Pamiętniki Nieciekawy przypadek w którym wszystko się udało
Dodaj do ulubionych
1 2

17 stycznia, 15:12

15dc
1 dzień przed transferem.
Jestem naszpikowana progesteronem do granic możliwości. Już 5 dzień jestem na przygotowaniu do transferu i ładuje w siebie proga z każdej strony😓 czuje się jak balonik. Ledwo zapiekam dzisiaj spódnice w która zwykle wchodzę na luzie. W brzuchu mi bulgocze i mam troszkę skurcze - dokładnie tak jak zawsze w jakieś 6 dni po owulacji wiec jakoś bardzo się tym nie przejmuje. Jestem z siebie bardzo zadowolona (muszę to napisać) ponieważ jak dotychczas w trakcie całej procedury naprawdę sumiennie brałam leki - nie zdarzyło mi się pominąć żadnej dawki, żadnej pory dawkowania. Jestem super compliance współpracującą i rzetelną pacjentką. Wiem ze to pewnie nie będzie miało aż tak mega wielkiego znaczenia dla sukcesu sprawy- jest dużo więcej zmiennych o większej wadze- ale przynajmniej na to mam wpływ i to mogę zrobić najlepiej jak umiem. Jutro transfer. Nie mam nadal wyników chlamydii i pewnie już nie będzie. Biocenoza wyszła w mojej opinii całkiem ok II/III stopień co w moim przypadku (i zręczności z jaka pani w laboratorium pobierała próbkę) jest i tak bogato. Cieszę się ze to już jutro ale z drugiej strony wiem ze przede mna najgorsze. Skoro teraz traciłam głowę z niecierpliwości to co będzie teraz jak będę czekać na testowanie? Czy ja w ogóle będę kontaktować ze światem zewnętrznym? Czy będę w stanie zrobić najprostszą rzecz w pracy? Czy będę w ogóle spać czy tylko będę nocami leżeć i rozmyślać jak to będzie jak będę w ciąży? A jak się nie uda to co? Bardzo nie chce się nastawiać źle ale z drugiej strony nie chce sobie robić nadmiernych nadziei. Wiem ze mam około 40% szans i na tym chciałabym poprzestać, nie roztrząsać i nie analizować. Najlepiej w ogóle by było jak najmniej o tym myśleć. Zaczynam sobie różne aktywności powoli planować żeby zająć czymś głowę. W niedziele przyjeżdża moja siostra, muszę ugotować coś dobrego. Mam przygotowane pare książek do przeczytania. Może namowie męża na oglądanie płytek do łazienki. Zdecydowałam tez ze nie wezmę urlopu - nawet jeżeli będę miała mózg jak owsianka to w pracy przynajmniej będę ZMUSZONA żeby CZASEM oderwać myśli od starań i zająć się czymś przyziemnym i pożytecznym i chociaż zrobię to pewnie w żółwim tempie i popełnię masę błędów to czas oczekiwania minie odrobinę szybciej. Bardzo na to liczę 🙄

