X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki ENDOMETRIOZA. MTHFR, PAI, ivf. Mała na świecie 🌸
Dodaj do ulubionych
‹‹ 5 6 7 8 9

30 maja, 07:48

37+0

Ciąża donoszona 🥳 Byłam na wizycie i Mała jest wszystkimi wymiarami o tydzień do przodu, nogami już grubo ponad 2 tygodnie, więc jeśli do 11 czerwca nic się samo nie zacznie i nie urodzę, to idziemy na indukcję. Za duża będzie na czekanie do terminu 🙈😱 Już teraz maszyna oszacowała ponad 3 kg. Szyjka jednak nadal 1,5 cm, twardo trzyma, chociaż dziecko już bardzo nisko. Brzuch mam wielki jak dynia, mam wrażenie że jest nisko. Nawet teraz leżę, rękę mam na żebrach a on jest niżej. Co do tych rozmiarów to komentarz mojego lekarza był następujący „gdyby to była ciąża u Wietnamki, to może bym stwierdził jakąś patologię, ale nie u was”. Poza tym co tu ukrywać - w maju ostro poluzowałam szelki. Prawie codziennie wjeżdżały lody, truskawki, albo coś słodkiego z piekarni. Albo miks tego wszystkiego. W eter to nie poszło.

Myślałam, że złapie mnie jakiś gigantyczny stres w związku z tym, że to już zaraz, ale: (1) pogoda mnie wykańcza, (2) mąż się rozchorował na zapalenie oskrzeli i chyba mnie też to łapie, czuję się więc tak, że mi już wszystko jedno. Komentarz lekarza na rozpoczynającą się chorobę „jak trzeba będzie urodzić w infekcji, to urodzi pani w infekcji”.
Byłam wczoraj u fizjo, pomasowała mnie, zrobiła masaż krocza (bardzo nieprzyjemne, sama też robiłam kilka razy ale nie tak mocno), rozluźnianie więzadeł, masaż brzucha.. może coś ruszy. 5 czerwca idę kolejny raz. Poza tym odpalam wszystkie inne sposoby na przyspieszenie porodu: daktyle, herbatka z liści malin, ostre jedzenie, spacery, seks (w tej chorobie to ciężko ale może jakoś pójdzie), ananas, sprzątanie. Idealnie jakby się urodziła w przyszłym tygodniu 🙏 ale planować to ja sobie mogę…

Nadal to, że niedługo się spotkamy po drugiej stronie brzuszka jest dla mnie abstrakcją. Ciężko mi określić co czuję - oczywiście strach przed porodem, niedowierzanie, oczekiwanie, elementy paniki, elementy wzruszenia i radości (momentalnie tłumione). Czekamy 🩷

1 czerwca, 22:13

Rozchorowałam się na dobre, jednak.
Katar, ból gardła po nocy, okropny, bolesny kaszel z odkrztuszaniem ropnej wydzieliny. Nie mam gorączki, ale też i siły na nic. Kaszlemy oboje jak dwa stare dziady, w domu bajzel, łóżeczko nie rozłożone, wózek nie poskładany. Wyglądam jak ta dziewczynka z Egzorcysty. Stosowałam chyba już wszystkie domowe metody i nie ma wielkiej poprawy. Nooo, może teraz jest jak przeleżałam cały dzień na zmianę pijąc wodę, kaszląc, scrollujac telefon i popłakując. Na telewizycie lekarz powiedział, że leki to ostateczność i muszę jakoś się ratować syropem z cebuli, inhalacjami, witaminami i imbirem. Wszystko inne ma wpływ na dziecko.

Najlepsze jest to, że brałam przecież Accofil na początku ciąży, potem do 36tc prograf i nic. Zdrowa jak ryba śmigałam.
Bardzo boję się o poród i Małą. Jeśli nie będzie poprawy do wtorku to mam skierowanie na morfo i CRP i mam iść stacjonarnie do lekarza żeby mnie ktoś osłuchał.

Fajna końcówka ciąży 👌Radosne oczekiwanie. Czepiam się męża, byle tylko jakieś spięcie sprowokować i się wyładować. Potem płacz, że co jeśli się zacznie w tej chorobie jak ja oddychać nie mogę. Jak się nie zacznie to indukcja, o której już się oczywiście nasłuchałam że albo jest strasznie bolesna, albo nie przynosi efektu i jest cięcie. Potem płacz, że jak to będzie jakiś przewlekły syf to jak ja ogarnę noworodka. Już miałam myśli wczoraj w apogeum niech mi zrobią CC i podłączą dożylnie jakieś super silne leki, byle przeszło.
Wiem, że niepotrzebnie panikuję i pewnie zaraz mi to przejdzie, ale mam dzisiaj jakiś totalny kryzys.

