. Miała podłączona kroplówkę, tak bardzo chciałam ja dotknąć. Zapytałam położnej, czy mogę.. Otworzyła niewielkie drzwiczki i pozwoliła. Chwyciłam Zuzię za stopkę - tylko ona leżała w okolicy otwartych drzwiczek - i płakałam. Znów najpierw ze szczęścia, a chwilę później z bólu. Znów musiałam wrócić na swoją sale. Tego dnia nie wyciekło z moich piersi już nic.
To był piątek.. Rano przyszedł obchód i poinformował mnie o tym, że czekamy na obchód noworodków, a potem będę mogła otrzymać swój wypis lub.. zostać, dopóki nie będzie wolne łóżko. Czekając aż przyjdzie lekarz, próbowałam ściągać pokarm. Znów się nie udało. Gdy przyszedł ordynator oddziału noworodkowego, poinformował mnie, że Zuza zostaje na oddziale. Musi przybrać na wadze, ale jego zdaniem do niedzieli wszystko się wyjaśni.
Nie wiedziałam, co robić. Mialam w głowie metlik, płakałam. Czułam, że jestem o krok od depresji, nie umiałam wyjaśnić dlaczego, co się ze mną dzieje. Po długich namysłach, rozmowach z mężem, mamą, postanowiłam, że wracam do domu. Zanim jednak ostatecznie podjęłam decyzję, poprosiłam ponownie o rozmowę z ordynatorem oddziału noworodkowego. Na owym oddziale był całkowity zakaz odwiedzin, więc próbowałam się czegoś dowiedzieć. Zgodę na odwiedziny w przypadku wypisu udało mi się uzyskać, ale mnie męczyła jeszcze jedna rzecz.. Zapytałam go, z lzami w oczach (a może nawet i płaczem?), czy mogę wziąć córkę na ręce? Nie miałam jej ani razu od porodu. Zgodził się, na chwilę, przed wyjściem do domu. I tu zapadła decyzja - wracam do domu.
Bilans przedstawiał się następująco - samotna w szpitalu, po 15 minut odwiedzin u małej albo z rodziną w domu, z możliwością odwiedzin. Był mi potrzebny mąż, jego ciepłe ramię i spokój, jaki można uzyskać wyłącznie we własnym domu.
Kiedy już się spakowałam, wypis mialam w ręce, poszłam na oddział nowrodkowy. Na sali zapytałam położna o możliwość wzięcia małej na ręce, za zgodą ordynatora. Spojrzała na mnie i mowi "przecież Pani sama ledwo stoi". Cóż moglam powiedzieć? Wzruszyłam ramionami i powiedziałam, że dam radę - wiedziałam, że dam, że muszę dać!
Nie trwało chwilę nawet jej zastanowienie, przyniosła mi fotel, kazała usiąść i podała mi Zuzię.