19 stycznia, 17:26

17dc
1dpt
Do testowania zostało: 9 dni
Transfer był w klinice o 11. Najpierw drżącą ręką wręczyłam Pani na recepcji nasze zaległe badania, ale Pani jedynie rzuciła na nie okiem bez zbytniego zainteresowania, wiec myśle ze gdyby badań nie było to transfer tez by się odbył ( a ja się oczywiście tak stresowałam!). Najpierw dostaliśmy z mężem ubranka i poszliśmy pooglądać zarodek w laboratorium embriologicznym. Pani pokazywała nam zdjęcia zarodka tuż po rozmrożeniu - był biedaczek obkurczony jeszcze- i sprzed chwili- już wyglądał normalnie. Pani powiedziala ze zarodek rozmroził się ładnie i ze jest 4.1.1 a wiec „top quality”. To mnie bardzo podniosło na duchu. Następnie zostałam wezwana przez panią dr na podglad przed transferem - mój lekarz był w klinice ale chyba się spieszył i cześć pacjentów przerzucił do doktorki. Pani dr była sympatyczna i energiczna - nigdy wcześniej nie miałam u niej okazji być ale zrobiła na mnie dobrze wrażenie. Z podglądu wyszło ze wszystko ok i idziemy transferować. Wzięli mnie do sali w której była punkcja, potem Pani dr przyszła razem z zarodkiem w strzykawce z długim cewnikiem. Położna trzymała głowice usg na brzuchu wiec widać było jak cewnik wchodzi, wsuwa się do macicy - miał nieco bardziej widoczną końcówke- końcówka lekko się poruszyła i dr mówi- już po wszystkim i zaniosła do labu strzykawkę żeby pod mikroskopem sprawdzili czy w środku nie ma zarodka. To co w tej końcówce było takie świecące zostało w macicy w postaci takiego jaśniejszego punktu. Zapewne do tego płynu w którym transferują zarodek dodają trochę kontrastu żeby łatwiej zobrazować miejsce zostawienia zarodka na usg. Dostałam zdjęcie, położna ubrała mi majtki i miałam leżeć 15 minut. Mój mąż był cały czas przy mnie i był naprawdę przejęty (głośno przełykał ślinę a zawsze tak robi jak się czymś przejmuje). Rozmawialiśmy w sumie o neutralnych sprawach, o tym ze mamy gości po południu... przez te ostatnie dni doszło do mnie ze mój mąż jeszcze nigdy nie był tak mocno zaangażowany w żaden etap leczenia i ze on naprawdę jest przekonany ze teraz się uda na 100%. Nie chce mu odbierać tej nadziei ale lekko gaszę jego zapał bo może być różnie przecież a wiem ze będzie bardzo przeżywał jak coś nie pójdzie. W każdym razie po 15 minutach przyszła położna i kazała nam spadać - poszłam siku a potem poszłam na wypisanie z transferu - dostałam jeszcze 2 recepty na leki i mam je brać tak jak teraz do 10 dpt. W tym oto sądnym dniu mam zrobić betę i jak będzie pozytywna to brać dalej (jeszcze na całe 5 dni po becie mi starczy leków, szał) a jak negat to wszystko odstawić i w następnym cyklu podchodzę do kolejnego transferu. Jak wróciliśmy z Krakowa (jakieś 2 godziny po transferze) to oczywiście musiałam iść do toalety na dwójkę 💩 starałam się jakoś mocno nie napinać ale już się oczywiście stresuję ze na pewno czymś mogłam zaszkodzić.
Nie czuje się jakoś bardzo inaczej - trochę mnie kłuje macica jak dużo chodzę, wiec dzisiaj już tylko leżę- mieliśmy gości wczoraj i dzisiaj to trochę się nałaziłam ale to dobrze bo póki co nie mam czasu myśleć. Jutro powrót do pracy. Odnalazły ciąg odliczania.⏳⌛️⏳⌛️

21 stycznia, 11:00

19dc
3dpt
7 dni do testowania
Fizycznie - bez zmian. Przypominam balonik a w macicy od czasu do czasu odczuwam kłucie.
Psychicznie - na huśtawce. Wczoraj do poludnia było w miarę. Wieczorem już sobie coś wkręciłam ze się nie udało. Biorąc wieczorem prysznic myślałam o tym co zrobię jak się nie uda, ze może wezmę następny dzień w pracy wolny żeby popłakać w spokoju kiedy nagle poczułam ból w zębach i uświadomiłam sobie jak mocno zaciskam szczęki. Niby staram się być spokojna i zrelaksowana ale ta jedna rzecz pokazała mi jak bardzo to wewnętrznie przeżywam i jak dużo inwestuje wysiłku żeby się nie rozsypać.
Dzisiaj dół totalny. Od rana jestem przekonana ze się nie udało. Staram się patrzeć na to realnie, przecież jeszcze nic nie wiadomo ale łezki czają się za zakrętem i w każdej chwili utraty stabilności mogą popłynąć niepowstrzymanym strumieniem. Na razie zwalam na hormony. Ale ten ciężar w duszy, ze znowu się nie udało strasznie mnie przygniata. Zasypiając miałam takie przemyślenia ze zanim zatestuję to właściwie jednocześnie jestem w ciąży i nie jestem w ciąży (coś jak z kotem schrodingera który jednocześnie jest żywy i martwy zanim się zajrzy do pudełka i sprawdzi). No wiec tak na dobrą sprawę tak samo jestem w ciąży jak i nie jestem - na razie nie powinnam się tak tym przejmować i myśleć ale łatwo powiedzieć a trudniej zrobić. Miałam się zająć pracą a tu luzy takie ze mam tylko więcej czasu żeby rozmyślać. Żałuje ze nie wzięłam L4 - leżałabym w domu i oglądała Netflixa i przejmowała się bardziej życiem serialowych bohaterów niż własnymi przeżyciami. A tak tylko tu siedzę i szlag mnie trafia. Muszę słuchać zachwytów nad koleżanką która właśnie urodziła drugie dziecko i gratulować koledze z pokoju narodzin synka. Boli to bardzo w tej niepewności i potęguje strach. W domu bym się zamknęła przed wszystkim i udawała ze świat dzidziusiów nie istnieje. 🥺 a tu muszę być dzielna i stawiać wszystkiemu czoła z godnością. Ehh i tak trzeba pchać dalej przed sobą ten wózek obłędu...byle do przodu.