6 czerwca, 15:13

38+0
😱 O taki mam nastrój jak ta emotikonka. Na szczęście, koło poniedziałku, cudownie ozdrowiałam. Po prostu wstałam i prawie jak ręką odjął. Lekko jeszcze pokasłuję, ale jest dobrze. Mąż stwierdził, że to przez ciążę, taki tryb przetrwania. Możliwe.
Presja aby urodzić i widmo indukcji nadciągają, więc wraz z ozdrowieniem odpaliłam chyba wszystkie sposoby na przyspieszenie porodu. W poniedziałek 15 tys kroków, wtorek 12 tys, wczoraj „tylko” 8 tys ale wczoraj też zaczął pobolewać mnie brzuch jak na okres. Nie regularne skurcze, tylko ciągnący ból. Wieczorem dość mocny, więc miałam nadzieję, że się rozkręci ale niestety, dzisiaj znowu spokojniej. Nie mam ochoty na nic do jedzenia poza słodkim i od poniedziałku jak odkurzacz wciągam takie rzeczy, których chyba nigdy nie jadłam.

Dzisiaj nawet byłam na ostatnim treningu Aktywna Mama. Oczywiście musiał znaleźć się ktoś, kto nieproszony zrelacjonował mi swój indukowany poród 😬 20 h w bólach, ale „potem zapominasz”. A poza tym ćwiczyłam z Moją Dynią bez oszczędzania się, pożegnałam się z dziewczynami i instruktorką, trzymają za mnie kciuki i czekają na powrót na zajęcia jesienią z maluchem (to zajęcia dla mam z dziećmi i kobiet w ciąży).

Sprzątam jak opętana. Nawet odpaliłam mop parowy i wszystko co się dało w łazience zdezynfekowałam. Na połóg zrobiłam też 1 kg sosu bolońskiego (zamrożony), leczo i poporcjowane, mrożone owoce do koktajlów. Może mama i teściowa w razie czego poratują, bo mój mąż tak gotuje że już chyba bym wolała zamówić catering, który kosztuje majątek a nie jest wg mnie wartościowy (czytaj: sezonowy).
W nocy fatalnie śpię. Trochę niewygodnie, trochę siku, trochę oczywiście stres. Nie spodziewałam się, że ta końcówka może być taka nerwowa, ale w sumie nawet o tym nigdy nie myślałam.
Stresuje mnie jeszcze jedna rzecz. Mąż w poniedziałek musi wyjechać poza Waw. Musi oczywiście pojęcie względne, ale zgodziłam się na to 2 mce temu, nie wiedząc jak będzie na końcówce, a teraz już ciężko mu bez powodu „żona rodzi” się wycofać. Boję się strasznie że zacznie się wtedy jak go nie będzie i nie dojedzie na poród. Jakoś się zafiksowałam na tej myśli.
Idealnie byłoby więc, gdyby Mała postanowiła wyjść do niedzieli 🙏

10 czerwca, 22:57

Nadal w dwupaku. Jutro rano mam wizytę u prowadzącego i zobaczymy czy już mamy 4 kg czy jeszcze nie 🙃.
A ile osób napisało do mnie dzisiaj (kobiet, na podstawie swoich obliczeń i szacunków), czy już urodziłam? 5 😬 Presja nie pomaga.
Tyle dobrego, że męża nie ominie poród, więc moje nakręcanie się tym, jaka to będzie drama i rysa na naszym życiu minęło.

Wiadomość wyedytowana przez autora 10 czerwca, 22:59

14 czerwca, 16:21

Piszę dzisiaj z zupełnie nowej, cudownej rzeczywistości zwanej Macierzyństwem.

Wczoraj nad ranem, o 3:52 przyszła na świat nasza wymarzona, ukochana Córeczka Lena. 3650 gr, 58 cm, 10 pkt w skali Apgar, mini kopia mojego Męża z moimi ustami, długimi palcami i paznkokietkami 🩷
Ostatnia prosta pełna zwrotów akcji, poród ciężki, finalnie zakończony CC, ale jesteśmy całe i zdrowe. Ja to już wczoraj śmigałam, wszystko przy Małej robiłam, chodziłyśmy po korytarzu z wózkiem - mydelniczka, więc nie taki diabeł straszny 😊
Opiszę więcej, jak będziemy w domu i będę miała więcej pomocy Taty, bo w szpitalu może być z Nami tylko od 15:00 do 19:00.

