Wielki TEST kobiecej płodności!

Sprawdź swoją płodność i otrzymaj spersonalizowane wskazówki

Rozpocznij test

Wielki Quiz na Dzień Ojca!

Co wiesz o plemnikach swojego partnera?

Rozpocznij
X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki W oczekiwaniu na wiatr, który rozwieje burzowe chmury...
Dodaj do ulubionych
1 2 3 4

28 stycznia, 16:08

Nasze malutkie, śliczne serduszko zgasło 😢

8 lutego, 15:33

Wróciłam z piekła... Tydzień ronienia i 3 dni chodzenia z ciążą zablokowaną w szyjce to tortura. Zaparłam się, że nie chcę zabiegu więc znosiłam to cierpienie. Niestety został w macicy mały fragment endometrium z przepływami. Za tydzień usg i dr zdecyduje, czy muszę wrócić do szpitala na zabieg. Także niestety to jeszcze nie koniec 🙁 Opiekę miałam cudowną. Mój ginekolog wziął mnie do siebie na oddział. Wszyscy lekarze i pielęgniarki wiedzieli, że jestem od niego i dbali o mnie jak mogli. Jedna z młodych pielęgniarek płakała ze mną i tuliła, gdy nie mogłam się uspokoić. Uwielbiam mojego lekarza absolutnie za wszystko.

Doszły kolejne kłopoty 🙁 Jest podejrzenie konfliktu serologicznego. Pojechałam od razu do Centrum Krwiolecznictwa na badania. Podejrzewają, że to wina szczepień limfocytami. Miały pomóc, a być może wyrządziły szkody 😔

Fizycznie jestem wyczerpana. Mam anemię, odwodnienie i potykam się o własne nogi.
Psychicznie jestem na dnie. Nie mogę przestać płakać. Nie walczę z tym, bo za bardzo jestem tym wszystkim przygnieciona.

16 lutego, 21:18

Zostało ustalone, że zwariowałam, jestem nadpobudliwa, egoistyczna, pielęgnuję ból, którego w ogóle nie powinnam czuć! Ok jestem smutna, płaczliwa, nerwowa, wkurzam się na głupie gadanie ludzi, wybucham, gdy ktoś przesadzi. Ale czy nie mam do tego prawa? Otóż okazuje się, że nie mam.

Gdy dostaję informację od lekarza, że serduszko zwalnia...
Mama: wszystko jest dobrze, a Ty wierzysz w głupoty i robisz niepotrzebnie dramat.
Siostra: jest serce, jest zdrowe dziecko, nie wymyślaj problemu tam gdzie go nie ma.
Słyszę najgorszą diagnozę...
Mama: ale chociaż zachodzisz w ciążę więc nie jest tak źle jak to przedstawiasz. Kowalska poroniła, a ma dwoje dzieci.
Siostra: przecież nie musisz rodzić swojego dziecka, zaadoptuj.
W trakcie poronienia, msza w kaplicy szpitalnej...
Ksiądz: apostoł był tak bardzo niegodzien pełnienia służby Jezusowi, że został porównany do nienarodzonego, poronionego dziecka. Jest ono tak bardzo niegodne, ponieważ nie zasłużyło na powołanie do życia 😯😡
Po poronieniu...
Mama: pewnie coś dzwignęłaś i tak się stało.
Siostra: weź się w garść.
Kolega: nie tylko Ty masz problemy, ja mam ciężki oddech po covidzie.
Koleżanka: życie toczy się dalej, nie możesz tak przeżywać.
Koleżanka z pracy: wracaj do roboty, to zapomnisz o płaczu, nerwach i innych głupotach.
Ubezpieczyciel: utrata ciąży nie jest życiową szkodą.

Czy naprawdę zwariowałam, że się wściekam?! Obecnie z nikim nie rozmawiam i mówię wprost żeby do mnie nie dzwonili, bo nie pomaga mi to. Także dodatkowo jestem zarozumiała i zatracam się w cierpieniu, bo tak jest łatwiej i wzbudza to litość innych. A ja się zastanawiam jak do cholery mam rozmawiać z ludźmi żeby ich zadowolić w obecnej sytuacji? Zastanawiam się kiedy jest ten moment, w którym mam prawo przeżywać stratę? Czy gdybym urodziła i straciła maluszki? Dopiero wtedy miałabym podstawy do płaczu? Kto wyznacza granicę kiedy można cierpieć? Zrobiłam się aspołeczna i bardzo mi z tym dobrze. I zamierzam taka być. Nie będę uszczęśliwiać ludzi udając, że dobrze się czuję kiedy czuję się fatalnie. Mam strasznego wkurwa! Ale to takiego, że jeszcze pół słowa i będę wszczynać awantury. Każdy mi mówi co mam robić, jak się czuć i jak się nie czuć. A już na pewno nie rozpaczać! Bo niby jakim prawem, z jakiego powodu?! No żesz jasna cholera!!!!! Dlaczego ludzie po prostu się nie odpieprzą?!