23 stycznia, 10:56

21dc
5dpt
5 dni do testowania

Niektóre dziewczyny już na tym etapie testowały i widać było ze beta ruszyła. Ja się na razie powstrzymuje- ponieważ za bardzo mi bije na mózg to za wszelką cenę staram się zdystansować. Na razie nie mam ani dołka ani górki wiec jest w miarę ok. Po prostu powtarzam sobie ze nie mam żadnych szans żeby już teraz się zorientować czy wyszło czy nie wiec staram się nie rozwodzić nad tym. Poza tym staram się sobie uświadomić ze tak naprawdę nawet gdyby ta beta wyszła to się tak od razu nie uspokoję- czekają mnie kolejne tygodnie w napięciu oczekiwania. Tak ze trzeba się uzbroić w cierpliwość choćby nie wiem co. Tylko w pamiętnikach które czyta się wstecz czas płynie szybko. 😓 tak naprawdę to są dni tygodnie i miesiące oczekiwania, zwykle dni wypełnione zwykłymi nudnymi obowiązkami, podobne do siebie i z perspektywy czasu zlewające się w jedno. Ale trzeba je przeżyć - każdy dzień przeżyć osobiście godzina po godzinie, wypełnić mniej lub bardziej pożytecznymi czynnościami, przepchnąć je dalej aż do pewnego etapu od którego rozpocznie się nowe oczekiwanie i odliczanie, ale już nie mam złudzeń ze to się kiedyś skończy. Pamietam jak czekałam na pierwszą wizytę w Artvi, potem czekałam na pierwsza inseminację, potem na rozpoczęcie procedury, potem na punkcję, potem na info jak rozwijają się zarodki, potem 2 ciągnące się w nieskończoność miesiące w oczekiwaniu na transfer..... to wszystko jakoś przeminęło i przetrwałam wiec tym razem tez tak będzie. Chociaż jak się jest w środku tego wszystkiego to trudno o tym pamiętać 😅

26 stycznia, 14:48

24dc
8dpt
1 dzień do testowania
Już jutro okaże się czy się udało czy nie. Jeżeli nie to jeszcze tylko dzisiaj mogę się łudzić ze jestem w ciąży. Głaskać się po brzuchu i mówić „zostań z nami”. Jeżeli jutro wyjdzie negatyw to tracę złudzenia i zostawiam wszystkie leki. Czekam na @ i podchodzę w następnym cyklu.
Nie mam żadnych objawów. Jeszcze wczoraj trochę miałam skurcze ale dzisiaj już nic, ani odrobine. Nie wiem czy to źle czy dobrze. Martwię się ze źle bo jednak dziewczyny przy udanych transferach jednak czuły bóle okresowe. Ale nie chce tez odbierać sobie nadziei, trzymam kciuki za naszego Zarodeczka. Od tej huśtawki emocji i ciągłego myślenia aż kręci mi się w głowie.
Dzisiaj była u mnie kuzynka ze swoją dwumiesięczną córeczką. Przedwczoraj moja młodsza siostra z kolei zabiła mnie informacją ze odstawiła tabletki i zaczyna się starać ze swoim chłopakiem. Koniecznie chciała ze mna dyskutować na ten temat, a jak tak bardzo bardzo nie chce teraz poruszać tego tematu. Staram się trzymać dzielnie i zachowywać normalnie ale to wszystko przychodzi w momencie w którym jestem wrażliwa, bezbronna, i sprawi ze porażkę będę przezywać dużo dotkliwiej niż gdyby mi wszyscy dali spokój. Z drugiej strony nie chce nikomu mówić o tym co teraz przeżywam bo wiem ze tym bardziej nie miałabym teraz spokoju, musiałabym się tłumaczyć ze swoich decyzji albo co gorsza dzielić się negatywnym wynikiem i następnie słuchać analiz dlaczego nie wyszło. O nie, to już wole zacisnąć zęby.
Mam taki plan żeby jutro pojechać na betę przed pracą. A potem w pracy nie sprawdzać wyniku - dopiero jak wrócę do domu. Bo jak się rozsypie totalnie to żeby to nie było w pracy. Wtedy się nie opanuję. Dopiero w domu, z dala od wszystkiego sprawdzę i jakbym bardzo dostała spazmów to napisze szefowej ze potrzebuje pilnie wolne na wtorek. Będę miała wieczór i cały następny dzień żeby dojść do siebie. Powinno wystarczyć. Plan jest to najważniejsze. Teraz żeby się jeszcze tylko opanować bo stres sięga zenitu.

27 stycznia, 15:02

9dpt
Beta z rana 244
Jestem w ciąży po raz pierwszy w życiu.
Na razie jestem w szoku, jeszcze nie wiem co czuje. Chyba ulgę ale tez do końca nie dowierzam. Po prawie 4 latach porażek to niełatwe uwierzyć ze nagle wszystko się udało