Spłakałam się jak bóbr jak mi ją pokazali. Nie wierzę, że tu jest, że jest Nasza, że to wszystko jest prawdziwe.
Witaj na Świecie Córeczko 🩷🩷🩷

https://zapodaj.net/plik-T5eacpAz6L

23 czerwca, 02:07

Historia przyjścia Naszego Dziecka na Świat

Najdłuższy ale i najważniejszy wpis w moim pamiętniku - część 1 - ostatnia prosta, szpital i poród 🩷 Robiłam go od ponad tygodnia, na raty oczywiście. Część 2 kończę, nie chcę o niczym zapomnieć i utrwalić te wspomnienia na zawsze.

Ostatnia prosta

Weekend przed wizytą, czyli 7-8.06 to już było apogeum zniecierpliwienia i stresu. Potem poniedziałek 9.06 kiedy Męża nie było a ja szalałam czy się nic wtedy nie zacznie. Przetrwałam dzięki HBO, obejrzałam mini serial „Sceny z życia małżeńskiego”, pochłonął mnie i jakoś czas przeleciał. Swoją drogą, bardzo polecam. Wtorek rano, 11.06 na luzie pojechałam do prowadzącego z kliniki. No może nie do końca na luzie, bo w głowie paranoja czy już Mała przebiła 4 kg czy nie. W każdym razie plan był na spokojnie w razie czego wybrać się do szpitala na indukcję, jakoś pewnie pod koniec tygodnia.
A tu zonk. W USG malowodzie. Mało już przybrała od ostatniej wizyty, szacowana na 3600, dr powiedział, że łożysko się starzeje, że mało wód, że „kończymy tą ciążę”. Pytam się jak to, co mamy robić ? „Pakujecie się i jedziecie do szpitala”. Takiego scenariusza się nie spodziewałam. Uprzedził mnie tylko że szyjka dalej za wysoko, twardo trzyma, niegotowa do porodu i może być coś takiego jak dystocja szyjkowa, przez co skończy się CC. Może puści, może nie. W sumie byłam już w takim amoku że mi było wszystko jedno. Dom, walizy, szpital (Południowy w Waw). Szybkie przejście przez SOR, IP ginekologiczna - może z 15 min zajęło. Szok pozytywny. Na IP potwierdzona diagnoza, malowodzie, przyjmują mnie na patologię ciąży i będziemy decydować co dalej, ale ciążę lepiej skończyć szybciej niż później. To był 38+5.

Pobyt na patologii ciąży

Dobę z 11 na 12 spędziłam na patologii ciąży i to było w sumie spoko, bo się uspokoiłam że jestem pod opieką, ktg kilka razy dziennie, zeszło mi ciśnienie. O tej indukcji już nawet nie myślałam, będzie to będzie. Cały czas byłam w kontakcie z moją położną i to też był duży komfort psychiczny. W nocy współlokatorka z pokoju zaczęła rodzić. 4 h skurczy, ale jakoś między nimi pakowała walizy i gadała ze mną, na skurczu cicho syczała ale obserwując to myślę „luz”. Po 4h okazało się że ma rozwarcie na 6 cm i zabierają ją na porodówkę. Tym bardziej myślę o co halo z tym porodem jak to tak sprawnie idzie 😅 O żesz ja naiwna.