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego, 21:19

18 marca, 18:39

Nastał martwy czas. Klinika nakłaniała mnie do bardzo szybkiego transferu. Byłoby to już w połowie kwietnia, a jeszcze nawet bety nie mam ujemnej 🤦 Po ciężkich negocjacjach stanęło na histeroskopii w kolejnym cyklu, a transfer najwcześniej w maju lub czerwcu. Zawsze chciałam wszystko szybko ale tym razem, na myśl o tak prędkiej kolejnej próbie i ewentualnej ciąży, wpadam w panikę. Poprzednia ciąża z wieloma komplikacjami tak mnie przeorała psychicznie, że dziś nie mam siły na następną. Mam poczucie, że podchodząc do transferu wbrew sobie i po naciskach lekarza, trudniej byłoby mi to wszystko udźwignąć. Przecież lecę na oparach sił.

Jeszcze w marcu mamy konsultacje w innej klinice. Może świeże spojrzenie coś wniesie.
Po weekendzie też wizyta u dr Paśnika, na której dostanę nowe zalecenia do transferu.

Tymczasem dowiaduję się o kolejnej ciąży, która pojawiła się dzięki moim wskazówkom jakie badania wykonać i do jakiego lekarza się udać. Cieszę się, że jestem matką chrzestną tego sukcesu. Czy moja trudna droga jest po to, żeby pomóc przyjść na świat innym pociechom? Z każdej bardzo się ucieszę ale swojej też chciałabym się doczekać.

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 marca, 18:41

30 marca, 07:35

Wizyta w nowej klinice miała dać nadzieję, a odebrała resztki, które się we mnie tliły. Nie ma rady żeby zapobiec moim poronieniom. Wypieram myśl, że może nigdy się nie udać. Nie jestem w stanie tego zaakceptować. Jednak dalsze działania ze świadomością, że prawdopodobnie są daremne, to potężne obciążenie psychiczne. Nie wiem jakie winy muszę w ten sposób odpokutować 😔

31 maja, 07:33

Majowa procedura zakończyła się niepowodzeniem. Staram się zgonić to na statystykę ale jednak przykro. Zostały nam dwa zarodki już trochę słabszej klasy ale i tak są w porządku.
Jest już nowy cykl i nowa szansa. Brakuje trochę sił fizycznych i psychicznych. Z wiarą też kiepsko. Działam, bo tak trzeba ale brakuje mi paliwa.

20 czerwca, 20:05

Jestem 2 dni po transferze i od 2 dni męczę się z chorobą... zapalenie ucha, węzłów chłonnych, gardła, zatok. O ile przed transferem miałam w sobie nadzieję, teraz szlag ją trafił.
Kuriozalne jest to, że leczę się by mieć zdrową ciążę, tymczasem to leczenie rujnuje moje zdrowie i w tym momencie odsuwa mnie od ciąży. Zastanawiam się gdzie jest granica normalności. Leżę jak dętka na kanapie, zieję, stękam, kicham, prycham i nie mogę wziąć leku, który postawi mnie na nogi, bo leczę niepłodność. "Zwykli" lekarze robią wielkie oczy, gdy opowiadam im swoją historię. Edukuję ich z immunologii i działania szczepień limfocytami, po czym słyszę, że nie widzą co ze mną zrobić. Oficjalnie jestem już inna niż wszyscy (żeby nie powiedzieć nienormalna).
Przez tą nieszczęsną chorobę zastrzyki bolą bardziej niż zwykle. Przy heparynie płaczę i bluźnię jednocześnie. Ile można wytrzymać? W którym momencie zaczyna się choroba psychiczna o nazwie "dziecko, którego nie ma"? Czy świadome zatracanie własnego zdrowia jest tą granicą?
Czytam obecnie książkę o in vitro, która rozprawia głównie o zatrważających poglądach kościoła, polityków i pozostałych przeciwników tej metody. Odkładam ją co chwilę, bo muszę ochłonąć po słowach, którymi piorą mnie po twarzy. Dlaczego do cholery ktoś z nich nie zajrzał do domu pary niepłodnej żeby przekonać się ile jest w nim cierpienia fizycznego i psychicznego?!

Wiadomość wyedytowana przez autora 20 czerwca, 20:07

28 czerwca, 09:09

Kolejny transfer niestety zakończył się niepowodzeniem 😢 Nie mamy już pieniędzy, sił, planu i nie ma między nami prawidłowych relacji. Ta cholerna wojna z niepłodnością wyniszcza nas coraz bardziej.
Nie mam pojęcia co dalej. Klinika proponuje badanie, na które nas nie stać. Dr Paśnik nie ma nic do powiedzenia dokąd na mamy ciąży. To właśnie boli i martwi mnie najbardziej, że dla mnie pozytywna beta to jedynie cień szansy na zdrową ciążę, bo prawdopodobieństwo poronienia jest większe. Tymczasem nie dostaję nawet tej szansy 😞
1 2 3 4