28 stycznia, 14:37

10dpt
To dzisiaj miałam po raz pierwszy zbadać betę. W zamian za to kupiłam sobie wczoraj test ciążowy i zrobiłam dzisiaj rano. Mój pierwszy pozytywny test ciążowy. Druga krecha była gruba i wyraźna. Schowałam sobie do szuflady z lekami i teraz będę sobie patrzeć na ten test za każdym razem jak będę brała leki czyli co najmniej 3x dziennie. Jutro pójdę rano powtórzyć betę.
Kurcze wyobrażałam sobie ten moment miliony razy. Wizualizowałam jak to będzie po tym jak się dowiem ze jestem w ciąży. Póki co jest całkiem zwyczajnie. Jest radość, bardzo wielka, ale jakoś tak pada na nią cień tych poprzednich lat starań, porażek, zawiedzionych nadziei, jakaś wątpliwość że to się nie dzieje naprawdę. Przez to nie potrafię chyba pokazać tej radości na zewnątrz, chowam ją w szufladzie, uśmiecham się ukradkiem jak jestem sama. Czuje wewnętrznie ze po pierwsze jest jeszcze mocno za wcześnie żeby szaleć z radości a po drugie wciąż jeszcze się czuje częścią nieformalnej grupy osób walczących z niepłodnością. I pamietam jak to jest trzymać w rękach test który pokazuje jedna kreskę. I wiem ze pewnie wiele dziewczyn testowało w tym samym dniu co ja i nie miało takich dobrych wiadomości jak ja. Dlatego wybuchy radości wydają się jakoś bardzo nie na miejscu.
Jeżeli chodzi o samopoczucie to boli mnie brzuch trochę, wzdęcia mam koszmarne. Przez to również podnosi mi bełta, ale nie jakoś mocno, wiec do przeżycia. Myśle ze to bardziej dlatego ze coś zeżarłam niż z powodu ciąży. Ale przez te wzdęcia ciężko wysiedzieć w pracy. Oprócz tego cycki trochę bolą i jestem śpiąca bardzo, może tez dlatego ze ograniczyłam kawę. Do lekarza mam iść dopiero po 10 lutego - do tego czasu to mnie chyba drobne wszy zjedzą z niecierpliwości.

3 lutego, 10:20

16dpt
Według aplikacji 5+1 tc
Wyglada na to ze nadal jestem w ciąży. Na razie nic się nie dzieje. Zbadałam betę jeszcze raz w 11dpt i wyszła 728. Przyrost w porządku, dzwoniłam do kliniki, mam już nie badać więcej bety, leki brać tak jak dotychczas (Estrofem, Duphaston i Utrogestan 3x1) i przyjść na wizytę 14 lutego. To dopiero za 2 tygodnie wydaje się bardzo daleko ale z drugiej strony dzisiaj uświadomiłam sobie że dziś dopiero 16 dpt wiec naprawdę nie ma się co spieszyć. Muszę się uzbroić w cierpliwość i uspokoić na tyle na ile dam rade. Wdech, wydech.
W zeszłym tygodniu w czwartek skoczył mi się folik i kupiłam sobie zestaw witamin dla kobiet w ciąży. Byłam taka dumna jak go sobie kupowałam ze aż mi głupio. Taka mała rzecz a tyle radości. Teraz za każdym razem jak biorę ta mała tabletkę czuję się jak wybraniec losu.
Jeżeli chodzi o samopoczucie to na razie czuje się normalnie. Wczoraj jedynie dosyć mocno zaczęła mnie bolec głowa. Zwykle biorę ibuprofen i przechodzi No ale teraz wiadomo - nie bardzo czym mogłam sobie pomoc. Położyłam się spać i dzisiaj wstałam z jeszcze gorszym bólem głowy. Do tego pojawiły się mdłości ale jeszcze nie wiem czy to z tego bólu głowy czy z ciąży. Jakoś się dowlokłam do pracy i wzięłam paracetamol - mimo ze zwykle nie pomaga to rym razem nawet zadziałał wiec ból głowy powoli przechodzi. Poza tym od czasu do czasu zdarzają się dosyć mocne skurcze brzucha okresowe. Piersi są tkliwe i twarde. Na razie tyle wiec chyba nie mogę narzekać - mimo ze generalnie jestem zmęczona to jestem w stanie funkcjonować - nawet w sobotę leciutko poćwiczyłam. Tak naprawdę to nawet jakbym się czuła koszmarnie to i tak nawet nie miałabym śmiałości narzekać - tak bardzo się cieszę ze się udało 🙃🙂🙃🙂