Poród

Wyspana, bo sąsiadkę powieźli na porodówkę, najedzona talarkami w nocy (sąsiadka między skurczami mi dała paczkę), 12.06 czekam na lekarza. Fajna babka. Mówi że jestem dziewczyną z trudną historią, tych wód jest mało, Mała jest spora, więc co ja na to aby indukować poród. To mówię że jestem jak najbardziej za. Kończymy KTG i mam się stawić w zabiegowym dobrać metodę indukcji. Zbadała mnie, mówi to samo co Dziadecki, że szyjka niegotowa, zamknięta na siedem spustów i musimy dać balonik. No ok. Wkłada ten balonik, średnio przyjemne, a tu coś pociekło aż na podłogę. Wody zaczęły odchodzić … Jeszcze chcieli sprawdzić czy na pewno więc ze 20 min ten balonik miałam, ale okazało się, że wody na 100%, więc balonik do usunięcia. Fail już na starcie tej indukcji, myślę sobie. Ale czekam. Ok 16:00 odszedł mi czop śluzowy, zaczęłam plamić. Nadzieja, że jednak samo się ładnie rozkręci. Od 18 zaczęły się skurcze, do wytrzymania ale bolesne, nieregularne, bardziej mocny ból jak na okres. Ok 20:00 już regularne więc wzięli mnie na porodówkę, by były miejsca i przyjechała moja położna. Nooo i się zaczęło… Szyjka totalnie niegotowa, przebiła mi pęcherz płodowy żeby wody do końca zeszły, decyzja że podajemy małą dawkę oksytocyny. KTG przenośne cały czas miałam mieć. Dzięki Bogu 🙏 Warunki rewelacyjne - jednoosobowy pokój, fotel dla męża, światełka, łazienka z prysznicem, piłki, masa bajerow, no jak w prywatnej placówce. Ciężko uwierzyć, że to NFZ. Po oksy skurcze już konkret, stwierdziłam że jestem zmęczona to ja się przy nich położę. Błąd, bo jak się rozkręciło to na leżąco strasznie bolało i sama już nie wstałam. Mąż był ze mną od początku i od samego początku już pobladł. Jakoś po godzinie doszedł mi bardzo niefajny, straszny wręcz objaw w tym porodzie - wymioty. Na skurczu. Położna posadziła mnie na piłce, dała torebkę na wymioty i heja. Szyjka oczywiście nie współpracowała, skurcze bolesne i nieefektywne, rozwarcie może 1 cm. No to zwiększamy dawkę oksytocyny i z tą piłką pod prysznic. Lałam sobie ciepłą wodą po brzuchu, siedziałam umordowana na tej piłce ponad 2h, ale rzeczywiście ciepła woda trochę łagodziła to piekło. Ok 1:00 miałam już bardzo dużą dawkę oksy, skurcze fest (czułam i widziałam na ktg) i ból taki, jakiego nie znałam. Nicość. Nie wydawałam z siebie żadnych dźwięków, tylko zamykałam oczy, cała się spinałam, skurcz, rzyg, wdech i wydech i liczenie. Jakoś po doliczeniu do 6-7 wiedziałam że trochę odpuści. I w momencie skurczu jakby nic nie istniało. Amok totalny. Mąż przerażony. Widziałam też że coś się dzieje nie tak. Położna pobrała mi krew do badań, dziecku od jakiegoś czasu zaczęło bardzo skakać tętno (170-177), wody płodowe zielone. Resztki racjonalnego umysłu modliły się już o CC. Jak czekaliśmy na wyniki to podali mi znieczulenie, żebym się chociaż chwilę zdrzemnęła. Skurcze miałam tak częste już, na tej max dawce oksy, że właściwie nie było opcji podać między, więc podawali znieczulenie na skurczu. Byłam nago, mokra, na tym łóżku, wyginali mnie aby trafić w kręgosłup, to był moment jak zapalili mocne światło, że poprosiłam męża, żeby wyszedł na chwilę, żeby na to nie patrzył. Poprosiłam to dużo powiedziane 😂 To było raczej wysyczane „no i na co się patrzysz ?! Wyjdź stąd na chwilę”.
Znieczulenie podziałało cudownie, nie czułam prawie nic a skurcze pisały się super mocne. Położna kazała mężowi zdjąć mi łańcuszek więc już wiedziałam, że pewnie będzie cięcie (o które serio się już od północy modliłam). Zdrzemnęłam się z godzinkę i pobudka jakoś tuż po 3:00, położna po wynikach badań i rozkowie z lekarzem, że „Kasia jedziemy na CC, bo ja się boję o tego Waszego dzidziusia, wody zielone, a z krwi wyszła już infekcja wewnątrzmaciczna. „Mamy przed sobą jeszcze wiele godzin porodu, a chcę abyście mieli zdrowe dziecko”. Dla mnie to była informacja zbawienie, czułam całą sobą niepokój że ten poród idzie źle i jak po grudzie, że mała jest przerażona (stąd to tętno). Bałam się o nią. Zresztą nie miałam fiksacji na poród SN, chciałam spróbować ale bez ciśnienia, na początku ciąży chciałam CC, ale nie podobało mi się planowane na zimno.
Z emocji jednak mnie już trzęsło konkretnie. Przyszedł lekarz, wszystko mi wyjaśnił, podpisałam zgody. Zapytał czy mam jakieś pytania. A ja że nie, tylko prośby „pierwsza żeby moje dziecko przeżyło, żebym ja przeżyła i ostatnia żebyście nie usunęli mi macicy”. Roześmiał się i mówi że ok. O 3:30 zawieźli mnie na salę, mąż spakował nasz bajzel i miał się przygotować do kangurowania Małej. CC wspominam super, poza tym że telepało mną z adrenaliny, zmęczenia, leków. Znieczulenie poszło jak z płatka, ekipa super miła, każdy mi się przedstawił, pani neonatolog powiedziała że zaraz będziemy oglądać Małą, moja położna trzymała mnie cały czas za ramiona.
Coś tam zaczęło robić, lekkie kołysanie i słyszę „o jest”, że już ją wyciągają. Ja że „nie płacze”, to się zaśmiali że chwila, na razie różowa stopa jest. Wybiła 3:52 i mi ją pokazali nade mną, umazaną, płaczącą, jeszcze z pępowina. Płakałam, śmiałam się i trzęsłam z emocji jednocześnie. Kosmos uczucie. Potem ją wzięli na bok i tam ogarniali co trzeba, ale wszystko mogłam obserwować. Mnie zaszywali. Bałam się że natną mięśniaka, będzie krwotok o jakąś drama ale poszło naprawdę super. Przystawili mi Małą do twarzy na pocałunki i pojechała do Taty.
Byłam w szoku jaka jest długa i jak ona mi się w brzuchu mieściła. 58 cm, długaśne nogi. Na pierwszy rzut oka - cały mój Mąż 🩷 Tylko usteczka moje.
Przewieźli mnie na pooperacyjną, gdzie Mąż ją kangurował, czekając na mnie. Teraz powtarza, że on do końca życia nie zapomni tego uczucia jak mu ją położyli na klacie, jaka była gorąca, jak się przytuliła i jak spała. Narobił ze 20 selfiaków z tego kangurowania i porozsyłał do rodziców od razu. Ma na nich taką minę, taki jest dumny że wygląda jakby sam ją urodził 😂