4803e1185c7a.jpg

Ta chwila trwała godzinę! Najpierw cieszylam się każda sekunda, potem niecierpliwie patrzyłam na zegarek, dlaczego ta położna wyszła i nie wraca od godziny. Zaczęłam się martwić, czy Zuzi nie jest zimno, czy nic jej się nie stanie, nie wiedziałam, co robić.. Po półtorej godziny przyszła położna i zapytała, czy chce jeszcze posiedzieć, ale tak bardzo się bałam, że powiedziałam "dziękuję, ale jeszcze ją odwiedzę". Potem już wyszlam ze szpitala. Do samochodu szłam wolniej niż mój 85letni dziadek, ból rozrywał mnie z każdej strony. Gdy już dotarłam i moglam usiąść na fotelu, byłam szczęśliwa, że dałam radę.
Długo tego dnia mialam wyrzuty sumienia - co ze mnie za matka, która zamiast być z dzieckiem, wraca do domu?! Zdanie zmieniłam o 1 w nocy tego dnia. Wracając do domu, wstąpiliśmy do apteki po strzykawki, z nadzieją, że może uda się jednak coś zawieźć malej. A teraz.. wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy zebrałam aż 10 ml! Zasnęłam spokojnie. Następnego dnia rano wstalam i przystąpiłam do odciągania pokarmu. Powoli - najpierw 40ml, potem 60ml i mialam już całkiem ładny zapas dla małej. Tak mijały mi kolejne dni, a nawał laktacyjny zapewniał Zuzi całodobowe zapotrzebowanie na pokarm - mój pokarm!
Moje szczęście nie trwało jednak długo. W niedzielę okazało się, że Zuzia nie wyjdzie tak szybko do domu. Zmienił się ordynator i nowy będzie podejmował decyzję. Nie mogę powiedzieć, nowa Pani ordynator była bardzo miła, rzeczowa, ale musiała się wdrożyć, poznać pacjentów, nie podejmowała szybkich decyzji. I tak mijał dzień za dniem.
Jechałam do szpitala, robiłam wymaz na COVID, czekałam na wynik, szłam na oddział i siedziałam z małą - wytrzymywałam różnie - raz półtorej godziny, raz dwie. Każdego dnia pytalam, jaki mają plan, co się zadziało - i slyszalam tylko w kółko "wszystko jest dobrze, ale musi przybrać", "przybrała, ale znów się zatrzymała waga", a potem.. "przybrała, ale musi nauczyć się jeść ze smoczka, z butelki". Jak możecie się domyślić, a część z Was wie.. Nie pozwalali mi karmić piersią. W okolicy 10 dnia Pani ordynator prosiła, abym karmiła sama. Tak więc Panie położne w trakcie moich odwiedzin przynosiły mi butelkę i to był czas dla nas. Piersi bolały mnie niesamowicie 🥺
13 dnia ordynator pozwoliła już na karmienie piersią. Mała bez problemu chwyciła, zjadła. Poprosiłam o zrobienie mleka, chciałam mieć pewność, że się najadała - dojadla 20 ml. Kolejnego dnia było lepiej - nie dojadla niczego. 😍
15 dni po porodzie dostalam telefon - moze Pani przyjechać, dziś wypiszemy córkę.

Po 15 dniach, w końcu, mogliśmy być razem, cała rodziną. Te 15 dni były dla mnie straszne, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czują rodzice dzieci, które leżą tam jeszcze dłużej. Podziwiam też swojego męża, który mimo tego, że pytalam każdego dnia, czy on chce iść do małej, odpowiadał, że poczeka, bo ja tego bardziej potrzebuje. Cieszę się, że go mam ❤️

Dzis jesteśmy razem już prawie miesiąc. Nadal się siebie uczymy, to proces, który będzie jeszcze trochę trwał, ale co dla nas najważniejsze, jesteśmy razem. I tak właśnie kończy się nasza historia szczęśliwie zakończonej ciazy (w ostatecznym rozrachunku).

Dziekuje Wam wszystkim za wsparcie, za wysłuchiwanie mojego marudzenia o kolejnych powikłaniach i problemach. Dziękuję, że mogłam Was poznać. Dziękuję za to, że do samego końca nie pozwoliłyscie mi zwatpic w to, że na końcu tej trudnej drogi będziemy szczęśliwa rodzina. Rodzina, która teraz już pisze nowy rozdział swojego wspólnego życia. ❤️

29 czerwca, 16:10

Nigdy nie zrozumiem tej niesprawiedliwości.
Nie zrozumiem dlaczego osoby, które stają na głowie, robią dosłownie wszystko (co nie zawsze jest z korzyścią dla ich samopoczucia fizycznego, czy psychicznego), zeby zostać rodzicami, muszą doświadczać tak wielu cierpień. Niczym nie zawiniły dbają o siebie, myślą o tym, korzystają ze wszelkich dostępnych środków, możliwości, nie jednokrotnie rezygnując z innych marzeń czy planów, a mimo to, ktoś na górze ma inny plan. 🥺
To jest cholernie niesprawiedliwe! A ja na taką niesprawiedliwość zgody nie wyrażam.

Dlaczego Ci, którzy ciazy nie chcą, mają ja ot tak, z wpadki? Dlaczego Ci, którzy nie dbają o siebie, mają dzieci ot tak, bez zastanowienia? Dlaczego Ci, którzy tak bardzo tego pragną, nie moga zajść w ciążę i szczęśliwie jej donosić?

Nie wiem nawet czy chce znać odpowiedzi na te pytania, bo pewnie wpadłabym w jakas wściekłość.