17 lutego, 22:14

30dpt
Według aplikacji 7+1 tc
Samopoczucie: 🤢

Leci mi właśnie wyglada ze 7 tydzień ciąży. Nie ogarniam tych aplikacji do obliczania tygodni- każda mi pokazuje inaczej 😡 ale już będę się trzymać tego co ta pierwsza pokazuje, bo na coś się muszę zdecydować.
W piątek miałam pierwsze usg - w klinice. Okropnie się stresowałam. Jak doktor włożył głowice to najpierw zobaczyłam ogromny pęcherzyk ciążowy (oczywiście dla mnie był ogromny, jest normalnych rozmiarów) a w środku dwie nieregularne chmurki. Trochę miałam zawias ze być może bliźniaki ale doktor zupełnie zignorował jedną z chmurek (teraz myśle ze to pęcherzyk żółtkowy) a drugą, przytuloną do ściany macicy dokładnie zmierzył i uwaga - Szanowni Państwo - całe 8,4 mm dzieciaczka! 🥰 potem dr coś poklikal na swoim sprzęcie i było słychać jak bije serduszko. Na wydruku który dostałam jest napisane ze biło 117bpm ale nawet nie sprawdzam w necie czy to dobra wartość bo na pewno oszaleje (doktor powiedział ze gites to nie wnikam w to bardziej). Mój mąż się potem ze mnie śmiał ze wyglądałam jakbym miała pęknąć z dumy i oczywiście ze byłam dumna! Przede wszystkim z zarodeczka, ze okazał się taki dzielny i dał rade 🥰 jestem tez dumna z siebie bo tak długo na to czekałam i tyle przeszłam i nieraz panikowałam ale się nie poddałam. No i jestem tez dumna z męża bo wiem ile go kosztowało to oddanie nasienia i wiem ze miał dużo wątpliwości przed podjęciem procedury. Doktor był dumny i zadowolony i dużo się uśmiechał, myśle ze naprawdę się cieszył bo to sukces jego pracy. Tak wiec wyjechaliśmy z kliniki w szampańskich humorach i resztę dnia (jakże pięknego walentynkowego) spędziliśmy na zakupach budowlanych (jakże romantycznie) byłam w tym dniu zmęczona a dodatkowo po badaniu usg plamiłam.
Następnego dnia siedzę sobie niewinnie przed tv aż nagle czuje ze zalewa mnie coś ciepłego - biegnę do łazienki a tam plama świeżej krwi - dosyć duża - przemokła mi wkładka i można było wyżymać majtki. Oczywiście w ryk 😪 pojechaliśmy z mężem na SOR i przyjęła mnie położna - anioł oraz dosyć nieprzyjemny lekarz. Zbadał mnie usg, pokazał mi zarodeczek - dalej przytulony do ściany macicy i nadal z bijącym serduszkiem. Kazał wziąć więcej duphastonu i leżeć.
Tak wiec leżę już drugi dzień - na szczęście krwawienie powoli zamieniło się w plamienie i zupełnie ustało. Niestety mdłości się nasilają 🤢 zdarza mi się wymiotować rano a nawet teraz jak to pisze to bełt podchodzi mi do gardła. Ale zniese wszystko pokornie byle ta mała chmurka w środku była zadowolona i bezpieczna.
Pisałam wczoraj szefowej ze potrzebuje dnia wolnego żeby poleżeć. Czułam ze jest zła - musiałam często brać wolne jak jeździłam do kliniki wiec zmuszona byłam powiedzieć szefowej co jest grane. Nie jest z tego zadowolona, wiem ze wolałaby mieć pracownika. Ja ze swojej strony chciałabym kiedyś wrócić do pracy, bardzo ja lubię, chciałam jeszcze trochę teraz popracować żeby iść na chorobowe w lepszej atmosferze. Teraz wiadomo ze priorytety się zmieniły i jak trzeba będę leżeć plackiem, ale mimo wszystko martwię się czy w takiej sytuacji będę miała powrót 😞 poza tym muszę jeszcze masę spraw pozamykać, pozakańczać, nie mogę teraz zniknąć jak wszystko jest fatalnie rozgrzebane i niezrobione a w pierwszym tygodniu marca audyt - koszmar. Mam postanowienie ze teraz jak pójdę do pracy to żadnych insta i przerw na kawę tylko intensywna robota żeby zrobić jak najwiecej i jak najmniej rzeczy zostawić po sobie do ogarnięcia, żeby się nie denerwować jak nastąpi taka sytuacja ze nagle będę musiała iść na chorobowe i leżeć. Boże pomóż mi być wierną w tym postanowieniu!
Idę bo już tak mnie strasznie mdli ze mi literki skaczą przed oczami. W czwartek wizyta u położnika - widzimy się znowu! 🥰

P.S. Na zdjęciu z SORu chmurka ma rączki! Serio nie ściemniam, jak się człowiek wpatrzy to widzi takie ciemniejsze plamki po obu stronach chmurki. Rączki jak malowane!

20 lutego, 16:15

Według aplikacji 7+3tc
Według USG 7+5tc
Według lekarza „skończyła Pani 7 tydzień”

Kalkulator przesłany przez Niki pokazuje tak jak apka wiec uznaje to za prawdę objawioną i stwierdzam ze lekarz się nie zna a zarodek po prostu bardzo ładnie rośnie.