Zaczęło świtać, położyli ją na mnie, od razu do cycka się przyssała, dostała siarę i tak już leżałyśmy przez 6 h do pionizacji. Mąż obok, pilnował żeby się nie przesunęła gdzieś, a ja mogłam trochę podrzemac. Zmęczeni, szczęśliwi, wzruszeni, nareszcie razem.

Dostałam sporo leków przeciwbólowych, pionizacja po nie całych 6h. Dla mnie luz. Od razu wstałam i poszłam po mału pod prysznic. Bolało, ale w porównaniu do skurczów porodowych to pestka.

No i jest na świecie od 10 dni a ja rozpływam się w miłości i szczęściu jakich nie znałam. W zmęczeniu i frustracjach również, ale o tym w drugiej części mojego wpisu „porodowego” ;-) Dla mnie to była magiczna noc, piękny poród, mimo że wszystko poszło nie tak, ale liczy się tylko to, że ona tu jest.

Zdrzemnę się może z godzinkę i o 3:00 pobudka na karmienie (jak Lenka będzie chętna) lub laktator (walka o laktację, stąd te frustracje …).

Wiadomość wyedytowana przez autora 23 czerwca, 02:08

28 czerwca, 16:59

Ponad 2 tygodnie jak Mała jest z nami. Czas strasznie
przyspieszył i aż mnie ściska w środku na myśl, że to że jest taka malutka zaraz minie. Chciałabym móc go teraz zatrzymać.
Starania i ciąża dłużyły mi się niemiłosiernie, a teraz zanim się obejrzę ona zacznie mówić i biegać 🥲
No ale przyznaję, jest ciężko. Jak się tego nie przeżyje na własnej skórze, to nie do wyobrażenia - zmęczenie, emocje, hormony.
Wracając do pobytu w szpitalu i pierwszych dni życia Małej:

Pobyt na położnictwie
Jak nas ulokowali, to Tata musiał nas już zostawić bo godziny odwiedzin tylko między 15:00 a 18:00. Ja 6 h po CC, dopiero co spionizowana, sama, na takiej adrenalinie że nic nie spałam. Położne same z siebie nic nie pomagały, trzeba by się prosić chyba, więc sama ją pierwszy raz przewinęłam. I dalej też tak było. Wtedy byłam nakręcona, ale z perspektywy czasu uważam że szczególnie po CC to było słabe. Ciężko wstać z dzieckiem, które na Tobie leży z dopiero co zaszytym brzuchem, ciężko cokolwiek zrobić. Nawet nie chodzi o brak siły, tylko siedząc i trzymając ją na rękach chyba zababralam sobie tą ranę.
Tak 2 doby było jeszcze ok i byłam nastawiona na wyjście, ale niestety w sobotę okazało się że spadła z masy ponad 7% a ja mam zaogniony brzuch wokół rany. Do poniedziałku na pewno nie wyjdziemy. Zostajemy na weekend. Sąsiadki z sali wypuszczone, szpital opustoszał, na dworze gorąco, mąż w sobotę zamówił piękny bukiet kwiatów (najpiękniejszy jaki widziałam), bo też był pewien że wyjdziemy a tu za przeproszeniem d**a. Przepłakałam pół dnia. Że utkwiłyśmy, że chce do domu, że tęsknię za mężem, że mam za mało pokarmu i głodzę dziecko itd. Cała lawina poszła. Leżałam, tuliłam ją do siebie i duszone łzy.
Dostałam antybiotyk dożylnie i odpaliłam laktator. 10 ml ściągnęłam, o połowę za mało jak na ten dzień. Płacz i stres. Sobota cały dzień karmienie na żądanie i laktator ale nie wiele to dało, więc w niedzielę dodałam MM (nie mieli banku mleka). Desperacja, byle stamtąd wyjść. No ale tłumaczyłam sobie że karmię tak pół na pół, zaczęła ładnie przybierać. Tzn teraz tak sobie tłumaczę. Tam się strasznie katowalam, płakałam, porównywałam z innymi. Wjechała schiza, że co ze mnie za matka, że nic mi nie wychodzi. Mama mnie trochę podniosła na duchu, że ze mną miała to samo (z drugim dzieckiem miała więcej luzu i brak problemów), że babcia biust imponujący a też karmić tylko piersią żadnego dziecka nie mogła. Ale zabolało mnie to bardzo.
W międzyczasie (poniedziałek) jakaś lekarka usłyszała szmer w serduszku Małej. Kazali mi ją zawieźć na obserwację saturacji na neonatologię. Kolejny zawał przeżyłam. Stałam tam pod drzwiami tej neonatologii i się modliłam, chociaż w duchu czułam ze jest ok. Nic poważnego - szmer fizjologiczny. Podcieli jej też wędzidełko. Miała tak skrócone że w pierwszych dniach poraniła mi sutki do krwi i strupów.
Łącznie przez mój stan zapalny i wysokie CRP przetrzymali nas 6 dni. W duchocie, okna nie otwierane, praktycznie sama z nią oprócz godzin odwiedzin. Myślałam że oszaleję. Ostatniego dnia zaczęłam już kręcić awanturę, że crp spada, czuję się coraz lepiej i chce wyjść, bo ja tu nie wyzdrowieje nie mając warunków do rekonwalescencji i wsparcia męża. Przyszedł ordynator i przyznał mi rację 💪 Miałam tylko kontynuować antybiotyk doustnie i pokazać się na kontroli z crp.
Ciężki czas przeżyłam w tym szpitalu, ale z drugiej strony takie niezapomniane chwile bliskości z dzieckiem. Cały czas byłyśmy razem, woziłam ją w tej mydelniczce po korytarzach, do łazienki, do kuchni. Praktycznie nie sypiałam.
We wtorek 18.06 byłyśmy już w domu, z tatą i pieskami.

Emocje

Czuję się całkowicie przytłoczona, wszystkim.
Miłość do dziecka jest wszechogarniającym uczuciem. Kocham ją nad życie i nie spodziewałam się że to jest aż tak intensywne.
Płaczę ze wzruszenia, ze szczęścia, niestety też z żalu nad sobą ile to wszystko mnie kosztowało. Całą ciążę gasiłam wszystkie emocje, kilka łez uroniłam jak Jerzak słuchała serduszka Małej, a tak to cały czas „dystans, nie ciesz się, nie nastawiaj na nic”. I puściła teraz taka tama, że mnie to rozj***lo wszystko.
Całymi dniami ją tulę, karmie (chyba nieudolnie), patrzę się na nią, lub oglądam jej zdjęcia. W szpitalu nie spałam, bo patrzyłam czy oddycha. Reszta świata może nie istnieć. Jest dla mnie Cudownym Dzieckiem. Jest grzeczna, słodka, robi minki, podkłada rączki pod główkę, czasami jest Płaczusiem, jest do mnie przyklejona (chyba przez ten szpital gdzie non stop byłyśmy razem).

Mężowi kupiłam na Dzień Taty breloczek z grawerem „Najlepszy tata na świecie”, imieniem małej i datą jej urodzenia. Przyszło wcześniej, przyniósł to z paczkomatu i się pyta co to, to powiedziałam przez łzy, że mogę Ci w sumie dać wcześniej. I w płacz z emocji. Z Mężem też zbliżyło mnie to, że był ze mną przy porodzie, widział te męki, jaki to jest wysiłek i poświęcenie ze strony kobiety. Kangurowal Małą.