Nie mniej jednak, drogie staraczki (myślę, że każda z Was wie, do kogo w szczególności kieruje te słowa) - ja o Was zawsze i ciągle myślę. Mimo tego, że istnieje ten brak sprawiedliwości, ja nadal wierzę, że każda z Was doczeka się upragnionego dziecka. Wiem, że ta droga jest często długa i kreta, ale wierzę, że skończy dla Was szczęśliwie. Może dziś, jutro, za tydzień nadal będziecie bezsilne, bez wiary w szczęśliwe zakończenie, ale wiem, że KAZDA Z WAS ma w sobie jeszcze dużo siły! Wiem, że się nie poddacie! Macie tu za dużo przykładów silnych kobiet i wojowniczek, które udowodniły, że można. To tylko kwestia czasu, gdy znów w to uwierzycie, nabierzecie wiatru w skrzydła i zaczniecie znów te okropna i nierówną walkę.

Pamiętaj, dopóki walczysz, jesteś zwyciezca! ❤️

Jestem z Wami drogie staraczki, jestem tu i będę, dopóki wasza historia nie skończy się szczęśliwie!

19 września, 22:21

Tyle razy zbierałam sie, zeby cos napisać, ale.. Ale nie potrafię. Nie potrafię tutaj dzielić sie swoim szczęściem, swoja radoscia, ktora otacza mnie kazdego dnia, bo ilekroć tu wchodze mysle sobie, ze tylko zrobie przykrość tym, którym to szczęście jeszcze nie dopisało.

I nie, nie miejcie sobie tego za zle, bo wiem, ze czesc z Was to przeczyta. To wylacznie moj tok myslenia, moj charakter, moje podejście do zycia.

Nie mniej jednak - ogolnie rzecz biorac wszystko jest w porządku, ale.. Zawsze musi byc jakies "ale".

3 miesiace po porodzie mialam kontrole tarczycy - wyniki idealne! W koncu mozna odetchnąć.
Kolejna kontrola 3 miesiace pozniej.. Tu juz nie bylo tak pieknie.

TSH - niewykrywalne.
Zelazo - ponad 300..

Nie wiedziałam o co chodzi. Powtórzyłam badanie kolejnego dnia, a tam.. Zelazo ponizej normy 🥴
Zadzwoniłam do labo, trafil mi sie miły Pan diagnosta, ktory sprawdzil moje badania i polecil wysłać je do labo drugiej referencyjnosci, bo "nigdy nie widziałem takich wynikow, tak rozbieżnych". Wyniki przyszły i były jeszcze bardziej rozjechane. Labo zaproponowało, ze pobiora probke jeszcze raz, na swoj koszt, dodadza do tego wiazanie zelaza i cos tam jeszcze.. Wyniki byly juz okej, więc.. olalam temat, ale..

Zastanawialam sie, co z TSH. Przecież jesli cos bylo z próbka nie tak (a przyczyna tych roznic w zelazie nieznana) to moze wcale nie musze brac lekow?! Niestety, wyniki sie potwierdziły, TSH niewykrywalne, a na wyniku dopisek "probke badano dwukrotnie".
Zaczelam brac leki.. 6 tygodni pozniej kontrola. I co? I wielkie g*wno. Nie zareagowalam na leki i.. zaczelam czuc sie coraz gorzej. Kolejna kontrola wykazala tez, ze mam kolejny rzut choroby. Cholerny GB wrocil.. A ja mialam nadzieję, ze więcej go nie spotkam (w sumie nie wiem czemu tak naiwnie myslalam 🥺). Zmiana dawki, zmiana lekow i.. po 3 tygodniach alergia na leki.

Nie mam sil, wlasciwie te trzy slowa opisuja mnie aktualnie. Nie mam sil.

A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Czeka mnie leczenie jodem radioaktywnym (1-3 lat zakazu staran) albo.. usuniecie tarczycy. Wybór miedzy zlym, a gorszym.

I to tyle o mnie.

A Wam dziewczyny - nadal kibicuje! I kiedys Wam opowiem co sie u nas działo ze szczegółami, ale pozwólcie, że najpierw poczekam na Wasze szczęście ❤️ modle sie, mysle o Was i czekam na piekne wieści ❤️