Byłam dzisiaj u lekarza położnika u którego chciałabym prowadzić ciąże. Wywarł na mnie dosyć dobre wrażenie. Zbadał mnie dokładnie, pooglądał na usg, przepisał badania. Ponieważ plamienia się powtarzały w ostatnich dniach to kazał bezwzględnie leżeć i dał chorobowe na 2 tygodnie. No to zamierzam bezwzględnie leżeć. Nadrobię seriale, książki i filmy. W pracy jakoś będą musieli dać rade beze mnie.
Zarodek dosyć urósł bo według dzisiejszych pomiarów ma 1,28 cm. Jest nadal małą chmurką z rączkami. Następna wizyta za 2 tygodnie i myśle ze wtedy już będzie wyglądał bardzo inaczej. Mam założoną kartę ciąży i zaczynam w przyszłym tygodniu robić i kompletować badania. Uff jakoś tak dalej to wszystko do mnie nie trafia. Totalna abstrakcja. Dobrze ze jest jeszcze trochę czasu żeby jakoś sobie wszystko poukładać w głowie.

5 marca, 21:32

9+4 tc
Samopoczucie: 🤢🤮😴

2 tygodnie chorobowego minęły jak z bicza strzelił. Dużo leżałam, trochę czytałam, rozpieszczałam męża (i siebie) domowymi obiadkami. Nie łaziłam na zakupy bo leżałam i koronawirus a poza tym Panie Położne wystawiając L4 mnie nastraszyły ze ZUS bardzo kontroluje. Dobrze ze dostałam to zwolnienie - minęły 2 najgorsze tygodnie podczas których miałam straszne mdłości i wymioty. I tak nie dałabym rady chodzić do pracy. Teraz mdłości już trochę zelżały, ale nadal czuje się bardzo zmęczona. Plamien przez ostatnie 2 tygodnie nie było wiec dziś triumfalnie wróciłam do pracy- myśle ze nikt nie wierzył ze wrócę łącznie z moją szefową, ale oszczędzam się dziś w pracy i tak sobie myśle ze gdybym się czuła mocno zmęczona to pójdę jeszcze na pare dni chorobowego żeby odpocząć. Dzisiaj po pracy jak wróciłam tak po prostu padłam, jak nigdy nie tobie drzemek w ciągu dnia tak po prostu wzięłam i zasnęłam 😴
Na wczorajszej wizycie miałam usg przez brzuch - było widać dzidziusia całego ślicznie z rączkami i nóżkami, z wielką mądrą główką. Ma teraz 2,59 cm i rośnie idealnie tyle ile powinien. Ruszał się i brykał jak szalony, wyginał cały swój maleńki kręgosłupik 😍 jak mała rybka 🐟 ciagle myśle ze to jeszcze wcześnie - dopiero 10 tydzień i powinnam zachować większą rezerwę bo jeszcze różnie może być, ale już okropnie moje maleństwo pokochałam, nic nie poradzę.
Dostałam skierowanie na test podwójny, na NFZ na szczęście, miałam się umówić dzisiaj, ale przez ten powrót do pracy zupełnie zapomniałam. Mam nadzieje ze jutro nie zapomnę i będą jeszcze miejsca, mam iść za półtora do dwóch tygodni. A następną wizytę u położnika mam 1 kwietnia. Tak ze co 2 tygodnie powinnam widzieć maluszka na usg.
Ginekolog prowadzący powiedział ze ze względu na laparotomie które przeszłam w dzieciństwie lepiej by było żebym urodziła siłami natury. Jak dla mnie oki- jeżeli nie będzie wskazań do cesarki to mogę rodzic SN, nie przeszkadza mi to. Ale moja mama nie może tego przeżyć. Cały czas mnie namawia żebym dała lekarzowi łapówkę żeby mi zrobił cesarkę. Bo to powinno być ogarnięte, mam być w komforcie, mam się nie zmęczyć, jak coś to ona mi załatwi. Mówię jej ze mamo jeszcze daleko do tego, nie myślmy o tym, przecież dziecko się może różnie ułożyć, różnie może być, ale mama nie chce dać za wygraną. Nie mówiliśmy rodzicom ze mamy jeszcze 4 zarodki wiec ten poród SN byłby tez dużo bardziej korzystny ze względu na następne ciąże. Jakoś będę musiała przetrwać mamy wtrącanie - mogłam się z reszta tego spodziewać- między innymi tez z tego względu nie mówiłam moim rodzicom o leczeniu- mama zawsze wie wszystko najlepiej i musi mieć wszystko przedyskutowane z cała resztą rodziny. Trzeba się uzbroić w cierpliwość bo następne lata z pewnością będą pod tym względem trudne.
Aha jeszcze z innych Niusów to tsh mi skoczyło 😔 i to dosyć znacznie, mam zwiększyć dawkę euthyroxu i zbadać na natepną wizytę.