Trudności

Oprócz miłości i szczęścia odczuwam też inne rzeczy.
Karmienie piersią 🤯. Czemu na szkole rodzenia mówią tylko o pozycjach do karmienia i nikt nie wspomina że dla niektórych to droga przez mękę ?! Krew, poranione sutki, za mało pokarmu, zastoje, godziny spędzone na piersi na dziamdzianiu, godziny spędzone z laktatorem, życie pod dyktando interwałów 2-3 h, ogromne poczucie winy jak się nie udaje. Nadal mam za mało pokarmu, muszę dodawać MM bo nie przybiera tyle ile powinna tylko na moim mleku. 2 tygodnie się tym katowałam i stresowałam, ryczałam po kryjomu przed mężem, ale po mału układam sobie w głowie, że robię nadal tyle ile mogę. I przyznaje - nie stać mnie na poświęcenie w postaci spędzenia lata w łóżku z laktatorem (takie miałam zalecenie - laktator po każdym karmieniu na żądanie). Wolę dać swoje, dodać MM, wziąć dziecko na ręce albo pójść z nią na spacer (uwielbia wózek).

Hormony, brak snu, ale chyba głównie hormony też dają mi się we znaki. Rollercoaster, płaczliwość, drażliwość. Powoli uczę się, że mój sen gdy ona śpi, jest ważniejszy niż cokolwiek. Staramy się ogarnąć w tej nowej rzeczywistości. Sajgon jest 😀🫣

Czuję się więc zmęczona, dojechana tą rzeczywistością, szczęśliwa, spełniona, pogubiona, pełna obaw czy sobie poradzę ze wszystkim, czy czegoś nie zawalę.
Jeden wielki kocioł 🙃.

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 czerwca, 17:04

7 lipca, 09:33

Moja Lenka jest z nami 24 dni. NIedługo skończy miesiąc i przestanie być noworodkiem. Czas zapitala jak nigdy. I boję się zapeszyć, ale mimo pobudek od 3:00 do 8:00 rano co godzina na karmienie ostatnio, marudzenia czasami, że nie wiadomo o co jej chodzi, jest coraz fajniej. Z każdym dniem kocham ją jeszcze bardziej i nie pamiętam już jak to było, jak jej nie było. Mam dla niej pokłady siły i cierpliwości, które chyba kumulowały się w czasie lat starań.

Chociaż przyznaję, że pierwsze dwa tygodnie, tak od 3-ciego dnia po porodzie, zaliczyłam klasycznego baby bluesa. W poprzednim wpisie to się zaczynało, potem się nasiliło. Totalnie mnie ten stan zaskoczył. Czułam się jak nie ja, płakałam łzami jak grochy a to z powodu karmienia, a to ze szczęścia, a to z nostalgii, że za szybko rośnie. Jazda jakiej nie znałam. Potrafiłam wyjść na 15 min z psami i chlipać pod blokiem, żeby mąż nie widział. Aż do psychologa poszłam, bo myślę albo depresja poporodowa albo cholera wie coc, zwariowałam do końca. Przeważające myśli - nie radzę sobie, jestem beznadziejna, zaraz zrobię coś nie tak. A obiektywnie to doskonale sobie radziłam, jak na to, że pierwszy raz mam do czynienia z noworodkiem, mąż nie mógł teraz wziąć urlopu więc od 10 do 17 codziennie byłam z nią sama (i z psami), o dzieciach w sumie nie wiele wiem, w dużej mierze zdaję się na mój instynkt. Psycholog wytłumaczyła mi jak to działa fizjologicznie, że to zupełnie normalny stan, hormony ciążowe zjeżdzają w dół i muszę po prostu przetrwać ze świadomością, że to co się dzieje ze mną jest całkiem normalne.
W końcu mi się ulało przed mężem. On jako wybitnie niewylewny i nieskory do komplementów powiedział, że jestem wspaniałą mamą i sam jest w szoku jak sobie dobrze radzimy, to mnie to podbudowało. Potem mieliśmy sesję noworodkową, przyjaciółka makijażystka z zombie zrobiła ze mnie z powrotem Kobietę i baby blues jak ręką odjął. Zdjęcia wyszły super. Wczoraj zamiast spać kolejny raz je oglądałam i zoomowałam minki Małej.