13 marca, 08:38

10+5 tc
Samopoczucie: 😒

Znowu siedzę w domu na chorobowym. Całe 5 dni chodziłam do pracy. Bolał mnie brzuch i zatrzymało mi sikanie wiec zrobiłam badanie moczu i popędziłam do lekarza. W badaniu bakterie w moczu dość liczne wiec dostałam antybiotyk i mam siedzieć w domu. Na następny dzień przyszły wyniki posiewu i okazało się ze posiew czysty 🤷🏻‍♀️ Nie wiem jak to możliwe, w każdym razie mam nadal brać antybiotyk i siedzieć na tyłku. Akurat się to zbiegło z zaleceniami siedzenia w domu z powodu koronawirusa wiec w sumie się cieszę ze nie muszę w takiej sytuacji jeździć do pracy. Nie wiem czy nie zrobili tego posiewu jednak źle bo po kilku dawkach antybiotyku czuje się lepiej i sikam dużo swobodniej. Dzień przed badaniem moczu naszpikowalam się żurawiną i uroseptem wiec może dlatego? Nie mam pojęcia. W każdym razie podglądaliśmy dzidziusia czy wszystko u niego ok ( już podobno jest płodem a nie zarodkiem, tak że pękam z dumy ze idzie jak burza), wyglądał tym razem jak mały żuczek 🐞🐞🐞 jest duży, CRL wyprzedza datowanie z transferu o 2 dni. Troszkę się obawiam, bo myślałam nad tym - ja urodziłam się bardzo duża miałam 4400g, moje rodzeństwo tak samo (bliźniaki 3600g i 3400g), mój mąż w momencie urodzenia był jeszcze większy bo 4600g (i o zgrozo poród pośladkowy 😱) jeżeli geny się skumulują to mój potomek może być naprawdę duży a wtedy co z porodem SN? 😒 na razie nie będę myśleć o tym, nie będę się martwić na zapas. Na razie bliżej mam USG 1. trymestru - zaczynam się bać przed tym badaniem. Wcale nie chce specjalnie myśleć o tym, ale podskórnie odczuwam niepokój - bzyczący i denerwujący jak mucha, krążący wokół mojej głowy. Zawsze sobie znajdę powód żeby się o coś martwić, tak jak pisałam już nieraz - wszechświat nie znosi próżni- przestaję się martwić jednym i następne od razu wchodzi do glowy i dręczy. No nic, do badań jeszcze tydzień - postaram się zbyt dużo o tym nie myśleć, odpoczywać i futrować mojego żuczka i w końcu zacząć się trochę cieszyć tą ciążą, a nie tylko martwić!

24 marca, 16:07

12+2 tc

Wczoraj miałam badanie usg genetyczne i to było najdziwniejsze badanie na jakim byłam. Oczywiście ze względu na koronawirusa mój mąż siał panikę ze na pewno się zarażę i zaopatrzył mnie we wszystkie możliwe maseczki, rękawiczki i płyny do dezynfekcji. A bo jeszcze nie mówiłam ze praktycznie od miesiąca nie wychodzę z domu i nie kontaktuje się z ludźmi- chyba ze na krótki spacer w odosobnieniu. Nie chodzę na zakupy i pracuję z domu - mąż załatwia wszystko co trzeba. Bardzo się boi żebym się nie zaraziła.

W każdym razie kilka dni przed badaniem dzwonili z przychodni czy na pewno się na to badanie decyduje. I jeżeli tak to mam przyjść sama 3 minuty przed badaniem. Oczywiście zdecydowałam się na badanie a zatem podjechaliśmy - ubrałam tą nieszczęsną maseczkę i podeszłam pod drzwi przychodni które były zamknięte - zadzwoniłam domofonem i położna powiedziała ze zaraz mnie przyjdzie wpuścić - położna tez była w maseczce, poprosiła żebyśmy się odzywały jak najmniej, kazała uzupełnić ankietę o tym ze nie miałam w ostatnim czasie kontaktu z nikim zakażonym wirusem i poprosiła mnie do gabinetu - ja oczywiście za każdym razem jak czegoś dotknęłam to się odkażałam. Położna skserowala dokumenty, pobrała krew i zaprosiła do gabinetu lekarza. Lekarz tez miał maseczkę, powiedział ze zalecenia PTGiP są takie żeby jak najmniej mówić podczas badania wiec żebym się nie martwiła on nic nie będzie mówił, i zabrał się do mierzenia. Najpierw zmierzył CRL, potem przeziernosc karkową i chyba wyszła 1,5 ale nie dowidzialam za bardzo do ekranu. Potem zrobił zdjęcie chyba kości nosowej, potem zmierzył główkę, serduszko jak bije. Potem wykonywał jeszcze trochę innych pomiarów z których wiele nie rozumiałam. Dzidziuś był umiarkowanie ruchliwy - machał sobie nóżkami - ale ma cieniutkie mam nadzieje ze mu jeszcze troszkę zgrubną- i pokazywał rączki jakby przybijał piątki. Na koniec badania lekarz powiedział tylko ze „Na ten moment nie widzi nic niepokojącego ale poczekajmy na badania krwi” i nara - idź babo do domu. Tyle samo badanie usg. Czuje się minimalnie uspokojona bo wydaje mi się ze przeziernosc wyszła ok i kość nosowa tez była, ale wiadomo ze trzeba jeszcze poczekać ostatecznie na te badania krwi. Maja mi przesłać cały opis badania do końca tygodnia wiec pozostaje cierpliwie czekać.
Z innych niusów to nie wymiotowałam już 3 dni pod rząd i chociaż miałam jeszcze trochę mdłości to wyglada na to ze wychodzimy na prostą. Brzuch jest już trochę wystający i jak chcę mocno podkurczyć nogi to mi przeszkadza. Staram się codziennie mieć jakąś aktywność fizyczną - albo spacer albo puszczam jakieś ćwiczenia z YouTube. Teraz spacery tez maja być ograniczone a zatem zostanie mi machanie nogami na macie. Myśle o tej całej sytuacji trochę tak ze w sumie i tak mam dobrze i jestem uprzywilejowana - mogę pracować z domu, mam umowę na stałe, mam zapewnione wszystko czego potrzebuje, mąż robi zakupy, mam filmy, książki, czasopisma, telefon, kontakt ze światem - naprawdę niczego mi nie brakuje - a jednak gdybym wiedziała, ze moja ciąża przypadnie na taki czas to czy bym się wstrzymała z transferem? Myśle, ze tak. Te kilka miesięcy pewnie by mnie nie zbawiło a oszczedzilabym dużego stresu sobie i mężowi. Szczególnie mąż widzę jak bardzo jest przejęty żeby mnie nie zarazić i jak bardzo się tym wszystkim denerwuje. No ale czasu nie cofniemy wiec trzeba się po prostu spokojnie mierzyć z tym co jest.
Teraz czekanie na następną wizytę, a potem na... 2. trymestr! Boże jak to leci!

2 kwietnia, 10:24

13+4tc

Samopoczucie: coraz lepiej

Byłam wczoraj na wizycie - było dziwnie ale chyba trzeba się do tego przyzwyczaić. Doktor był w maseczce i mówił niewiele. Zobaczył opis badania usg 1. trymestru i mówi ze gites- wszystkie ryzyka małe. Trochę miałam wątpliwości czy ryzyka preeklampsji i przedwczesnego porodu nie wyszły za duże ale mówi ze nie i nawet nie ma wskazania żeby brać acard. No to ok, komuś muszę wierzyć. Tak samo z badaniami moczu - wychodzą mi cuda i dziwy - w badaniu osadu - bakterie liczne, w posiewie z tej samej próbki - posiew jałowy. Ja już sobie wyobrażałam jakiś patogen atypowy, ale doktor mówi żeby się nie przejmować. No to się nie przejmuje. Generalnie ciąża przebiega prawidłowo, wszystko ok, dzidzia rośnie, rusza się, ma serduszko, główkę i wszystko co potrzeba. Prawdopodobnie będzie dziewczynka 🥰 Skoro planujemy kilkoro dzieci to chciałam żeby chłopczyk był najstarszy ale reszta rodziny trzymała tak mocno kciuki za dziewczynką ze widocznie podziałało 😂 Ale cieszę się i tak, będę miała małą córeczkę 🥰 Szyjkę mam długą, zamkniętą, wiec doktor kazał koniecznie współżyć. Następna wizyta za miesiąc. Skoro wszystko ok i wyglądam wg dr „kwitnąco” mam się nie przejmować, dbać o siebie i nigdzie nie łazić. Nie wiem jak z tym kwitnąco - troche jednak wciąż źle się czuję, miewam mdłości bywam bardzo słaba i nic mi się nie chce. Cera- katastrofa. Oprócz tego pracuje z domu wiec mam jednak wrażenie ze trochę się zaniedbuję, No ale nie będę przecież po domu łazić w biurowych ciuchach. Aha ważyli mnie i nic nie przytyłam przez ostatni miesiąc - waga stoi na 56 kg - moze dlatego ze ograniczyłam słodycze. Za to wczoraj zjedliśmy wieczorem w maczku - bardzo niezdrowo ale tylko raz na jakiś czas, obiecuje! Skończyły mi się witaminy prenatalne i teraz będę chciała kupić coś z kwasami omega - trochę się wkurzam bo nie ma takiego produktu żeby mi pasował w 100% a w dodatku są niedorzecznie drogie ale zależy mi żeby nie mieć jakichś niedoborów tym bardziej ze z jedzeniem to różnie bywa, w czasie kwarantanny mam trochę ograniczony dostęp do świeżych warzyw i owoców, do porządnych ryb z resztą tez.
Mam dzisiaj taki plan żeby umyć okna i wyprać firanki - bardzo mi się nie chce ale po zimie są straszne - mamy w mieszkaniu tylko 2 okna wiec to nie jest jakiś niewiarygodny wysiłek dlatego może się zmuszę chociaż do tego.
1 2
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)