Organizm też dostroił mi się do nowej rzeczywistości. Takie mam wrażenie. Daję radę bez ciągłego snu 7-8 h, w tym trybie przerywanym, w ciągu dnia potrafię uciąć sobie drzemkę (nigdy wcześniej się to nie udawało), jem regularnie, chodzę z Małą na spacery. Nie czuję zmęczenia albo się do niego przyzwyczaiłam. Nie jest to oczywiście bezkosztowe. Jakiekolwiek relacje towarzyskie poprzez social media ucięłam praktycznie do zera. Nie ma czasu gadać czy siedzieć na necie bez celu, bo odbywa się to kosztem dziecka / snu / jedzenia / ogarnięcia siebie. Rozmawiam przez telefon z mamą, koleżankom napisałam, że jest sajgon i się kiedyś ewentualnie mogę spotkać na spacer to opowiem, bo na pisanie i gadanie nie ma czasu.
Przyznaję, że nie rozumiałam o co chodzi z tym, że przy małym dziecku czasem ciepła kawa czy prysznic są wyzwaniem. No to są wyzwania codzienności :-) Teraz np zamiast zjeść jak Ona śpi to robię wpis. Ale jest niedziela, jest Tata, to jest duuuuużo łatwiej.

Z rzeczy fajnych - spacery. Kocham. Wózek sprezentowany przez Dziadka jest fenomenalny, zwrotny i lekki. Chodzimy do pobliskiego parku, do piekarni, na bazarek. Byłam z Nią już nawet nad Wisłą. Pojechałam metrem, zrobiłyśmy 7 km, Mama zjadła obiad na powietrzu, Mała większość czasu przespała. Potem szybka zmiana pieluchy w wózku (zawsze mam w ogranizerze matę, chusteczki, mały Linomag i pieluchy), karmienie na leżaczku nad Wisłą i to był super dzień. Plusy lata.
Karmienie idzie coraz lepiej. CDL pomogła, wytłumaczyła, chociaż aby jeszcze bardziej rozkręcić powinnam stymulować piersi po każdym karmieniu na żądanie laktatorem po 15 min. Czyli xxxx razy dziennie. Niewykonalne, bo musiałabym z łóżka nie wychodzić, odkładać dziecko, jak ono lubi sobie na mnie pospać i poprzytulać się i ogólnie oszaleć, bo nie mam do tego cierpliwości. Karmię ją więc na żądanie i laktator odpalam kilka razy dziennie. Czasem dodaję mm, czasem moje odciągnięte mleko. Wyluzowałam z tym, bo dziecko najedzone, zadowolone, przybiera na wadze książkowo, ja zadowolona, mleka coraz więcej.

Z rzeczy niefajnych - szczepienia. Jestem bardzo pro, ale w tyle głowy mam historie, że komuś zdarzył się nop w postaci porażenia i bardzo mnie to zestresowało. Nasza pediatra jest za tym aby walić wszystko jak najszybciej i praktycznie na raz - 6w1, pneumokoki, rota i meningokoki (typ A) jednego dnia a już za 2 tygodnie od tego - meningokoki typ B (czyli Bexsero). Przegadaliśmy to z mężem i nie idziemy tą drogą. Najpierw zaszczepimy na 6w1 i rota, za 2 tygodnie pneumokoki, meningokoki na razie odkładamy w czasie, niech trochę podrośnie i będzie odstęp między innymi.

Poczytałam wogóle o tych chorobach i jak wcześniej byłam pewna że Mała pójdzie do żłobka, to teraz raczej nie pójdzie. Za rok wracam do pracy, ona będzie jeszcze malutka a żłobki to z tego co teraz wiem to jedna wielka wylęgarnia chorób, więc skorzystam z propozycji mojej mamy, że ona się nią zajmie. Jest na emeryturze od roku, co prawda mieszka w innym mieście, ale logistycznie jeżeli na szali jest zdrowie dziecka, jest to do ogarnięcia. Może uda nam się do tego czasu sprzedać mieszkanie i kupić dom pod Warszawą. Może po prostu będzie przyjeżdzała na poniedziałek - czwartek (w piatki ja chcę mieć wolne obniżając wymiar etatu, zamieniając na wychowawczy i chroniąc się przed zwolnieniem). Wiem, że planuję dużo naprzód, ale czas tak szybko płynie, że nie jestem w stanie nie myśleć co właściwie zaraz.

Wpis jest, śniadania nie ma :), Mały Ssak już zaczyna się przebudzać, więc uciekam :-)

‹‹ 5 6 7 8 9